Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.
“Istnienie, trud życia, najchętniej to nie myśleć. Bezmyślenie. Tego pragnę. I cóż z tego, że jestem, skoro nie wiem do czego zmierzam. Komu to potrzebne, to moje parszywe życie? Jestem, ale mam wrażenie, że coraz mnie mniej. Ktoś mnie pragnie bardziej niż ja sam. On pragnie we mnie wejść i zamieszkać w moim ciele. A niech bierze to co moje, nic dla mnie już nie jest ważne. Ja? Ja czuje, że znikam, jeszcze chwila i mnie nie będzie. Nieistnienie. Tego pragnę. Przede mną otchłań, bezkres. Skoczę. Jestem coraz bliżej krawędzi. Skoczę. Tak. Wystarczy ręce rozłożyć. O tak. Tak, jak orzeł i jak pisklę, które nie nauczyło się latać, roztrzaskam się o skałę. I nie będę. Skoczę. Nikt nie zauważy, że zniknąłem. No chyba, że ten głupek, co nie rozumie słowa spadaj. Skoczę.”
“Skacz. Przecież wiesz, że wystarczy rozłożyć ręce jak orzeł. Polecisz w dół, w niebyt. Tam nic nie ma. Nie wahaj się. Nie bądź jak inni. Skocz.”
“Tak, skoczę.”
Yngvie podszedł bliżej przepaści i spojrzał jeszcze raz w dół. Po czym jak ptak rozłożył ręce, poszybował w niezgłębioną przestrzeń. Lecz więzy zamiast puścić, jeszcze bardziej się zaciskały i zabierały ostatnie tchnienia wolności. Ale nie, ta zapałka nie zginie w morzu. Nagle wielki cień niewidzialnej ręki przesunął się po skalę i chwycił Yngvie za nogi. Kiedy się ocknął zamiast krawędzi, zobaczył, że znajduję się na skraju pradawnego lasu. Wyczuł obok siebie czyjąś obecność. Szybko zerwał się na nogi i rozejrzał wokół. Gdzieś tam za drzewami czyjeś oczy śledziły uważnie każdy jego oddech, każdy ruch. Yngvie nie wiedział co robić. Panicznie rozglądał się wkoło, aż nagle dostrzegł w mrocznej gęstwinie dębowego lasu nie tyle przeraźliwą, co niesamowitą postać. Pośród dębów stał potężny czarny kot, jego piękna skóra lśniła w promykach zachodzącego słońca. Yngvie jak sparaliżowany wpatrywał się z podziwem w piękne ciało zwierzęcia. Dziwne, ale nie czuł przed nim strachu takiego jak się można spodziewać, raczej bojaźń, szacunek i respekt, jednocześnie odniósł wrażenie, że kot szanuje jego. Yngvie jak zahipnotyzowany, urzeczony tym widokiem, długo nie mógł ruszyć się z miejsca. Wielki kot wbił spojrzenie w oczy Yngvie. Ten odczuł jakby jego dusze przeniknął sztylet, jakby wszelkie drzwi jego umysłu zostały otwarte. Poczuł się zupełnie bezbronny przed tą dziwną istotą. To go sprowadziło z powrotem na ten świat. Wypełniła go wielka wściekłość. Nie zważając na to co robi, podniósł z ziemi gałąź i cisną nią w jego kierunku - Jak śmiesz! - krzyknął – Jak śmiesz! Wynoś się! - Kiedy trochę ochłonął, znów spojrzał w stronę kota. Tym razem unikał wzroku czarnej pumy. Kot otworzył swą paszcze i z rykiem godnym tego co sobą reprezentował, wbił się w głębinę lasu. Co chwilę odwracał swój wielki łeb i rykiem jakby go przywoływał. Yngvie niepewnie ruszył jego śladem. Legendy o przerażających drzewach tkwiły w jego podświadomości. Najciszej jak się da z przytłumionym oddechem oddalał się od wyjścia, jedynej drogi ucieczki. Coraz bardziej zanurzał się w gęstwinę. Nie rozumiał tego co się z nim dzieje. Nie było to uczucie, że ktoś nim owładną i siłą prowadzi w niebezpieczeństwo. Raczej to wielkie pragnienie pchało go na przód, jakby jakaś woń najprzyjemniejsza na świecie wabiła go swa słodyczą. Ani się obejrzał, a już pochłonął go mroczny las. W pewnej chwili zdał sobie sprawę z tego, że przed nim kroczy wielka bestia, która w nie wiadomym celu prowadziła go w głąb puszczy. Yngvie przez chwile zawahał się, spojrzał do tyłu, lecz zamiast łąki ujrzał ścianę z drzew. Nie wiedział gdzie się znajduje, nie miał pojęcia, w którą stronę trzeba by pójść, żeby powrócić na opuszczoną przed momentem polanę. Kot przystanął i spokojnie czekał na Yngvie, który wzrok ponownie skierował w jego stronę. Ich oczy spotkały się. Tym razem Yngvie ujrzał w nich ogromny pokój, którym się zaraził. Nie wiedział czemu, ale ufał zwierzęciu. -Prowadź dalej – rzekł Yngvie i czarna pantera z pomrukiem ugłaskanego kota ruszyła przed siebie. Wkrótce przystanęła przed gigantycznym drzewem. Takiego wielkiego drzewa Yngvie nigdy jeszcze nie widział.
-Wygląda jak Król dębów – powiedział cicho Yngvie i sam zadziwiając siebie pokłonił się do samej ziemi. -Wielki kocie, po co...- Yngvie zwrócił się do pumy, ale nigdzie jej nie było. “Nie rozumiem, przed chwila tu stała.” Yngvie zaniepokoił się. -O co tu chodzi, u licha! - krzyknął, ale krzyk, który wydobył, wydał mu się zaledwie szeptem. “Co to ma znaczyć? Czy ja mam jakieś halucynacje, czy co? Gdzie ja jestem?” Wszędzie, gdzie spojrzał, ogarniał go nie przenikniony las. Przyszły mu na myśl baśnie, które opowiadano mu, jak był małym dzieckiem. Wówczas owe historie były jedynie nic nie znaczącymi, oddalonymi w przestrzeni, upiornymi legendami. Teraz jednak stały się aż nazbyt bliskie. Odkąd je usłyszał, trzymał się jak najdalej od przeraźliwych drzew. Więcej pociągały go szumiące zbożem pola lub pachnące wszelkimi rodzajami kwiatów łąki, ale las pozostawał dla niego (jak zresztą dla prawie wszystkich mieszkańców Velles) tajemnicą. Zawsze wmawiał sobie, że nie wierzy w te bajki. Były tak dziwne i wstrętne, że wydawały się nieprawdopodobne. Lecz kiedy sam znalazł się pośród tych gigantycznych dębów, szumiących inną melodią niż złociste łany, powoli przypominały mu się owe baśnie. Chociaż z jednej strony las wydawał się emanować niesamowitym spokojem, kojąca ciszą, to wyobraźnia Yngvie szalała, żądna widzieć to, co przepowiadały legendy. I tak, nagle zdało mu się, że drzewa wokół przesuwają się w jego stronę, tworząc ciasny krąg bez wyjścia. Nagle otworzyły czerwone ślipia, ukazały szereg żółtych kłów i poczęły szumnym, przerażającym, zlanym w jedno głosem szeptać “chodź do nas, chodź do nas”. Krąg stawał się coraz ciaśniejszy, tak że jeszcze chwila i Yngvie pozbawiony tchu przez upiorne drzewa usunie się na ziemię . -Yngvie ocknij się co ci – powiedział sam do siebie. I jakby na nowo rozejrzał się wokoło. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Panicznie rozglądał się, którędy wrócić na swoją polanę. Poczuł mrowienie na swoich plecach. Przypomniał sobie legendę mówiącą o tym, jak to za dawnych czasów nie jeden z tych, który ośmielił się podejść bliżej lasu, jak urzeczony wpatrywał się w gęstwinę po czym, jakby nie słysząc nawołujących za nim kamratów wchodził w jej głębinę i już nigdy nie wracał. Powiadano, że kto raz przekroczy bramę lasu już nigdy nie powróci żywy, dlatego że z lasu nie ma wyjścia. Nic w lesie nie rośnie po za dębami, a także nie ma tam żadnych zwierząt. W związku z tym ów odważny umierał śmiercią tragiczną, czyli śmiercią głodową. Yngvie zamarł przesiąknięty strachem. Bał się ruszyć, bał się nawet głośno oddychać. Czyżby sam wpadł w pułapkę, przed którą przestrzegano go od dzieciństwa.? -Uspokój się Yngvie, musi być jakieś wyjście - Jednak było niemożliwe dla niego znaleźć drogę powrotną z tej prostej przyczyny, że tu nie było dróg, żadne szlaki nie przecinały tego lasu. Był bardzo gęsty, tak gęsty, że nie wiadomo było czy tam po za nim panuje dzień czy noc. Nagle napadły go uczucia zgoła odmienne od tych, które czuł przed chwilą. Yngvie mimo wątpliwości zaczynał odczuwać pokój. Jedynie jego umysł nie przyzwyczajony nie rozumieć, bał się tego co nie znane. Zwykle udawało mu się namówić pozostałą część duszy i ciało, by czym prędzej czmychnąć w bezpieczniejsze dla niego miejsce. Lecz tym razem nie było po prostu wiadomo, gdzie znajduje się owo bezpieczne miejsce. “Po co tu jestem i gdzie właściwie jestem?” buntował się umysł. Oglądał się w jedną strona i w drugą, ale każda wydawała mu się być swoim lustrzanym odbiciem. W jednym z oblicz ujrzał to, czego zupełnie się nie spodziewał, a mianowicie Rolfa.
-Co, co to ma znaczyć? - trochę przestraszony spytał – nie rozumiem! Czy ja mam jakąś manie, czy to z tobą coś nie tak?
- Spokojnie Yngvie – powiedział Rolf – ani ty, ani ja, oboje jesteśmy zdrowi. To jest mój dom Yngvie. Mieszkam tu – podrapał się po brodzie – powiedzmy od lat. - zaśmiał się - Jak tu trafiłeś stary? Nikt do tej pory, znaczy odkąd pamiętam nie odważył się zapuszczać w te rejony. - Yngvie spojrzał zdziwiony na Rolfa, nie wiedział co odpowiedzieć. “Czy powiedzieć mu o wielkiej pumie? Jeszcze mnie wyśmieje.” - Yngvie no spoko, nie chcesz powiedzieć to nie. Może wpadniesz do mojej nory. - Rolf z szerokim uśmiechem na twarzy zaprosił Yngvie do dziupli w wielkim drzewie. Yngvie ruszył za Rolfem. - To jest moje mieszkanko. Wbrew pozorom bardzo przytulne. - Yngvie zobaczył typową, jakby wiewiórczą dziuple, tyle że umiejscowioną zupełnie nisko. W jej wnętrzu znajdowały się dwa małe pieńki i jeden duży. Jak się domyślał Yngvie, były to dwa krzesła i stół. Obok nich przy ścianie stała jakby szafka, a raczej parę wieszaków przyczepionych do jej sufitu, a na nich ubrania. Tuż przy szafce znajdował się drugi duży pień, a na nim stos książek. Yngvie bardzo się tu podobało.
-Siadaj - Rolf skiną na Yngvie i wskazał jeden z pieńków. - To moje krzesła. Idealne, by na nich usiąść i pomyśleć. - Yngvie usiadł i dalej przypatrywał się tej dziwnej jamie. Dostrzegł, że jama jest dosyć głęboka. Nie mógł dostrzec jej końca.
-Wielkie to twoje drzewo – Yngvie powiedział nieśmiało. Nie odważył się spytać, dlaczego tu mieszka i gdzie są jego rodzice. Sam nie lubił jak się jemu zadawało takie pytania.
- Tak, to gigant. Największy dąb w tej okolicy. Ale niestety wymarły. Zupełnie wyżarty od środka. Trzymają się jedynie te ściany. Dla mnie to dobrze. Mam gdzie się skryć. Chociaż z zewnątrz drzewo wygląda na zdrowe, jest zielone i jak się spojrzy w górę, to można dostrzec gałązki pokryte zielonymi listkami. Nie wiem jak to się stało, że tu jest martwe, a tam żyje. Nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie. A ty jak myślisz? - Yngvie nie wiedział co powiedzieć. Milczał.
-Słuchaj yy, właściwie nie wiem jak się nazywasz? - powiedział niepewnie Yngvie.
-Stary! Tyle lat w jednej budzie a ty nie wiesz jak mam na imię?! No, spoko! Nie patrz tak krzywo. Jestem Rolf, jak ten z bajki o wciągających drzewach – zaśmiał się.
Yngvie spojrzał na niego zdziwiony -Skąd wiesz o tej bajce? - To była właśnie ta legenda opowiadająca o tym, jak drzewa zwabiły jednego człowieka w swój gąszcz i nigdy już nie powrócił w szeregi żyjących. - Skąd wiem? A który dzieciak w krainie Velles nie słyszał tych bredni? A że każdy był kiedyś dzieckiem, to i każdy ją zna. A ty coś się tak zadziwił? - Yngvie przez chwile zmieszany odpowiedział – No, bo jak tu się znalazłem, to przez chwilę pomyślałem, że już nigdy stąd nie wyjdę. - Rolf dostał napadu śmiechu. Yngvie trochę się speszył – No co się śmiejesz! Nie wiem jaki jest ten las! Do cholery! Co ja tu wogóle robię?! - Yngvie nie panując nad sobą rzucił się na Rolfa. Ten uśmiechając się szeroko złapał go za kołnierz, podniósł wysoko ponad swoją głowę i postawił z powrotem na ziemię. - No co się tak burzysz? Wszystko jest w porządku. Daj człowiekowi najpierw odpowiedzieć, a potem bij! - Yngvie spuścił głowę. Trochę go ostudziły manewry Rolfa. - Śmieje się, bo fajnie jest się czasem pośmiać. Ty chyba dawno nie próbowałeś tego lekarstwa. - Yngvie syknął w stronę Rolfa – Odwal się! Nie wszyscy mają powody do śmiechu. - Nie trzeba mieć powodów, by się śmiać! Ja się śmieje mimo wszystko! - Nie da się tak! Ja tak nie umiem i nie rób ze mnie durnia! - wrzasnął Yngvie, lecz znów jego krzyk zamienił się w szept. -Ależ Yngvie, chodzi o to, żeby nauczyć się widzieć. Za dużo czerpiesz z historii ludzi tego świata, tych krain zabobonnych. Ludziom wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy, a tymczasem idą wszyscy razem, trzymając się za ręce w otchłań, zresztą pełną już trupów. - Yngvie zaśmiał się szyderczo –A sam nie mówisz tak, jakbyś pozjadał wszystkie rozumy?! Ani trochę się od nich nie różnisz! - Wręcz przeciwnie Yngvie. Różnię się tym, że widzę. - odparł Rolf – Nie rozumiem o co ci chodzi. - powiedział Yngvie – Chodzi mi o to, że mam dar. Widzę ten prawdziwy świat, który był zawsze i zawsze będzie. Tobie wydaję się, że to tutaj, te łąki, ptaszki, a nawet ludzie są od zawsze i zawsze będą. A to nie prawda. Jest świat, który pewnego dnia pochłonie to wszystko i już tego nie będzie, zniknie, jak jabłko w twoim żołądku. - Do tego nie trzeba mieć daru, żeby to zobaczyć. Też widzę, że to wszystko jest do niczego. - Yngvie, a widzisz je? Widzisz hieny? - Co ty znowu z tymi hienami? Odbiło ci? E, a może ty jesteś wariat a nie obdarowany?! – zasyczał swoim zwyczajem Yngvie – Daj spokój Yngvie! Jeśli ja jestem wariat to i ty również. A myślisz, że nie wiem, kto cię tu przyprowadził? Pumy może nie widziałeś, co? - Yngvie nieco zbaraniał. “Ten Rolf jest wszędzie, czy co?” pomyślał. -Nie, sam tu wlazłem! - Rolf spojrzał Yngvie w oczy – Nie gadaj głupstw Yngvie! Mnie nie oszukasz. Zbyt dobrze znam ludzi. Nie podszedłbyś sam do lasu. Trząsłbyś portkami jak każdy. Ja ci powiem jak to było. W jakiś dziwny sposób nagle znalazłeś się na skraju lasu. Wyczułeś czyjąś obecność i pośród drzew dostrzegłeś wielkiego czarnego kota. On jak magnes szpilkę pociągnął cię w głąb puszczy i jak zdążyłem zauważyć zostawił cię przy moim dębie. - Skąd wiesz o tym wszystkim? - zdziwił się Yngvie. - Odpowiem ci na to pytanie innym razem. To nie jest takie proste do wytłumaczenia. Najpierw ty odpowiedz sobie samemu na jedno pytanie. Czego pragniesz Yngvie? A teraz czas lulać. Późno już. Tam w głębi mojej komnaty znajdziesz słomianą matę i śpiwór. Prześpij się i wyluzuj. Nie wszyscy gryzą. Dobranoc.- Rolf wstał z pieńka i wyszedł z nory. Usiadł na korzeniu wystającym z ziemi i zanurzył się w modlitwie. Tymczasem Yngvie skierował się tam, gdzie mu powiedział Rolf. Znalazł matę i z przyjemnością położył się, gdyż poczuł się bardzo zmęczony. Lecz jak na złość sen omijał go skrzętnie. Za to postawione mu przed minutą pytanie nie chciało opuścić jego przemęczonej głowy. “Czego pragniesz Yngvie? Czego tak naprawdę pragnę? Czemu wcześniej to pytanie nie przyszło mi do głowy? Czego pragniesz Yngvie?”
***
-Yngvie! żyjesz?! - Rolf pochylony nad jego ciałem, zaczął gorliwie wołać do Wielkiego Ducha – Pomóż mi! O Wielki! - szloch, który z siebie wydobył ściskał serce. Yngvie był nadal nieprzytomny. Krótkie tchnienia wydobywały się jeszcze z umierającego ciała.
_________________ Zanim światło zagaśnie nad dolina ziemią, udam się w pielgrzymkę tam gdzie me marzenia.
Zasnę snem błogim ciszą upojonym snem spokojnym nieskończonym.
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum You can attach files in this forum You can download files in this forum