Władca Pierścieni / Tajne Forum Fantasy Forum Index
Główna: Władca Pierścieni, Hobbit, Zwiastuny
Katalog: Strony fantasy
Polecane: Opowieści z Narnii, Wiersze miłosne, NLP
Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy
Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.

FAQFAQ  SearchSearch  MemberlistMemberlist  UsergroupsUsergroups  StatisticsStatistics
RegisterRegister  Log inLog in  AlbumAlbum  Chat
Search found 10 matches
Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Forum Index
Author Message
  Topic: Kto wierzy w magie?
Scarlett O'Hara

Replies: 114
Views: 6898

PostForum: Luzne - Tworczosc Tolkiena   Posted: Fri Jul 11, 2003 12:07 pm   Subject: Kto wierzy w magie?
Nie potrzebuję dowodów by odpowiedzieć na to pytanie, choć w sumie nie miałąbym nikomu za złe gdyby stwierdził że magia istnieje naprawdę. Ja dostrzegam magię oczami mojej duszy i to jak na razie musi mi wystarczy. Wierzę w Śródziemie tak jak we wszystko czego nie można zobaczyć bez marzeń. Moje serce często wędruje tam "gdzie wzrok nie sięga" i łamie bariery racjonalizmu. Tak więc wierzę w magię i czasami spotykam ją w snach.
  Topic: Valinor czy Śródziemie
Scarlett O'Hara

Replies: 35
Views: 2700

PostForum: Luzne - Tworczosc Tolkiena   Posted: Fri Jul 11, 2003 12:01 pm   Subject: Valinor czy Śródziemie
Gdybym miała wybierać spośród tych dwóch cudownych krain pełnych piękna (mimo wszystko) zamieszkałabym w Sródziemiu. Myśle że mam charakter podobny do Elfa i zawsze tęskniłabym za czymś co można nazwać "spokojem" czyli za Krainą Nieśmiertelności. Lecz moje serce zawsze mimo wszystko wybiera marzenia i idzie za tym co kocha, bez względu na niebezpieczeństwa jakie czają się na drodze. Śródziemie to miejsce stworzone prze Bogów dla ludzi i Elfów i nie powinni oni go opouszczać lecz wraz z nim przeżywać troski i pokonywac zło jakiekolwiek rozmiary by ono przybrało. Gdyby mój wybór padł na Valinor nie dosć że nigdy nie poznałabym własnych marzeń lecz i poszła na latwiznę. Moim zdaniem, gdybym miała taki wwybór, byłoby dbać o piękno Sródziemia i ukachać tę krainę. Moim zadaniem jest uczynić z niej drugi Valinor a tak może stac się tylko i wyłącznie wtedy kiedy złożę w ofierze własne serce. Właśnie dlatego postąpiłabym tak a niee inaczej gdyż prawdziwe szczęście osiąga się na drodze cierpienia. Może to wszystko aż za bardzo podniosłe lecz przeciez i wybór jest taki.
  Topic: [O] Spotkanie
Scarlett O'Hara

Replies: 0
Views: 684

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Fri Jul 11, 2003 11:50 am   Subject: [O] Spotkanie
By zrozumieć to krótkie opowiadanie trzeba sobie wyobrazić internetową przyjaźń, prawie miłość. Lecz by przekonać się czy to to drugie uczucie potrzebne jest spotkanie po latach...


Spotkanie po latach

Już dzień wcześniej wszystko wskazywało na to, że będzie źle, że los jest przeciwko niej. Świadczyły o tym często błahe wydarzenia, których pewnie w normalny dzień by nie zauważyła, ale wtedy wszystko jakby specjalnie się pojawiało. Miała przeczucie, że coś się popsuje, że nie będzie tak jak pragnie. Co prawda nie wiązała z tym spotkaniem aż tak wielkich nadziei, to znaczy liczyła się z ewentualną porażką, ale raczej kiedy o nie myślała to nie widziała w tym własnej klęski tylko jego. Po mailach jakie od niego otrzymywała była prawie pewna, że on chce się tylko upewnić. Był dla niej Aragornem, owszem, ale wiedziała, że jest też wizją człowieka nie samym człowiekiem. Lękała się więc nie o siebie ale o niego. Była pewna, że ją uwielbia, że jest dla niego kimś wyjątkowym. Znajdowałam wielokrotne potwierdzenie tej tezy w listach, rozmowach, sms-ach i wreszcie słowach. W związku z tym jej niepokój dosięgną szczytu dzień przed spotkaniem. Wreszcie przyszedł dzień prawdy, wyjaśnienia wszystkiego kiedy to od jednego spojrzenia miał się rozstrzygnąć ich los. Popadała wtedy ze skrajności w skrajność. Jej duszą rządziły uczucia niepewności, strachu, lęku przed nagą prawdą, przed jednym jego słowem, przed utratą marzeń a zarazem szczęścia, radości, pragnienia wyjaśnienia wszystkiego, i wiary w to, że nie może być inaczej niż po prostu w porządku. Tak więc jak sam widzisz czytelniku była pełna kontrastów, ale wciąż jeszcze nie lękała się o własne uczucie i serce ale o niego. Wiedziałam, że jeżeli mu powie, że nie może go kochać to zabije go tę wiadomością. Szła więc powoli i przy każdym kroku jej uczucia potęgowały się. Na szyi miała naszyjnik z symbolem miłości, dokładnie taki jaki Arwena wręczyła Aragornowi. Naszyjnik ten przypominał jej o wszystkim co między nimi zaszło. W tym momencie miała przed oczami całą przeszłość. Chciała zawrócić gdyż coraz bardziej bała się. Wiedziała jednak, że los musi się rozstrzygnąć, a marzenia rozwiać lub przemienić w czyn. Szła raz szybciej raz wolniej, ale nie zatrzymała się ani razu. W pewnym momencie ktoś upuścił wazon i rozbił się on tuż przede nią. Drobne fragmenty szkła leżały na około zwiastując klęskę. Wtedy jednak starała się w to nie wierzyć, nigdy zresztą nie przywiązywała większej wagi do tego typu rzeczy. Mimo wszystko jednak cień niepokoju okrył na kilka chwil jej serce a potem powróciła mieszanina uczuć. Wreszcie stało się, oto doszła do Ogrodu luksemburskiego pod pomnik i stanęła. w głowie jej się mieszało. Chciała zawrócić lecz nie widziała nic wokół siebie. Nie słyszała głosów tylko ten pełen chaosu szum dźwięczący w jej głowie jak huk fal morskich rozbijających się o wybrzeża skalistych wysp. Z tego stanu wyrwał ją jego głos "Cześć ". Spojrzała na niego i czar prysł. Nie była w stanie pokochać jego oczu, choć były tak pełne zachwytu i radości. Nie była w stanie przytulić się do niego i poczuć zapachu jego ciała. Nie byłam w stanie nawet chwycić go za rękę. Chciała by już było po tym spotkaniu, by jak najszybciej znaleźć się sam na sam ze swoimi myślami, uwolnić od tego co już nie mogło zaistnieć. Przed nimi były jednak cztery godziny. Czas pełen dla niej cierpienia, niezdecydowania i wielkiego bólu. Wszystkie te uczucia potęgowały się w momencie kiedy spoglądała na niego. Widząc jego radość i uśmiech nie mogła dopuścić do siebie myśli, że będzie musiała z tym skończyć na zawsze. Miała nadzieję, że może on pierwszy poruszy ten temat i wybawi ją z kłopotu. Jego zachowanie utwierdzało ją w przekonaniu że czuje do niej miłość. Słuchałam starając się zachować dobrą minę do złej gry, lecz im bardziej on był radosny tym bardzie ona cierpiała. Jego słowa przepływały tuż obok, to co mówił układało się w mglisty obraz ale ona podążała zupełnie inną ścieżką. Wybrała drogę pełną bolesnej przyszłości, drogę na którą i on z czasem musiał wkroczyć. Gdy uświadamiała sobie, że będą musieli po czterech latach powiedzieć sobie „żegnaj” gdy to wszystko co ma być powiedziane zostanie wypowiedziane, przechodziły ją dreszcze. Jej myśli błądziły niby tuż obok jego, lecz on był bezgranicznie szczęśliwy a ona pogrążona w otchłani rozpaczy. Wiedziała, że nic nie może poradzić. Jego miłość wyrażała się w słowach, gestach, ruchach, przeszłości i uśmiechach. Na końcu stało się coś co potwierdziło jej przypuszczenia. On chciał ją pocałować, ale ona uchyliła się....i wtedy tak strasznie zachciało jej się płakać, wiedziała że na jej szyi pozostanie symbol miłości, że wszystko jest nie tak jak być miało, że w przyszłości jej słowa "nie mogę Cię kochać" zmienią ich życie, rozwieją te cztery lata nadziei niekiedy nawet pewności, na wieczność rozdzielą drogi którymi podążają. Te wszystkie uczucia rzuciły się na nią tak nagle, zwłaszcza w momencie kiedy wsiadała do autobusu. Odjeżdżając zdała sobie sprawę, że ostatni raz w życiu widzi tego człowieka, człowieka który wniósł tyle szczęścia do jej życia, który stał się jego częścią, który był jej marzenie ... Patrzyła na jego sylwetkę niknącą w oddali. Opuściła go w tym momencie na zawsze, po raz ostatni w życiu widząc jego szczęście. Potem w dwa dni późnej rozmawiali. Rozmowa ta spowodowała, że przestała przez chwilę przejmować się Pawłem i pomyślała o sobie. Zdenerwował ją mówiąc, że to nie mogło być nic więc niż przyjaźń...a te maile, słowa i gesty. Zastanawiała się co zrobić. Czy warto tracić przyjaźń? W końcu stwierdziła, że lepiej będzie dla nich jeżeli się rozstaną na jakiś czas by uciszyć wspomnienia, po za tym jakże by mu spojrzała teraz w oczy. Teraz kiedy wyznała mu miłość. Przejmowała się wiele dni, bo tego co było nie da się po prostu odkreślić jak by jej poradzili chłopcy. To nie jest matematyka, to nie jest skończone zadnie o którym można zapomnieć to jest życie, to jest fragment jej egzystencji, jej samej...I te wspomnienia zawsze będą w niej trwały. Miała nadzieję, że pozostanie w końcu tylko to co było piękne. Jednak by uśmierzyć ból potrzebny jest czas. Teraz znów się martwi nie sobą, lecz nim, jak wcześniej. Wie, że bardzo go zraniła przekreślając te trzy lata, ale nie mogłam postąpić inaczej. Czasami wydaje jej się, że on ją kochał, ale kiedy zobaczył że nie może tego odwzajemnić to "uczynił" ze swego uczucia przyjaźń. Chciał w ten sposób zachować honor. Lecz czy to prawda nie wie, być może nigdy nie będzie jej dane znaleźć odpowiedź na to pytanie...
  Topic: [O] Zło
Scarlett O'Hara

Replies: 3
Views: 749

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Fri Jul 11, 2003 11:47 am   Subject: [O] Zło
Monia wrote:
Czytałam to na proroku i mogę powiedzieć że to je super :D
- pozostaje mi więc tylko podzękować choć poniekąd za prawdę się nie dziękuje :D W każdym razie cieszę się, że doceniłaś moje opowiadanie.
  Topic: [O] Jedynym wyjściem jest śmierć
Scarlett O'Hara

Replies: 0
Views: 613

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Fri Jul 11, 2003 11:45 am   Subject: [O] Jedynym wyjściem jest śmierć
Eliksir miłości czyli fantastyczna historia Romea i Julii

W czasach kiedy Valdemort siał śmierć, zarazę i cierpienie wśród mądrych, dostojnych i najsłynniejszych magików na świecie, wydarzyła się historia o której z pewnością nikt by nigdy nie słyszał, gdyby nie tych kilka kartek z pamiętnika Wilkołaka:

"Kochałem ją odkąd sięgam pamięcią. Kiedy mijałem ją na korytarzach Hogwartu odczuwałem naraz wszystkie rozkosze świata: zadowolenie, chęć życia, błogość, zadowolenie ze wszystkiego co robię, radość z tego że natura jest taka piękna, szczęście którego się nie da opisać słowami. Widziałem ją w nocy, kiedy patrzyłem na gwiazdy; rankiem kiedy wąchałem kwiaty; wieczorami kiedy słyszałem grę świerszczy i o brzasku, kiedy rozżarzona kula która daje nam życie roztaczała swe czerwono -pomarańczowo-cytrynowe płomienie na najbliższe pagórki, i o zmierzchu pełnym kontrastów kiedy noc równa się z dniem . Jej uśmiech był moim uśmiechem, jej marzenia były moim cierpieniem, bo pragnęlem jej najbardziej na świecie. Chciałem zrobić dla niej wszystko, ofiarować siebie. Była dla mnie najwyższym bóstwem, a inne dziewczyny wyglądały przy niej jak widma. I tak kochałem całe dnie i noce wstydząc się ujawnić ze swoimi uczuciami. Nie wiem, lecz na początku chyba wolałem przeżywać samotnie ten stan błogości, otumanienia szalonej miłości, której przecież tak daleko było do odwzajemnienia; niż ujawnić jej prawdę o mym uczuciu, bo wtedy musiałbym też wspomnieć o mojej drugiej, wilczej naturze.




Zdecydowałem się w końcu powiedzieć jej wszystko z wyjątkiem tego co powinno być powiedziane najpierw. Zdawałem sobie sprawę, że nie mogłem tak dłużej żyć , cierpienie przecież sięgało już szczytu. Cierpienie wynikające z miłości, szalonej pełnej kontrastów miłości, której do dziś nie mogę zrozumieć. Kiedy się dowiedziała popatrzyła na mnie tymi swoimi pięknymi niebieskimi oczyma, w których zdawała się kryć cała głębia oceanu i od razu wiedziałem jaka jest odpowiedź. Byłem szczęśliwy a jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że ona nie wie najważniejszego. Czegoś, co z pewnością sprawiłoby w jednej chwili, że spokojny ocean w jej oczach stał by się mieszaniną żywiołów :wiatru ,ognia, sztormu, błyskawic i burzy. I gdzieś tam nad tym wszystkim świeciło by słońce symbol straconego szczęścia, chwilowej nadziei na prawdziwą, świętą miłość...
... Nie powiedziałem jej że jestem wampirem, to tak jak mówiłem zniszczyło by wszystko. Zresztą mnie samego przy przerażała ta wiadomość, gdyż zdawałem sobie sprawę, że wystarczy jeden jedyny niekontrolowany atak, żeby cały ten piękny świat jaki sobie stworzyłem i jaki ona poznała runą w gruzy. Bałem się powiedzieć tego słowa, ale wiedziałem, że zabiłbym ją, zabiłbym moją Iskrę sam sobie z tego nie zdając sprawy. A potem został by tylko smutek i trup, którego nawet najlepsza magia świata nie jest w stanie przywołać z powrotem do życia. Patrzyłbym na nią bez słów i wyczytywałbym z jej szklanych, martwych oczu nienawiść a może zdziwienie, które nie zdążyło jeszcze rozeznać się w sytuacji.
Myślałem o tym wszystkim podświadomie a jednak wiedziałem że przecież to może zdarzyć się zawsze i że prawdopodobieństwo tego jest ogromnie duże, wyrzucałem sobie ,że moja miłość od początku nie mogła mieć szans. Jak się później okazało nie utrzymałem do końca; tej romantycznej, czyli nieszczęśliwej historii; wszystkiego w tajemnicy. Pamiętam jedno z naszych pierwszych i najpiękniejszych spotkań. Z tych, które na zawsze odciskają swe piętno na człowieku. To było w nocy.



Umówiliśmy się na błoniach. wstałem o dwunastej i po cichutku ubrałem się. Jednak najgorsze było przede mną . Wciąż powtarzałem sobie, że wystarczy tylko przejść przez korytarz szkoły i omijać wszelkie przeszkody w postaci woźnego i nauczyciela eliksirów. Z trudem opanowywując drżenie ciała ruszyłem przed siebie. Gruba Dama nie spała, przepuściła mnie bez żadnych ceregieli obrzucając tylko, bardzo pogardliwym spojrzeniem(czy ona nie wie co to miłość?). Nie chcąc narażać się na jej gniew, postanowiłem nie pokazywać jej języka. Resztę korytarza przebiegłem w jakimś szaleństwie, nie zwracając uwagi na ludzi i przedmioty. W obliczu miłości nie ma przecież żadnego niebezpieczeństwa, tylko ciągły niedosyt i strach i szczęście, po prostu niezliczona ilość kontrastów...
...Potem nareszcie ujrzałem jej dumnie, ale pięknie i inspirująco jak u tych starożytnych czarodziejek, wyprostowaną na szczycie wzgórza sylwetkę. Twarz miała skierowana ku księżycowi. Doprawdy mógłbym napisać wtedy niejeden wiersz, choć wcześniej nie znajdowałem w sobie ani krzty talentu .Pobiegłem więc czując podświadomie, że muza zaraz obejmie mnie w ramiona. Jeszcze tylko parę kroków dzieliło mnie od wiecznego szczęścia. I oto w niecałe pięć minut później leżeliśmy na trawie wpatrując się w gwiazdy. Ona opowiadała mi miłosne historie mugolskie(Nigdy nie doceniałem Mugoli ale odkąd poznałem Iskrę, która wychowywała się wśród nich, mój stosunek do tej grupy Homo Sapiens uległ znacznej metamorfozie). Moja kochana Iskra opowiadała o Tristianie i Izoldzie i ich pośmiertnej miłości, o Romeo i o Julii, a wreszcie o nas. Marzyliśmy o tym by te chwile, jakie przeżyliśmy pod niebem przybranym w płaszcz gwiazd, nigdy się nie skończyły. Nasza miłość wyrażała się zarówno w słowach jak i w myślach. Ja rozumiałem ja podobnie jak ona mnie, bez słów. Kiedy patrzyliśmy w gwiazdy , naszym oczom ukazała się dziwna konstelacja. Konstelacja o jakiej nie słyszał jeszcze nikt. Przedstawiała ona dwa jednorożce złączone rogami tak, że przypominały serce. Nazwaliśmy ja konstelacją Iser( Is to pierwsze litery jej imienia, Er mojego -Eris). Stwierdziliśmy że nasza miłość zostanie uwieczniona w gwiazdach. Stanie się nieśmiertelna. Jednak każda piękna chwila musi się kiedyś skończyć. Oto zza horyzontu zaczęło się wyłaniać słońce co oznaczało że, czas powrotu nadszedł.
Odeszłem z nią ze wzgórza kierując się ku zamkowi. I choć w sercu moim wzbierała tęsknota, wierzyłem jeszcze wtedy że przeżyję piękniejsze noce, które pozostawię piękniejszy ślad, a Iser zapisze wszystko w Księdze życia.
Miewałem z nią jeszcze kilka takich spotkań, a każde piękniejsze było od drugiego . Moja miłość pogłębiała się, moje serce było mieszanina cudownych, napełniających szczęściem uczuć. Wiedziałem jednak że niebezpieczeństwo istnieje, a wszystko przez to moje głupie wilkołactwo. Czemu natura była dla mnie taka niesprawiedliwa, a może raczej powinienem spytać, dlaczego los skierował mój wzrok i uczucie na te właśnie piękna dziewczynę- czarodziejkę. Czemu poznałem ja nieodpowiedniego dnia o nieodpowiedniej porze w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Do dziś wyrzucam to światu, choć mój boże, czy przeznaczenie w ogóle istnieje?



Mimo niepewności powiedziałem jej o mojej ułomności, wykorzystałem jednak do tego środek który zawinił tak wiele a może wybrałem tym sposobem tylko mniejsze zło. Kiedy dziś o tym myślę wydaje mi się że popełniłem błąd, i zastanawiam się czy ta miłość byłaby taka sama, czy nie zepsułem tego co powinno kierować każdym uczuciem: własnej woli tego uczucia, niepohamowanej mieszaniny temperamentów, miłości pełnej kontrastów i szalonej, która odchodzi kiedy ma ochotę. Jednak kiedy by odeszła wtedy a nie później, kiedy już dokonało się co postanowione, zostało by mi dokładnie to samo co teraz czyli smutek, żal, tęsknota ,i przede wszystkim wspomnienie przeszłości. Pierwsza miłość przecież nigdy nie gaśnie, i zawsze staje na pierwszym miejscu, jej cechy charakterystyczne są wzorem do każdej następnej .
Środkiem jaki wykorzystałem był eliksir miłości, który swoją mocą powoduje powiązanie dwóch ludzkich serc na zawsze. Wzbudza miłość, której nie da się już zatrzymać, miłość bez względu na wszystko gotową oddać nawet życie, miłość przy którym spełnia się zasada: uczucie dla samego uczucia, dla samej jego wartości.
Zażyliśmy go oboje i od razu poczułem jak moje serce ogarnia ciepło, i szczęście, znalazłem się w siódmym niebie kochałem wszystkich i wszystko. Mogłem czynić dobro bez ograniczeń. Dla niej poświęcił bym wszystko. Ona również patrzyła na mnie błękitem swych oczu. Nie mogliśmy od tej pory żyć bez siebie, a każda chwila samotności przysparzała nieopisanych cierpień. Kiedy w nocy próbowałem zasnąć ona pojawiała się w moich snach i mówiła " choć, choć", i wstawałem i szedłem po nocy do wezgłowia jej lóżka, a ona ogarnięta tymi samymi przeczuciami czekała na mnie. Potrafiliśmy godzinami patrzyć na siebie i każdy rozumiał co chce powiedzieć drugi. Tak było długo, aż do momentu, kiedy zaczął się atak.




Nie pamiętam wiele z tamtego okresu, wiem tylko że wiedziony jakimś prostym, błahym pragnieniem, zwierzęcym instynktem pobiegłem przez korytarz do jej pokoju i zabiłem ją. Chyba szybko i bezboleśnie, nawet nie wiedziała kim jestem, od czasu kiedy zażyła ten środek wspomnienie o mym drugim ego zanikło w jej pamięci, a w mojej nie przybierało już takich groźnych rozmiarów. A potem, kiedy wszystko minęło i zobaczyłem ja martwą leżącą u mych stóp, prawda spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Płakałem długo nad jej ciałem, w każdym rysie umarłej przebijała się sylwetka czarodziejki. Pozostało już tylko cierpienie, moja dusza straciła coś co było dla mnie jedynym szczęściem. I odtąd każdej nocy patrzyłem w księżyc i na Iser i wspominałem tamte chwile.
Nie zamknięto mnie w Azkabanie, gdyż moje zachowanie było uzasadnione, od tej jednak pory zamknięty byłem w izolatce nauczyciele przychodzili do mnie osobno. Wyłem niekiedy do księżyca i krzyczałem, gdyż jako człowiek i jako wilk odczuwałem tę straconą miłość.
Pamiętam jak pewnej bezksiężycowej nocy wróciłem na miejsce jej śmierci i wydawało mi się, że wciąż tam leży bezbronna, piękna, niewinna z krwawiącymi dłońmi na moich ramionach i głową odchyloną do tyłu, jakby czekała na dawno obiecywany pocałunek. Najbardziej utkwiły mi w pamięci te oczy, które nawet w chwili śmierci nie stracił nic ze swojego błękitu. Wciąż jeszcze przebijał się przez nie zachwyt mną, naturą, całym światem, wieczny optymizm. Imaginacja sprawiła, że ponownie zobaczyłem, zbrukany krwią skraj szaty, spoczywający na mych kolanach. Kolanach kochanka-mordercy.
To wszystko to były straszliwe mary, o jakich każdy chciałby jak najszybciej zapomnieć. One jednak zachowywały się wręcz przeciwnie, napastowały mnie na każdym kroku i każdej nocy, aż do chwili śmierci.




Od jakiś pięciu lat mieszkam w domu dla wariatów, na wydziale wilkołaków, a moje cierpienie nie osłabło ani trochę. Nieledwie jak wczoraj uciekłem stamtąd. Powziąłem ostateczna decyzję i stwierdziłem, że jedynym wyjściem jest śmierć. Ona zabierze przykre wspomnienia, odsunie mnie od ludzi i połączy z ukochana. Tam po drugiej stronie nic nie zmąci naszego szczęścia, będziemy przechadzać się po leśnych ścieżkach przy blasku księżyca i wieczornych gwiazd. Będziemy snuć opowieści w nieskończoność i cieszyć się każda sekundą (o ile po drugiej stronie istnieje czas). Ja i ona na zawsze razem połączeni, nierozerwalnym węzłem miłości i eliksiru, wziąłem który przetrwał śmierć.
Teraz zapiszę ostatnie słowa mego opowiadania, nie wiem czy ktoś je kiedyś znajdzie czy nie, wiem natomiast na pewno że historia moja i mojej ukochanej zostanie uwieczniona przez Isię. Może kiedyś, gdy wygina ludzie a czarodziejska moc wygaśnie na zawsze, Ziemia na nowo odtworzy historię, jak film na ekranie telewizora, i nasza historia zostanie wyśpiewana ponownie jako: nieszczęśliwa, romantyczna miłość dwojga kochanków, spętanych więzami losu, które dopiero po śmierci dały im wolność, która ofiarowała im prawdziwe, nieskończone ,pełne radości uczucie.
Moc Valdemorta, ona mnie zabije, wyciągnę różdżkę i spróbuję odebrać mu trochę jego mocy. Wiem, że zginę ale przecież to mój cel, a przy okazji przysłużę się ludzkości...
...Czuję jak nadchodzi, już mnie zobaczył samotnego wędrowca pośród skał samotności. Jakże zimno się zrobiło, i burza nadchodzi. Chmury zebrały się w jednym miejscu, ciemne, burzowe, nieubłagane. Groza -czuję ją wszędzie, nawet w sobie. Znowu trochę mieszaniny strachu, dumy, szczęścia, bólu. Dreszcze, cały czas mnie przechodzą takie zimne ,bezlitosne. Tną jak noże, powodują, że zaczynam się czuć jak bym już nie był człowiekiem. Oto nadchodzi czas ostateczny. Porzucam tę kartkę i idę wypełnić misję, poświęcić się dla świata a zarazem uratować siebie...żegnajcie słowa, życie, ludzie!

koniec
  Topic: Symbolika w Twroczosci J.R.R Tolkiena...
Scarlett O'Hara

Replies: 21
Views: 2531

PostForum: Luzne - Tworczosc Tolkiena   Posted: Wed Jul 09, 2003 2:12 pm   Subject: Symbolika w Twroczosci J.R.R Tolkiena...
Jeżeli chodzi o "Silmaliriona" to biblijny potop można skojarzyć z zatopieniem Numenoru. Wraz z tym pojawia się symbol wody jako oczyszczenia. Legendę o zaginionym kontynencie Atlantydzie (opis według Platona) bardzo przypomina samych mieszkańców Numenoru. Opis ich szlachetności, i najlepiej ucywilizowanego wśród ludzi królestwa pokrywa siś z wyżej wspomnianą legendą. Pozatym podczas Tolkienowskego potopu przeżywają szlachetni ludzie, którzy przez wiele, wiele ... lat czekają na powrót chwały Dawnych Królów. Aragorn syn Arathorna nie jest nikim innym jak potomkiem Isildura. Czyż nie podobną historię odmalowywuje biblia przedstawiając historię Noego i jego rodziny, którzy skryli się w Arce...
  Topic: [O] Zło
Scarlett O'Hara

Replies: 3
Views: 749

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Wed Jul 09, 2003 1:57 pm   Subject: [O] Zło
Te opowiadania przeniosłam tutaj z Ogólnego forum tylko że teraz nie mogę usunąć z tamtąd jednego.

Tom Riddle czyli Lord Voldemort

Zimne krople deszczu powoli spływały po jego nagich ramionach. Dreszcze rozchodziły się po całym ciele. Czuł je w wszędzie, jakby tysiąc noży naraz raniło go boleśnie. Zaraz potem potworny ból w skroni powodujący, że czuł jakby jego czaszka lada chwila miała rozerwać się na pół .I wreszcie, najgorsze z możliwych gwałtowny skurcz całego ciała, i tysiące majaków ,cieni jakby ze świata umarłych. Podczas tego ostatniego etapu katuszy wydawało mu się, że ze lada chwila umrze. Momentami nie widział nic, czuł tylko ten potworny ból który powodował, że jego ciało drgało konwulsyjnie.
Jednakże wiedział, że do sławy jest jeszcze długa droga. Zaprzedał się złu. Dlatego też znosił te ataki już od paru lat. Myśl o nagrodzie warta była tego wszystkiego .Bo czymże by był, gdyby nie ten głos, który pewnej nocy kiedy spał w komnacie Slytherinu powiedział mu "Jesteś wielki, do Ciebie będzie należeć cały świat , zrobisz wszystko czego zapragniesz, pokonasz wszelką magię świata pod jednym warunkiem: zaraz po ukończeniu szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart całkowicie poświęcisz się czynieniu zła. Poznasz warunki cyrografu pod tę jabłonią koło waszego domu, gdzie tak piękne są bezksiężycowe noce".
Pamiętał dokładnie jak zmienił się od tamtej nocy. Coś strasznego, przerażającego, coś czego istoty lepiej nie poznawać zakradło się wtedy w jego duszę i zapuszczało swe korzenie, po to by obudzić od dawna, drzemiące w jego sercu, pragnienie sławy. Od tamtej pory nie dawało mu spokoju, powodowało, że każdego ranka, kiedy widział wschodzące słońce, miał ochotę je zgasić ,pragnął ciemności bo ona lepiej pasowała do tego czego dokona w przyszłości. Tamto nocne zdarzenie było odzwierciedleniem jego marzeń, a zarazem narzędziem do ich wykonania .W koncu od dziecka chciał by wszystko pod jego władzą zmieniło swoje oblicze. Od zawsze marzył by dotychczas piękna natura, posiadająca w sobie boski pierwiastek stała się nasieniem zła, by każdy jej element budził grozę, odstraszał i niekiedy zabijał. Chciał by zwiędły kwiaty i kłaniały się przed nim spróchniałe drzewa. By nie było by wschodów i zachodów słońca, tylko ciemność nieprzenikniona, budząca strach, niosąca śmierć i zagładę, nieskończona, taka, której nigdy by nikt nie pokonał. A największym jego pragnieniem było zniszczyć tych wszystkich marnych ,nędznych, dobrych czarodziejów o nazbyt szlachetnych sercach .Pamiętał dokładnie, że już za lat młodzieńczych, kiedy jeszcze nie nawiedziło go "dobre" zło, denerwowała go to ich miłosierdzie, oddanie i bezgraniczne poświęcenie. Ich magia służyła tylko szlachetnym celom, zawsze starała się naprawić zło, ale tak naprawdę nie była w stanie uwolnić mocy, nie była w stanie rządzić. On w przeciwieństwe do tamtych wiedział, od początku jaki jest jego cel .Chciał dokonać czegoś wielkiego, chciał być długowiecznym czarodziejem- bogiem. Pragną mocy, która swą siłą zniszczyłaby wszystko, a zwłaszcza ten przeklęty świat Mugoli. Byłby potęgą której imienia nawet najpotężniejsi czarodzieje świata baliby się wymówić. I właśnie wtedy, kiedy myślał że nigdy nie będzie w stanie w pełni zrealizować swego celu, pojawiła się tamta senna mara.
Rozmyślania przerwała mu kolejna kropla zimnego, kłującego jak igły deszczu grozy zresztą teraz, kiedy do urzeczywistnienia marzenia było już tak blisko, bal się. Przyczyną tego chwilowego strachu, była śmierć, którą musiał pokonać by stać się Panem Ciemności czyli wszelkiej złej mocy, magii wykorzystanej w zły sposób, która sprawi, że zawładnie światem i wypełni wszystkie swe dotychczasowe pragnienia. Nigdy nie bał się niczego, ale teraz zwątpił czy słowa wypowiedziane z mrocznych czeluści, wtedy pod jabłonią kiedy podpisywał cyrograf, okażą się słuszne. Wiedział tyko tyle, że musi przejść przez śmierć, a pomoc ma mu w tym pragnienie wielkości. Doprawdy, kiedy wyobrażał sobie, że zobaczy tę której jak uważali wszyscy śmiertelnicy nie da się pokonać, przejmował go niepokój, oganiał niewypowiedziany strach przed tym, że ośmieszy samego siebie i nic nie osiągnie. Z drugiej strony wiedział, że teraz kiedy wszystko zostało powiedziane, nie może już uciec od swojego przeznaczenia, które wywołała chęć władzy, jakiej dotąd nie posiadał żaden śmiertelnik. Gdyby zrezygnował, pewnie pragnienie by wróciło ze zdwojoną siłą , pozatym podpisał umowę.
W momencie, kiedy mieszane uczucia niepewności ,strachu, pragnienia poznania nieznanego i nadziei na lepsze jutro, targały jego duszą. odezwał się w jego mózgu głos. Zabrzmiał donośnie i tonem nie znoszącym sprzeciwu. Od tamtej chwili Tom Riddle wiedział co należy robić. Znikły wszelkie uczucia, pozostał tylko cel i pragnienie wielkości.
Ruszył przed siebie, jak ślepiec jakby droga która miał podążać dawno już wyryła się w jego pamięci. Bez zastanowienia szedł za głosem instynktu, nie zatrzymując się. Śliskie kamienie boleśnie raniły mu stopy, ale on zdawał się tego nie dostrzegać. Wyglądał wtedy imponująco:Piękny, młody, wysoki brunet o brązowych oczach z powodu, których pewnie cierpiała niejedna czarodziejka, odziany w czarną długą pelerynę, powiewającą majestatycznie pod wpływem silnego, budzącego niepokój wiatru. Ostatnie promienie zachodzącego słońca delikatnie oświetlały krwistą wstęgą ścieżkę, którą podążał, po to tylko by za chwilę ustąpić miejsca srebrnym promieniom księżyca, które tej nocy wielu mieszkańców okolicznych wiosek uznalo za łzy. Może płakały nad losem, czarodzieja, który swą wiedzę, odwagę, mądrość wykorzystał przeciwko innym, bratając się z siłami ciemności. Tymczasem niestrudzony wędrowiec, szedł wciąż patrząc w jeden punkt na horyzoncie, punkt swojego marzenia.
Ścieżka, którą podążał zaczęła spadać raptownie w dół, przy tym wiła się coraz gwałtowniej zapędzając czarodzieja w miejsce, na którym nie postanęła dotąd stopa ludzka. W krainie do jakiej dotarł nie istniał dzień, nie istniała światłość, była tylko nieskończona ciemność i skały, które zdawały się sięgać swoimi szczytami zachmurzonego, nonstop przecinanego błyskawicami nieba. Przybierały różne kształty, o ile można było coś dostrzec pośród tej ciemności ,od karłowatych potworów z wykrzywionymi od bólu twarzami do upiornych ,powyginanych kształtów czegoś co w żadnej mierze nie przypominało człowieka. Pod skałami leżało pełno pogruchotanych i zżartych przez czas szkieletów ludzkich. Uwagę wędrowca przykuła grota, której wejście przypominało otwarta paszę smoka z wielkim kłami w kształcie zakrzywionych noży. Czarodziej spokojnie ruszył naprzód, strach i imaginacja opuściły go wystarczająco dawno, by mógł się lękać czegokolwiek .Szedł po dywanie kości i resztek jakiś budowli znacząc je krwią. Ten chód przypominał podróż po resztkach dawno upadłej cywilizacji lub świętokradcy po gruzach zniszczonej świątyni. Po kilku minutach, o ile w Krainie Śmierci istnieje czas, Tom znalazł się przy wejściu do groty i nie wąchając się ani sekundy wkroczył do środka.
Było tam ciemno i głucho, przybyły słyszał każdy swój krok. Posuwał się powoli, aż nie natrafił na płaskorzeźbę w kształcie koguta z sercem przebitym strzałą. Delikatnie zmacał ją całą ale, nic się nie otwierało. Wyciągnął różdżkę i wypowiedział zaklęcie. Poskutkowało. Wszedł do sali oświetlonej jedynie ogniem wydobywającym się z rzeźby na środku komnaty. Dzieło sztuki miało kształt diabła, i właśnie w tej samej chwil kiedy je podziwiał poczuł, że śmierć idzie za nim. Odwrócił się, był gotowy na wszystko, nie mógł pozwolić na to żeby marzenia legły w gruzach. Pierwsza rzecz jaką zobaczył nie była wcale przerażająca. To była tylko Postać, odziana w taką samą jak u niego pelerynę. Skraj jej szaty lekko odchylił się i wtedy zobaczył, że jej wizerunek , zgadza się ze średniowiecznym mugolskim opisem:

„Tylko, że tu nie będzie miał miejsca żaden przeklęty Dans Macabre” -pomyślał, i zrobił to co powinien uczynić od razu. Popatrzył jej w oczy.

W jednej chwili cała rzeczywistość stanęła mu przed oczami zrozumiał, że zaraz może zostać przeniesiony do świata umarłych. Śmierć podeszła do niego, a on cały czas kurczowo trzymał się myśli o zemście jakiej dokona na ludziach, myślał o krwi i posluszeństwie,o swych poddanych i potworach, które na zawsze zostaną jego poplecznikami. Tymczasem Śmierć rzuciła się na niego i zaczęła dusić. Potem przycisnęła do ściany i kontynuowała swoje dzieło, a on wciąż myślał tylko o jednym, swoim marzeniu, i kurczowo trzymał się tej ostatniej deski ratunku. Zresztą do teraz pamięta jej małe czarne oczy i szarą, ziemistą twarz. Ale ten wzrok, był zdecydowanie najgorszy. Przeszywał go do głębi. Nie mógł się obrócić, ona wciągała go tym spojrzeniem w siebie. Czuł się strasznie, nie mógł znieść ucisku jej wzroku. Zdawało mu się ,że wyciska z niego całe człowieczeństwo, całą jego silę. Potem zemdlał.
Kiedy się ocknął, nie było już sali z rzeźbą diabła i piekielnym ogniem na środku, nie było nawet doliny i czaszek i skal o twarzach potworów z piekielnych czeluści.Za to w sercu czuł nienawiść i wielką siłę, nie chcąc tracić ani chwili popędził przed siebie by jak najszybciej wykonać misję. Kiedy przechodził obok malej wioski, podleciała do niego dziewczynka z kwitami i uśmiechnęła się, odtrącił ją z pogardą. Bo kimże była ta mała istotka, błaha igraszka Boga w porównaniu do niego. Już niedługo przecież będzie miał cały świat i wszystkich czarodziejów w swojej mocy. Niektórych zabije ,innych sobie zjedna. Będzie wszystkim, panem wszelkiego stworzenia. To od jego słowa będzie zależeć życie drugiego, to jego gest będzie sprawiał że kwiaty więdną, ludzie błagają o litość a ci niegodni uwagi Mugole zostaną wybici co do nogi. Samo jego imię będzie wzbudzało grozę i mroziło krew w żyłach. A potem głośno roześmiał się, kiedy przypomniał sobie czego chciało piekło, za jego władzę, tylko świadomości, że światem będzie rządzić zło. I potępił ich, bo co im z tego przyjdzie. Przecież to on będzie Panem. Co prawda pokonał śmierć za pomocą Źródła Zła, lecz ono nie zdaje sobie sprawy jak dalece mogą zaprowadzić marzenia. Musi być wszechmocny ,mieć wszystko. I będzie się cieszył krwią, śmiercią i pożogą, napawał widokiem trupów swoich wrogów,oglądał ich skamieniałe z bólu twarze, pokonane przez magię którą on uwolnił A potem zasiądzie na tronie i cały świat będzie przede nim klęczał. A ci którzy pozostaną, zostaną jego wiernymi poddanymi, razem będą świętować zwycięstwo. On będzie nimi rządził, to będzie świat któremu podyktuje zasady.
Potem poczuł w sobie chęć czynu, wypróbowania mocy. Podniósł różdżkę zabijając dziesięciu czarodziejów. Kiedy patrzył na ich martwe z przerażenia twarze rozkosz ogarniała jego serce:

"Oto jak zaczyna siękariera Wielkiego Mistrza"-pomyślał, z szyderczym uśmiechem na twarzy.

Chwilę później jakby nigdy nic ruszył dalej i zaczął się zastanawiać nad swoim nowym imieniem. Przecież nie może zostawić sobie starego ,musi wymyślić dużo gorsze. I niecałe pięć minut później straszny uśmiech zawitał na jego twarzy. Uśmiech, w którym nie było ani krzty ciepła tylko zawiść i chęć mordu, chęć zburzenia starego ładu. Od tamtego czasu Tom stal się Valdemortem. I pod takim imieniem ruszył w świat by siać zagładę, śmierć i cierpienie...

Koniec
  Topic: [O] Moje opowiadanie o miłości
Scarlett O'Hara

Replies: 0
Views: 1358

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Wed Jul 09, 2003 1:53 pm   Subject: [O] Moje opowiadanie o miłości
Na początku chciałam tylko powiedzieć, że opowiadania które tu będę stopniowo umieszczać znajdują się już na portalu: www.prorok.civ.pl który bardzo polecam. Postanowiłam umieścić je tutaj gdyż nie należy zawężać świata do jednej strony. Zresztą tem już je albo opoublikowali albo znają a tu nie.

Oto pierwsze z nich dotyczy trochę HP:

Tylko my jesteśmy w stanie ocenić jak wysoką cenę płacimy za nasze marzenia

I Tragiczna wiadomość:

Radosny śpiew Aschleya dał się słyszeć w całym domu. Chłopak był wciąż jeszcze szczęśliwy , gdyż wspomnienie minionego wieczora nie obudziło się jeszcze w jego duszy. Zdawało mu się, że cały wszechświat raduje się wraz nim. Oto wesoło zaćwierkały ptaki siedzące na parapecie okna wychodzącego na podwórze. Kurz uniósł się radośnie i odtańczył swój zwykły, lecz piękny taniec pełen chaosu a zarazem swobody. Promienie porannego słońca roztoczyły swe pomarańczowo-złote promienie na cała okolicę i stały się tym samym zwiastunem nowego, radosnego dnia. Zatrzeszczały stare deski podłogi jakby i one chciały uczestniczyć w panującym na około nastroju radości i wesela. W tym samym momencie podobny śpiew rozległ się w domu położonym o dwie ulice dalej. Na Priviet Drive IV obudziła się Emma. Popatrzyła na świat dokoła siebie i nie bacząc na wczesną porę, ani na to co
powiedzą rodzice, ubrała się w białą, cienką, sięgającą do ziemi sukienkę. Rozczesała długie, czarne, falujące włosy. Założyła błękitne trzewiczki i wybiegła na podwórze. Przebiegła przez ogród jakże dobrze znaną sobie drogą. Pięknie wyglądała ta jej niewinna niemal anielska postać w białej sukni pośrodku morza różnobarwnych kwiatów. Dziewczyna urwała jedną z róż i przyczepiła sobie we włosy, dobrze wiedziała jak zachwycić Aschleya. Teraz, kiedy do niego biegła, nie widziała świata poza nim. Chciała być tylko dla niego i tylko przy nim. Nie liczyli się rodzice, nie ważne było, co powiedzą sąsiedzi. Istniała tylko miłość...
...Po długiej drodze, prowadzącej jak mniemała Emma do szczęścia, nareszcie ukazał się oczom dziewczynki mały, biały, elegancki domek, który tak bardzo uwielbiała. Dostrzegła również okno wychodzące na zachód z prześlicznym widokiem na góry. Ubóstwiała ten widok, szczególnie o zachodzie słońca, kiedy siadali sobie z ukochanym na ławce pod wspomnianym oknem i patrzyli jak słońce znika za szczytami, oświetlając pięknie całą dolinę. Niezwykłym był dla nich moment, gdy ostatni jego promień gasł i pozostawało tylko wspomnienie minionego dnia. A teraz, kiedy nastał świt znów zbudziła się nowa nadzieja a wraz z nią nowe szczęście i ich miłość poczęła coraz bardziej dojrzewać. Podbiegła, więc do okna z podwójną radością i zastukała trzy razy. Nie minęło nawet kilka sekund a już przed nią stał uśmiechnięty od ucha do ucha Aschley. Chłonęła jego uśmiech, każdy jego krok i każde jego słowo jakby ktoś miał jej go na długo odebrać. I ta ostatnia myśl, jak mniemała wtenczas Emma, spowodowała burzę, która długo nie miała się skończyć. Oto jej Jedyny opowiedział o zdarzeniu, które na zawsze mogło zaburzyć ich szczęście.

-Podsłuchałem w nocy rozmowę telefoniczną-rzekł
Emma poczuła, że święci się coś niedobrego:
-A któż rozmawiał, że mi o tym mówisz?- spytała z niepokojem
-Nasi rodzice

Na te słowa swego ukochanego Emma zbladła. Wszystkie mgliste wspomnienia z przeszłości, wspomnienia do, których, nigdy nie przywiązywała większej uwagi, stanęły przed jej oczyma jak żywe. Widziała znów te nieprzyjemne spotkania swoich rodziców z rodzicami Aschleya. Widziała pioruny jakie matka wzrokiem ciskała w matkę jej ukochanego. Widziała fałsz i nienawiść pod maską pięknych słów i miłych rozmów, kiedy ze sobą rozmawiały. Widziała wielki ogień, który rozpalili pomiędzy sobą nienawidzący się ojcowie. Ogień, którego żadna woda nie zdoła ugasić. Przypomniała sobie to wszystko i zadrżawszy spytała:

-Cóż mówili, czyżby swoją nienawiścią chcieli zniszczyć to co nas łączy?
-Jak zwykle Emmo, nie mylisz się, choć może to co powiem będzie stokroć gorsze niż myślisz.

Milczała, a on zrozumiał że ból i strach jaki wywołał tymi słowami owładnął jej sercem. Mówił więc dalej.

-Dobrze wiesz, że moi rodzice nienawidzą Twoich za to jacy są. Oni są nie magiczni a Twoi wręcz przeciwnie. Lecz przyczyna tkwi znacznie głębiej. Jest coś o czym nie wiesz kochanie.

Nic nie odpowiedziała, zwróciła na niego tylko swój błagalny, pełen niepokoju wzrok czekając na odpowiedź. Miała ona roztrzaskać w gruzy to co najcenniejsze w życiu posiadła.

-Nasza rodzina ma szlachetne pochodzenie, zawsze byliśmy czystej krwi. Wszyscy nasi potomkowie byli magikami, ale sam nie wiem dokładnie co się stało, lecz ja i moi rodzice utraciliśmy zdolność czarowania. Staliśmy się zwykłymi ludźmi. Nie mamy żadnych kontaktów z magicznym światem. Nic nie jest w stanie tego naprawić. To stało się tematem drwin całego społeczeństwa czarodziejów, jesteśmy tak jakby poza nawiasem każdego z nich. Do nie magicznych należeć nie możemy, zbyt bolesne jest wspomnienie tego co straciliśmy.

-Jakże możecie żałować tego czego nigdy nie poznaliście?
-Nigdy, a wspomnienia naszych przodków. Opowieści mojego dziadka. To wszystko co za pomocą magii czynili rodzice moich rodziców. Czy nadal myślisz, że to niej boli? Pragniesz czegoś co na zawsze zostało dla ciebie utracone.
-Tak, teraz rozumiem. Mów dalej, cóż to wszystko z nami ma wspólnego.
-Właśnie w tym tkwi źródło nienawiści między naszymi rodami. Moi rodzice nie mogą ścierpieć naszej miłości, nienawidzą czarodziejów jednocześnie ich kochając. Chcą na zawsze nas rozłączyć. Wczoraj Twój tata zadzwonił do mojego. Powiedział, że jego córka nie może zadawać się z takimi jak on i że wyśle ją już niedługo do Hogwartu, nie pozwoli pisywać listów do mnie, w wakacje zerwie wszelkie kontakty, na zawsze zamknie Cię w świecie po drugiej stronie lustra. Nasze spotkania ustaną wtedy na wieczność Emi.
-A co na to Twój tata, przecież tu chodziło także o jego pochodzenia, o to co utracił, to była osobista zniewaga. Co odrzekł?
-Zaczęli się kłócić, wyzywali się a mój tata poparł Twojego tylko w tym, że należy nas rozłączyć. Powiedział, że on też nie chce by jego syn zadawał się...

Tu Aschley zamilkł nie był w stanie powtórzyć Emi tego co usłyszał ubiegłego wieczora. Tamto słowo, które wyrzekł jego ojciec już dostatecznie zraniło jego serce. Było najgorszą raną jaką kiedykolwiek mu zadano. Nie mógł dopuścić do tego by druga osoba, jemu najbliższa, do końca życia nosiła po niej znamię.
Emi zrozumiała to, i nic już nie mówiła. Razem z Aschleyem zdali sobie sprawę z tego, że jedyne co im pozostało to udać się po raz ostatni na tę ławeczkę z widokiem na góry i długo płakać nad utraconym szczęściem. Usiedli więc blisko siebie. W momencie, kiedy tysiące noży raniło boleśnie ich dusze, patrzyli na siebie. łzy jednego mieszały się z łzami drugiego. Słowa, których nikt nie wypowiedział same cisnęły się na usta. Były to słowa pełne boleści, słowa przepełnione nieszczęśliwą miłością. Nieruchome wargi mówił o cierpieniu, lecz pośród tego obrazu nędzy i rozpaczy zaświtała nadzieja bo miłość naznaczona piętnem cierpienia nie umiera, istnieje zawsze. Gdy królewna zostanie zamknięta na niedostępnej dla zwykłych ludzi wieży, pośrodku nieskończonego morza na szklanej górze; tylko miłość prawdziwa i święta jest w stanie ją uratować, tylko ona może rozkuć na zawsze ciężkie, żelazne łańcuchy zdradliwego losu.
Kiedy Aschley ze łzami w oczach ujawniał przed swą narzeczoną okrutną prawdę ptaki, które jeszcze rano radośnie świergotały nagle umilkły, po to by chwilę później podjąć śpiew. Melodia jaki wydobyła się tym razem z tych małych dzióbków była stokroć smutniejsza od marszu pogrzebowego. Słychać w niej było wycie samotnego wilka, jęk drzewa któremu rozszalały wiatr połamał gałęzie, pełen tragedii huk kropel deszczu o szybę. Kurz opadał nagle by więcej nie podjąć już swego pełnego chaosu tańca. Deski podłogi zgrzytnęły tak przeraźliwie, że dreszcz przeszył obydwu kochanków.

4 lata później
II Cierpienie i nadzieja:

Emi siedziała w sowiarni, i wysyłała kolejny list do ukochanego. Dobrze wiedziała, że odpowiedź nie nadejdzie ale nadzieja nigdy nie gasła w jej sercu. W związku z tym codziennie rano z brzaskiem wschodzącego słońca biegła na najwyższą wierzę w zamku. Tysiące listów jakie wysyłała do ukochanego zawsze powracało razem z czerwoną, złowróżebną kopertą od rodziców. Wiedziała, że cała szkoła zwraca na nią uwagę, że wszyscy wytykają ją sobie palcami. Nic ją to jednak nie obchodziło.Za nic miała ten krzyk swojej matki każdego dnia znienacka wystrzelający z czerwonej koperty, i długie echo które wiele minut jeszcze odbijało się od murów szkolnych. Była samotna jak nigdy, nadzieja nie mogła do końca jej zadowolić była tylko małą iskrą wielkiego ogniska, którego przyszłość była niepewna.
Kiedy w samotności siedziała na schodach, a księżyc oświetlał jej kruczoczarne włosy, myślała o straconym szczęściu. Bezskutecznie poszukiwała metody na odnalezienie swego ukochanego. Zastanawiała się czemu los nie pozwolił jej być szczęśliwą, a stanął po stronie nienawiści. Czemu ona była jego ofiarą. Kiedy tak czyniła tysiące wynurzeń, plątając się w labiryncie bez wyjścia, pogrążała się w coraz większej rozpaczy. Nie mogła jednak siedzieć bezczynnie i bardzo dobrze to rozumiała. Wiedziała, że jej łzy na niewiele się zdadzą, że musi znaleźć inny środek zaradczy. Mimo to nastrój zniechęcenia, który wciąż budzi w człowieku myśli o śmierci, nie opuszczał jej. Często bezsilnie leżała na ziemi tonąc we łzach, majaczyła i wrzeszczała, pogrążała się w ciemności. Nocami śniły jej się dalekie krainy - bezdrzewne i smutne. Nie było na nich ani jednego człowieka, tylko pusta i jałowa przestrzeń. Zawsze dochodziła do jej krańca i zaglądała w przepaść, by zobaczyć jedynie gęstniejący mrok. Nie było tam słońca ani księżyca z jego srebrzystymi promieniami. Pogrążała się wtedy w niepamięci , starała się nie myśleć o niczym. Wiedziała, że czy we śnie czy na jawie nigdy nie wyzbędzie się myśli o tym co utraciła. Ten monotonny obraz we śnie, ta kraina pusta i przepełniona ciemnością była obrazem jej duszy. Emma wiedział o tym, i zdawało jej się że, na próżno szuka nadziei.
Pewnej bezgwiezdnej i bezksiężycowej nocy, kiedy czarny i smutnooki sen, jak przywykła go nazywać, wziął ją w swoje objęcia, ujrzała to na co tak długo czekała. Pośród monotonni krajobrazu z marzeń sennych ujrzała kwiat - zwiędłą różę. Jakże bardzo odcinała się ona od tej wszechogarniającej ciemności, mimo że była umierająca raziła swym kolorem, jakże jaskrawym. Emma ostatkami sił zbliżyła się do kwiatu i dotknęła go. Ujęła w ręce symbol nadziei i przytuliła do serca. Nie wiedział jeszcze co ma czynić, ale wierzyła, że przyszłość odmieni jej życie. W tym momencie obudziła się i poczuła, że ogromna zmiana zaszła w jej sercu. Iskra w jej duszy zapłonęła żywiej. Na niebie w tym samym czasie pojawiły się gwiazdy a księżyc oświetlił jej włosy srebrzystymi promieniami. Uśmiechnęła się. Gdyby ją ktoś teraz zobaczył zdziwiłby się jak ogromna zmiana zaszła w tej dziewczynie w ciągu jednej zaledwie nocy. Zielone oczy niegdyś matowe, smutne i pełne nostalgii teraz ponownie nabrały blasku. Włosy zalśnił księżycowym blaskiem, usta zwykle zacięte rozchyliły się w łagodnym uśmiechu. Ruchy dziewczyny stały się żywsze jakby poszukiwała czegoś i nie miała chwili do stracenia.
Przestała wysyłać listy do Sebastiana, wiedziała, że to tylko nie potrzebnie pogrąża ją w rozpaczy. Nie widziała, co prawda, jeszcze wyjścia z labiryntu lecz coraz rzadziej trafiała na ślepe uliczki. Znalazła sobie również przyjaciółkę-Tahomę. żałowała, że wcześniej jej nie poznała. Dopiero teraz dostrzegła, że zaślepiona własnym nieszczęściem i bólem nie chciała dostrzec dłoni od dawna do niej wyciągniętej. Teraz świat ponownie zaczął się zmieniać, życie nabierało sensu a przyjaciółka rozumiała ją bez słów. Kiedy miała kryzys i jak opętana nocą latała po szkole krzycząc i wykrzykując imię ukochanego, mówiąc do niego jakby stał tuż obok, Tahoma zawsze przychodziła z pomocą i uspakajała ją. Zmieniała temat. Mówiła o rzeczach błahych, o sprawach codziennych lecz w swej prostocie pięknych. O rzeczach, które z pozoru były tylko szarą rzeczywistością, lecz za sprawą przyjaciółki od serca nabierały blasku. To ona sprawiała, że kwiaty się uśmiechały, że słońce promieniało radością, że wiatr śpiewał radosne pieśni, a drzewa i rzeki szumiały o pięknie wszechświata. Emma uwielbiała swoja przyjaciółkę, to do niej szła w chwilach największego zwątpienia w sens życia. Uśmiechała się nawet, kiedy nieszczęście pożerało ją całą, tylko dzięki Tahomie.
Nie mogła jednak cały czas odsuwać od siebie tamtych bolesnych myśli, nie mogła uśpić w sobie do końca nieszczęścia bo przecież nadzieja nigdy nie umiera. Zwierzała się często Tahomie, lecz nigdy nie mówiła o swoich dążeniach do odzyskania miłości swego życia. Czas było otworzyć przed nią swą duszę, zwłaszcza, że odnaleziona we śnie róża trochę rozwinęła swe pąki .Należało czynić kolejne kroki, by dojść do celu. Emma powiedziała koleżance o tym co do tej pory ukrywała i długo potem patrzyły sobie w oczy. Wiedziała, że tamta jak ona poszukuje teraz sposobu by jej pomóc. Dłużej teraz przebywały razem niż zwykle. Prawie każdą wolną minutę poświęcały sobie. Rozmawiały niewiele. Emma wiedziała, że każda z nich podąża tą samą drogą, szukając środka do osiągnięcia celu.
Pewnego wieczoru Tahoma wróciła do demenatorium Gryffindoru z radosnym uśmiechem na twarzy i nic nie mówiąc pociągnęła Emi za sobą w stronę biblioteki. Otworzyła jakąś starą grubą księgę z działu " zakazanych" i przeczytała notatkę, która sprawiła, że róża ze snu Emi stała się jeszcze piękniejsza i bardziej czerwona. Oto jakie zbawcze słowa, zawierały te stare, dawno zapomniane przez ludzi stronice:

"Na pograniczu życia i śmierci tam znajdują się wrota łączące dwa światy Czarodziejski ze zwykłym. Tę właśnie drogą powinien podążać zagubiony wędrowiec. Człowiek, który utracił coś w świecie zwykłych, nie magicznych ludzi tylko tam odnajdzie swój skarb. Lecz droga ta wiedzie przez wiele niebezpieczeństw. Jest drogą pełną cierpienia... gdy mocno chce się dojść do celu by odzyskać to co się straciło, wszelkie cierpienia nie mają znaczenia...Jeżeli chcesz wejść na tę ścieżkę musisz udać się w kierunku wschodnim, tam gdzie początek bierze wszelkie życie, tam gdzie wschodzi słońce. Idź prosto nie bacząc na nic, w naturze szukaj pomocy. To ona wskaże Ci prawidłową drogę"

Emi poczuła jak radość ogarnia jej serce. Wydawało jej się, że już jest u celu. Widziała jego twarz. Czuła, że nie ma znaczenia jak wiele niebezpieczeństw czyha na nią na tej drodze. W tej chwili liczyło się tylko szczęście, które miało nadejść. Wiedziała ,że tylko ciężka praca daje dobre owoce, i właśnie w tej chwili to powiedzenie stało się mottem jej wędrówki. Popatrzyła na przyjaciółkę z taką radością, że cała jej postać wydawała się w tej chwili anielska. Bił od niej blask, emanowała radością i szczęściem, pięknem, którego nic nie jest w stanie zapeszyć. Uściskała przyjaciółkę i wybiegła z biblioteki. Nie zastanawiała się nad tym że nie ma jedzenia, że na sobie ma cienką, letnią, błękitną sukienkę. Ważna była tylko droga ku zbawieniu.
Tahoma zatrzymała ją. Miała łzy w oczach nie tyle z powodu szczęścia koleżanki co z jej utraty, gdyż przeczytała coś czego tamta już nie usłyszała. W tej książce pisało, że osoba, która dojdzie do celu na zawsze będzie już musiała pozostać na pograniczu tych dwóch światów ze swym odnalezionym skarbem. żałowała właśnie tej utraconej przyjaźni i szczęścia, którego nie zobaczy na twarzy swej przyjaciółki. Dogoniła ja teraz by powstrzymać ją od tego szaleńczego biegu i pomóc przygotować się do podróży. Przede wszystkim jednak pragnęła po raz ostatni z nią porozmawiać, zobaczyć jej szczęście i zapamiętać dobrze jak wyglądała jej najlepsza bratnia dusza w życiu:

-Emmo-rzekła spokojnie i cicho-Poczekaj musisz się przygotować do tej podróży, byś mogła pokonać trudności jakie czekają Cię na tej pełnej niebezpieczeństw drodze.
-Nie mogę czekać, być może on umiera z nieszczęścia. Muszę dojść na czas
-Przyjaciółko droga odrobinę rozsądku. Jeżeli pójdziesz tak jak teraz to z pewnością zginiesz gubiąc tym samym i siebie i jego. Ponadto Twoi rodzice w nieszczęściu po Twojej stracie powiedzieliby jego rodzicom o tym, że nie żyjesz, mszcząc się w ten sposób. Choć pomogę ci przygotować się do wędrówki.
-Więc chodźmy byle szybko, bo nadzieja nie może czekać zbyt długo, gdyż grozi jej śmierć.
-Nie Emmo, nadzieja nie umiera nigdy.

I po tych słowach obie ruszyły na górę, trzymając się za ręce a każda z nich myślała o drugiej. Teraz i Emma zaczęła odczuwać ból po stracie najbliższej przyjaciółki:
"Niby parę sekund dzieli mnie od drogi, która doprowadzi mnie do szczęścia- Aschleya. Z drugiej strony trące w życiu najlepsza przyjaciółkę. Ona na własną zgubę wskazała mi drogę ratunku"- myślała.
Emma miała więc przeczucie, że nigdy już nie ujrzy Tahomy. Musiała porzucić przyjaźń w imię świętej, romantycznej miłości. Kiedy była już gotowa do podróży, pożegnała przyjaciółkę prędko, gdyż nie chciała przedłużać w nieskończoność tego smutnego pożegnania. Choć szła w stronę szczęścia, najbardziej umiłowanego w swoim życiu płakała nad stratą innego szczęścia. Odeszła szybko kierując się w stronę wschodu. Kiedy była na szczycie najbliższego wzgórza obróciła się raz jeszcze w stronę przyjaciółki i gorzko zapłakała. Potem ruszyła dalej. Tahoma widziała z daleka dość długo jeszcze drobną lecz piękną, małą lecz "wielką" sylwetkę przyjaciółki. Zniknęła jej z oczu wraz z ostatnim promieniem zachodzącego słońca.

***
Aschley całymi dniami, odkąd opuściły go wszelkie radosne uczucia i nadzieja umarła w jego sercu, siedział na ławce przed oknem swego pokoju i patrzył w słońce. Nie widział przed sobą żadnej przyszłości, niczego czemu mógłby poświęcić swoje życie. Pamiętał jak wszystko na co niegdyś patrzył było uosobieniem jego ukochanej. Tak chmury były jak jej oczy, łagodne i wesołe. Trawa szumiała jak suknia gdy potajemnie przemykała się do niego. Przez słońce widział jej uśmiech a promienie księżycowe i ciemna noc były odzwierciedleniem jej włosów. W posągu Wenus, stojącym w ogrodzie, widział jej twarz. Była dla niego zachodem i wschodem słońca. To ona sprawiała, że przez mrok smutku zawsze przebijał się promień światła. W złych chwilach towarzyszył mu jej uśmiech, a w zwątpieniu jej słowa były balsamem dla duszy. Lecz cóż miał teraz począć, gdy cale życie przestało mieć sens. Już nie widział jej uśmiechu w obliczu słońca ani rysów jej twarzy w rzeźbie Wenus. Wręcz przeciwnie, teraz nie mógł na to wszystko patrzeć, gdyż przysparzało tylko bólu i cierpienia. Nie mógł jednak oderwać wzroku od gór i zachodzącego słońca. W tym widoku, niegdyś ostatniej ostoi radości Aschley topił swoje smutki. Pogrążony we własnym nieszczęściu, zapomniany przez wszystkich przyjaciół, wyśmiewany przez rodziców, którzy za wszelką cenę starali się sprawić by zapomniał o Emi, musiał żyć. Twarz jego zbladła, oczy się zapadły, schudł niemiłosiernie. Tak żył na granicy życia i śmierci. Zdawało mu się, że na próżno czeka na jakieś zbawienie. Nie chciał umierać sam nie wiedział co utrzymywało go przy życiu. Często odnosił wrażenie, że ktoś do niego mówi, lecz nie wierzył, by nadzieja mogła powstać z martwych. Chory z miłości patrzył więc wciąż na ten sam widok pogrążając się w nostalgii i bolesnych marzeniach o przeszłości. Trwał tak jak samotny wędrowiec, który raz zgubiwszy drogę nawet nie próbuje jej odnaleźć. Lecz nie wiedział, że nieszczęście jego zaczyna powoli przeistaczać się w nadzieję. Nie wiedział nic o zwiędłej róży, która ponownie zaczynała rozkwitać .

III Wędrówka:

Droga jaką podążała była długa i kręta. Dziewczyna raniła sobie nagie stopy na ostrych odłamkach skalnych. Krwią naznaczała swoją drogę. Nie wiedziała ile przeszła ale serce mówiło jej, że znacznie posunęła się na przód. Choć najgorsze niebezpieczeństwa były dopiero przed nią, nie traciła wiary w lepszą przyszłość. Rankiem szła cały czas na wschód, a w nocy towarzyszyła jej zawsze jedna, jasna gwiazda. Ta gwiazda, która swym światłem wskazywała dziewczynie drogę i dodawała otuchy, stała się jej przyjaciółką. Kiedy tak szła samotnie przez ten kraj pusty i bezludny, niemal taki jak w jej czarnym śnie, to do niej kierowała wszystkie swe myśli. To jej zwierzała się ze swoich problemów i opowiedziała całe swoje życie. Często utożsamiała ją z Tahomą, czasami nawet zdawało się jej, że to ona uśmiecha się do niej, i widziała jej pogodną twarz.
Droga stawała się coraz trudniejsza a jedzenia ubywało. Z czasem napojem dla Emi stała się tutejsza woda a pokarmem owoce, które w tych krainach coraz rzadziej się zdarzały a jeżeli były to wysuszone, zgniłe lub pozbawione smaku. Emi jednak z całej duszy dziękowała Bogu i naturze za to co jej dawały. Na ścieżce, którą podążała, coraz częściej pojawiały się ciernie. Niemiłosiernie kaleczyły jej stopy i często raz wbite nie chciały ich opuścić .Dziewczyna coraz bardziej opadała z sił, nawet słońce zaczęło sprawiać jej ból swoim żarem. W pobliżu nie było nic co mogło by stanowić przed nim ochronę .Jeżeli znikało za chmurami to wnet zaczynał padać rzęsisty deszcz. Robiło się chłodno a dreszcze przenikały dziewczynę od stóp do głowy.
Słońce stało w zenicie. Był środek lata więc temperatura sięgała czterdziestu kilku stopni. Emi z trudem czołgała się, chciało jej się pić a wody nie znajdowała od jakiegoś tygodnia. Była na pustyni. Wycieńczona i głodna upadła na gorący, parzący ciało piasek i czekała aż nadejdzie noc by choć trochę orzeźwić ją swym chłodem. Ale noc nie nadeszła ani teraz ani później. Trzeba było iść dalej. I właśnie wtedy u kresu wycieńczenia Emi przypomniała sobie o różdżce ukrytej na samym dnie tobołka. Starała się przypomnieć sobie jakieś zaklęcie. Nie była w stanie. Zmęczenie brało nad nią górę. Zwróciła więc błagalne oblicze w stronę nieba i upadła zemdlona na piasek.
Ocknęła się i poczuła, że przypomniała sobie kilka pożytecznych zaklęć. Z radością w jasnozielonych oczach podziękowała Bogu za łaskę, a słowa które wtedy wyrzekła mogłyby stać się nową modlitwą:

"O Boże, który dałeś nam życie
O Boże, który zesłałeś na nas los by srogo nas doświadczył
O Boże, który umiłowałeś wszystko począwszy od małej pszczółki do człowieka.
za to, że w obliczu nieszczęścia i utraty wszelkiej nadziei wsparłeś mnie
za to, że natchnąłeś mój umysł gdy byłam już na skraju śmierci
za to, że ambrozją poczęstowałeś człowieka
za to, że uczyniłeś cud, dzięki któremu przetrwa miłość
za to, że obsypałeś łaską właśnie mnie spośród tylu innych cierpiących
za to, że odnalazłeś na tej pustyni samotności i cierpienia w godzinie potrzeby
dziękuję Ci"
Chwilę później dziewczyna poszukująca swojego przenaczenia już wyczarowała kubek wody i jedzenie. Wiedziała, że to jej nie nasyci lecz zapobiegnie śmierci. Podczas bezksiężycowych nocy oświetlała sobie drogę czarodziejskim niebieskim płomykiem. Za pomocą różdżki rozpalała również ognisko. Ten magiczny przedmiot wskazywał jej również miejsca, gdzie znajdowała się woda i pożywienie. Musiała co prawda zbaczać z drogi, lecz za pomocą czarów równie łatwo ją odnajdowywała jak gubiła.
Jednak ten etap wędrówki powoli się kończył. Setnego dnia swojej podróży dziewczyna przekroczyła siec pajęczą, uplecioną przez ogromnego czarnego włochatego pająka o bursztynowy groźnych ślepiach. Znalazłszy się poza siecią ogarnął ją mrok. Była w krainie do której nigdy nie dotarł promyk światła, tam gdzie wiele niebezpiecznych stworzeń czyha na wędrowców ,w miejscu z którego niewielu wyszło żywych. Już na początku na Emmę spadła plaga. Gruba pajęczyca oblała ja ciemnozieloną, lepką mazią wżerającą się do ciała. Dziewczyna doznała bardzo poważnych obrażeń. Rany piekły ją jak ogień lecz ona nie zwracała na to większej uwagi, gdyż przed oczyma wciąż miła szczęście jakie czeka ją u kresu wędrówki. Od czasu modlitwy ani razu nie pomyślała o klęsce, nie dopuszczała do siebie myśli, że coś może pójść nie tak. Liczyła się z ranami i innymi ciężkimi obrażeniami, ale nie ze śmiercią, nie z porzuceniem nadziei. Szła bez wytchnienia i tylko wtedy oddawała się pod opiekę snu, kiedy nogi same odmawiały jej posłuszeństwa a przed oczami migały kolorowe plamy.
Doszła do jeziorka, położyła się na chwilkę by odpocząć .Pozwoliła wiatrowi swobodnie pohulać po twarzy. Chciała poczuć ten świeży i łagodny powiew, który da wytchnienie, sprawi, że będzie miała siłę by podążać dalej. Lecz kiedy tylko siadła zobaczyła zbliżającego się w jej stronę bogina pod postacią demenatora. Odsunęła od sobie jak najprędzej tę myśl. Ku jej przerażeniu nie był to bogin lecz prawdziwy demenator. Krzyknęła. Chciała sięgnąć po różdżkę, lecz było już za późno. Poczuła jego obecność. Wżerał się do jej podświadomości. Chciał dotrzeć do jej duszy, odebrać to w co wierzyła, zatracić ją, zgubić i zniszczyć. Ale wiedziała, że nie może mu się poddać myślała więc tylko o Aschleyu. Nie mogła go porzucić teraz gdy zaszła już tak daleko, nie mogła pozwolić by dekadentyzm zniszczył go do reszty. Trzymała się mocno tej ostatniej deski ratunku, ale potwór nie dawał za wygraną. Poczuła jak jej serce lodowacieje, jak mieszanina wszystkich negatywnych uczuć wżera się w jej serce. Poczuła, że śmierć nadchodzi. Widziała jej bladą twarz, która nie ustąpi, twarz skąpca, który nie odpuści swojemu dłużnikowi, twarz nieustępliwą. Krzyknęła, szarpała się i wciąż powtarzała jego imię. Nadzieja, która przez czas całej tej wędrówki tak bardzo rozrosła się w jej sercu, sprawiła, że ten krzyk przeraził demenatora. Złowrogi potwór znikł, a zmęczona tę walką Emma upadła na twarde skały. Z jej skaleczonych dłoni pociekła krew. Wyglądała jak męczennica, która tutaj poświęcała się w imię miłości.
Wiele jeszcze potworów i demonów spotykała na tej drodze, ale żaden nie mógł równać się z tym pierwszym najsilniejszym i najgroźniejszym.Za każdym razem gdy na jej drodze pojawiało się niebezpieczeństwo radziła sobie tak jak w pierwszym przypadku - siła miłości przezwyciężyła najgorszy strach a cierpienie tylko umacniało jej uczucie.

"Wraz ze wszystkimi strasznymi i niebezpiecznymi przygodami coraz bardziej wierzę w to, że dopiero teraz on będzie w stanie docenić w pełni co do niego czuję. Przez to cierpienie moja miłość staje się doskonała, a u kresu drogi zajaśnieje pełnią chwały, stanie ponad wszystkie inne uczucia, porazi swą świętością najbardziej religijnych ludzi. Stanie się mitem. Każdy będzie pamiętał o tym poświeceniu. Nikt jej nie będzie miał nic do zarzucenia bo stworzy ją samo piękno."- myślała za każdym razem kiedy musiała stawić czoło groźnym przeciwnościom losu. I wierzyła w swoje słowa, jak nigdy . Im bliżej celu tym większą radością, mimo wszystkich przebytych cierpień, napełniało się jej serce.
I tak dotarła do kresu swej podróży,- Wielkiego Morza. Ujrzała tam jednorożca. Jeszcze nigdy nie widziała zwierzęcia tak pięknego i szlachetnego. Musiał być Królem Królów wśród swojego gatunku. Jego sierść mieniła się wszystkimi barwami tęczy. Zarżał radośnie i lekko jakby wcale nie czuł ziemi pod stopami "przyfrunął" do Emmy. Pochylił łeb a ona onieśmielona weszła na jego grzbiet. Przygnębiająco lecz pięknie wyglądała ta drobna wysoka i piękna dziewczyna, doświadczona przez los, dotknięta wszelakimi plagami natury, na grzbiecie tego pełnego królewskiego majestatu wierzchowca. Jego srebrzysta grzywa lśniła w słońcu . Pomknął rozpryskując kopytami morskie fale w kierunku wchodzącego słońca.

IV Spotkanie:

Fale rozstępowały się przed biegnącym Królem Koni z dziewczyną na grzbiecie, która całe życie poświeciła w imię miłości. Długo trwał ten ostatni etap wędrówki, lecz tutaj było już tylko samo szczęście. Nadzieja zamieniła się w radość i pewność, bo oto wiele dni podróży uwieńczonych zostało zwycięstwem. Teraz już nic nie mogło zmącić szczęścia Emmie i jej ukochanemu. Tymczasem jednorożec właściwym sobie lekkim truchtem odnalazł wyspę pośrodku morza, na której dziewczyna odnaleźć miała tego dla którego poświeciła siebie. Jednym susem zwierzę znalazło się na wyspie. Piasek rozprysnął na około, i mienił się jak złoto w blasku wschodzącego słońca. Dziewczyna zeskoczyła i wzrokiem podziękowawszy jednorożcowi ruszyła już teraz nie bacząc na nic w głąb wyspy, by odnaleźć swój skarb. Doszła do szklanej prostopadłej ściany, która przypominała ogromne lustro. Wydawało jej się ,że w tej budowli znajduje odbicie całego swojego życia. Przed jej oczyma przelatywały wspomnienia. Zobaczyła ponownie swa przyjaciółkę Tahomę, widziała rodziców i trasę jaką niedawno przebyła. Wyjęła różdżkę a potem było tylko jasne światło, tak jasne jakie musi być w niebie gdy przekracza się bramy Raju. Długo stała tak w tej jasności a wszystkie piękne i wzniosłe uczucia rządziły wtedy jej sercem. W efekcie ujrzała Go. Po tylu latach wyczekiwać i udręki, po tylu cierpieniach nareszcie mogła wyciągnąć do niego rękę, usłyszeć jego słowa, poczuć smak jego ust. Upadła mu do stóp a on rosił jej rany łzami. Miłość sprawiła, że dziewczyna znów stała się piękna. Ślady przebytych cierpień zniknęły bez śladu. Jej sylwetka przypomniała teraz Aschleyowi boginię. Włosy jaśniały nadziemskim blaskiem, rozwiewane delikatnie przez lekkie podmuchy wiatru. Oczy wyrażały nieskończoną miłość do niego. Oboje jednak nic nie potrzebowali mówić, gdyż rozumieli się bez słów. łzy, które równocześnie trysnęły z ich oczu stały się wystarczającym dowodem na to co przeżywali przez tak wiele lat. Treść ich rozmowy wyrażała się w gestach i słowach, uśmiechach łzach i cierpieniu przez jakie przeszli. Teraz tu na tej samotnej wyspie, na pograniczu dwóch światów mieli dożyć końca swych dni, przeżyć to czego nie dane im było zaznać przez tak wiele lat. Nie mieli nikogo, byli tu sami lecz im nic więcej nie było do szczęścia potrzebne. Teraz była tylko radość, której żaden język świata nigdy w pełni nie wyrazi. Szczęście towarzyszyło im każdego dnia gdziekolwiek szli. Znów mogli siadywać razem na ławce, lecz tym razem patrzyli na morze. Nie myśleli już o niczym prócz siebie.Za dużo cierpień przeszli, zbyt daleką drogą musieli podążać by się odnaleźć, by teraz troszczyć się o innych. Każda chwila, każda sekunda była teraz dla nich wiecznością. Zdawało się, że wszelkie piękno wszechświata zawitało na tą wyspę. Róża ze snów Emi w pełni rozkwitła i aż raziła swym pięknem, zaś swą nienaturalną czerwienią budziła zachwyt.

***
Jednak śmierć, nieubłagana Czarna Pani musiała okryć swym płaszczem nawet te parę kochanków. Zawitała więc pewnej nocy i do tej krainy ostoi piękna, radości i symbolu poświęcania. Zabrała Emi daleko, daleko poza granice czasu i rozumu - do Raju. Aschley zrozumiał, że teraz on będzie musiał cierpieć.

V Oczekiwanie:

Siedział już tysiąc lat, wciąż piękny i młody na skale nad brzegiem morza, koło zawsze jednakowo świeżego i cudownego, boskiego ciała Swej Ukochanej. Trzymał w swej ręce jej dłoń. Czuł jak wiatr porusza białą suknią w którą była odziana. Miał przed sobą jej oblicze i uśmiech, który na zawsze zamarł na jej martwej twarzy .Cierpiał bardzo bo ona była tam "gdzie wzrok nie sięga". Pozostały tylko wspomnienia, których nie sposób było ponownie powołać do życia. Martwa twarz patrzyła na niego lecz nic nie mogła powiedzieć, usta nie dokończyły ostatniego słowa. Włosy delikatnie rozwiewał wiatr, jakby chciał powołać ponownie do życia to nieżywe już ciało. Szum morza wciąż śpiewał o stracie a muzyka jego sprawiała, że cały wszechświat litował się nad tę parą kochanków lecz nie mógł nic zrobić. Fale rozbijały się o brzeg i wznosiły swą pieśń żałobną wysoko ponad chmury. Drzewa szumiały i utrwalały wszystkie przemijające chwile w księdze życia. I kiedy tak nocami i dniami przy blasku księżyca i promieniach słońca, Aschley czuwał, wciąż słyszał słowa, które wyrzekła do niego ukochana w godzinie śmierci:

"Tylko w milczeniu słowo
Tylko w ciemności światło
Tylko w umieraniu życie
na pustym niebie jasny jest lot sokoła"

VI Śmierć:

Słyszał je cały czas, nie dawały mu spokoju i pamiętał o nich nawet wtedy, gdy wreszcie śmierć po dwóch tysiącach lat samotności zlitowała się nad nim i okryła swym czarnym płaszczem by przenieść go poza granice czasu i rozumu do Raju.

Źródła:
"Tylko w milczeniu słowo
Tylko w ciemności światło
Tylko w umieraniu życie
na pustym niebie jasny jest lot sokoła" (Urszula K. Leguin "Czarnoksiężnik z archipelagu")

" Sięgaj gdzie wzrok nie sięga".("Oda do Młodości A. Mickiewicz)

"Tylko my jesteśmy w stanie ocenić jak wysoką cenę płacimy za nasze marzenia"(Paulo Coelho "Nad brzegiem rzeki Piedry usiadłam i płakałam")
  Topic: Twórczość
Scarlett O'Hara

Replies: 16
Views: 852

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Wed Jul 09, 2003 1:34 pm   Subject: Twórczość
To świetny pomysł gdyż jak na razie moja własna twórczość znajduje się na forum pt."Ogólne". :(
  Topic: Moje opowiadanie o miłości
Scarlett O'Hara

Replies: 2
Views: 771

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Tue Jul 08, 2003 11:15 pm   Subject: Moje opowiadanie o miłości
Na początku chciałam tylko powiedzieć, że opowiadania które tu będę stopniowo umieszczać znajdują się już na portalu: www.prorok.civ.pl który bardzo polecam. Postanowiłam umieścić je tutaj gdyż nie należy zawężać świata do jednej strony. Zresztą tem już je albo opoublikowali albo znają a tu nie. :wink:

Oto pierwsze z nich dotyczy trochę HP:

Tylko my jesteśmy w stanie ocenić jak wysoką cenę płacimy za nasze marzenia

I Tragiczna wiadomość:

Radosny śpiew Aschleya dał się słyszeć w całym domu. Chłopak był wciąż jeszcze szczęśliwy , gdyż wspomnienie minionego wieczora nie obudziło się jeszcze w jego duszy. Zdawało mu się, że cały wszechświat raduje się wraz nim. Oto wesoło zaćwierkały ptaki siedzące na parapecie okna wychodzącego na podwórze. Kurz uniósł się radośnie i odtańczył swój zwykły, lecz piękny taniec pełen chaosu a zarazem swobody. Promienie porannego słońca roztoczyły swe pomarańczowo-złote promienie na cała okolicę i stały się tym samym zwiastunem nowego, radosnego dnia. Zatrzeszczały stare deski podłogi jakby i one chciały uczestniczyć w panującym na około nastroju radości i wesela. W tym samym momencie podobny śpiew rozległ się w domu położonym o dwie ulice dalej. Na Priviet Drive IV obudziła się Emma. Popatrzyła na świat dokoła siebie i nie bacząc na wczesną porę, ani na to co
powiedzą rodzice, ubrała się w białą, cienką, sięgającą do ziemi sukienkę. Rozczesała długie, czarne, falujące włosy. Założyła błękitne trzewiczki i wybiegła na podwórze. Przebiegła przez ogród jakże dobrze znaną sobie drogą. Pięknie wyglądała ta jej niewinna niemal anielska postać w białej sukni pośrodku morza różnobarwnych kwiatów. Dziewczyna urwała jedną z róż i przyczepiła sobie we włosy, dobrze wiedziała jak zachwycić Aschleya. Teraz, kiedy do niego biegła, nie widziała świata poza nim. Chciała być tylko dla niego i tylko przy nim. Nie liczyli się rodzice, nie ważne było, co powiedzą sąsiedzi. Istniała tylko miłość...
...Po długiej drodze, prowadzącej jak mniemała Emma do szczęścia, nareszcie ukazał się oczom dziewczynki mały, biały, elegancki domek, który tak bardzo uwielbiała. Dostrzegła również okno wychodzące na zachód z prześlicznym widokiem na góry. Ubóstwiała ten widok, szczególnie o zachodzie słońca, kiedy siadali sobie z ukochanym na ławce pod wspomnianym oknem i patrzyli jak słońce znika za szczytami, oświetlając pięknie całą dolinę. Niezwykłym był dla nich moment, gdy ostatni jego promień gasł i pozostawało tylko wspomnienie minionego dnia. A teraz, kiedy nastał świt znów zbudziła się nowa nadzieja a wraz z nią nowe szczęście i ich miłość poczęła coraz bardziej dojrzewać. Podbiegła, więc do okna z podwójną radością i zastukała trzy razy. Nie minęło nawet kilka sekund a już przed nią stał uśmiechnięty od ucha do ucha Aschley. Chłonęła jego uśmiech, każdy jego krok i każde jego słowo jakby ktoś miał jej go na długo odebrać. I ta ostatnia myśl, jak mniemała wtenczas Emma, spowodowała burzę, która długo nie miała się skończyć. Oto jej Jedyny opowiedział o zdarzeniu, które na zawsze mogło zaburzyć ich szczęście.

-Podsłuchałem w nocy rozmowę telefoniczną-rzekł
Emma poczuła, że święci się coś niedobrego:
-A któż rozmawiał, że mi o tym mówisz?- spytała z niepokojem
-Nasi rodzice

Na te słowa swego ukochanego Emma zbladła. Wszystkie mgliste wspomnienia z przeszłości, wspomnienia do, których, nigdy nie przywiązywała większej uwagi, stanęły przed jej oczyma jak żywe. Widziała znów te nieprzyjemne spotkania swoich rodziców z rodzicami Aschleya. Widziała pioruny jakie matka wzrokiem ciskała w matkę jej ukochanego. Widziała fałsz i nienawiść pod maską pięknych słów i miłych rozmów, kiedy ze sobą rozmawiały. Widziała wielki ogień, który rozpalili pomiędzy sobą nienawidzący się ojcowie. Ogień, którego żadna woda nie zdoła ugasić. Przypomniała sobie to wszystko i zadrżawszy spytała:

-Cóż mówili, czyżby swoją nienawiścią chcieli zniszczyć to co nas łączy?
-Jak zwykle Emmo, nie mylisz się, choć może to co powiem będzie stokroć gorsze niż myślisz.

Milczała, a on zrozumiał że ból i strach jaki wywołał tymi słowami owładnął jej sercem. Mówił więc dalej.

-Dobrze wiesz, że moi rodzice nienawidzą Twoich za to jacy są. Oni są nie magiczni a Twoi wręcz przeciwnie. Lecz przyczyna tkwi znacznie głębiej. Jest coś o czym nie wiesz kochanie.

Nic nie odpowiedziała, zwróciła na niego tylko swój błagalny, pełen niepokoju wzrok czekając na odpowiedź. Miała ona roztrzaskać w gruzy to co najcenniejsze w życiu posiadła.

-Nasza rodzina ma szlachetne pochodzenie, zawsze byliśmy czystej krwi. Wszyscy nasi potomkowie byli magikami, ale sam nie wiem dokładnie co się stało, lecz ja i moi rodzice utraciliśmy zdolność czarowania. Staliśmy się zwykłymi ludźmi. Nie mamy żadnych kontaktów z magicznym światem. Nic nie jest w stanie tego naprawić. To stało się tematem drwin całego społeczeństwa czarodziejów, jesteśmy tak jakby poza nawiasem każdego z nich. Do nie magicznych należeć nie możemy, zbyt bolesne jest wspomnienie tego co straciliśmy.

-Jakże możecie żałować tego czego nigdy nie poznaliście?
-Nigdy, a wspomnienia naszych przodków. Opowieści mojego dziadka. To wszystko co za pomocą magii czynili rodzice moich rodziców. Czy nadal myślisz, że to niej boli? Pragniesz czegoś co na zawsze zostało dla ciebie utracone.
-Tak, teraz rozumiem. Mów dalej, cóż to wszystko z nami ma wspólnego.
-Właśnie w tym tkwi źródło nienawiści między naszymi rodami. Moi rodzice nie mogą ścierpieć naszej miłości, nienawidzą czarodziejów jednocześnie ich kochając. Chcą na zawsze nas rozłączyć. Wczoraj Twój tata zadzwonił do mojego. Powiedział, że jego córka nie może zadawać się z takimi jak on i że wyśle ją już niedługo do Hogwartu, nie pozwoli pisywać listów do mnie, w wakacje zerwie wszelkie kontakty, na zawsze zamknie Cię w świecie po drugiej stronie lustra. Nasze spotkania ustaną wtedy na wieczność Emi.
-A co na to Twój tata, przecież tu chodziło także o jego pochodzenia, o to co utracił, to była osobista zniewaga. Co odrzekł?
-Zaczęli się kłócić, wyzywali się a mój tata poparł Twojego tylko w tym, że należy nas rozłączyć. Powiedział, że on też nie chce by jego syn zadawał się...

Tu Aschley zamilkł nie był w stanie powtórzyć Emi tego co usłyszał ubiegłego wieczora. Tamto słowo, które wyrzekł jego ojciec już dostatecznie zraniło jego serce. Było najgorszą raną jaką kiedykolwiek mu zadano. Nie mógł dopuścić do tego by druga osoba, jemu najbliższa, do końca życia nosiła po niej znamię.
Emi zrozumiała to, i nic już nie mówiła. Razem z Aschleyem zdali sobie sprawę z tego, że jedyne co im pozostało to udać się po raz ostatni na tę ławeczkę z widokiem na góry i długo płakać nad utraconym szczęściem. Usiedli więc blisko siebie. W momencie, kiedy tysiące noży raniło boleśnie ich dusze, patrzyli na siebie. łzy jednego mieszały się z łzami drugiego. Słowa, których nikt nie wypowiedział same cisnęły się na usta. Były to słowa pełne boleści, słowa przepełnione nieszczęśliwą miłością. Nieruchome wargi mówił o cierpieniu, lecz pośród tego obrazu nędzy i rozpaczy zaświtała nadzieja bo miłość naznaczona piętnem cierpienia nie umiera, istnieje zawsze. Gdy królewna zostanie zamknięta na niedostępnej dla zwykłych ludzi wieży, pośrodku nieskończonego morza na szklanej górze; tylko miłość prawdziwa i święta jest w stanie ją uratować, tylko ona może rozkuć na zawsze ciężkie, żelazne łańcuchy zdradliwego losu.
Kiedy Aschley ze łzami w oczach ujawniał przed swą narzeczoną okrutną prawdę ptaki, które jeszcze rano radośnie świergotały nagle umilkły, po to by chwilę później podjąć śpiew. Melodia jaki wydobyła się tym razem z tych małych dzióbków była stokroć smutniejsza od marszu pogrzebowego. Słychać w niej było wycie samotnego wilka, jęk drzewa któremu rozszalały wiatr połamał gałęzie, pełen tragedii huk kropel deszczu o szybę. Kurz opadał nagle by więcej nie podjąć już swego pełnego chaosu tańca. Deski podłogi zgrzytnęły tak przeraźliwie, że dreszcz przeszył obydwu kochanków.

4 lata później
II Cierpienie i nadzieja:

Emi siedziała w sowiarni, i wysyłała kolejny list do ukochanego. Dobrze wiedziała, że odpowiedź nie nadejdzie ale nadzieja nigdy nie gasła w jej sercu. W związku z tym codziennie rano z brzaskiem wschodzącego słońca biegła na najwyższą wierzę w zamku. Tysiące listów jakie wysyłała do ukochanego zawsze powracało razem z czerwoną, złowróżebną kopertą od rodziców. Wiedziała, że cała szkoła zwraca na nią uwagę, że wszyscy wytykają ją sobie palcami. Nic ją to jednak nie obchodziło.Za nic miała ten krzyk swojej matki każdego dnia znienacka wystrzelający z czerwonej koperty, i długie echo które wiele minut jeszcze odbijało się od murów szkolnych. Była samotna jak nigdy, nadzieja nie mogła do końca jej zadowolić była tylko małą iskrą wielkiego ogniska, którego przyszłość była niepewna.
Kiedy w samotności siedziała na schodach, a księżyc oświetlał jej kruczoczarne włosy, myślała o straconym szczęściu. Bezskutecznie poszukiwała metody na odnalezienie swego ukochanego. Zastanawiała się czemu los nie pozwolił jej być szczęśliwą, a stanął po stronie nienawiści. Czemu ona była jego ofiarą. Kiedy tak czyniła tysiące wynurzeń, plątając się w labiryncie bez wyjścia, pogrążała się w coraz większej rozpaczy. Nie mogła jednak siedzieć bezczynnie i bardzo dobrze to rozumiała. Wiedziała, że jej łzy na niewiele się zdadzą, że musi znaleźć inny środek zaradczy. Mimo to nastrój zniechęcenia, który wciąż budzi w człowieku myśli o śmierci, nie opuszczał jej. Często bezsilnie leżała na ziemi tonąc we łzach, majaczyła i wrzeszczała, pogrążała się w ciemności. Nocami śniły jej się dalekie krainy - bezdrzewne i smutne. Nie było na nich ani jednego człowieka, tylko pusta i jałowa przestrzeń. Zawsze dochodziła do jej krańca i zaglądała w przepaść, by zobaczyć jedynie gęstniejący mrok. Nie było tam słońca ani księżyca z jego srebrzystymi promieniami. Pogrążała się wtedy w niepamięci , starała się nie myśleć o niczym. Wiedziała, że czy we śnie czy na jawie nigdy nie wyzbędzie się myśli o tym co utraciła. Ten monotonny obraz we śnie, ta kraina pusta i przepełniona ciemnością była obrazem jej duszy. Emma wiedział o tym, i zdawało jej się że, na próżno szuka nadziei.
Pewnej bezgwiezdnej i bezksiężycowej nocy, kiedy czarny i smutnooki sen, jak przywykła go nazywać, wziął ją w swoje objęcia, ujrzała to na co tak długo czekała. Pośród monotonni krajobrazu z marzeń sennych ujrzała kwiat - zwiędłą różę. Jakże bardzo odcinała się ona od tej wszechogarniającej ciemności, mimo że była umierająca raziła swym kolorem, jakże jaskrawym. Emma ostatkami sił zbliżyła się do kwiatu i dotknęła go. Ujęła w ręce symbol nadziei i przytuliła do serca. Nie wiedział jeszcze co ma czynić, ale wierzyła, że przyszłość odmieni jej życie. W tym momencie obudziła się i poczuła, że ogromna zmiana zaszła w jej sercu. Iskra w jej duszy zapłonęła żywiej. Na niebie w tym samym czasie pojawiły się gwiazdy a księżyc oświetlił jej włosy srebrzystymi promieniami. Uśmiechnęła się. Gdyby ją ktoś teraz zobaczył zdziwiłby się jak ogromna zmiana zaszła w tej dziewczynie w ciągu jednej zaledwie nocy. Zielone oczy niegdyś matowe, smutne i pełne nostalgii teraz ponownie nabrały blasku. Włosy zalśnił księżycowym blaskiem, usta zwykle zacięte rozchyliły się w łagodnym uśmiechu. Ruchy dziewczyny stały się żywsze jakby poszukiwała czegoś i nie miała chwili do stracenia.
Przestała wysyłać listy do Sebastiana, wiedziała, że to tylko nie potrzebnie pogrąża ją w rozpaczy. Nie widziała, co prawda, jeszcze wyjścia z labiryntu lecz coraz rzadziej trafiała na ślepe uliczki. Znalazła sobie również przyjaciółkę-Tahomę. żałowała, że wcześniej jej nie poznała. Dopiero teraz dostrzegła, że zaślepiona własnym nieszczęściem i bólem nie chciała dostrzec dłoni od dawna do niej wyciągniętej. Teraz świat ponownie zaczął się zmieniać, życie nabierało sensu a przyjaciółka rozumiała ją bez słów. Kiedy miała kryzys i jak opętana nocą latała po szkole krzycząc i wykrzykując imię ukochanego, mówiąc do niego jakby stał tuż obok, Tahoma zawsze przychodziła z pomocą i uspakajała ją. Zmieniała temat. Mówiła o rzeczach błahych, o sprawach codziennych lecz w swej prostocie pięknych. O rzeczach, które z pozoru były tylko szarą rzeczywistością, lecz za sprawą przyjaciółki od serca nabierały blasku. To ona sprawiała, że kwiaty się uśmiechały, że słońce promieniało radością, że wiatr śpiewał radosne pieśni, a drzewa i rzeki szumiały o pięknie wszechświata. Emma uwielbiała swoja przyjaciółkę, to do niej szła w chwilach największego zwątpienia w sens życia. Uśmiechała się nawet, kiedy nieszczęście pożerało ją całą, tylko dzięki Tahomie.
Nie mogła jednak cały czas odsuwać od siebie tamtych bolesnych myśli, nie mogła uśpić w sobie do końca nieszczęścia bo przecież nadzieja nigdy nie umiera. Zwierzała się często Tahomie, lecz nigdy nie mówiła o swoich dążeniach do odzyskania miłości swego życia. Czas było otworzyć przed nią swą duszę, zwłaszcza, że odnaleziona we śnie róża trochę rozwinęła swe pąki .Należało czynić kolejne kroki, by dojść do celu. Emma powiedziała koleżance o tym co do tej pory ukrywała i długo potem patrzyły sobie w oczy. Wiedziała, że tamta jak ona poszukuje teraz sposobu by jej pomóc. Dłużej teraz przebywały razem niż zwykle. Prawie każdą wolną minutę poświęcały sobie. Rozmawiały niewiele. Emma wiedziała, że każda z nich podąża tą samą drogą, szukając środka do osiągnięcia celu.
Pewnego wieczoru Tahoma wróciła do demenatorium Gryffindoru z radosnym uśmiechem na twarzy i nic nie mówiąc pociągnęła Emi za sobą w stronę biblioteki. Otworzyła jakąś starą grubą księgę z działu " zakazanych" i przeczytała notatkę, która sprawiła, że róża ze snu Emi stała się jeszcze piękniejsza i bardziej czerwona. Oto jakie zbawcze słowa, zawierały te stare, dawno zapomniane przez ludzi stronice:

"Na pograniczu życia i śmierci tam znajdują się wrota łączące dwa światy Czarodziejski ze zwykłym. Tę właśnie drogą powinien podążać zagubiony wędrowiec. Człowiek, który utracił coś w świecie zwykłych, nie magicznych ludzi tylko tam odnajdzie swój skarb. Lecz droga ta wiedzie przez wiele niebezpieczeństw. Jest drogą pełną cierpienia... gdy mocno chce się dojść do celu by odzyskać to co się straciło, wszelkie cierpienia nie mają znaczenia...Jeżeli chcesz wejść na tę ścieżkę musisz udać się w kierunku wschodnim, tam gdzie początek bierze wszelkie życie, tam gdzie wschodzi słońce. Idź prosto nie bacząc na nic, w naturze szukaj pomocy. To ona wskaże Ci prawidłową drogę"

Emi poczuła jak radość ogarnia jej serce. Wydawało jej się, że już jest u celu. Widziała jego twarz. Czuła, że nie ma znaczenia jak wiele niebezpieczeństw czyha na nią na tej drodze. W tej chwili liczyło się tylko szczęście, które miało nadejść. Wiedziała ,że tylko ciężka praca daje dobre owoce, i właśnie w tej chwili to powiedzenie stało się mottem jej wędrówki. Popatrzyła na przyjaciółkę z taką radością, że cała jej postać wydawała się w tej chwili anielska. Bił od niej blask, emanowała radością i szczęściem, pięknem, którego nic nie jest w stanie zapeszyć. Uściskała przyjaciółkę i wybiegła z biblioteki. Nie zastanawiała się nad tym że nie ma jedzenia, że na sobie ma cienką, letnią, błękitną sukienkę. Ważna była tylko droga ku zbawieniu.
Tahoma zatrzymała ją. Miała łzy w oczach nie tyle z powodu szczęścia koleżanki co z jej utraty, gdyż przeczytała coś czego tamta już nie usłyszała. W tej książce pisało, że osoba, która dojdzie do celu na zawsze będzie już musiała pozostać na pograniczu tych dwóch światów ze swym odnalezionym skarbem. żałowała właśnie tej utraconej przyjaźni i szczęścia, którego nie zobaczy na twarzy swej przyjaciółki. Dogoniła ja teraz by powstrzymać ją od tego szaleńczego biegu i pomóc przygotować się do podróży. Przede wszystkim jednak pragnęła po raz ostatni z nią porozmawiać, zobaczyć jej szczęście i zapamiętać dobrze jak wyglądała jej najlepsza bratnia dusza w życiu:

-Emmo-rzekła spokojnie i cicho-Poczekaj musisz się przygotować do tej podróży, byś mogła pokonać trudności jakie czekają Cię na tej pełnej niebezpieczeństw drodze.
-Nie mogę czekać, być może on umiera z nieszczęścia. Muszę dojść na czas
-Przyjaciółko droga odrobinę rozsądku. Jeżeli pójdziesz tak jak teraz to z pewnością zginiesz gubiąc tym samym i siebie i jego. Ponadto Twoi rodzice w nieszczęściu po Twojej stracie powiedzieliby jego rodzicom o tym, że nie żyjesz, mszcząc się w ten sposób. Choć pomogę ci przygotować się do wędrówki.
-Więc chodźmy byle szybko, bo nadzieja nie może czekać zbyt długo, gdyż grozi jej śmierć.
-Nie Emmo, nadzieja nie umiera nigdy.

I po tych słowach obie ruszyły na górę, trzymając się za ręce a każda z nich myślała o drugiej. Teraz i Emma zaczęła odczuwać ból po stracie najbliższej przyjaciółki:
"Niby parę sekund dzieli mnie od drogi, która doprowadzi mnie do szczęścia- Aschleya. Z drugiej strony trące w życiu najlepsza przyjaciółkę. Ona na własną zgubę wskazała mi drogę ratunku"- myślała.
Emma miała więc przeczucie, że nigdy już nie ujrzy Tahomy. Musiała porzucić przyjaźń w imię świętej, romantycznej miłości. Kiedy była już gotowa do podróży, pożegnała przyjaciółkę prędko, gdyż nie chciała przedłużać w nieskończoność tego smutnego pożegnania. Choć szła w stronę szczęścia, najbardziej umiłowanego w swoim życiu płakała nad stratą innego szczęścia. Odeszła szybko kierując się w stronę wschodu. Kiedy była na szczycie najbliższego wzgórza obróciła się raz jeszcze w stronę przyjaciółki i gorzko zapłakała. Potem ruszyła dalej. Tahoma widziała z daleka dość długo jeszcze drobną lecz piękną, małą lecz "wielką" sylwetkę przyjaciółki. Zniknęła jej z oczu wraz z ostatnim promieniem zachodzącego słońca.

***
Aschley całymi dniami, odkąd opuściły go wszelkie radosne uczucia i nadzieja umarła w jego sercu, siedział na ławce przed oknem swego pokoju i patrzył w słońce. Nie widział przed sobą żadnej przyszłości, niczego czemu mógłby poświęcić swoje życie. Pamiętał jak wszystko na co niegdyś patrzył było uosobieniem jego ukochanej. Tak chmury były jak jej oczy, łagodne i wesołe. Trawa szumiała jak suknia gdy potajemnie przemykała się do niego. Przez słońce widział jej uśmiech a promienie księżycowe i ciemna noc były odzwierciedleniem jej włosów. W posągu Wenus, stojącym w ogrodzie, widział jej twarz. Była dla niego zachodem i wschodem słońca. To ona sprawiała, że przez mrok smutku zawsze przebijał się promień światła. W złych chwilach towarzyszył mu jej uśmiech, a w zwątpieniu jej słowa były balsamem dla duszy. Lecz cóż miał teraz począć, gdy cale życie przestało mieć sens. Już nie widział jej uśmiechu w obliczu słońca ani rysów jej twarzy w rzeźbie Wenus. Wręcz przeciwnie, teraz nie mógł na to wszystko patrzeć, gdyż przysparzało tylko bólu i cierpienia. Nie mógł jednak oderwać wzroku od gór i zachodzącego słońca. W tym widoku, niegdyś ostatniej ostoi radości Aschley topił swoje smutki. Pogrążony we własnym nieszczęściu, zapomniany przez wszystkich przyjaciół, wyśmiewany przez rodziców, którzy za wszelką cenę starali się sprawić by zapomniał o Emi, musiał żyć. Twarz jego zbladła, oczy się zapadły, schudł niemiłosiernie. Tak żył na granicy życia i śmierci. Zdawało mu się, że na próżno czeka na jakieś zbawienie. Nie chciał umierać sam nie wiedział co utrzymywało go przy życiu. Często odnosił wrażenie, że ktoś do niego mówi, lecz nie wierzył, by nadzieja mogła powstać z martwych. Chory z miłości patrzył więc wciąż na ten sam widok pogrążając się w nostalgii i bolesnych marzeniach o przeszłości. Trwał tak jak samotny wędrowiec, który raz zgubiwszy drogę nawet nie próbuje jej odnaleźć. Lecz nie wiedział, że nieszczęście jego zaczyna powoli przeistaczać się w nadzieję. Nie wiedział nic o zwiędłej róży, która ponownie zaczynała rozkwitać .

III Wędrówka:

Droga jaką podążała była długa i kręta. Dziewczyna raniła sobie nagie stopy na ostrych odłamkach skalnych. Krwią naznaczała swoją drogę. Nie wiedziała ile przeszła ale serce mówiło jej, że znacznie posunęła się na przód. Choć najgorsze niebezpieczeństwa były dopiero przed nią, nie traciła wiary w lepszą przyszłość. Rankiem szła cały czas na wschód, a w nocy towarzyszyła jej zawsze jedna, jasna gwiazda. Ta gwiazda, która swym światłem wskazywała dziewczynie drogę i dodawała otuchy, stała się jej przyjaciółką. Kiedy tak szła samotnie przez ten kraj pusty i bezludny, niemal taki jak w jej czarnym śnie, to do niej kierowała wszystkie swe myśli. To jej zwierzała się ze swoich problemów i opowiedziała całe swoje życie. Często utożsamiała ją z Tahomą, czasami nawet zdawało się jej, że to ona uśmiecha się do niej, i widziała jej pogodną twarz.
Droga stawała się coraz trudniejsza a jedzenia ubywało. Z czasem napojem dla Emi stała się tutejsza woda a pokarmem owoce, które w tych krainach coraz rzadziej się zdarzały a jeżeli były to wysuszone, zgniłe lub pozbawione smaku. Emi jednak z całej duszy dziękowała Bogu i naturze za to co jej dawały. Na ścieżce, którą podążała, coraz częściej pojawiały się ciernie. Niemiłosiernie kaleczyły jej stopy i często raz wbite nie chciały ich opuścić .Dziewczyna coraz bardziej opadała z sił, nawet słońce zaczęło sprawiać jej ból swoim żarem. W pobliżu nie było nic co mogło by stanowić przed nim ochronę .Jeżeli znikało za chmurami to wnet zaczynał padać rzęsisty deszcz. Robiło się chłodno a dreszcze przenikały dziewczynę od stóp do głowy.
Słońce stało w zenicie. Był środek lata więc temperatura sięgała czterdziestu kilku stopni. Emi z trudem czołgała się, chciało jej się pić a wody nie znajdowała od jakiegoś tygodnia. Była na pustyni. Wycieńczona i głodna upadła na gorący, parzący ciało piasek i czekała aż nadejdzie noc by choć trochę orzeźwić ją swym chłodem. Ale noc nie nadeszła ani teraz ani później. Trzeba było iść dalej. I właśnie wtedy u kresu wycieńczenia Emi przypomniała sobie o różdżce ukrytej na samym dnie tobołka. Starała się przypomnieć sobie jakieś zaklęcie. Nie była w stanie. Zmęczenie brało nad nią górę. Zwróciła więc błagalne oblicze w stronę nieba i upadła zemdlona na piasek.
Ocknęła się i poczuła, że przypomniała sobie kilka pożytecznych zaklęć. Z radością w jasnozielonych oczach podziękowała Bogu za łaskę, a słowa które wtedy wyrzekła mogłyby stać się nową modlitwą:

"O Boże, który dałeś nam życie
O Boże, który zesłałeś na nas los by srogo nas doświadczył
O Boże, który umiłowałeś wszystko począwszy od małej pszczółki do człowieka.
za to, że w obliczu nieszczęścia i utraty wszelkiej nadziei wsparłeś mnie
za to, że natchnąłeś mój umysł gdy byłam już na skraju śmierci
za to, że ambrozją poczęstowałeś człowieka
za to, że uczyniłeś cud, dzięki któremu przetrwa miłość
za to, że obsypałeś łaską właśnie mnie spośród tylu innych cierpiących
za to, że odnalazłeś na tej pustyni samotności i cierpienia w godzinie potrzeby
dziękuję Ci"
Chwilę później dziewczyna poszukująca swojego przenaczenia już wyczarowała kubek wody i jedzenie. Wiedziała, że to jej nie nasyci lecz zapobiegnie śmierci. Podczas bezksiężycowych nocy oświetlała sobie drogę czarodziejskim niebieskim płomykiem. Za pomocą różdżki rozpalała również ognisko. Ten magiczny przedmiot wskazywał jej również miejsca, gdzie znajdowała się woda i pożywienie. Musiała co prawda zbaczać z drogi, lecz za pomocą czarów równie łatwo ją odnajdowywała jak gubiła.
Jednak ten etap wędrówki powoli się kończył. Setnego dnia swojej podróży dziewczyna przekroczyła siec pajęczą, uplecioną przez ogromnego czarnego włochatego pająka o bursztynowy groźnych ślepiach. Znalazłszy się poza siecią ogarnął ją mrok. Była w krainie do której nigdy nie dotarł promyk światła, tam gdzie wiele niebezpiecznych stworzeń czyha na wędrowców ,w miejscu z którego niewielu wyszło żywych. Już na początku na Emmę spadła plaga. Gruba pajęczyca oblała ja ciemnozieloną, lepką mazią wżerającą się do ciała. Dziewczyna doznała bardzo poważnych obrażeń. Rany piekły ją jak ogień lecz ona nie zwracała na to większej uwagi, gdyż przed oczyma wciąż miła szczęście jakie czeka ją u kresu wędrówki. Od czasu modlitwy ani razu nie pomyślała o klęsce, nie dopuszczała do siebie myśli, że coś może pójść nie tak. Liczyła się z ranami i innymi ciężkimi obrażeniami, ale nie ze śmiercią, nie z porzuceniem nadziei. Szła bez wytchnienia i tylko wtedy oddawała się pod opiekę snu, kiedy nogi same odmawiały jej posłuszeństwa a przed oczami migały kolorowe plamy.
Doszła do jeziorka, położyła się na chwilkę by odpocząć .Pozwoliła wiatrowi swobodnie pohulać po twarzy. Chciała poczuć ten świeży i łagodny powiew, który da wytchnienie, sprawi, że będzie miała siłę by podążać dalej. Lecz kiedy tylko siadła zobaczyła zbliżającego się w jej stronę bogina pod postacią demenatora. Odsunęła od sobie jak najprędzej tę myśl. Ku jej przerażeniu nie był to bogin lecz prawdziwy demenator. Krzyknęła. Chciała sięgnąć po różdżkę, lecz było już za późno. Poczuła jego obecność. Wżerał się do jej podświadomości. Chciał dotrzeć do jej duszy, odebrać to w co wierzyła, zatracić ją, zgubić i zniszczyć. Ale wiedziała, że nie może mu się poddać myślała więc tylko o Aschleyu. Nie mogła go porzucić teraz gdy zaszła już tak daleko, nie mogła pozwolić by dekadentyzm zniszczył go do reszty. Trzymała się mocno tej ostatniej deski ratunku, ale potwór nie dawał za wygraną. Poczuła jak jej serce lodowacieje, jak mieszanina wszystkich negatywnych uczuć wżera się w jej serce. Poczuła, że śmierć nadchodzi. Widziała jej bladą twarz, która nie ustąpi, twarz skąpca, który nie odpuści swojemu dłużnikowi, twarz nieustępliwą. Krzyknęła, szarpała się i wciąż powtarzała jego imię. Nadzieja, która przez czas całej tej wędrówki tak bardzo rozrosła się w jej sercu, sprawiła, że ten krzyk przeraził demenatora. Złowrogi potwór znikł, a zmęczona tę walką Emma upadła na twarde skały. Z jej skaleczonych dłoni pociekła krew. Wyglądała jak męczennica, która tutaj poświęcała się w imię miłości.
Wiele jeszcze potworów i demonów spotykała na tej drodze, ale żaden nie mógł równać się z tym pierwszym najsilniejszym i najgroźniejszym.Za każdym razem gdy na jej drodze pojawiało się niebezpieczeństwo radziła sobie tak jak w pierwszym przypadku - siła miłości przezwyciężyła najgorszy strach a cierpienie tylko umacniało jej uczucie.

"Wraz ze wszystkimi strasznymi i niebezpiecznymi przygodami coraz bardziej wierzę w to, że dopiero teraz on będzie w stanie docenić w pełni co do niego czuję. Przez to cierpienie moja miłość staje się doskonała, a u kresu drogi zajaśnieje pełnią chwały, stanie ponad wszystkie inne uczucia, porazi swą świętością najbardziej religijnych ludzi. Stanie się mitem. Każdy będzie pamiętał o tym poświeceniu. Nikt jej nie będzie miał nic do zarzucenia bo stworzy ją samo piękno."- myślała za każdym razem kiedy musiała stawić czoło groźnym przeciwnościom losu. I wierzyła w swoje słowa, jak nigdy . Im bliżej celu tym większą radością, mimo wszystkich przebytych cierpień, napełniało się jej serce.
I tak dotarła do kresu swej podróży,- Wielkiego Morza. Ujrzała tam jednorożca. Jeszcze nigdy nie widziała zwierzęcia tak pięknego i szlachetnego. Musiał być Królem Królów wśród swojego gatunku. Jego sierść mieniła się wszystkimi barwami tęczy. Zarżał radośnie i lekko jakby wcale nie czuł ziemi pod stopami "przyfrunął" do Emmy. Pochylił łeb a ona onieśmielona weszła na jego grzbiet. Przygnębiająco lecz pięknie wyglądała ta drobna wysoka i piękna dziewczyna, doświadczona przez los, dotknięta wszelakimi plagami natury, na grzbiecie tego pełnego królewskiego majestatu wierzchowca. Jego srebrzysta grzywa lśniła w słońcu . Pomknął rozpryskując kopytami morskie fale w kierunku wchodzącego słońca.

IV Spotkanie:

Fale rozstępowały się przed biegnącym Królem Koni z dziewczyną na grzbiecie, która całe życie poświeciła w imię miłości. Długo trwał ten ostatni etap wędrówki, lecz tutaj było już tylko samo szczęście. Nadzieja zamieniła się w radość i pewność, bo oto wiele dni podróży uwieńczonych zostało zwycięstwem. Teraz już nic nie mogło zmącić szczęścia Emmie i jej ukochanemu. Tymczasem jednorożec właściwym sobie lekkim truchtem odnalazł wyspę pośrodku morza, na której dziewczyna odnaleźć miała tego dla którego poświeciła siebie. Jednym susem zwierzę znalazło się na wyspie. Piasek rozprysnął na około, i mienił się jak złoto w blasku wschodzącego słońca. Dziewczyna zeskoczyła i wzrokiem podziękowawszy jednorożcowi ruszyła już teraz nie bacząc na nic w głąb wyspy, by odnaleźć swój skarb. Doszła do szklanej prostopadłej ściany, która przypominała ogromne lustro. Wydawało jej się ,że w tej budowli znajduje odbicie całego swojego życia. Przed jej oczyma przelatywały wspomnienia. Zobaczyła ponownie swa przyjaciółkę Tahomę, widziała rodziców i trasę jaką niedawno przebyła. Wyjęła różdżkę a potem było tylko jasne światło, tak jasne jakie musi być w niebie gdy przekracza się bramy Raju. Długo stała tak w tej jasności a wszystkie piękne i wzniosłe uczucia rządziły wtedy jej sercem. W efekcie ujrzała Go. Po tylu latach wyczekiwać i udręki, po tylu cierpieniach nareszcie mogła wyciągnąć do niego rękę, usłyszeć jego słowa, poczuć smak jego ust. Upadła mu do stóp a on rosił jej rany łzami. Miłość sprawiła, że dziewczyna znów stała się piękna. Ślady przebytych cierpień zniknęły bez śladu. Jej sylwetka przypomniała teraz Aschleyowi boginię. Włosy jaśniały nadziemskim blaskiem, rozwiewane delikatnie przez lekkie podmuchy wiatru. Oczy wyrażały nieskończoną miłość do niego. Oboje jednak nic nie potrzebowali mówić, gdyż rozumieli się bez słów. łzy, które równocześnie trysnęły z ich oczu stały się wystarczającym dowodem na to co przeżywali przez tak wiele lat. Treść ich rozmowy wyrażała się w gestach i słowach, uśmiechach łzach i cierpieniu przez jakie przeszli. Teraz tu na tej samotnej wyspie, na pograniczu dwóch światów mieli dożyć końca swych dni, przeżyć to czego nie dane im było zaznać przez tak wiele lat. Nie mieli nikogo, byli tu sami lecz im nic więcej nie było do szczęścia potrzebne. Teraz była tylko radość, której żaden język świata nigdy w pełni nie wyrazi. Szczęście towarzyszyło im każdego dnia gdziekolwiek szli. Znów mogli siadywać razem na ławce, lecz tym razem patrzyli na morze. Nie myśleli już o niczym prócz siebie.Za dużo cierpień przeszli, zbyt daleką drogą musieli podążać by się odnaleźć, by teraz troszczyć się o innych. Każda chwila, każda sekunda była teraz dla nich wiecznością. Zdawało się, że wszelkie piękno wszechświata zawitało na tą wyspę. Róża ze snów Emi w pełni rozkwitła i aż raziła swym pięknem, zaś swą nienaturalną czerwienią budziła zachwyt.

***
Jednak śmierć, nieubłagana Czarna Pani musiała okryć swym płaszczem nawet te parę kochanków. Zawitała więc pewnej nocy i do tej krainy ostoi piękna, radości i symbolu poświęcania. Zabrała Emi daleko, daleko poza granice czasu i rozumu - do Raju. Aschley zrozumiał, że teraz on będzie musiał cierpieć.

V Oczekiwanie:

Siedział już tysiąc lat, wciąż piękny i młody na skale nad brzegiem morza, koło zawsze jednakowo świeżego i cudownego, boskiego ciała Swej Ukochanej. Trzymał w swej ręce jej dłoń. Czuł jak wiatr porusza białą suknią w którą była odziana. Miał przed sobą jej oblicze i uśmiech, który na zawsze zamarł na jej martwej twarzy .Cierpiał bardzo bo ona była tam "gdzie wzrok nie sięga". Pozostały tylko wspomnienia, których nie sposób było ponownie powołać do życia. Martwa twarz patrzyła na niego lecz nic nie mogła powiedzieć, usta nie dokończyły ostatniego słowa. Włosy delikatnie rozwiewał wiatr, jakby chciał powołać ponownie do życia to nieżywe już ciało. Szum morza wciąż śpiewał o stracie a muzyka jego sprawiała, że cały wszechświat litował się nad tę parą kochanków lecz nie mógł nic zrobić. Fale rozbijały się o brzeg i wznosiły swą pieśń żałobną wysoko ponad chmury. Drzewa szumiały i utrwalały wszystkie przemijające chwile w księdze życia. I kiedy tak nocami i dniami przy blasku księżyca i promieniach słońca, Aschley czuwał, wciąż słyszał słowa, które wyrzekła do niego ukochana w godzinie śmierci:

"Tylko w milczeniu słowo
Tylko w ciemności światło
Tylko w umieraniu życie
na pustym niebie jasny jest lot sokoła"

VI Śmierć:

Słyszał je cały czas, nie dawały mu spokoju i pamiętał o nich nawet wtedy, gdy wreszcie śmierć po dwóch tysiącach lat samotności zlitowała się nad nim i okryła swym czarnym płaszczem by przenieść go poza granice czasu i rozumu do Raju.

Źródła:
"Tylko w milczeniu słowo
Tylko w ciemności światło
Tylko w umieraniu życie
na pustym niebie jasny jest lot sokoła" (Urszula K. Leguin "Czarnoksiężnik z archipelagu")

" Sięgaj gdzie wzrok nie sięga".("Oda do Młodości A. Mickiewicz)

"Tylko my jesteśmy w stanie ocenić jak wysoką cenę płacimy za nasze marzenia"(Paulo Coelho "Nad brzegiem rzeki Piedry usiadłam i płakałam")
 
Jump to:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
anime, opowiadania
Domy i Działki NLP Online Słownik synonimów