Władca Pierścieni / Tajne Forum Fantasy Forum Index
Główna: Władca Pierścieni, Hobbit, Zwiastuny
Katalog: Strony fantasy
Polecane: Opowieści z Narnii, Wiersze miłosne, NLP
Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy
Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.

FAQFAQ  SearchSearch  MemberlistMemberlist  UsergroupsUsergroups  StatisticsStatistics
RegisterRegister  Log inLog in  AlbumAlbum  Chat
Search found 159 matches
Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Forum Index
Author Message
  Topic: {O} Podróż w zatracenie
Lorelay

Replies: 1
Views: 725

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Thu Mar 11, 2004 10:45 am   Subject: {O} Podróż w zatracenie
Oto moje nowe opowiadanie czI z planowanego dwuksięgu, na drugą niestety musicie trochę jeszcze poczekać.
Czekam na uczciwą i szczerą krytykę. z góry dziękuję wszystkim, którzy zadadzą sobie trud przeczytania tego.
  Topic: {O} Podróż w zatracenie
Lorelay

Replies: 1
Views: 725

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Thu Mar 11, 2004 10:42 am   Subject: {O} Podróż w zatracenie
Różne są oblicza zła, lecz najszkaradniejsze jest to, które nosimy w sobie.


Był pogodny, letni wieczór. W karczmie było jak zwykle gwarno i panowała wesoła atmosfera.
W powietrzu unosił się przyjemny zapach pieczonego mięsa. Niemal wszyscy drwale zamieszkujący niewielką wioskę pod lasem przyszli tradycyjnie jak co wieczór na szklaneczkę tutejszego specjału - jeżynowej pryty. Przy wszystkich stołach na drewnianych ławach, zarośnięci, brodaci, dobrze zbudowani mężczyźni gawędzili wesoło, co jakiś czas wybuchając głośnym śmiechem.
Przy barze stał wysoki, barczysty, niesamowicie muskularny karczmarz ubrany w szary, przybrudzony fartuch nałożony na nagi, owłosiony lekko tors. Twarz mężczyzny była dosyć przystojna, aczkolwiek o nieco prymitywnym wyrazie. Barman uśmiechał się szeroko ukazując brak dwóch przednich zębów.
Wszystkie oczy zwróciły się ku drzwiom, gdy stanęła w nich młoda, dosyć skapo, delikatnie mówiąc, odziana kobieta. Reakcja mężczyzn była bardzo zrozumiała nie tylko zważając na strój przybyszki, ale szczególnie na to, że w tych stronach raczej rzadko widuje się kobiety, zaledwie kilku drwali ma żony i córki, a tej, którą mieli przed sobą, żadna z nich nie dorównywała urodą.
Pierwszą rzeczą na jaką zwracało się uwagę w wyglądzie nieznajomej były wyłaniające się spod rozchełstanego gorsetu niemal zupełnie nagie, jędrne piersi imponujących rozmiarów. Dodatkowym elementem , jeszcze bardziej przyciągającym wzrok do owej najbardziej zmysłowej części kobiecego ciała, było wiszące na złotym łańcuszku, dokładnie we wgłębieniu oddzielającym od siebie obie, bielusieńkie piersi, maleńkie rubinowe serduszko. Czarna, koronkowa spódnica, kiedyś zapewne bardzo ładna, teraz rozdarta w kilku miejscach, przy każdym ruchu kobiety ukazywała to kawałek zgrabnego, jędrnego uda, to znów bielutkie kolanko. Spódnica była przy tym nieprzyzwoicie krótka, sięgała sporo powyżej kostek, odsłaniając nagie, maleńkie stópki. Alabastrowa skóra kobiety, choć nie najczystrza; co w podróży nie jest niczym tak znowu nadzwyczajnym, była biała jak śnieg i delikatna jak jedwab. Bladą jej twarz pokrywał ostry makijaż, co dla miejscowych drwali stanowiło nie lada atrakcję, gdyż nawet nieliczne tutejsze kobiety nigdy się nie malowały, toteż po raz pierwszy widzieli czarne jak węgiel brwi i nieprzeciętnie długie rzęsy oraz pełne, mięsiste usta koloru świerzej krwi. W dużych, piwnych oczach przybyszki malowała się arogancja, niespotykana u tutejszych uległych i potulnych jak baranki kobiet. Czarne, długie, kręcone włosy związane miała z tyłu wielką, czarną, koronkową wstążką zebraną na kształt róży, w finezyjny kok, nieco już dotknięty upływem czasu. Cóż w podróży zapewne mniej dba się o fryzurę. Kilka loków spływało luźno na czoło i ramiona. U boku jej wisiała pochwa z grubej skóry, z niej zaś wystawała czerwona wysadzana diamentami rękojeśc długiego sztyletu.
Nowoprzybyła zdawała się wcale nie zwracać uwagi na kilkanaście par drwalich oczu niemalże rozbierających ją wzrokiem z resztek skąpego stroju i zdecydowanym krokiem skierowała się w stronę baru. Ku szczeremu zachwytowi karczmarza zajęła miejsce tuż naprzeciwko niego. Siedziała tak dłuższą chwilę bezczelnie patrząc mu w oczy, co mężczyźnie wydawało się jeszcze bardziej podniecajace. On natomiast nawet nie starał się ukryć, która częśc jej ciała zdecydowanie najbardziej go interesuje, co kobiecie z kolei najwidoczniej nie sprawiało żadnej różnicy.
- Moze gozałecki dla sanownej pani ? - wyseplenił.
- Chętnie - rzuciła krótko.
Barman na chwilę zniknął za brązową kotarą, po czym pojawił się znów w nadzwyczajnie szybkim tępie ze szklanym kieliszkiem wypełnionym po brzegi ciemną cieczą, za którą ciągnał się zapach drożdży i sfermentowanych owoców
- Prosę bałdzo, sanowna pani - skłonił się nisko.
Skinęła głową.
Piła powoli, dużymi zwłaszcza jak na kobietę chałstami, od niechcenia obracając w palcach nóżkę prymitywnego kielicha, a jej twarz zdawała się nic nie wyrażać. Ledwie zdążyła odstawić pusty kielich, już był przy niej karczmarz.
- Smakowało sanownej pani ?
- Ile płacę ? - zignorowała jego pytanie.
- Pierwsy kielisecek na kost fiłmy, sanowna pani. - Barman uśmiechnął się szeroko.
Kamienna twarz kobiety ani na chwilę nie zmieniła wyrazu. Spojrzała mu głęboko w oczy.
- W takim razie jeszcze jeden proszę, dobry człowieku.
- Jak sanowna pani sobie zycy, ale moze tym łazem na zaplecu, tam mam specjalny stolik dla honołowych gości - uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Tym razem na czerwone usta kobiety wystąpił lekki, ironiczny uśmiech.
- A czy ten wasz stolik, dobry człowieku, aby nie nazbyt przypomina łoże ?
Twarz barmana przybrała jeszcze bardziej głupkowaty niż zwykle wyraz. Dłuższą chwilę wysilał umysł do granic możliwości, próbując znaleźć stosowna odpowiedź, nigdy bowiem nie spodziewał się i nie mieściło się w jego głowie, by półnaga, młoda kobieta mogła być w dodatku inteligentna. Wreszcie wyseplenił:
- Jak sanowna pani pójdzie za mną, to sama się psekona.
Bez słowa wstała i weszła za bar.
- Prowadź zatem , dobry człowieku.


* * * * *



Po kilku głębszych barman przypomniał sobie, że wypadałoby kiedyś sprawdzić czy nie przybyło mu przypadkiem klientów. Kobieta mocno już zawiana siliła się coraz bardziej by zachować swój kamienny wyraz twarzy, gdyż śmiać jej się chciało z niemiłosiernie sepleniącego karczmarza, który jak wszystko do tej pory wskazywało, rozpaczliwie cierpiał na chroniczny brak kobiety.
Barman lekkim zygzakiem wygramolił się z zaplecza. Przy barze siedziała zakapturzona postać, z głowa pochyloną tak nisko, iż spod kaptura nie było widać absolutnie nic.
- Coś podać ? - zapytał barman i uśmiechnął się swoim szczerym, szerokim uśmiechem, ukazując przy tym braki w uzębieniu i wionąc mocno alkoholem.
- A co byś polecał ? - odezwał się nienaturalnie zniekształconym głosem nieznajomy. Barmanowi na dźwięk tak potwornego głosu, jakiego nie słyszał nigdy przedtem, krew jakby zamarzła w żyłach. Długo walczył sam ze sobą, po czym nerwowo wydukał:
- Płytę... jeżynową...
Od dłuższego już czasu, a ściślej od pojawienia się w knajpie dziwnego przybysza, przy stolikach panowała absolutna cisza.
- Dwie flasze - odezwał się znów nieludzki głos.
Barman szybko zniknął za kotarą i wrócił pospiesznie z dwiema litrowymi butelkami ciemnej cieczy. Zakapturzona postać tym razem już się nie odezwała, skinęła tylko głową w stronę cofającego się nerwowo barmana, po czym wyciągnęła kościste, wyschnięte dłonie z długimi, szarymi, zaostrzonymi pazurami. Pochylił się jeszcze niżej nad swoją flaszką, zębami odgryzł szyjkę i jednym, potężnym chałstem wypił zawartość, po czym, ku przerażeniu obserwatorów, podobnie uczynił z drugą flaszką.
- Znalazłby się jakiś nocleg ? - zapytał znów potworny głos.
Barmana aż ciarki przeszły.
- B...bez ułazy, ale n...nie wynajmuję pokoi... o...obcym.
- Rozumiem. - powiedziała cicho zakapturzona postać, w nieludzkim głosie usłyszeć można było nutę smutku, ale jednocześnie szczerego zrozumienia.
Przerażająca postać wstała i bez słowa wyszła.



* * * * *


Kobieta rozebrała się do naga, zosawiwszy tylko pas ze sztyletem i położyła się do łóżka. Szczelnie owinięta ciepłym kocem, odwrócona twarzą do w stronę okna, z dłonią na rękojeści sztyletu udawała, że śpi.
Po chwili do izby wrócił barman w białych, płóciennych portkach. Położył się obok niej i delikatnie dotknął ustami jej szyi. Długi sztylet w mgnieniu oka znalazł się na gardle mężczyzny.
- Niech się sanowna pani uspokoi, nie chciałem ułazić sanownej pani... Płoponuję... wyśpijmy się jak nalezy..a jutło...
Zanim skończył kobieta schowała sztylet posyłając mu gniewne, wrogie spojrzenie i ponownie odwróciła się w stronę okna, a chwilę potem zasnęła, tym razem naprawdę.


Za oknem owinięty tylko we własny płaszcz, zakapturzony, dziwny człowiek układał się do snu.



* * * * *



Kobieta powoli otworzyła oczy. Odetchnęła z ulgą, gdy zauważyła, ze barman wciąż śpi. Wstała i pośpiesznie założyła ubranie. Podeszła do stojącej w rogu izby balii z wodą i przemyła twarz, po czym stanęła przed wiszącym na ścianie lustrem i przez chwilę przyglądała się własnemu odbiciu.
Karczmarz głośno ziewnął i przeciągnął się. Kobieta obróciła się w jego stronę.
- Jesteś mi winna 20 stuk złota, sanowna pani - powiedział wstając z łóżka.
- Słucham ? - zapytała kobieta nieco drwiącym tonem.
- Za trunek i nocleg, sanowna pani.
- A podobno było na koszt firmy, dobry człowieku - ton kobiety przybrał nutę ironii.
- Dwie pierwse kolejki.
- Podobno miałam czuć się twoim gościem, czyż nie ? Czyżbym była tak pijana, iż mi się przesłyszało ? A cóżeś ty, dobry człowieku mówił wczoraj , że potrzebujecie tutaj kobiet ? - ironia zaczęła przechodzić w jawną drwinę - Teraz rozumiem czemu się do was nie garną, skoro tak je traktujecie.
- Sanowna pani wybacy, ale takich nam nie potseba.
- Co znaczy takich ? - w głosie kobiety zabrzmiał gniew i oburzenie.
- Takich co to sypiają z błonią. Tutaj kobiety zwykły sypiać z męzcyznami, sanowna pani.
- No i co ja mam zrobić? - ton jakim zadała to pytanie był bardziej ironiczny niż gniewny, ale w jej oczach płonęła wściekłość.
- Płosę zapłacić i iśc sobie. Dowidzenia, sanownej pani.
Kobieta aż poczerwieniała ze złości. Dobyła sztyletu i zanim zdążyła pomyśleć, ostrze wbiło się w klatkę piersiową karczmarza.

Za oknem zakapturzony człowiek zerwał się na równe nogi. Spojrzał przez okno do wnętrza izby i ze smutkiem pochylił głowę. Po szarym, zeschniętym, pomarszczonym poliku spłynęła ciężka gorąca łza.


* * * * *


Wytarła sztylet w wiszący koło balii ręcznik i schowała do pochwy. Otworzyła drzwi. Stał w nich wysoki niemal na 2 metry, garbaty mężczyzna w wyszywanej złotą nicią, podartej i postrzępionej szacie, która niegdyś musiała być chyba biała, z doszytym z worka po ziemniakach kapturem. Cera człowieka była szaro - żółta, wyschnięta i pokryta licznymi zmarszczkami, był chudy, niedogolony, a na łysiejącej głowie widniały jeszcze kępki siwych włosów. Człowiek ten wydawał się wprost nienaturalnie stary.
- Odsuń się, starcze, chciałabym przejść - rzuciła mocno zirytowana.
- Musiałaś ? - zapytał potwornie nieludzkim głosem w którym brzmiał jednak głęboki smutek.
Spojrzała mu odważnie prosto w oczy. Były zupełnie nie przystające w żaden sposób do reszty jego osoby. Błękitne, na swój sposób piękne, choć niezmiernie smutne i mocno przygasłe, zmęczone, wydawały się jakby bardzo młode, o wiele z młode jak na tak przeraźliwie starego człowieka.
- Nie twoja sprawa.
- żaden człowiek nie zasługuje na śmierć.
W oczach kobiety na krótką chwilę pojawiły się łzy, jednak w porę je powstrzymała, choć nie tak szybko, by ich nie zauważył. Pochylił głowę ze współczuciem. Uniosła dumnie głowę, znów wróciła kamienna twarz, i wyszła, w przejściu potrącając mężczyznę ramieniem.
Nie uszła kilku kroków, gdy za sobą usłyszała przeraźliwe wycie. Obróciła się , a widok, jaki ukazał się jej oczom przyprawił ją o drżenie na całym ciele.
Mężczyzna z którym jeszcze przed chwilą rozmawiała rękawem szaty ocierał z ust krew, jego oczy były zupełnie białe, nie miały żrenic. Obok leżał trup, którego sama wcześniej tam pozostawiła... z tym tylko, że miejsce, gdzie wcześniej znajdowało się zranione jej sztyletem serce - teraz było puste, a klatka piersiowa wydawała się rozszarpana ogromnymi kłami jakby dzikiego zwierza. Przez chwilę przypatrywała się okrutnej, nawet jak dla niej, scenie. Po chwili w oczach mężczyzny znów pojawiły się źrenice, tym razem były one jeszcze smutniejsze i jeszcze bardziej zgaszone. Kobieta szybko odzyskała równowagę.
- Musiałeś ? - udało jej się przywołać lekko ironiczny ton, gdy szła powoli z powrotem w kierunku drzwi z których przed chwilą wyszła.
- Za długo by mówić... - tym razem to on minął ją w drzwiach i odszedł schodami w dół.
Stała jeszcze przez chwilę wpatrując się w punkt, w którym zniknął, po czym sama skierowała się w kierunku schodów.



* * * * *




Po wyjściu z karczmy, kobieta skierowała się w stronę lasu. Spokoju zawsze szukała w lesie.
Byl ciepły, ale nie upalny, pogodny poranek. Maleńkie, śnieżnobiałe obłoczki sunęły powoli, jak baranki pasące się na bladoniebieskiej łące. Miejscami porastające leśną ściółkę kępki trawy lśniły kropelkami porannej rosy. Jedyne odgłosy jakie mogło uchwycić ludzkie ucho to wesoły śpiew ptakówi cichy szelest liści ns leciutkim, łagodnym wietrze. Las mienił się wszystkimi odcieniami zieleni. Wysokie iglaste i potężne liściaste drzewa rzucały cienie na miekką ściółkę, osłaniając wszelkie żywe stworzenia przed nadmiernymi pieszczotami promieni słonecznych. Powiało przyjemnym chłodem.
Nagle, gdzieś w oddali usłyszała jakby tętent końskich kopyt. Przezornie uskoczyła w bok i skryła za pniem rosłego dębu. Po dłuższej chwili zza horyzontu wyłonił się biały koń. Zalśniła srebrna zbroja. Kobiecie zdawało się że usłyszała jakby zza grobu tłumiony ryk dzikiego zwierza. Koń niosący na grzbiecie mężczyznę w zbroi płytowej i z dwuręcznym mieczem u boku zbliżał się w zawrotnym tępie. Gdy był już w odległości kilku kroków od kobiety w pobliskich krzakach coś się poruszyło. W mgnieniu oka wyskoczył z nich garbaty człowiek, którego uprzednio spotkała w drzwiach karczmy. Jego oczy znów pozbawione były źrenic. Zawył nieludzko i rzucił się na jeźdźca, którego uprzednio z głośnym rżeniem zrzuciło z grzbietu przerażone zwierzę. Krew bryznęła na wszystkie strony. Przez krótką chwilę słychać było tylko stłumiony jęk ofiary i szczęk gryzionej stali. Kobieta na chwilę przymknęła oczy. Gdy ponownie je otworzyła, mężczyzna leżał na ziemi z rozszarpaną klatką piersiową, nad nim zaś nieludzka kreatura, kawałeczek po kawałeczku wygryzała mu serce. Po chwili potworne stworzenie wstało ocierając krew z ust rąbkiem szaty. Po krótkim czasie jego oczy zaczęły się zmieniać, znów były błękitne i smutne. Upadł na kolana i rozpaczliwie zaczął wycierać zakrwawioną twarz i ręce, wydając z siebie cichy jęk. Zauważywszy kobietę wstał i wyprostował się. Ona zaś stała niewzruszenie obok drzewa zza którego dawno już wyszła i bez strachu wpatrywała mu się prosto w oczy.
- Patrzcie państwo, czyżby to ten, który mówił, że każdy człowiek zasługuje na życie - zaczęła ironicznie - Dlaczego to robisz ? - dodała po chwili już zupełnie poważnie.
- A dlaczego ty zabiłaś tego człowieka w gospodzie - odpowiedzał pytaniemna pytanie.
- I tak byś nie zrozumiał - powiedziała cicho spuszczając wzrok.
- No właśnie.
Pochylił się nad zmasakrowanymi zwłokami i znalazłszy sakwę pełną złota, schował za pazuchę i ruszył przed siebie.
Ona stała tam jeszcze przez chwilę wpatrując się w pogodne, spokojne niebo, po czym pospiesznym krokiem ruszyła w swoją stronę.



* * * * *



Zapadał zmrok. W lesie było ciemno i głucho. Panowała nie zmącona niczym cisza. Nagle zobaczyła w oddali unoszący się w powietrzu dym. Poczęła iśc w tamtym kierunku. Po dłuższej chwili gęsty las zmienił się w piaszczystą, rzadko porośniętą trawą i mchem polanę. Po środku polany płonęło ognisko, a przy nim siedziała przygarbiona postać. Podeszła bliżej, trzymając dłoń na rękojeści sztyletu. Postać obróciła się. Kobieta rozpoznała swego "starego znajomego".
- Czemu za mną chodzisz ? - zapytał.
- Nie chodzę - rzuciła krótko i ruszyła przed siebie.
- Zaczekaj ! - zawołał za nią.
Odwróciła się bez słowa i spojrzała na niego z niechęcią.
- Zapada noc i robi się zimno. W lesie o tej porze nie jest bezpiecznie. - powiedział spokojnym, ciepłym niemal tonem, z lekką nutą troski, co brzmiało bardzo dziwnie przy jego nieludzko zniekształconym głosie - Usiądź choć na chwilę i ogrzej się. Mam też trochę chleba i wody, a ty jesteś zapewne głodna.
Rzeczywiście była głodna i było jej zimno, a dalsza droga przez las napawała ją lekkim niepokojem. Z drugiej strony, czy rzeczywiście był to powód, by siadać przy jednym ogniu z kimkolwiek, a już w szczególności z tak odrażającym typem ? Przez chwilę stała w milczeniu wpatrując się w zachęcająco wyglądające ognisko i rozważała dość nietypową propozycję nieznajomego. On natomiast patrzał na nią w cierpliwym oczekiwaniu.
- Skoro nalegasz... - powiedziała wreszcie z udawaną zadumą i usiadła na przeciwko niego.



* * * * *



Siedzieli już dosyć długo przypatrując się uważnie sobie nawzajem. Mimo, że nowy towarzysz niesamowicie intrygował kobietę, na zewnątrz usilnie starała się go ignorować. On zauważywszy to nie odważył się odezwać pierwszy.
Wreszcie ciekawość wzięła górę nad jakimikolwiek innymi pobudkami.
- Kim ty tak właściwie jesteś ? - zapytała bezpośrednio.
- A jakie to ma znaczenie ? - w jego głosie słychać było smutek i rezygnację.
Przez długi czas znów żadne z nich się nie odezwało. Tym razem to on przerwał milczenie.
- A ty ?
Zupełnie zignorowała jego pytanie, zachowując się przy tym jakby wogóle go nie usłyszała, więc spróbował jeszcze raz:
- Wiesz o mnie dokładnie tyle samo, ile ja o tobie.
- Może to i lepiej...
- Opowiem ci o sobie, jeśli ty zrobisz to samo. - zaproponował.
Fakt, zżerała ją ciekawość, ale jeszcze nie do tego stopnia, by opowiadać nieznajomemu swój życiorys, o którym bądź co bądź właśnie usiłowała zapomnieć... i to w dodatku tak niezwykłemu, mówiąc delikatnie, nieznajomemu.
- A nie możemy po prostu posiedzieć sobie przy ognisku, ewentualnie porozmawiać o pogodzie, a potem rozejść się każde w swoją stronę ?
Milczał przez chwilę, po czym postanowił ponowić próbę.
- Zdradź mi więc chociaż swoje imię.
- Ja nie mam imienia! - krzyknęła nagle jakby rażona piorunem.
Spojrzał jej głęboko w oczy. Płonęły długo skrywanym na dnie serca bólem. Widział, że z trudem powstrzymywała się przed wybuchnięciem głośnym płaczem. Zrobiło mu się żal tej nienaturalnie zamkniętej w sobie kobiety, tak bardzo, że zapomniał na chwilę o własnym bólu.
- Więc pozwól, że ja coś ci opowiem - powiedział cicho.
Drgnęła. Spojrzała w jego oczy. Spłynęły z nich wprost na ziemię, dwie ogromne łzy. Usadowiła się wygodnie i skinęła głową, na znak, że słucha.
- Mam na imię Tasadal i byłem kiedyś zakonnikiem...





Około dwudziestu mężczyzn w białych, obszytych złotą nicią szatach z jednakowym znakiem na piersi, przepasanych szerokimi, skórzanymi pasami pędziło z obnarzonymi mieczami w stronę pagórka.
Nagle jakby znikąd pojawiła się przed nimi koszmarna postać. Była ona monstrualnych rozmiarów, skórę miała szarą i łuskowatą, pokrytą długimi, ostrymi kolcami, u łap długie, szare, ostre pazury, głowę całkiem łysą, a na plecach, szerokie, czarne skrzydła. W łapie trzymała berło z czerwonym kryształem. Czuło się od niej zło...straszliwe, niesamowite zło. Potworna istota wyła i ryczała przeraźliwie, aż ziemia pod stopami mężczyzn drżała w posadach, zdawałoby się, ze strachu .
Walka była długa i krwawa. Istota bezlitośnie rozszarpywała na strzępy jedno ciało po drugim, rozrywała kłami i pazurami klatki piersiowe, pożerając ich zawartość. Odzianych w biel ludzi zostało już tylko sześciu, gdy jeden z nich zaszedł paskudne stworzenie od tyłu i rzucił swoim mieczem, wbijając go prosto między jego żebra. Istota zawyła, wsrętną gębę wykrzywił grymas bólu. W ostatniej chwili stwór wykonał dziwny gest: wbił sobie w łapę berło i wskazał nim na jednego z mężczyzn - młodego, wysokiego, o długich, złotych włosach. Kamień na ułamek sekundy zaświecił oślepiającym blaskiem, po czym zgasł i rozpadł się na kawałki. Nic nadzwyczajnego nawet nie zdążyło się wydarzyć, bo w tym momencie wyjątkowo rosły i dobrze zbudowany, lecz już nie pierwszej młodości człowiek wymierzył potężny cios prosto w pierś potwora, który natychmiast runął na ziemię.

* * * * *

Starzec o długiej, siwej brodzie siedział podparty na dłoni, ze zmarszczonymi w zadumie brwiami i wpatrywał się w okno swoimi głębokimi, spokojnymi oczyma.
Ktoś zapukał do drzwi wyrywając go z zamyślenia.
- Proszę - odezwał się łagodnym, ciepłym głosem.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich młody, ciemnowłosy chłopak w szacie zakonnej, jego duże, ciemne oczy były spokojne i pogodne. Starzec powoli skierował na niego wzrok i skinął głową na znak, że udziela mu głosu.
- Bracie przełożony - w głosie chłopca brzmiała troska - brat Tasadal czuje się coraz gorzej.
Starzec milczał przez chwilę, na jego twarzy odmalowało się współczucie i troska.
- Wiesz dobrze, mój drogi, jak bardzo zatroskany jestem chorobą brata Tasadala - odezwał się wreszcie - cóż jednak mogę zrobić, skoro nikt nie ma pojęcia co mu jest.
Przez jakiś czas dwaj zakonnicy, stary i młody, stali w zadumie wpatrując się w siebie nawzajem. Ciszę przerwał brat przełożony.
- A może by tak ... - zamyślił się na chwilę - Tak, wyślijmy go za miasto, aby wypoczął. To powinno mu dobrze zobić...

* * * * *

Na nocnym, czarnym, niemal bezgwiezdnym niebie majaczył blady księżyc.
Głuchą ciszę spokojnej, pogodnej, wiosennej nocy przerwało dzikie, nieludzkie wycie,a zaraz po nim krzyki i jęki przerażonych chłopów, lament kobiet i przeszywający na wskroś dziecięcy płacz.
Rano, gdy na horyzoncie wstało czerwone słońce, we wsi znów panowała cisza... martwa cisza.
...Kałuże i plamy zaschniętej krwi, fragmenty poszarpanych wnętrzności...tyle tylko pozostało z prostych, dobrodusznych wieśniaków.
Pośrodku pobojowiska stał złotowłosy zakonnik w zaplamionej krwią szacie. Jego oczy pozbawione były źrenic, a u rąk miał długie, ostre, szare pazury, pod nimi zaś kawałki ludzkiej skóry. Z ust wyciekały mu drobne stróżki krwi...




- Wtedy zaczęliśmy podążać na północ...- zakończył opowieść, a jego głos brzmiał przeraźliwie smutno, a jednak nadzwyczaj spokojnie. Z oczu popłynął mu strumień rzęsistych łez.
Kobieta powoli podniosła głowę i przełknęła łzy. Spojrzała na niego ze zrozumieniem i współczuciem, ledwie zdołała powstrzymać ręke, która sama uniosła się i prawie dotknęła jego ramienia. Widząc to lekko uśmiechnął się z wdzięcznością. Uświadomił sobie właśnie, jak bardzo potrzebował to z siebie wyrzucić, a teraz nareszcie spotkał kogoś, kto zechciał go wysłuchać.
- Teraz twoja kolej - powiedział, gdy oboje odzyskali równowagę.
- Nie zrozumiesz.
- Ja też myślałem, że ty nie zrozumiesz mnie.
Spojrzała mu w oczy i nagle poczuła dziwny przypływ zaufania. Słowa same popłynęły z jej ust:
- Kiedyś miałam na imię Elanor i byłam szczęsliwą żoną i matką.
Nie potrafiła już powstrzymać łez.
Odczekał chwilę po czym powoli i łagodnie zapytał:
- I co się stało ?
- Straciłam wszystko.
Zdawało się, że skończyła, opuścił więc głowę, nie wiedział jak zareagować, co powiedzieć.Po jakimś czasie zaczęła znów mówić:
- Pewnego dnia, gdy wróciłam do domu, znalazłam ich...rozszarpanych na strzępy...
Wybuchła głośnym płaczem. Szybko opanowała się.
- ... ludzie mówili, że zrobiła to potworna istota, uosobienie zła... demon Blaseius.
- Blaseius... - powtórzył - mam dziwne wrażenie jak bym skądś znał to imię... chociaż może po prostu jestem zmęczony...
- Chodźmy już spać - zaproponowała.


* * * * *


Tej nocy spała wyjątkowo niespokojnie.
W odległości kilkunastu kroków od niej spał Tasadal.
Widziała jak nagle zerwał się, zrzucił z siebie szatę, ukazując szarą, pomarszczoną skórę. To co wcześniej brała za garb, okazało się być skrzydłami, szerokimi, czarnymi, podobnymi trochę do skrzydeł nietoperza, a trochę do skrzydeł smoka. Rozpostarł je szeroko i odleciał w stronę księżyca. Gdy znikał już na horyzoncie, usiadła i pogrążyła się w rozmyślaniach.



" Tak bardzo mi go żal... mieć w sobie potwora.. wbrew własnej woli stawać się żądną krwi bestią, to okrutny los... i mieć tego świadomość, patrzeć na to wszystko własnymi oczyma... Właśnie... jego oczy...są takie...piękne. Czy może być złą istota o takich oczach ? Tyle w nich dobra i wewnętrznego piękna...
Zaraz... jak mogę żałować potwora w ludzkiej skórze, morderczego zwierza, który na moich oczach wyrywał serca z niewinnych piersi...! Skąd mogę mieć pewność, że którejś nocy nie stracę w ten sposób własnego...
Najbezpieczniej byłoby uciec jak najdalej od niego...
...Ale to przecież tylko bardzo nieszczęśliwy człowiek... on tak okrutnie cierpi... Nie miał przecież wpływu na swój los. On jest największą ofiarą, skazany na cierpienie stokroć większe niż cierpienie tych, których morduje... większe niż moje własne...
Zasługuje na zrozumienie, na które nie może liczyć... i na współczucie, którego nikt mu nie zechce okazać. Każda ludzka istota zasługuje na życie - to on mnie tego nauczył...
Ale w jakiej części on jeszcze jest człowiekiem ? Jaki sens ma narażanie własnego życia przez litość i współczucie dla człowieka, którego nie potrafię uratować, który jest już z góry skazany na los gorszy niż najstraszniejsza śmierć. Może i dla niego lepsza byłaby śmierć. Skróciłabym tylko jego cierpienia gdybym...
Nie! Tego nie wolno mi zrobić! Może to głupie, ale widzę w nim tyle dobra...
Tak, to rzeczywiście głupie! Jak można dostrzec dobro w kimś...w czymś takim!
...Ale to przecież nie on... to nie jego wina!!!
Jakże mi żal tego biednego człowieka... Czy nie mogłabym czegoś dla niego zrobić ?
Nie... dla niego nie, ale mogę zrobić coś dla świata. Mogę przynajmniej wielu innych uchronić przed losem mojej rodziny. Nikogo już nie skrzywdzi !"


Oczy kobiety płonęły gniewem i rządzą zemsty. Chwyciła za rękojeść sztyletu.


* * * * *


Tasadal rozpaczliwie próbował zetrzeć z ust, twarzy i dłoni na wpół zaschniętą już krew. Jego oczy powoli odzyskiwały źrenice i coraz wyraźniej malował się w nich rozdzierający ból. Zarzucił na siebie szatę i leżąc przez jakiś czas wpatrywał się w księżyc. Po chwili zasnął.



* * * * *


Koścista dłoń, o długich, szarych pazurach wysunęła się spod okrwawionej szaty. Kobieta zamarła w przerażeniu. Tasadal złapał zbliżające się do jego serca ostrze sztyletu. Kobieta zadrżała. Spokojnym ruchem odsunął ostrze. Ich oczy spotkały się. Nie potrafiła ukryć strachu, on zaś spoglądał na nią smutno, z wyrzutem.
Jednocześnie jednak było w jego oczach zrozumienie. Schowała sztylet i odwróciła się.
- Gdyby to było takie proste... - odezwał się nagle.
Zatrzymała się i obróciła w jego kierunku. Bała się odezwać, spojrzała tylko na niego pytającym wzrokiem.
- Dopóki on jest we mnie nie można mnie zabić.
Nadal wpatrywała się w niego tępym wzrokiem.
- Kiedyś sam łudziłem się, że jeżeli ja umrę, on zginie razem ze mną... i w zasadzie tak właśnie jest. Problem jednak w tym, że on nie pozwoli mi umrzeć...
- Zawsze warto spróbować - jej głos przyjął sarkastyczny ton.
- Myślisz, że nie próbowałem ? Naprawdę uważasz, że takie życie ma dla mnie jakąkolwiek wartość... jeśli to wogóle można nazwać życiem...- mówił spokojnie i łagodnie, jednak z nutą goryczy w głosie. - Spróbuj zresztą, jeśli nie wierzysz, pamiętaj tylko, że na własną odpowiedzialność.
Stała przez chwilę wpatrując się w niego w milczeniu. Nagle uniosła sztylet i pchnęła. Ostrze mierzyło prosto w jego serce, było coraz bliżej i bliżej... po czym roztrzaskane na kawałeczki upadło na ziemię. Kobieta zadrżała, jego oczy znów ziały białą pustką. Z cichym jękiem osunęła się na kolana. Ukryła twarz w dłoniach.
- Wybacz... - wyszeptał Tasadal, który zdążył już wrócić do normalnego stanu.
Podniosła ku niemu wzrok. Wzrok przepełniony bólem i nienawiścią.
- Czy wiesz, co zrobiłeś? - krzyczała - Czy ty wogóle jesteś w stanie zrozumieć, ile dla mnie znaczył ?! Oczywiście, że nie ! Zresztą co ty tam wiesz...
Wybuchła głośnym płaczem.
W oczach Tasadala zabłysły łzy. Pochylił się i drżącą dłonią zaczął zbierać z ziemi szczątki sztyletu. Była jednak szybsza, podniosła jeden z odłamków i kilkakrotnie przecięła nim żyłę na przegubie swej dłoni.Krew trysnęła z początku w górę, potem zaczęła powoli, cienkim strumykiem sączyć się na ziemię. Tasadal wypuścił z rąk pozbierane uprzednio fragmenty sztyletu
- Przepraszam...- jęknął cicho.
Kobieta nagle zbladła niesamowicie i osunęłą się nieprzytomna na ziemię.




Zapadł mrok, nieprzenikniona, kalecząca zmysły ciemność. Powoli, bardzo powoli pogrążała się w pustce. Już tylko ciemność...a potem jeszcze ciemniejsza ciemność...I nagle z jednego punktu, tuż na wprost niej rozbłysł oślepiający płomień.Zdawało się, że jej oczy nie wytrzymają tej przeraźliwej jasności, która wydawała się teraz bardziej bolesna niż panująca jeszcze przed chwilą ciemność. Próbowała zamknąć oczy, odwrócić wzrok, ale nie miała już władzy nad swoim ciałem. Była tylko parą oczu zawieszonych w próżni.Z blasku zaczęły powoli wyłaniać się postacie, jedna po drugiej, równym krokiem podążały w jej stronę. Młoda, jasnowłosa kobieta z niemowlęciem na ręku, starzec podpierający się na sękatym kiju, mężczyzna w średnim wieku, o niezbyt urodziwej powierzchowności, wąsaty chłop w lnianej, białej koszuli z motyką w ręku, mała dziewczynka o dużych, błękitnych oczach, nienaturalnie jak na swój wiek głębokich i przenikliwych, mężczyzna w srebrnej, lśniącej zbroi... byli coraz bliżej i bliżej. Ich twarze w przerażającym, niezwykłym świetle wydawały się jej nieprzeciętnie blade...śmiertelnie blade, szli powoli, w nieskazitelnej ciszy, nie słyszała ani odgłosu kroków, ani najcichszego nawet szelestu, tak jakby zbliżały się do niej zastępy żywych trupów. Jeszcze trzy, jeszcze dwa kroki... niemowle w ramionach matki otworzyło oczka, takie poważne i nieprzeniknione; wyciągało do niej upiornie blade rączki. Staruszek uśmiechał się z dziwnym spokojem, a dziewczynka wbiła w nią niebieskie jak najgłębsze odmęty oceanu oczy. Jej uwagę przykuł teraz muskularny, wysoki męzczyzna...taaaak...gdzieś już tą twarz widziała...Czuła już powiew lodowatego chłodu, byli o jeden krok. Zamarła w przerażeniu... i oto znów ogarnęła ją ciemność. Postacie zniknęły, była tego pewna, nie czuła już ich obecności, już tylko pustkę. Pustka i ciemność...



Stała w półmroku, a przed jej oczami rozciągały się połacie ziemi, pokrytej gęsto usypanymi kopcami. Zacinał deszcz, ale zdawał się jej nie dosięgać. Tak, przypominała sobie dobrze, jako dziecko widziała już takie kopce. Było to wtedy, gdy babcia zabrała ją kiedyś na targ, do miasta. "W tym miejcu kiedyś stała wioska, moje dziecko, ale potem przyszli bandyci i zniszczyli, ludzi pomordowali, kobiety i dzieci wzięli na sprzedaż jako niewolników, domy zrabowali, psie krwie, a potem spalili"- tłumaczyła babcia. Deszcz głośno uderzał o twardą, spękaną ziemię. Niebo nagle jakby pociemniało, a ziemia lekko zatrzęsła się w posadach. Ledwo udało się jej utrzymać równowagę i nie upaść. Wydało jej się przez chwilę, że jeden z kopców nieznacznie się poruszył. Deszcz lał niemiłosiernie. Nie, nie wydawało jej się, teraz wszystkie kopce poruszały się, rozpadały powoli, jak gdyby rozkopywane...od wewnątrz. Z najbliżsego wysunęła się nagle dłoń, duża, silna dłoń o skórze zniszczonej ciężką pracą. Zadrżała. Z kopców zaczęły wyłaniać się kolejne ludzkie dłonie, potem całe ręce, a za nimi mężczyźni, kobiety, dzieci i starcy...




Wokoło roznosiła się przyjemna woń ziół. Zapachy takie zawsze przywodziły jej na myśl babcię- zielarkę i znachorkę. To właśnie babcia wychowywała ją odkąd jako maleńka dziewczynka straciła rodziców w czasie epidemii. Wciągnęła miły zapach głęboko w nozdrza. Zakręciło jej się w głowie. Powoli otworzyła oczy. Zmróżyła je zaraz, bo światło słoneczne raziło jej przywykły już do ciemności wzrok.Czuła się słabo, niesamowicie słabo, nie czuła własnego ciała. Spróbowałą podnieść rękę, potem nogę, jednak obie kończyny bezwładnie opadły z powrotem na posłanie z mchu. Ktoś delikatnie, powoli nakrył ją miłą, miękką tkaniną. Ponowiła próbę otwarcia oczu. Leżała pod ogromnym, rozłożystym drzewm, w gęstym lesie. Światło słońca jasnymi smugami przebijało się między liśćmi. Obróciła głowę. W odległości czterech, może nawet trzech kroków płonęło ognisko, a nad nim w niewielkim naczyniu bulgotał pachnący wywar. Od ognia biło przyjemne ciepło, przy nim zaś siedziała zakaprurzona postać. łzy nagle napłynęły jej do oczu, chciała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu, z jej ust wyrwał się tylko krótki, cichuteńki, ledwo słyszalny jęk.
Tasadal odwrócił się, spojrzał na nią tylko na chwilę, po czym spuścił głowę. Chwilę jeszcze wpatrywał się w sypiące się wokół drobniutkie skry, po czym zdjął naczynie z ognia i wolnym krokiem, nadal z głową nisko opuszczoną skierował się w stronę kobiety. Ukląkł przy niej i drżąc na całym ciele wpatrywał się w jej szeroko otwarte oczy.
- Wybacz...- udało mu się wreszcie wyksztusić z wielkim trudem - Proszę...
Ukrył twarz w szponiastych, pomarszczonych dłoniach. Rzęsiste łzy strumieniem kapały na ziemię. Zawachała się przez chwilę, po czym z wysiłkiem uniosła rękę i dotknęła jego dłoni.Jęknął i pospiesznie cofnął rękę, była czerwona i pokryta bąblami, jakby poparzona.Podał jej naczynie z pachnącym naparem.
- Wypij - powiedział cicho - to ci pomoże.





* * * * *





Tej nocy demon nie zbudził się, mimo to Tasadal spał niespokojnie. Kobieta leżąca nieopodal, także długi czas nie mogła zasnąć, w czym nie pomagały jej zupełnie jego koszmarne jęki, które wydawał z siebie co jakiś czas, nerwowo rzucając się na posłaniu.






Jak zawsze na placu przed świątynią panował gwar. Uśmiechnięci bracia gawędzili wesoło, jakiś obdarty chłopak sprzedawał świeże jajka, drąc się niemiłosiernie na cały głos. Do progów przybytku zbliżał się młody zakonnik o długich, złocistych włosach. Gdy wszedł do środka nagle odgłosy jeszcze przed chwilą tak bliskie umilkły zupełnie. Ogarnęła go cisza i spokój, tutaj zawsze mógł pobyć sam ze sobą.
Szedł powoli główną nawą, między równymi rzędami ławek. Coś pchało go do przodu, prosto przed siebie. Z każdą chwilą coraz bardziej zbliżał się do zawieszonej pod sufitem kwadratowej płyty. Zatrzymał się.
Nigdy jeszcze nie miał odwagi spojrzeć w wyrocznię, choć wielu braci robiło to choćby z czystej ciekawości. Kilka razy już prawie zdobył się na ten krok, jednak zawsze w ostatniej chwili jego serce ściskał strach. Strach przed tym, co mógłby zobaczyć.Tym razem było jednak inaczej, czuł jak jakaś potężna siła pcha go w stronę wyroczni. Nie potrafił się jej oprzeć, jego wola była zbyt słaba. Spojrzał.

Młoda, czarnowłosa kobieta w bladoniebieskiej, skromnej sukni z wiklinowym koszykiem pełnym jabłek w ręku biegła lekko wśród wysokiej, zielonej trawy, w kierunku leżącej na skraju brzozowego lasku osady. Jej twarz promienała szczęściem, a w oczach migotały wesołe chochliki.

Młody zakonnik drżał na całym ciele, miał złe przeczucia. Próbował wyrwać się temu, co nie pozwalało mu odwrócić wzroku, zamknąć oczu... jego wola wciąż słabła.

Ciemnowłosy wysoki elf, siedząc na schodach niewielkiej drewnianej chaty, polerował ostrze długiego sztyletu. Rękojeść wysadzana czerwonymi, błyszczącymi kamieniami, wygrawerowana była znakami runicznymi.
Nagle rozległ się wesoły, dziecięcy śmiech i na podwórze wbiegł około ośmioletni, pucołowaty chłopczyk.
-I tak nic wam nie powiem- krzyknął malec obracając się za siebie.
Po chwili dołączyła do niego, młodsza na oko jakieś dwa lata, dziewczynka z opadającą luźno na ramiona burzą lekko falowanych, długich, czarnych włosów, trzymająca za rękę około dwuletnie, umorusane jak nie-boskie stworzenie maleństwo.
- Co robisz, tatusiu?- zapytał chłopiec podchodząc do elfa.
- To prezent dla waszej mamusi. Jutro mija 10 lat, od czasu kiedy się poznaliśmy. Wasza mama miała wtedy zaledwie piętnaście lat...- elf cicho westchnął, na krótką chwilę przymknął rozmarzone oczy- Ale cicho sza, to ma być niespodzianka.- dodał z uśmiechem, pogłaskał synka po gęstej czuprynie i pochylił się znów nad swoją pracą, gdy nagle sztylet z głośnym brzekiem wypadł mu z rąk.
Elf zdąrzył tylko usłyszeć krzyk przerażenia, wyrywający się z piersi malca i cichy, stłumiony jęk starszej córeczki. Osunął się na kolana, po czym padł twarzą do ziemi. Krew trysnęłą z rozrywanych wnętrzności.
Nad obficie krwawiącym ciałem stała ogromna postać o szarej, łuskowatej skórze, pokrytej długimi, ostrymi kolca mi.
Istota wyciągnęłą łapę zakończoną długimi, szarymi pazurami, złapała od niechcenia zwłoki elfa i obróciła je na plecy. Ciało bezwładnie opadło na suchą ziemię. Kreatura wbiła ostre pazury we wciąż broczącą krwią pierś ofiary powoli zanurzając w niej łapę, aż wreszcie gwałtownym ruchem wyciągnęła.
łapa stworzenia ociekała świerzą krwią, na niej leżało serce elfa. Przez krótką chwilę jeszcze biło, a istota przyglądała mu się z zainteresowaniem, aż nagle zamarło w bezruchu. Stwór wybuchnął demonicznym śmiechem, podniósł łapę do rozdziawionej paszczy i wepchnął do niej serce.

Złotowłosy mężczyzna pobladł i zadrżał konwulsyjnie. Śmiech krwiożerczej istoty dźwięczał mu w uszach, tak bardzo chciał choć na chwilę odwrócić wzrok, jakże wolałby teraz raczej oślepnąć niż oglądać te sceny niczym z sennego koszmaru. To, co kazało mu patrzeć, było jednak silniejsze... o wiele silniejsze.

Dziewczynka siedząca w małym, drewnianym spichlerzu, pomiędzy workami pszenicy, z trudem powstrzymywała się by nie wybuchnąć głośnym płaczem. Tylko cichuteńkie, bezgłosne niemal łkanie trzęsło jej delikatnym ciałkiem. Tutaj na pewno jej nie znajdzie.
Drzwi spichlerza otworzyły się skrzypiąc złowieszczo. Znów rozległ się demoniczny, przeciągły śmiech.
Dziewczynka skuliła się, a z jej piersi zupełnie nieświadomie wyrwał się rozdzierający, głośny jęk. Bestia odrzuciła worki, z których na podłogę posypały się złote ziarna, wyciągnęła łapę i pazurami przeciągnęła po twarzy małej. Krew leniwie popłynęłą cienkimi stróżkami. Monstrualne stworzenie rzuciło się niczym dziki zwierz na pełznące w stronę drzwi, szlochające głośno dziecko i zanurzyła zęby i pazury w ciele dziewczynki. Przez chwilę jeszcze można było usłyszeć coraz cichszy płacz, wydawało się jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale głos trudno wydobywał się z ust, z których szeroką strugą ciekła posoka. Gdyby jednak przysłuchać się dokłądniej, mogłoby to zabrzmieć jak "Mamusiu". Nagle płacz dziecka urwał się i w spichlerzu zapanowała śmiertelna cisza.

Zakonnik pobladł jeszcze bardziej, zrobiło mu się słabo, miał wrażenie, że za chwilę padnie zemdlony u stóp wyroczni. Nic takiego jednak się nie zdarzyło, stał twardo ze wzrokiem wciąż wbitym w zmieniające się obrazy.

Maleńka, niespełna dwuletnia dziewczynka siedziałą w cieniu rozłożystego drzewa rysując coś paluszkiem na piasku. Zdawałą się być zupełnie nieobecna, jakgdyby nie miała kontaktu z otaczającą ją rzeczywistością. Sprawiała wrażenie jakby głuchej i niewidomej. Wpatrzona w jeden punkt na ziemi uśmiechała się do własnych myśli. Niespodziewanie uniosła główkę i jej twarz rozjasnił promienny uśmiech. Przed maleńką wyrosła wielka, pokryta kolcami uskrzydlona postać. Dziecko wyciągnęło rączki.
Była to ostatnia rzecz jaką zrobiło. Zęby i długie, ostre pazury bestii zatapiały się w piersi małej, ona zaś nie wydała z siebie żadnego odgłosu, najcichszego choćby jęku. Bezwładnie opadła na ziemię, powoli opuszczając powieki, z nienaruszonym uśmiechem na spokojnej twarzyczce.

Zakonnik zachwiał się, niemalże upadł, poczuł jednak, jakby ktoś z tyłu podtrzymał go. Jęknął cicho zduszonym głosem.

Kobieta szła lekkim krokiem,nucąc coś cicho. Nagle przystanęła, koszyk wypadł jaj z ręki, a twarz zamarła w przerażeniu. Usłyszała przeraźliwy dziecięcy krzyk i poznałą od razu ten cienki, śpiewny głosik. To Laurelot, jej sześcioletnia córeczka.Spojrzała przed siebie. W powietrzu unosił się dym, a w oddali płonęła jakaś chata. Kobieta zbladła. To jej dom!
-Isilmar- wyszeptła- dzieci...
Rzuciła się pędem w stronę płonącego domu.

Po twarzy zakonnika spłynęła łza.

Kobieta ledwo powłócząc nogami szła, niosąc w ramionach zimne, zakrwawione maleństwo, na którego twarzyczce o błogim wyrazie majaczył uśmiech. Z jej piersi co jakiś czas dobywał się przeciągły, histeryczny ni to jęk, ni krzyk. Runęła na kolana, upuszczając przy tym ciało dziecka. Po chwili wstała, rozejrzała się wokół siebie, cicho jęknęła i skierowała się w stronę spichlerza. Podeszła do leżącej na progu dziewczynki. Twarz małej była zmasakrowana nie do poznania, a pierś rozdarta na wylot. Jedynie po strzepach zaplamionej krwią sukienki i długich, czarnych włosach kobieta rozpoznała w niej swoją córkę Laurelot. Wydała z siebie kolejny stłumiony jęk. Tak bardzo chciała krzyczeć, lecz gardło miała zciśnięte. Drżąc na całym ciele pogłaskła dziewczynkę po zlepionnych zakrzepłą krwią włosach.
Wstała. Jakiś czas miotała się na wszystkie strony, krążyła chaotycznie po podwórzu, wśród zaschniętych plam krwi i płomieni buchających z płonącego nadal domu. Ledwie syszalnie szeptała jak w transie:
-Isilmar, kochany, gdzie jesteś, chodź szybko, na wszystkich bogów, nasze maleństwa, zrób coś, Isilmar, najdroższy.
Zatrzymała się, wydała z siebie dgłos, przypominający wycie krótkie i rozpaczliwe. U jej stóp leżał z rozdartą piersią ciemnowłosy elf. Padła na kolana. Delikatnie, opuszkami palców dotknęła jego zimnej twarzy. Pochyliła głowę i wyszeptała coś w języku elfów, po czym ucałowała czoło męża.
Podniosła wzrok. Dym gryzł ją w oczy. Wśród płomieni, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał jej dom, dostrzegła ogromną postać o szarej, łuskowatej, pokrytej kolcami skórze.Istota spojrzała prosto w oczy kobiety, uśmiechnęła się złośliwie, po czym rozpięła czarne, rozłożyste skrzydła i wzbiła się w powietrze

Zakonnik oglądał obrazy przez zamglone łzami oczy. Nagle zdał sobie sprawę, że widzi kobietę klęczącą wśród zgliszczy coraz wyraźniej i wyraźniej. Ale cóż to...?Obserwuje ją z lotu ptaka... Zamarł przerażony. Widzi ją oczyma skrzydlatej bestii...Nagle poczuł zarazem czyjś delikatny, przyjemny dotyk i okropny, na wskroś przeszywający ból.



Kobieta stała przez chwilę i wpatrywała się w zakapturzonego mężczyznę. Długie godziny rzucał się i jęczał przez sen, ale teraz uspokoił się nareszcie.Jego szpetna twarz była teraz jakby spokojniejsza, jak gdyby we śnie znalazł wreszcie ukojenie, jedynym śladem po bólu i targającym nim niepokoju były krople zimnego potu na jego czole.Uklękła i pochyliła się nad nim. Bała się go dotknąć. Powoli, bardzo delikatnie, czubkami palców musnęła jego twardy, nieprzyjemny w dotyku policzek. Nagle skrzywił twarz w grymasie bólu. Skóra pod jej palcami czerwieniła się coraz bardziej i bardziej, zaczęła łuszczyć się i wystąpiły na nią bąble, podobne do tych, które powstają w wyniku oparzeń, tyle, że o wiele większe. Cofnęła dłoń, tak szybko jak pozwolił jej na to szok i przerażenie. Ogłupiałym wzrokiem spojrzała na niego, potem rozejrzała się wokół siebie, po czym czmychnęła, jak spłoszona łania i położyła się na własnym posłaniu.



* * * * *



Gdy otwierał oczy, wydawało mu się, jakoby zobaczył znikającą gdzieś wśród drzew kobiecą sylwetkę." Wzrok z bólu odmawia mi posłuszeństwa"-pomyślał. Twarz piekła go i bolała okrutnie. Dotknął prawego polika, był pokryty ogromnymi, ropiejącymi pęcherzami.




* * * * *




Słońce cienkimi smugmi przebijało się przez rozłożyste gałęzie gęsto rosnących drzew. Na trawie połyskiwały kropelki świeżej rosy.
Kobieta leżała owinięta długim, podróżnym płaszczem, ogarnięta błogim lenistwem. Pozwoliła odpocząć swojemu umysłowi, nie myślała o niczym, po prostu leżała tak wpatrując się w błyszczace kropelki rosy tańczące na liściach leśnych roślin. Nagle jej uszu dobiegł z oddali niewyraźny odgłos, przypominający rozpaczliwy, zduszony płacz. Podniosła się z wyraźnym trudem i szła kierowana swoim słuchem.
Za grubym pniem starego dębu, skulony, z kapturem naciągniętym na twrz siedział Tasadal. W dziwnym odgłosie, który jak podejrzewała był płaczem pobrzmiewała niesamowita rozpacz. Stała oddalona od niego o kilka kroków. Jej serce łomotało coraz szybciej i szybciej po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę wzruszone.
Podeszła bliżej. Zdawał się jej nie zauważyć.
Wyciągnęła rękę i delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu. Krzyknęła. Z dłoni przebitej na wylot długim, ostrym kolcem, gęstą, szeroką strugą ciekła krew. Tasadal podniósł głowę. Zdrętwiał. Spojrzał jej w oczy z przerażeniem i smutkiem zarazem.
- Przepraszam...- wyszeptał.
Z trudem udało jej się zdjąć krwawiącą dłoń z tkwiącego w jej środku kolca i kosztowało ją to wiele bólu. Pobladła nagle i powoli osunęła się na kolana. Podtrzymał ją. Ledwie zdąrzył posadzić ją opierając plecami o pień drzewa, gdy z jego poszarzałej skóry wyrosły kolejne dwa kolce, a dłonie zaczeły palić go i swędzieć.



* * * * *


Kobieta powoli uniosła powieki. Znów poczuła tępy, przeszywający ból. Spojrzała na zranioną dłoń, która była już opatrzona i dopiero zdała sobie sprawę, że ból nie jest już aż tak przejmujący, jak wcześniej.
Tasadal stał niedaleko wpatrzony w horyzont. Powolnym, leniwym ruchem odwrócił się. Postąpił kilka kroków w stronę towarzyszki.
- Nie zbliżaj się! - krzyknęła nagle, kuląc się w przerażeniu - Odejdź!
Cofnął się w milczeniu.
Wbiła w niego przerażony wzrok. Stali tak dłuższą chwilę bez słowa naprzeciw siebie.
- Posłuchaj...- przerwał wreszcie ciszę.
- Nie!- krzyczała - Nie mam njmniejszego zamiaru niczego słuchać! - uniosła do góry zranioną dłoń- To mi wystarczy!
- Dobrze...jak chcesz...-odwrócił się i powolnym krokiem ruszył przed siebie.
- Przepraszam...- wyszeptała.
Obrócił się. Bardzo powoli zaczął podchodzić bliżej. Zatrzymał się w odległości kilku kroków od kobiety i usiadł.
- Posłuchaj...- zaczął znów- On dręczy mnie na każdy możliwy sposób, jego celem jest odebrać mi wszystko.
- Nie rozumiem...ale co to ma wspólnego...
- Odbiera mi wszystko, co mogłoby sprawić mi przyjemność, a zamiast tego sprawia mi ból... mi i wszystkim tym, na których mi zależy...
Kobieta wstrzymała oddech.
- Taaak - kontynuował - im bardziej nam na sobie zależy, tym bardziej on stara sie obrócić to przeciwko mnie.
Kobieta zasłoniła twarz dłońmi.



* * * * *



Kobieta leżała wpatrując się w gwiazdy. Jakież wyraźne były tej nocy na spokojnym , bladoniebieskim niebie. Zupełnie jak wtedy, gdy...Nie, tamtej nocy nie chciała wspominać. Tasadal spał spokojnie kilkanaście kroków dalej. Teraz i ona poczuła się senna. Ułożyła się wygodnie, raz jeszcze spojrzała w niebo, westchnęła cicho, a potem powieki jej opadły, a oddech wyrównał się.



Kobieta podniosła powoli zmęczone, zapuchnięte od łez powieki. Wśród zgliszczy spalonego domostwa, jakie stanęło przed jej oczyma, tuż na wprost niej coś błyszczało w świetle gwiazd, któe świeciły tej nocy jaśniej niż zwykle. Podczołgała się bliżej. Przedmiotem, jaki zobaczyła, był długi, srebrny sztylet, niezwykle misternej roboty, z rękojeścią wysadzaną czerwonymi, lśniącymi kamieniami w kształcie rombów. Podniosła go, przez chwilę wpatrywała się weń jakby niewidzącymi oczyma, po czym powolnym ruchem przesunęła palcem po klindze. Na rękojeści dostrzegła wygrawerowane znaki runiczne w języku elfów:

<<Na zawsze ukochanej Elanor>>

Zdecydowanym ruchem uniosła spódnicę i wsunęła sztylet za pończochę. Wstała gwałtownie i jak oszalała zaczęła biec. Nie oglądając się wstecz pędziła wciąz przed siebie, coraz dalej i dalej. Przed jej oczyma jeden po drugim ukazywały się kolejne obrazy. Zniekształcona twarz Laurelot, uśmiechnięte, śmiertelnie blade lico najmłodszej córeczki, zastygłe w przerażeniu oblicze męża...
Nagle przystanęła, zbolałe mięśnie twarzy naprężyły się. " Wahin, nie było tam ciała Wahina". Na chwilę w jej oczach zabłysła nadzieja. "A jeśli mój syn żyje"- myśl ta była jak kubeł zimnej wody dla jej zamroczonego cierpieniem umysłu.


Drzwi gospody otworzyły się z głośnym trzaskiem. Do wnętrza wpadła młoda, czarnowłosa kobieta, odziana w strzępy niebieskiej, zaplamionej zaschniętą krwią sukni.
- Nie było tu ośmioletniego chłopca, półelfa.
Na krótki moment zapadła cisza, wszystkie oczy zwróciły się ku nowoprzybyłej, po chwili jednak znów zapanował gwar. Chwielnym krokiem podeszła do siedzącego samotnie przy stoliku w kącie mężczyzny w brązowym płaszczu podróżnym.
- A wy, panie, nie widzieliście mojego synka?
Mężczyzna pokrecił głową w milczeniu, nie podnosząc wzroku znad kufla.


Kobieta cicho jęknęła przez sen.
Tasadal siedzący pod drzewem kilkanaście kroków dalej drgnął. Odwrócił się ku niej. Wstał, postąpił dwa kroki w jej stronę, po czym...cofnął się. Usiadł, owinął się szczelnie płaszczem, a jego oczy przybrały znów wyraz rozdzierającego smutku i żalu.



Kobieta poczuła przyjemne ciepło w żołądku. Otworzyła oczy. Leżała na miękkim, wygodnym łóżku. Nad nią stała staruszka z naczyniem parującego, pachnącego przyjemnie płynu w dłoni.
W oczach młodszej z kobiet zabłysły łzy.
- Już dobrze, moje dziecko- uspokajająco szeptała stara, głaszczac pomarszczoną dłonią jej włosy - już dobrze.


Kobieta obróciła się na drugi bok.
Tsadal wciąż obserwował ja siedzac pod drzewem.
Z jej oczu płynęły łzy.
Tak bardzo chciał podejść bliżej, tak pragnął przytulić ją, choćby pogłaskać po głowie, okazać odrobinę czułości, ciepła, jadnak... Z bólem w sercu obserwował ją z daleka.



- Możesz zostać ze mną dziecko, jeśli chcesz- powiedziała stojąca na progu staruszka- Sama nie mam wiele, ale...
Młoda, czarnowłosa kobieta podniosła głowę, spojrzała na starszą pustymi jakby oczyma, wysiliła się na krzywy, wymuszony uśmiech
- Dziękuję babciu, ale nie mogę- przerwała jej w pół zdania.
Odwróciła sie i pobiegła przed siebie. Stara kobieta pokiwała głową ze smutkiem, chwilę jeszcze stała tak patrząc za oddalającą się, po czym weszła do maleńkiej izdebki z przeraźliwym skrzypnięciem zamykając za sobą drzwi.


Wiatr wiał niemiłosiernie. Śpiąca kobieta trzęsła sie z zimna.
Tasadal wstał. Po kilku krokach zawachał się.
Kobieta jęknęła.
Ostrożnie podszedł do niej. Zdjął płaszcz i delikatnie, tak, aby jej nie zbudzić, okrył ją. Zdawało mu się, jak gdyby na jej twarzy na chwilę pojawił się blady uśmiech.
Wtuliła twarz w miękki materiał.


Czarnowłosa kobieta w niedbale związnym gorsecie siedziała pochylona nad talerzem zimnej już zupy.
"To nie ma sensu!"- pomyślała - "On nie żyje. Nie żyje jak jego ojciec i siostry - to wspomnienie zakłuło, jak szpilka wbijana w serce - " Zginął w płomieniach".
Wstała. Na stole położyła srebrną monetę, po czym szybkim krokiem opuściła gospodę.
szła powoli, wąską ścieżką, w stronę gęstego lasu majaczącego daleko na horyzoncie.
"Gdybym zorientowała się wcześniej, że jest w środku, może mogłabym go jeszcze uratować..".
Zaczęła biec. Biegła na oślep w stronę lasu. Na horyzoncie rozbłysło światło...



Kobieta otworzyła oczy. Zamrugała nimi niespokojnie, tak jakby chciała strzepnąć z powiek resztki snu. Rozejrzała się w poszukiwaniu towarzysza. Siedział niedaleko, pod drzewem, oparty o ogromnej grubości pień.
Wstał i powoli podszedł do niej. Usiadł i wpatrywał się bez słowa w jej twarz.
- Gdzie jest najbliższy zakon ? - zapytała nagle.
Pytanie to zaskoczyło go, na jego twarzy odmalował się wyraz zdumienia.
- Niedaleko, na północy, zresztą tam właśnie idę... - wymamrotał - ale...dlaczego o to pytasz?
- No to zbieraj się ! - powiedziała kobieta podrywając się z miejsca. Tak stanowczego tonu nie słyszał jeszcze z jej ust.
- A możesz mi powiedzieć w jakim celu ? - odparł ironicznie.
- Może oni będą potrafili...
- To nie ma sensu ! Nie pokonają go... - przerwał jej w pół zdania - Straciłem już nadzieję... - dodał smutno.
- Ale ja nie ! - jej ton był ostry i stanowczy, prawie gniewny, a puste dotąd oczy płonęły - Już raz straciłam nadzieję zbyt szybko... - powiedziała już łgodniej - Nie pozwolę ci powtórzyć mojego błędu.
Siedział tak przez chwilę wpatrując sie w nią tępym wzrokiem.
- No co tak siedzisz - ofuknęła go - Rusz się, no już, trzeba pozbierać manatki.






* * * * *




Kerim, stary Edog i jego syn Esar wracali właśnie do domu po całym dniu pracy w polu.
- Chodźta już, ino rychlej, bom głodny jak pies - marudził Kerim.
- Takiemu to dobrze, twoja Tysja baba robotna, pewnikiem już z obiadem czeka, nie to co moja stara, leniwe to i nizgrabne, jakby jej kto te oba łapska poprzetrącał- westchnął Edog.
- A widzicie, ojciec, ja to wam zawsze mówił, że ja to sie żenić nie bede - odezwał się młody Esar.
- Młodyś jeszcze Esar, jeszcze ci sie odmieni - odparł Kerim - Patrz ino, jak ta Marthel od piekarza sie gapi na ciebie, bierz ino, nie stękaj, bo dziewka posażna- Kerim roześmiał się w głos.
Esarowi najwidoczniej nie było do śmiechu, bo tylko omiótł sąsiada groźnym spojrzeniem.
- Ej głupiś dzieciaku...- Edog machnął ręką - Obaczysz ty jeszcze, obaczysz jak ci sie odmieni.
Zza horyzontu wyłoniły się nagle dwie postacie. Wszyscy troje zamilkli teraz i wytężyli wzrok. Rzadko widuje się w tych okolicach obcych...a zwłaszcza tak osobliwych.
- Ty, Kerim, widział ty ich tu kiedy ? - zapytał Edog dając sąsiadowi porozumiewawczego kuksańca w bok.
- Ni - odparł zdumiony Kerim - a kto oni?
- Bo to ja niby wim - Edog wzruszył ramionami - ale ta baba to mi ino na jakąś miastową dupodajkę wygląda.
Wszyscy troje wybuchnęli śmiechem.
Nieznajomi byli coraz bliżej. Teraz mogli im się dokładniej przyjrzeć. Był to zakapturzony, prawdopodobnie bardzo stary, garbaty mężczyzna i młoda, wyjątkowo skąpo odziana kobieta.
Nagle zakapturzony człowiek upadł. Leżał tak przez chwilę wijąc się z bólu, kobieta zaś stała nad nim drżąc jak osikowy liść.
Edog pacnął stojącego z wybałuszonymi oczyma syna w tył głowy.
- I czego tak stoisz i gały wytrzeszczasz? - strofował Edog - a ty ? - zwrócił się do Kerima - obce to i dziwne, ale jak to tak człeka bez pomocy zostawić.
Wszyscy troje pobiegli w stronę nieznajmych.
Z daleka usłyszeli tylko dziwnie zniekształcony głos mężczyzny: " Klasztor...biegnij...szybko...". Ku ich zaskoczeniu kobieta puściła się pędem przed siebie, pozostawiając towarzysza na środku drogi.
- Ej tam, poczekaj no ! - wrzasnął za nią Kerim, ale kobieta nawet nie spojrzała za siebie. Pędziła jak oszalała, aż po chwili zniknęła za horyzontem.
- Iiiiii... durne babsko... - gderał pod nosem Edog.
Kerim pochylił się nad nieznajomym.
-Stało się co ? - zapytał - Pomóc może trza ?
Kerim ledwie zdąrzył sie odsunąć, gdy ciało nieznajomego zaczęło nagle płonąć.
- Toć to diaboł jaki ! - krzyknął Esar i skoczył jak oprzony.
Edog zaczął gorączkowo wzywać po kolei wszystkich bogów, o jakich kiedykolwiek słyszał, a Kerim machał chaotycnie rękoma, próbując przypomnieć sobie wszystkie znaki ochronne, jakich nauczyła go niegdyś babka. Płomień stawał się coraz większy i większy, aż wreszcie zdawał się być wysoki na dwadzieścia łokci.
Już mieli rzucić się do ucieczki, kiedy z płomieni wyłoniłą się nagle przerażająca postać.
Bestia była monstrualnych rozmiarów, skórę miała szarą i łuskowatą, pokrytą długimi, ostrymi kolcami, a u łap długie, szare pazury. Z pleców kreatury wyrastały szerokie, czarne skrzydła, a głowę miała zupełnie łysą, ozdobioną jedynie parą rogów. W powietrze uniósł się mrożący krew w żyłach demoniczny śmiech.
Kerim zamarł w bezruchu w odległości zaledwie kilku kroków od koszmarnego stwora, który wlepiał w niego swoje pozbawione źrenic ślepia. Chłop próbował ruszyć się, ale strach paraliżował całe jego ciało. Twarz istoty wykrzywiła się jakby w ironicznym uśmiechu, po czym bestia z nieludzkim rykiem rzuciła się na Kerima.
Edog rzucił się do ucieczki.
Twarz Kerima zastygła w niemym krzyku. Na ziemi, w kałuży świerzej krwi lądowały kolejno części ciała wieśniaka, po czym potworne stworzenie zajęło się rwaniem na strzępy jego wnętrzności. Wyszarpnęło swą szarą, szponiastą łapę z jego piersi. Spoczywało na niej bijące jeszcze przez krótką chwile serce. Stworzenie zgniotło je w łapie, na ziemię pociekły stróżki gotującej się krwi. Wpakowawszy, wyciśnięte prawie do cna z krwi serce do paszczy, bestia ruszyła w stronę uciekającego, przewracającego się co kilka kroków o własne nogi Edoga. Po plecach chłopa spłynęła struga krwi. Stwór złapał go obiema łapami i podniósł do góry.Przez chwilę przyglądał się swojej ofierze po czym w dzikiej furii rzucił nią o ziemię. Trzask łamanych kości rozniósł się echem daleko po okolicy. Edog wydał z siebie krótki, zduszony jęk. Następnie krwiożercza istota zawyła przeraźliwie, rzuciła się na leżące we krwi ciało i wgryzła się w jego pierś.
Ukrywający się wśród gęstych krzewów Esar drżąc na całym ciele starał się opanować krzyk przerażenia, jaki cisnął mu się do ust. Odwrócił głowę, po jego czole strugami płynął zimny pot. Nagle poczuł na plecach gorący, cuchnący oddech. Nim zdąrzył odwrócić się i unieść wzrok poczuł otępiający, przeraźliwy ból. Zanim martwy upadł na twarz zdąrzył zobaczyć jeszcze długie, szare szpony wyłaniające się z własnego torsu.




* * * * *



Kobieta biegła jak tylko potrafiła najszybciej. Sama nie wiedziała, w jaki sposób zdołała znaleźć w sobie tyle sił. Co jakiś czas przewracała się, jej dłonie były brudne i zakrwawione, spódnica podarta, a kolana posiniaczone, ale wiedziała, że musi, musi jak najszybciej dostać się do zakonu. Przed oczyma miała wciąż ten ostatni widok, jak zwijał w bólu w ostatniej walce...z nim, a potem juz tylko płomień i przerażone twarze tych ludzi. Nie, nie miała już siły myśleć...Teraz liczyło się tylko aby dobiec, cenna była teraz każda, najmniejsza chwila. Wiedziała jedno...musi się znaleźć w klasztorze...jak najszybciej...musi to zrobić...dla niego...
Upadła. Nie czuła już jednak bólu ani zmęczenia. Podniosła zasnuty mgłą wzrok. Na horyzoncie majaczył wysoki mur ozdobiony na rogach wieżyczkami. Zebrała resztki sił, aby podnieść się i pobiec przed siebie.
Zanim jeszcze dobiegła, szeroka brama uchyliła się lekko do wewnątrz i wyszedł z niej stary mężczyzna w białej, kapłańskiej szacie z długą po pas, białą brodą. Był dosyć wysoki i trzymał się jeszcze bardzo prosto jak na swój wiek, ale na twarzy wypisane miał doświadczenie i mądrość wielu lat życia.
- Demon...szybko...- mówiła z trudem łapiąc oddech - Tam...szybko...-wskazała dłonią za siebie.- on...
- Wiem, dziecko - rzekł, a widząc jej pytające spojrzenie dodał - Wołanie dobrego serca głośniej się niesie niż najgłośniejsze krzyki...
Starzec uniósł laskę. Na ten znak szerokie wrota otworzyły się na ościerz. Stało w nich dwunastu paladynów w pełnym uzbrojeniu gotowych do wymarszu. W błyszczących, srebrnych zbrojach zakonników odbijało się nikłe światło zachodzącego już słońca.




* * * * *


Odwróciła wzrok. Nie chciała oglądać tak zmasakrowanych zwłok ludzi, których jeszcze przed chwilą widziała śmiejących się i radosnych...Zbyt wiele wspomnień przywodziły jej na myśl...zbyt wiele budziły bólu...zbyt wiele gniewu. Przyglądała się teraz kamiennym, spokojnym twarzom zakonników.Wydawali się zupełnie niewzruszeni, jakgdybyby widok pobojowiska po niedawnej krwawej rzezi był dla nich chlebem powszednim. Skierowała teraz wzrok w miejsce, które wskazał dłonią jeden z nich, młody , wysoki paladyn, obdarzony krótką rudą brodą. Na trawie dojrzeć można było wypalone ślady. Nagle wszystkich dwunastu mężczyzn puściło się galopem prosto przed siebie. Kobieta podniosła głowę. Na horyzoncie, na tle przepięknego, barwnego zachodu słońca unosiły sie czarne smugi dymu. Popędziła konia.


Mijali do cna zwęglony łan zboża i kilka rozszarpanych końskich ciał, kiedy ich oczom ukazał się wielki, stojący w płomieniach stóg siana. Zakonnicy jak na niemą komendę jednocześnie siegnęli po miecze. Rozdzielili się i po sześciu okrążyli stóg z obu stron. Brodaty młodzieniec, który uprzednio zauwazył ślady na trawie spojrzał smutnym wzrokiem na mijany właśnie roztrzaskany wóz. Obok wozu leżały dwa końskie ciała. Paladyn pociągnął konia za uzdę, aby nie stratować kopytami woźnicy leżącego na ziemi w kałuży krwi, ze zmiażdżoną czaszką i rozprutą piersią.

Patrzała za okrążającymi stóg mężczyznami, nie wiedząc co robić, w którą stronę iść. Nie zauważyła nawet kiedy zniknęli jej z oczu, wydawało jej się, że czas stanął w miejscu. Nagle nad stogiem przeleciał wielki, płonący przedmiot. Leciał wprost na nią. Kobieta zdrętwiała. Chciała cofnąć się, jednak nie mogła się poruszyć , zdawała się stracić panowanie nad własnym ciałem. To co wylądowało u stóp jej konia okazało sie być świerzymi, powoli trawionymi przez płomienie zwłokami. Przerażone zwierzę parsknęło głośno i zaczęło wierzgać gwłtownie. Kobieta zdąrzyła tylko poczuć tępy ból w całym ciele, zanim silne uderzenie w tył głowy pozbawiło ją przytomności. Zapadła ciemność.




* * * * *




Wokół wciąż panowała ciemność, do jej uszu jednak zaczynały dochodzić powoli stłumione odgłosy. Jak zza grobu słyszała szczęk oręża, rozdzierające krzyki, rżenie koni... Odgłosy z każdą chwilą przybliżały się i stawały coraz wyraźniejsze. Otworzyła oczy. I znów ten sam widok. Ten który tak dobrze znała i o którym tak bardzo chciała zapomnieć...krew...śmierć...i płomienie...
Oparła dłonie o pokryte posklejaną zakrzepłą krwią trawą podłoże. Zbierała siły, by się podnieść, gdy blade światło księżyca przesłonił jej ogromny cień. Pdniosła zmęczony wzrok. Jej ciało przeszył gwałtowny dreszcz. Demon stojący nad nią spoglądał prosto w jej przerażone oczy i uśmiechał się ironicznie. Na próżno wpatrywała się w jego pozbawione źrenic ślepia, w nadziei, że dostrzeże tam choć ślad dawnego błękitu, że napotka choć przez krótką chwilę tak dobrze znany, przepełniony smutkiem i wstydem wzrok. Nagle jej oczy zapłonęły gniewem, poczuła nagły przypływ sił. Stała teraz wyprostowana, z podniesioną wysoko głową i głosem niewiarygodnie silnym, rozkazującym tonem krzyknęła:
- Wypuść go!
Demon stał przez chwilę jak wryty. Po chwili jednak, niespodziewanie wybuchnął okrutnym, złowrogim śmiechem. Jak dobrze znała ten śmiech...
- O nie, Elanor - zagrzmiał.
Na dzwięk własnego, tak dawno nie słyszanego imienia kobieta zadrżała i poczuła jak opuszcza ją odwaga.
- Nawet gdybym chciał... to przecież jego już nie ma.
Zdrętwiała na całym ciele.
- Nie... - wyszeptała.
- Ależ tak. - usta demona wykrzywił wstrętny uśmiech - Nie ma go.
Usta kobiety zadrżały.
- Teraz jestem ja - jego głos stracił teraz nutę ironii, czy rozbawienia i uderzył jak grom, silny i złowrogi.
- Nie...nie...nie wierzę...- szeptała gorączkowo kobieta drżąc na całym ciele - Kłamiesz! - krzyknęła nagle znów tym samym, silnym głsem, podnosząc na niego miotający błyskawice wzrok.
- Czyżby? - w jej uszach znów zadzwięczał demoniczny śmiech - A może twój synalek też ocalał?
Znów zadrżała oszołomiona. Ledwie powstrzymała cisnący się do gardła jęk, gdy nagle bestia przemówiła dziecięcym, tak dobrze jej znanym głosikiem.
- Ratuj mnie, mamusiu.
- Wahin...- wydała z siebie stłumiony szept.
Demon roześmiał się w głos.
- Puść go! - krzyczałą histerycznie trzęsąc się na całym ciele - Puść ich wszystkich!
Potworna istota śmiała się coraz głośniej, a był to śmiech okrutny, mrożący krew w żyłach, śmiech na wskroś zły.
- Czemu niby miałbym to zrobić? - rozbawienie w jego zniekształconym głosie brzmiało niesamowicie dziwnie i złowrogo - Powiedz mi - przybrał teraz ton szyderczej, udawanej łagodności - Chcę wiedzieć dlaczego.
Kobieta stała przed nim drżąc coraz bardziej. Powoli zaczęła osuwać się na kolana.
- Bo... - jej głos był teraz słaby i zalękniony - bo ich... kocham... - ostatnie słowo wypowiedziała powoli, ledwo dosłyszalnym szeptem.
- Taaak - demon zaśmiał się przeciągle - A zakonnika najbardziej...
Upadła.
- Chodź, spróbuj mnie jeszcze raz podrapać tą swoja wykałaczką.
Zasłoniła uszy dłońmi. Nie mogła juz dłużej słuchać tego okropnego śmiechu.
- Tasadal... - wyszeptała - Powiedz, że to nieprawda...proszę... - z trudem powstrzymywała się , by nie wybuchnąć głośnym płaczem.
Chciała krzyczeć, nie miała jednak siły. Z jej gardła zdołał wydobyć się tylko zduszony, cichy jęk.
- Tasadal, ja... - zdołała zebrać resztki sił, by wyszeptać jeszcze tych kilka słów - ja cie kocham...
- Ja i on to teraz jedno.
Słowa te dzwięczały w jej głowie, sprawiały tak wielki ból...i były to ostatnie słowa jakie usłyszała zanim wielka, pazurzasta łapa zamurzyła się w jej piersi.




Pogrążała się w pustkę i ciemność, coraz głębszą i głębszą...Nie czuła juz bólu, nie czuła zmęczenia...nawet smutku i tęsknoty...Nie czuła również miłości, o której istnieniu przed chwilą zdała sobie sprawę. Nie czuła nic...Nagle we wszechogarniającej ciemności rozbłysło światło. Skądś już znała ten blask... Powoli zaczęły wyłaniać się z niego postacie w białych szatach, o śmiertelnie bladych twarzach. Jakże dokładnie pamiętała te postacie, pamiętała jakby to było wczoraj...Znów wbijali w nią swoje martwe oczy, szli wprost ku niej. Tym razem jednak oddalała się od nich, czułą jak porusza się w tą samą stronę, w którą sunie pochód białych postaci. W tej chwili opadła zasnuwająca ich do tej pory mgła. Teraz ujrzała wyraźnie na przedzie pochodu, jakby prowadzącą go postać, czarnowłosą kobietę w długiej, białej sukni...siebie samą...



* * * * *



Trzech zmęczonych po długim dniu pracy drwali wracało do domu wąską ścieżką biegnącą obok dawno zamkniętej już gospody, zamkniętej od czasu śmierci właściciela. Szczerbaty barman był samotnikiem i dziwakiem, ale uczciwym i szanowanym człowiekiem, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, pewnego dnia znaleziono zmasakrowane zwłoki w jego własnej izbie. Mijali właśnie budynek gospody. Ale cóż to...drzwi otwarte na ościerz, a na piętrze, na parapecie stoi zapalona świeca...
Drwale przystanęli. Przez chwilę stali wpatrując się w budynek. Czyżby ktoś wykupił gospodę...? Spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Postanowili wejść do środka i zobaczyć. Wreszcie należy im się przecież kufel
  Topic: [O] Coś jak Silmarillion ??
Lorelay

Replies: 20
Views: 1579

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Thu Mar 11, 2004 10:38 am   Subject: [O] Coś jak Silmarillion ??
Aragornko, szczerze mówiąc zadziwiłaś mnie!

Czytałam już wiele najróżniejszych mitologii oraz dzieł na mitologię stylizowanych, jednak Twój pomysł jest niesamowicie oryginalny. Bardzo ciekawa jestem czy z rodził się Twojej głowie, czy czerpałaś inspirację z jakichś źródeł ajeśli tak to z jakich? Szczerze mówiąc poraz pierwszy spotykam się z tego typu podejściem do tematu kosmogonii. Mogłabym na ten temat rozwodzić się jeszcze długo i miałabym wiele do powiedzenia, nie chcę jednak nikogo zanudzać bawiąc się tutaj w badacza literatury. Popracuj jednak jeszcze trochę nad językiem, którym operujesz dość zgrabnie, mógłby on być jednak nieco ciekawszy i bardziej urozmaicony.
  Topic: [W] Wiersz o Alenya'i.
Lorelay

Replies: 1
Views: 620

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Thu Mar 11, 2004 10:18 am   Subject: [W] Wiersz o Alenya'i.
Jak zpowiada się książka trudno powiedzieć po przeczytaniu jako zapowiedzi tego krótkiego wierszyka. Chętnie jednak przeczytam ją, gdy będzie gotowa.
Wiersz ogólnie ładny w swej prostocie, należy do typu raczej "łatwych, lekkich i przyjemnych" niż ambitnych, jednak uważam, że i takie są potrzebne. Nie zauważam żadnych rażących błędów ani to stylistycznych, ani językowych, jednak czegoś mu brakuje...może rozwinięcia o jakieś ciekawe środki stylistyczne...
  Topic: [W] Thilio Tinuial
Lorelay

Replies: 11
Views: 1029

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Thu Mar 11, 2004 10:10 am   Subject: [W] Thilio Tinuial
Bardzo ciekawa tematyka, wiersz posiada "swój klimat", dla Ciebie jak zauważyłam dosyć charakterystyczny, pisany jest ciekawym językiem, jednak tym razem treść nieco przerosła formę. Stylistycznie i pod względem doboru słownictwa podobał mi się bardziej Twój wiersz "***", był napisany jakoś tak...zręczniej. Jednak efekt końcowy jest mimo iż nie genialny, acz pozytywny.
  Topic: [W] * * *
Lorelay

Replies: 5
Views: 1080

PostForum: Tworczosc wlasna / Opowiadania   Posted: Thu Mar 11, 2004 9:53 am   Subject: [W] * * *
Droga Lady of Orthank, gratuluję. Twój wiersz zaciekawił nawet mnie, wybredną :wink: .
Ciekawy styl i język, dobrze dobrane środki stylistyczne, wiersz "ma swój klimat", intrygujące zakończenie. Czekam z niecierpliwością na dalsze Twoje poetyckie poczynanina.
  Topic: Czy Gollum był zły?
Lorelay

Replies: 87
Views: 3830

PostForum: Tworczosc Tolkiena   Posted: Sat Jan 17, 2004 10:49 pm   Subject: Czy Gollum był zły?
Racja, Morgulu, ale zastanówmy się może od kiedy konkretnie można mówićjuż o ewidentnym opętaniu przez pierścień.
  Topic: Twoje imię i rasa w Śródziemiu!
Lorelay

Replies: 75
Views: 6064

PostForum: Luzne - Tworczosc Tolkiena   Posted: Sat Jan 17, 2004 8:22 pm   Subject: Twoje imię i rasa w Śródziemiu!
No ja się nie dziwię, że Cię satysfakcjonują! Respekt...
  Topic: Czy Gollum był zły?
Lorelay

Replies: 87
Views: 3830

PostForum: Tworczosc Tolkiena   Posted: Sat Jan 17, 2004 8:05 pm   Subject: Czy Gollum był zły?
Albo po prostu zwykła, charakterystyczna ludzka "głupota", lub jak kto woli "krótkowzroczność".
  Topic: Czy Gollum był zły?
Lorelay

Replies: 87
Views: 3830

PostForum: Tworczosc Tolkiena   Posted: Sat Jan 17, 2004 12:33 pm   Subject: Czy Gollum był zły?
1. Isildura dotyczy to samo, co napisałam o Boromirze, więc nie będę powtarzać.
2. Gandalf nie chciał pierścienia, ponieważ był Majarem tak samo jak Sauron i w jego rękach pierścień nabrałby niewyobrażalnej mocy.
  Topic: Czy Gollum był zły?
Lorelay

Replies: 87
Views: 3830

PostForum: Tworczosc Tolkiena   Posted: Sat Jan 17, 2004 10:36 am   Subject: Czy Gollum był zły?
Boromir jednak był człowiekiem, a ludzie są najbardziej podatni na moc pierścienia. Najbardziej odporni natomiast są hobbici, o czym mówi sam Gandalf.

A Bilbo i Frodo? Tyle czasu posiadali pierścień, a nie miał on na nich aż tak silnego wpływu od samego początku, od "pierwszego wejrzenia".

Choć oczywiście można uznać Smeagola za wyjątkowo słabego psychicznie, lub stwierdzić, że pierścień tak bardzo chciałznaleźć sięwłaśnie w jego rekach, że wytężył całą swą wolęby go opętac już w momencie, gdy ylko ten go zobaczył...
  Topic: Czy chcielibyście mieć Lorda jako lekture ?
Lorelay

Replies: 91
Views: 4776

PostForum: Tworczosc Tolkiena   Posted: Sat Jan 17, 2004 10:20 am   Subject: Czy chcielibyście mieć Lorda jako lekture ?
Quo Vadis jest również jedną z moich ukochanych lektur :) , jeżeli nie obok Mistrza i Małgorzaty ulubioną...
Krzyżaków też lubię, ale czytałam to bardzo bardzo dawno :P
Lubię też Ludzi Bezdomnych, Inny świat, Granicę, Dżumę i Medaliony.
Nicierpię za to Przedwiośnia :evil: i Lalki :evil:
  Topic: Od ilu lat?
Lorelay

Replies: 69
Views: 5337

PostForum: Luzne - Tworczosc Tolkiena   Posted: Sat Jan 17, 2004 10:12 am   Subject: Od ilu lat?
Ale fajnie! Nie jestem sama!!! Solidaryzujmy się przeciw władzy ludu hehe
  Topic: Przesłanie biblijne Władcy Pierscieni.
Lorelay

Replies: 35
Views: 1779

PostForum: Tworczosc Tolkiena   Posted: Sat Jan 17, 2004 10:09 am   Subject: Przesłanie biblijne Władcy Pierscieni.
Nie chyba. Orkowie sa elfami torturowanymi i upodlonymi przez Morgotha, w wyniku czego stali się właśnie tacy, jakimi ich znamy :wink:
  Topic: Czy Gollum był zły?
Lorelay

Replies: 87
Views: 3830

PostForum: Tworczosc Tolkiena   Posted: Fri Jan 16, 2004 10:52 pm   Subject: Czy Gollum był zły?
Quote:
juz sam widok takiego slicznego przedmiotu sprowokował go do tego..


Zastanawia mnie wobec tego, czy dobre stworzenie morduje jedynego przyjaciela, bo zobaczy "taki śliczny przedmiot"... :?

Quote:
a jego brat.. równiez..


Naprawdę przepraszam, że sięczepiam, ale Deagol nie był bratem Smeagola.

Quote:
Byl zly, bo zostal opetany...


Z drugiej strony nie byłabym taka pochopna w osądach...
Weźmy pod uwagę słowa Gandalfa "Gollum nie był do końca zepsuty"
Mnie się wydaje, że mógł mieć wyjątkowo słabą wolę, a pierścień sam zadecydował u kogo chce w danej chwili przebywać, opieram się tu równieżna słowach Gandalfa "Pierścień Władzy sam o sobie rozstrzyga"
  Topic: Ktora najlepsza (ksiazka)
Lorelay

Replies: 27
Views: 1830

PostForum: Tworczosc Tolkiena   Posted: Fri Jan 16, 2004 10:38 pm   Subject: Ktora najlepsza (ksiazka)
Fragmenty czytałam, w tym równieżsławetny tom dziewiąty :)
Masz rację, jest to dzieło dojrzałe, ale jest to zbiór esei, dlatego traktuję je raczej jako bardzo cenną skarbnicę wiedzy niż coś wybitnego pod względem literackim.
  Topic: W jakiej części Śródziemia chcielibyście mieszkać?
Lorelay

Replies: 139
Views: 7366

PostForum: Luzne - Tworczosc Tolkiena   Posted: Fri Jan 16, 2004 7:26 pm   Subject: W jakiej części Śródziemia chcielibyście mieszkać?
No tak, nie wspomnieć o Gondolinie to rzeczywiście grzech :wink:
Taaak, Doriath i Gondolin jednak przebiły Rivendell...
Za bardzo jakoś skupiłam się na Trzeciej Erze :D
  Topic: Jak to naprawde jest????
Lorelay

Replies: 28
Views: 1525

PostForum: Tworczosc Tolkiena   Posted: Fri Jan 16, 2004 5:52 pm   Subject: Jak to naprawde jest????
Czyż nie pisałam jednak:

Tolkien chciał, zeby wydano to jako jedną całość, ale było za długie, w dodatku jeszcze razem z Silmarillionem, który wydawcy nie rozumieli, uważali za zbytnią abstrakcję przez co nie chcieli wydać.

oraz

Rzeczywiście "Władca Pierścieni" składa sięz sześciu wyodrębnionych przez Tolkiena ksiąg, jednak rozdzielonych tak, aby mieściły się w trzech tomach. Tomy mają tytuły: "Drużyna Pierścienia"(bądz jak kto woli "Wyprawa"), "Dwie Wieże" i "Powrót Króla", a księgi jako składowe tomów oznaczane są jako "Księga I", "Księga II" itd. Nie we wszystkich wydaniach jednak jest uwzględniony podział na księgi.


Stwierdzenie iż omówiłam wszystkie możliwe punkty widzenia, było rzeczywiście nieodpowiednio sformuowane. Powinno być: wszystkie znane mi tudzież zasłyszane przeze mnie punkty widzenia. Samo stwierdzenie miało na celu nic innego, jak tylko odesłanie Nimrodel do moich poprzednich postów (nie chcę się powtarzać po prostu), choć przyznaję, że źle je sformuowałam i mogło być inaczej zinterpretowane.

Niestety, nigdzie w tym temacie nie znalazłam żadnych argumentów przemawiających za tym, że jest to trylogia, mojego autorstwa.

Istnieje pewna różnica między stwierdzeniem, że jest trylogią, a tym, że jest wydawany jako trylogia(rozumiana słusznie czy też nie, jako 3 tomy)
 
Page 3 of 9
Jump to:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
fanfiki, anime
Domy i Działki NLP Online Słownik synonimów