| Author |
Message |
Topic: Kacik zlamanych serc |
Idril
Replies: 92
Views: 3706
|
Forum: Poufne ;) Posted: Sat May 21, 2005 8:00 pm Subject: Kacik zlamanych serc |
Heh... Wywnętrzanie się . To ja może powiem coś do tych wszystkich beznadziejnie zakochanych/ze złamanym sercem/zdesperowanych (niepotrzebne skreślić):
Uwierzcie, że życie singla też może być piękne!!! I nie myślcie, że pisze to dziewczyna która ma faceta. Ja prowadzę takie życie od dwóch lat i jest mi z tym naprawdę dobrze. Jasne, na początku było trudno, zwłaszcza, że mój związek nie zakończył się w miły sposób, ale teraz uważam, że dobrze jest mi samej. Czasem tylko, kiedy nachodzi mnie chandra myślę inaczej, ale wtedy lecę do jakiegoś kumpla, który mnie dowartościuje i jest OK. Więc powtarzam raz jeszcze: To, że jesteście sami, to nie koniec świata!!! |
Topic: Galeria forum |
Idril
Replies: 598
Views: 17038
|
Forum: Poufne ;) Posted: Sat May 21, 2005 7:41 pm Subject: Galeria forum |
Hmm... Może i ja się skuszę i zapodam tu jakąś foteczkę, odpowiadając na apel modostwa. Ozz, mam tylko takie wątpliwości, czy nie zepsuję tym samym wizerunku ludzi z południa . Najpierw muszę wybrać jakieś znośne zdjęcie, a potem się zobaczy. |
Topic: [O] Serce Mocy |
Idril
Replies: 6
Views: 900
|
Forum: Tworczosc wlasna / Opowiadania Posted: Fri May 20, 2005 7:48 pm Subject: [O] Serce Mocy |
W Nabol pierwsze kroki, jak zwykle zaraz po przyjeździe, skierowała do jednej z najlepszych gospód w mieście – „Pod Złotym Lwem”. Jej nazwa wzięła się od herbu lordów Nabol, mających na nim właśnie złotego lwa. Karczmarz już od progu uśmiechnął się do niej. Miał jeszcze mniej zębów niż ostatnim razem. Ale mimo wszystko był bardzo miłym człowiekiem.
- Pokój dla was, pani Gudrun? – zapytał. – Czyście może tylko przejazdem?
- Pokój, panie Peterlinie. W życiu nie wybiorę się więcej w drogę w taką zamieć. Mało mnie z duktu nie zwiało, jak jechałam do Nabol.
- A skąd żeście jechali, pani Gudrun?
- Z samej stolicy – westchnęła ciężko. - Oj, ciężkie czasy nastały dla wędrownych śpiewaczek. Miałam zamiar jechać do Szol, bo tam o zarobek i łatwiej, i bezpieczniej, ale widzi mi się coś, że mus mi będzie zostać w Enmarze… - Gudrun specjalnie przyjęła styl wysławiania się karczmarza. Nie chciała wyróżniać się w tłumie. I potrafiła się w niego wtopić. A ta umiejętność czyniła z niej nieocenioną wprost emisariuszkę. I szpiega.
- Eli! Pokój dla pani Gudrun! – krzyknął karczmarz, wchodząc na zaplecze.
Natychmiast wybiegła z niego na oko piętnastoletnia siostrzenica Peterlina. Dziewczyna była rudawa i lekko piegowata, ale przy tym niesłychanie wdzięczna. I czysta, a to, jak na pomoc kuchenną, było doprawdy rzadkością.
– Ten sam, co zawsze. Widzę, że łasym okiem patrzycie na mój gulasz. Chcielibyście, pani Gudrun, skosztować nieco?
- Nawet więcej niż nieco. Strasznie zgłodniałam – odparła Gudrun, patrząc na karczmarza z uśmiechem. – I do tego kufelek ciemnego piwa. Ruch, jak widzę, nieduży… - podjęła po chwili, kiedy siedziała już przy ladzie z miską gulaszu i spoconym nieco kuflem ciemnego, pienistego piwa.
- Ano… - przytaknął karczmarz. – Taka kurzawa, to się po domach skryli i za nic wyjść nie chcą… Oj, niedobra to pogoda dla nas, ludzi interesu…
- A gdzież tam… Toć nie dalej jak przed paroma chwilami widziałam straszną ciżbę ludu na targu.
- że też im takie zimno nie przeszkadza… Podwiewa wszystko nie powiem gdzie, tylko choroby się z tego biorą… - pokręcił głową Peterlin. Gudrun roześmiała się. – Taa, pani Gudrun… A ja wam po znajomości powiem coś więcej. Dziwne rzeczy się tu ostatnimi czasy dzieją. Dziwowiska różne… Szkoda gadać.
- Jakież to dziwy?
- Ano, będzie już ze trzeci albo czwarty dzień, jak Granicznicy miasto przeszukiwali.
- Po co? – Gudrun nadstawiła uszu.
- Ano, jedna Strażniczka Mocy im z Hel uciekła. I rozsierdził się podobno okrutnie Wielki Książę…
- Wiem, że się rozsierdził – przytaknęła. - Rezultaty widziałam wczorajszego wieczoru.
- … a ona podobno skryła się w Nabol – ciągnął, nie zauważywszy, że mu przerwano. - Jeno gdzie? Nie mnie podejrzewać. Chyba, że poszła na sam zamek… - karczmarz roześmiał się z własnego pomysłu. Ale Gudrun nie było do śmiechu. – Powiadają… - Peterlin z trudem łapał dech – powiadają, że dwie one były. I że im uciekły, Granicznikom znaczy, rozumiecie, o czym prawię, pani Gudrun?
- Aż nazbyt dobrze, panie Peterlinie – westchnęła kobieta. – To prawda, że dzisiaj na zamku odbywają się posłuchania? – zapytała znienacka.
- Tak. A co, tak wam jest spieszno na posłuchanie do lorda? – zainteresował się karczmarz.
- A gdzieżby mi tam… Tylko chcę przedłużyć glejt na wyjazdy do Szol – powiedziała Gudrun niby mimochodem, bawiąc się opróżnionym prawie w całości kuflem.
- A mówiliście, że nie pojedziecie do Szol…
- Ano, widocznie mi się odmieniło. Tam zarobek trzy razy wyższy, to na co mam sobie tu strzępić gardło po próżnicy? A tam? Dwory czekają otworem. Kasztele, zamki, warownie… Wszystkie czekają z otwartymi drzwiami i trzosem. A to najważniejsze, panie Peterlinie. Nawiasem mówiąc, czy Eli nie chciałaby może zobaczyć kawałka świata? Godziwy byłby to grosz, który by przywiozła ze sobą. – Gudrun czekała na odpowiedź. Wyczuwała wokół Eli emanację Mocy. Niezbyt silną, na tyle jednak mocną, by dziewczyna mogła zostać Strażniczką Mocy. I chciała ją bezpiecznie dowieźć do Kapitularza. – A może wyszłaby dobrze za mąż? Nie chcielibyście, panie Peterlinie, bogatej siostrzenicy? Zarobiłaby na posag, poszłaby za kupca i mielibyście się dobrze do końca życia. Co?
- A bo ja wiem… Musiałbym sobie wtedy dziewkę zatrudnić. I płacić.
- Ale bez wiktu i opierunku. Na to samo wyjdziecie. Aż strach pomyśleć, jak się tu ta dziewczyna marnuje. ładna jest. A ja po wielu domach jeżdżę, wielu mnie kasztelanów gości. A nuż jakiemuś młodszemu synowi wójta wpadnie w oko? Albo i starosty?
- Powiadacie, pani Gudrun? Może i słusznie prawicie. Ale tu by trzeba samej Eli zapytać.
- Dobrze prawicie, panie Peterlinie. Zawołajcież ją więc i niech mówi.
- Eliszka! Eliszka! – krzyknął karczmarz. Dziewczyna wyjrzała z zaplecza.
- No?! – odkrzyknęła.
- Chodź tu, dziecko! Ano widzisz – podjął, kiedy Eli podeszła do lady. – Pani Gudrun chciałaby cię zabrać ze sobą. Mówi, że i na posag sobie zarobisz, i męża może gdzie złapiesz. Chciałabyś?
- Gdzie to jechać? – zapytała dziewczyna. Była wyraźnie zainteresowana propozycją Gudrun, na twarzy wykwitły jej rumieńce.
- Różnie. To tu, to tam. Ale zawsze z wiktem, opierunkiem i groszem niezłym. W Szol zarobek najłatwiejszy. Mam nadzieję, żeście nie są krzyw o to, że ją do Szol wiozę? że Strażniczki zwadą wam nie są?
- A gdzieżby tam, pani Gudrun. Co wy sobie o mnie myślicie? Hę? Toć jam nie kiep i wiem, że bardziej prawych od nich na tych parszywych ziemiach nie było. Ale w tych czasach takie poglądy to pewna śmierć. To i ja się ze swoimi nie rozgłaszam. Ale co wam powiem, to wam powiem, pani Gudrun… Strażniczki to święte kobiety. I rad bym je powitał znowu w Enmarze. żyję nadzieją, że kiedyś, jak się Wielki Książę wreszcie przekręci, to im dozwolą wrócić. Ale powiadają, że młody książę dzielnie kroczy w ślady rodzica. Więc w tym bym szansy nie upatrywał.
- Chwali wam się to, panie Peterlinie. I jak, Eli? Chcesz kawałek świata zobaczyć? – zapytała Gudrun. – To, co za murami Nabol?
- Chcę, pani Gudrun. Bardzo chcę…
- To i dobrze. Jak tylko kurzawa ustanie, gotuj się do drogi. Jutro najpewniej wyruszamy. Teraz idę załatwić swoje sprawy. A wam, panie Peterlinie, radzę uważać na tych drabów w kącie. Ani chybi wyglądają mi na szpiegów.
Gudrun z radością opuściła gospodę. Choć dowiedziała się wielu cennych rzeczy, męczyło ją ciągłe udawanie. Ciągłe pamiętanie, by posługiwać się prostym językiem. Rozejrzała się dyskretnie, czy nikt jej nie śledzi, a potem skierowała swe kroki ku zamkowi.
- Czego tam? – zapytał odźwierny, widząc kobietę w skromnej, ciemnej opończy. Lutnia na plecach świadczyła, że była wędrowną truwerką.
- Przynoszę wiadomość dla Eskila.
- Jasne, brzdąkało…
- Przynoszę wiadomość dla Eskila – powtórzyła twardo Gudrun. – I muszę się z nim widzieć.
- Znowu będziecie rzępolić, jak ostatnim razem. Byli tu już tacy. Chcesz posmakować mojego bata?
- Słuchaj, zawszony kretynie – Gudrun przycisnęła odźwiernego do muru – mam gdzieś twój bat i ciebie. Poznajesz to? – pomachała mu przed nosem srebrnym medalionem. - Muszę natychmiast widzieć się z Eskilem. I dobrze ci radzę, wykąp się. Cuchniesz… – dorzuciła z odrazą.
- Ej, ty! – krzyknął odźwierny do jednego z pachołków. – Idź po Eskila! Powiedz mu, żeby…
- Nie – warknęła. – To ma być rozmowa w cztery oczy.
- Powiedz Eskilowi, żeby czekał na nią na podzamczu. I niech z nią idzie do diabła.
- Twoi ludzie to kretyni. Odźwierny nie chciał mnie wpuścić – powiedziała z przyganą Gudrun, gdy stanęła przed Eskilem.
- Pozwolę sobie powiedzieć, że to nie moi ludzie, tylko lorda… - uśmiechnął się drwiąco Eskil. – A co do odźwiernego, to wszyscy mają z nim ten sam problem. Nadgorliwość jest gorsza od zaniedbywania obowiązków. Chodź, dam ci coś mocniejszego dla kurażu w moim gabinecie – powiedział, prowadząc Gudrun do swojej komnaty. – I co? – zapytał, nalewając jej szklaneczkę złotawego płynu. Gudrun nie usiłowała dociekać, co to.
- Po wszystkim. Wracam do Szol. I potrzebuję nowego glejtu. Spalili ją wczoraj. I wierz mi, to nie była piękna śmierć.
- Nie ma pięknej śmierci. Bez względu na to, co śpiewają truwerzy – popatrzył znacząco na jej lutnię. – Śmierć to zawsze cierpienie i ból. To zawsze katorga. I nie próbuj zaprzeczać. Jeszcze coś?
- Loanna wcale nie wypadła z łask Wielkiego Księcia. Fałszem są także pogłoski o rzekomych niesnaskach pomiędzy Wielkim Magiem a Talgarem. Co nie wróży nam zbyt dobrze.
- Może udają? – Eskil sceptycznie podchodził do słów Strażniczki.
- Eskil, ja jestem od pięciu lat naczelną emisariuszką i szpiegiem Strażniczek Mocy w Enmarze – westchnęła Gudrun z politowaniem. - Widziałam Wielki Przewrót, widziałam Dovre, widziałam Nerat, widziałam Lemos. I już tego nie zapomnę. Nie można tak udawać. Nie ma rozłamu pomiędzy Wielkim Księciem a Malvernem. Radziłabym ci dobrze się przypatrzeć stosunkom Talgara z Wielkim Magiem, zanim otworzysz dziób.
- Ja cię nie uczę, jak brzdękać na lutni…
Gudrun nie skomentowała.
- Wracam do Szol – podjęła po chwili. – A dodatkowym powodem do radości jest dla mnie fakt, że nie zobaczę twojej gęby aż do wiosny, jak dobrze pójdzie. O rany, ależ mnie się te kolokwializmy czepiają… Chociaż biorąc pod uwagę ilość czasu, jaką spędzam ostatnio w karczmach… I mam nadzieję, że chociaż tam dowiem się, co z Darien.
- Darien jest tutaj.
- Co?! – Gudrun zakrztusiła się trunkiem.
- Darien jest tutaj wraz z Lori.
- Jak to możliwe?!
- Może będzie lepiej, jak sama ci to wyjaśni…
Lori patrzyła z niedowierzaniem na Gudrun. Myślała, że to sen. że Gudrun stająca w progu jej komnaty to tylko omam, przywidzenie. Ale nie, ona była jak najbardziej prawdziwa.
- Co ty tutaj robisz?! – zawołała. – Myślałam, że już dawno jesteś w Szol…
- Ciebie mogłabym spytać o to samo – odparła Gudrun. – Co ty tu robisz, na Serce Mocy?!
- Najlepiej będzie, jak powiem od razu. Tylko nie krzycz i pozwól mi skończyć. Usiądź, proszę.
Gudrun posłusznie usiadła.
- Darien jest ranna. A ja… Okłamałam was – westchnęła Lori. – Okłamałam was, ale teraz przyszedł czas, by powiedzieć prawdę. Lero jest moim przyrodnim bratem.
- Co?!
- Nie przerywaj. Gdy wstępowałam do zakonu, byłam młoda, nie miałam żadnej pozycji. Bałam się, zwyczajnie się bałam, że mnie odrzucicie. że uznacie… - głos jej się załamał. – że nie jestem godna być Strażniczką. A potem… potem było mi wygodnie. Zbyt wygodnie, żeby to niszczyć jednym zdaniem. żadnych pytań, żadnych podejrzeń. Bo przecież cały czas byłabym na świeczniku, ciągle obserwowana, wciąż podejrzana. Bo cokolwiek by mój brat nie zrobił, i tak nie zaufacie mu całkowicie.
- To nie usprawiedliwia kłamstwa… - Gudrun patrzyła na nią przenikliwie.
- Wiem! Wiem, na Serce Mocy, wiem! Dlatego gdy tylko Darien wydobrzeje i dotrzemy do Kapitularza, na pierwszym zebraniu Kapituły powiem im o tym.
- Lepiej to zrób. Bo jeżeli nie, to ja im powiem. Pomimo tego, że przyjaźnię się i z tobą, i z Darien.
- Wiem, Gudrun… - W oczach Lori, niezłomnej, nieustraszonej Lori zaświeciły łzy. – I przepraszam… Nawet Darien nie miała pojęcia. Przepraszam…
- Daj już spokój – Gudrun machnęła ręką. – Wiesz, że jestem choleryczką. Już ci wybaczyłam. Gdzie jest Darien?
- W swojej komnacie. Możemy tam pójść.
Lori poprowadziła przyjaciółkę przez plątaninę korytarzy, w których, nie znając zamku, można było się łatwo zgubić. Gudrun miała okazję podziwiać niezwykle cenne gobeliny, poroża i białą broń, która przyprawiłaby każdego wytrawnego wojownika o zawrót głowy. W komnacie Darien, o dziwo, zastały lorda Nabol.
- Skończyłeś już z sądami na dziś? – zapytała Lori.
- Tak. Nie było ich zbyt wiele – odparł Lero, wstając.
- Lero, to jest Gudrun. Nasza emisariuszka na tych ziemiach.
- Witaj, panie – Gudrun skłoniła się głęboko. – Zaszczyt to, że mogę cię poznać…
- Witaj – odrzekł Lero, uśmiechając się. – Eskil wiele o tobie opowiadał. I to same dobre rzeczy. Zostawiam was. Zawczasu życzę miłej podróży.
- Gudrun, na Serce Mocy, co ty tu robisz?! – zawołała Darien, siadając raptownie. Ból targnął jej ciałem, skrzywiła się więc i jęknęła.
- Szpieguję – odparła sarkastycznie kobieta, ściskając Darien. - Przyjechałam zdać ostatni raport przed opuszczeniem Enmaru. Jutro, jeżeli tylko pogoda pozwoli, wyruszam do Szol. I nie będę sama. Znalazłam nową kandydatkę na nowicjuszkę. Jadę z Hel…
Darien zamarła.
- To już koniec? – zapytała, patrząc na Gudrun.
- Tak. Wczoraj spalili Arienę…
- Nie… - Po policzku Darien spłynęła samotna łza.
- To była straszna kaźń – odparła Gudrun martwym głosem, przypominając sobie wszystko, co widziała poprzedniego dnia. – Umierała bardzo długo. I choć wiele egzekucji widziałam, to tej nie zapomnę do końca życia…
- Tak jak ja stosu Matki Przełożonej…
Do komentujących: prosiłabym o dłuższe recenzje niż: super, podobało mi się, pisz dalej. Napiszcie, co wam się podobało, dlaczego, co można poprawić etc. |
Topic: [O] Serce Mocy |
Idril
Replies: 6
Views: 900
|
Forum: Tworczosc wlasna / Opowiadania Posted: Mon May 16, 2005 6:00 pm Subject: [O] Serce Mocy |
Ariena klęczała na zimnej posadzce. Była wycieńczona długimi torturami, chorobą, z jaką toczyła walkę od kilku tygodni, zimnem, brudem i brakiem pożywienia.
- Obyś znalazła lepszą drogę, Darien… – szeptała. – Oby udało ci się to, co nam się nie powiodło…
Rozpalone czoło i błędny wzrok świadczyły o wysokiej gorączce. W lochu, gdzie przetrzymywano Arienę, było przeraźliwie zimno. Po zgniłej słomie przechadzały się szczury wielkości dwóch dłoni, w barłogu zalęgły się wszy i pchły. Nie widać było pluskiew, ale może to zimno zagoniło je do ciepłych kryjówek. Nie karmiono jej już od trzech dni, a woda, jaką dostawała, była zatęchła i brudna. Ale Ariena piła, bo inaczej zmarłaby z wycieńczenia. Choć czasem zastanawiała się, czy nie byłoby to dla niej lepsze, mniej hańbiące. Z drugiej jednak strony nie chciała, by jej zwłoki przed pochówkiem zostały nadjedzone przez te ogromne szczury. Nade wszystko zaś nie chciała umierać. Była jeszcze młoda, miała zaledwie osiemnaście lat…
Wiedziała, że następnego dnia wieczorem zapłonie stos. I że czeka on właśnie na nią. Widziała przez malutkie, zakratowane okienko dymy ze stosów, na których spłonęły jej przyjaciółki. Czuła słodkawy zapach ludzkiego mięsa, przyprawiający o mdłości. Słyszała ich krzyki, ich jęki, kiedy nie były już zdolne krzyczeć. Nie na darmo plac egzekucji znajdował się zaledwie kilka kroków od murów więzienia. Jeszcze siedząc w zatęchłych murach więźniowie mogli sobie wyobrażać, co czeka ich na zewnątrz. Kilka haustów świeżego powietrza, wolnego od odoru więzienia, a potem kaźń. I męka straszliwsza, niż można to sobie wyobrazić.
„Inkwizycja…” – myślała Ariena. – „Inkwizycja wśród heretyków… Paradoks większy, niż w snach obłąkanych. Za kogo się wezmą po nas? Za filozofów, bo głoszą odmienne poglądy? Za to, że usiłują ustalić, co dzieje się z ludźmi po śmierci? A może…”
Nie dokończyła myśli, bo drzwi lochu otworzyły się i weszło trzech żołnierzy. Widać i czuć było, że są bardzo pijani.
- I co my mamy z tobą zrobić? – zapytał najstarszy z nich. Ariena skuliła się w kącie.
- Zarżnąć poćpiegę! – krzyknął drugi, wyciągając krótki miecz, ale najstarszy i – najwyraźniej – najwyższy stopniem powstrzymał go, wyciągając dłoń.
- Nie możemy. Bo potem Wielki Książę zarżnie nas – powiedział, z wielką trudnością artykułując poszczególne słowa.
- Ja mam inną propozycję – wtrącił się najmłodszy. – Proponuję, panowie, żeby ją nie zarżnąć a zerżnąć. Bo i to dla nas bezpieczniejsze, i przyjemniejsze… - uśmiechnął się lubieżnie, pokazując białe zęby.
- Tego nam nie zabroniono… - powiedział dowódca. – Słyszałaś, szolijska zdziro?! Na ziemię, ale już!
Podszedł nieco chwiejnym krokiem do Arieny i rzucił nią o ziemię. Z rozciętej wargi pociekła jej krew. Mimo to leżała spokojnie. Nie reagowała, kiedy najstarszy z żołdaków zdzierał z niej liche odzienie. Nie miała siły krzyczeć, nie miała siły się bronić przed brutalną bezwzględnością żołnierzy. Leżała cicho i spokojnie, ale spod na wpół przymkniętych oczu po policzku ciekły jej łzy. Jedna za drugą padały na ziemię, rosząc brudne klepisko. Ani jeden jęk nie zdradził jej udręki. Gorączka podnosiła się jeszcze bardziej. Dziwiła się, że żołnierze jeszcze tego nie zauważyli. Wreszcie jednak najstarszy z nich zwrócił uwagę na jej pałające policzki i szkliste oczy.
- Ta dziwka jest na coś chora! – krzyknął. Najmłodszy z żołnierzy, na którego teraz przyszła kolej, odskoczył od niej jak oparzony.
- Zaraziłaś nas, podła wywłoko!!! – wrzasnął młodzian, wciągając szybko spodnie.
- Idiota – syknął średni. – To gorączka więzienna. Na to się umiera, ale w ten sposób cię nie mogła zakazić. Mogłeś sobie nie przeszkadzać – uśmiechnął się drwiąco. Najmłodszy rzucił mu gniewne spojrzenie, ale się nie odezwał.
- Jutro i tak będziesz martwa. I wspomnisz sobie przed śmiercią ostatnie chwile rozkoszy… - zarechotał najstarszy. – Jutro zobaczysz, że z chęcią oddałabyś wszystko za nasze towarzystwo, nie kata. Ale może po dobroci załatwimy ci, żeby cię przedtem udusili… Albo rozwalili ci łeb… Chociaż nie, Wielki Książę chce sobie popatrzeć, jak wijesz się z bólu i posłuchać, jak wrzeszczysz w agonii… Więc będziesz się smażyć powoli… Obyś zdychała jak najdłużej, przeklęta heretyczko… - splunął jej w twarz, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami. Ariena nawet się nie poruszyła…
Było już ciemno, gdy po nią przyszli. Znaleźli ją w tym samym miejscu, w którym ją wczoraj zostawili.
- Załóż to – warknął dowódca, rzucając dziewczynie brudne, podarte giezło.
Ariena niemrawo podniosła się z ziemi i niezdarnie ubrała się w podany jej łach.
– A teraz chodź, heretycka ladacznico – zawarczał ponownie.
Kiedy stanęła na nogach o własnych siłach, zakuli jej ręce i nogi w ciężkie, żelazne kajdany, cuchnące rdzą zmieszaną z ludzką krwią. Pamiętały niejedną egzekucję. Ariena z trudem przemogła mdłości. Kiedy wreszcie wyszli na zewnątrz, dziewczyna zachłysnęła się świeżym powietrzem. żołdacy prowadzili ją między rozjuszoną tłuszczą. Sypał się na nią grad zgniłych jajek, owoców i odpadków. Zamknęła oczy, starając się nie patrzeć na motłoch, który usiłował ją pobić do nieprzytomności. Tylko razom rozdawanym przez strażników zawdzięczała całą głowę. Potknęła się jednak i musiała na powrót otworzyć oczy. Kiedy odważyła się rozejrzeć wokół, ujrzała smutną kobiecą twarz i ciepłe oczy, patrzące na nią ze współczuciem. łzy popłynęły jej po policzkach.
Gdy wreszcie doprowadzili ją na miejsce kaźni i przywiązali do słupa, Arienie zdawało się, że oto przeszła nie kilkanaście kroków, dzielących ją od bramy więzienia do stosu, ale kilkanaście mil. Na wprost siebie widziała zadowoloną twarz Wielkiego Księcia. Jego okrutne oczy przepełnione były pożądaniem i radością, kiedy patrzył łakomym wzrokiem na dziewczynę. Po jego prawej stronie siedział następca tronu, książę Weldyn, a po lewej Wielki Mag, Malvern. Ariena odważyła się spojrzeć mu w oczy. Zobaczyła w nich jedynie zło. Tuż obok Weldyna, nieco bardziej w głębi, jak nakazywał obyczaj, siedziała piękna hrabianka Loanna, obecna faworyta Wielkiego Księcia. A obok niej narzeczona Weldyna, Nicala. Metresa Talgara miała na sobie suknię w ogromnie modnym kolorze soczystej zieleni, wyszywaną srebrną nicią, z długimi, rozcinanymi rękawami, sięgającymi prawie ziemi oraz dużym dekoltem. Spodnią warstwę szaty stanowiła srebrzysta spódnica, widoczna spod rozcięcia od pasa aż do dołu. Loanna miała wysoko upięte włosy, według najnowszej mody, a na nich srebrną siateczkę, wyszywaną perłami. Z racji chłodu i śniegu na ramiona narzuciła płaszcz z popielatych norek. Nicala ubrana była nieco skromniej, jak przystało piętnastoletniej panience, ale także z dużym przepychem. Nosiła jasnobłękitną suknię, podobną w kroju do stroju Loanny, choć z nieco mniejszym wycięciem przy szyi i białym spodem, włosy również miała upięte wysoko, a na ramionach nosiła białe sobole.
Jakiż kontrast stanowiły te dwie damy w porównaniu z upokorzoną, brudną, pokaleczoną, obdartą Arieną, która w niczym nie ustępowała im urodzeniem. Dziewczyna po cichu łykała łzy. Chciała, żeby to się już skończyło. Chciała umrzeć i nie cierpieć już dłużej. Pragnęła zapomnieć o swej hańbie. Tłuszcza parła coraz bliżej i bliżej, chcąc zająć jak najlepsze miejsca. Niektórzy wdrapywali się na dachy domów, by mieć lepszy widok na skazaną.
Wreszcie na podwyższenie wystąpił książęcy herold. Wraz z nim, dla podniesienia własnej estymy zapewne, wyszedł Inkwizytor. Herold rozwinął zwój i zaczął czytać donośnym głosem:
- „Za głoszenie heretyckich poglądów, za rozpowszechnianie fałszywego świadectwa, za zbrodnicze praktyki, jakich się dopuszczała, za odrzucanie jedynej i niezaprzeczalnej prawdy, za głoszenie poglądów przeciwnych tej prawdzie, za zatwardziałość i brak należnej czci dla majestatu naszego władcy, Wielkiego Księcia Talgara; za to wszystko Ariena, córka hrabiego, pana na Nore, Strażniczka Mocy z Szol, wyrokiem Inkwizycji została uznana winną herezji i skazana na spalenie na stosie! Kara zostanie wykonana tu i teraz, na waszych oczach, abyście mogli przekonać się, jak walczymy z kacerzami, sprzeciwiającymi się uznaniu Hiddukela jedynym i prawdziwym bogiem!” – Herold skończył czytać wyrok, zwinął zwój i zszedł z podwyższenia. W tłumie rozległy się krzyki.
- Heretyczka!
- Na stos z nią!
- I niech się smaży, szolijska poćpiega!
- Na stos!
- Precz z kacerstwem!
- Preeecz!!! – wrzasnął zgodnie cały tłum.
- Czy drewno jest mokre, jak kazałem? – zapytał Talgar Inkwizytora.
- Tak, Wasza Książęca Mość. I obłożone słomą. Ugotuje się, zanim jeszcze będzie martwa. To będzie bolesna śmierć. I długa agonia.
- Właśnie o to mi chodziło… - Talgar był zadowolony. Bawił się pierścieniem rodowym, patrząc na Arienę, skrępowaną sznurem i łańcuchami. – A teraz, suko… - syknął mściwie – odeślę cię prosto w niebyt… Podłożyć ogień – nakazał półgłosem. Natychmiast dwóch pachołków rzuciło na stos płonące pochodnie.
Słoma zajęła się szybko. Dym dusił Arienę. Chciała umrzeć jak najszybciej, ale wcale się na to nie zanosiło. Teraz dałaby wszystko, żeby wczorajsze pogróżki żołnierzy się spełniły. żeby rozbili jej głowę, nim się to zacznie. Słyszała, że z tymi, którzy wykazali chęć współpracy, tak właśnie robiono. Na znak łaski. Płonęli ku radości tłuszczy, będąc już martwymi. Dziewczyna dusiła się i z całych sił walczyła o jeszcze jeden łyk powietrza. Oczy zaszły jej krwawą mgłą. Ogień powoli po nią sięgał. Kiedy pierwszy krzyk przedarł ciszę, jaka zawisła nad placem egzekucji, Wielki Książę uśmiechnął się z satysfakcją.
- Oto jak płonie ostatnia heretyczka w tym państwie… Już niebawem zapłoną stosy i w Szol. I tam, w tej przeklętej po tysiąckroć krainie będzie słychać jęki konających heretyczek…
Ariena tymczasem toczyła beznadziejną walkę ze śmiercią. Krzyczała dopóki starczyło jej sił. A kiedy nie mogła już krzyczeć, wrzaski zastąpiły głuche jęki. Po całym placu rozniósł się słodkawy swąd ludzkiego ciała. Ariena była już na skraju wytrzymałości. Nie sądziła, że taki ból w ogóle istnieje. Chciała umrzeć jak najszybciej. A jeżeli nie umrzeć, to przynajmniej zemdleć. Byleby nie czuć już tego bólu. Byle już tak nie cierpieć. Omdlenie jednak nie nadchodziło. Jej jęki było słychać już z daleka. Kiedy jednak i one zaczęły słabnąć, a następnie ucichły, ból stał się nie do wytrzymania i Ariena zemdlała. Ogień powoli trawił bezwładne ciało…
Nikt nie zauważył, że młoda kobieta o ciemnych włosach i szarych, pięknych oczach, odziana w popielatą suknię z wełny i długi płaszcz przepchnęła się szybko przez tłum z oczyma pełnymi łez. Nikt też nie zwrócił uwagi, dokąd idzie. A kobieta szybko przeszła przez ulicę, pełną błota i śniegowej breji i weszła do gospody. Właściciela nie było w środku. On również poszedł oglądać egzekucję. Za ladą stał gładki wyrostek, wycierając kufle i złorzecząc pod nosem.
- Niklas… - powiedziała cicho kobieta. Chłopak nie zwrócił na nią uwagi. – Niklas! – powtórzyła głośniej.
- A, toście wy, pani Gudrun… Wybaczcie, nie zauważyłem… Coś podać może?
- Daj mi wina. Najlepszego jakie macie.
- Oblewacie, pani, spalenie heretyczki? – zapytał Niklas. – Toć wam się oczy ze szczęścia błyszczą…
Gudrun odwróciła wzrok. Tym, co w istocie tak błyszczało w jej oczach, były łzy.
- Nie twoja to rzecz, co oblewam – mruknęła, popijając z kubka czerwone wino. Nie było złe, jak na trunek podawany w gospodzie.
- Heretyczki, powiadasz? - podjęła po dłuższej przerwie. - A znałeś ją? Wiedziałeś, jaka była naprawdę? Nie? Więc nie sądź pochopnie, rozumiemy się, młody Niklasie?
- Toć i wyście nie stara, a młoda jeszcze… To znaczy…
- Daj sobie spokój z niepotrzebnymi komplementami – ucięła kobieta. – Wyjeżdżam stąd jeszcze dziś. To mój pożegnalny kubek.
Niklas nie podniósł głowy.
- Przeze mnie wyjeżdżacie? Powiedzcie prawdę…
Gudrun roześmiała się.
- Gdybym się miała przejmować czymś takim, w żadnej gospodzie bym długo miejsca nie zagrzała. Więc nie przejmuj się, gołowąsie!
- Nie dworujcie sobie ze mnie… - Niklas oblał się szkarłatem aż po szyję.
- Ani myślę…
- A wy, pani Gudrun? Znaliście ją? Tę heretyczkę? Przysięgam, że nikomu nie pisnę ni słówka… Znaliście ją?
- Nie… Właściwie to nie… - odparła Gudrun. I ta odpowiedź mogła oznaczać absolutnie wszystko.
Kobieta dopiła wino i odstawiła kubek.
- Każ osiodłać mojego konia – poleciła Niklasowi.
- Już nas opuszczacie, pani Gudrun?
- Wierz mi, że nie czynię tego chętnie. Ale muszę wyjechać. Mam jednak nadzieję, że niedługo się zobaczymy. Pozdrów ode mnie pana Morolda. I przypomnij mu… Wiesz o czym. O Lemos. A tu… – położyła na stole dwie złote monety – masz zapłatę. To zaś – dodała, wkładając Niklasowi w rękę srebrnika – jest dla ciebie. Tylko proszę… - uśmiechnęła się – nie idź z tym do burdelu.
Niklas znów spurpurowiał, po czym szybko wyszedł na zaplecze, by zawołać stajennego. Kiedy powrócił, Gudrun już nie było. Kończyła przygotowania do drogi.
Zaledwie pół godziny później była już na trakcie prowadzącym do Nabol. Posępnie obserwowała ciemne chmury, które zwałami przetaczały się po niebie. Przeczuwała śnieżycę. Postanowiła więc jechać bez popasów.
„Jeżeli śnieg zasypie drogi – myślała – będę musiała czekać nie wiem jak długo w Nabol, żeby przedostać się do Szol… I jeszcze nie mam pojęcia jak długo będę musiała czekać na człowieka Lero. Niech to szlag…”
Z rezygnacją obserwowała tańczące po niebie pierwsze płatki śniegu. Późnym wieczorem opady zmieniły się w zamieć. Mimo to Gudrun nie zatrzymała się. I tym sposobem dotarła do Nabol następnego dnia około południa. Niezmordowani kupcy mimo szalejącej zamieci rozstawili swoje stragany. A i nabywców nie brakowało…
„Co za ludzie – pomyślała z politowaniem kobieta. – Jak tak dalej pójdzie, w życiu nie uda mi się skontaktować z człowiekiem lorda… Wygląda na to, że sama będę musiała się pofatygować na zamek…” |
Topic: Opowiadanie fantastyczne |
Idril
Replies: 19
Views: 1916
|
Forum: Tworczosc wlasna / Opowiadania Posted: Sun May 15, 2005 4:32 pm Subject: Opowiadanie fantastyczne |
| Ja bardzo chętnie. Jak tylko czas pozwoli. Takie małe skłonności masochistyczne mam, że lubię siedzieć nad korektą i męczyć się z cudzymi błędami. Przy okazji łatwiej wyłapuję swoje. Z Umi już się dogadałam w sprawie jej pisania. |
Topic: [O] Serce Mocy |
Idril
Replies: 6
Views: 900
|
Forum: Tworczosc wlasna / Opowiadania Posted: Wed May 11, 2005 1:09 pm Subject: [O] Serce Mocy |
Do świadomości wracała powoli. Otworzyła z trudem oczy i zaczęła się rozglądać po pokoju. Leżała na szerokim łożu w białej, jedwabnej pościeli. Ostrożnie dotknęła rany w boku - była obandażowana, lecz wciąż rwała nieznośnym bólem. U wezgłowia łoża siedziała Lori.
- Myślałam, że się już nigdy nie ockniesz! - wykrzyknęła, patrząc na Darien.
- To był chyba bardzo oryginalny sposób witania pierwszego lorda Enmaru… - uśmiechnęła się słabo Darien, siląc się na żart.
- Wierz mi, Lero był oczarowany twoim wejściem. Zemdlałaś prawie u jego stóp. Myślał, że to on tak na ciebie podziałał, ale szybko wyprowadziłam go z błędu - odparła z uśmiechem Lori. - A tak serio, to bardzo chciałby cię wreszcie poznać. Jeżeli czujesz się na siłach.
- Lori, przez trzy doby uciekałam Granicznikom, wcześniej udało mi się zbiec z więzienia w Hel, przez wiele godzin biegłam bez ustanku, przed paroma godzinami dowiedziałam się, że jesteś siostrą lorda Nabol, a ty mnie pytasz, czy czuję się na siłach?
Lori wyszła na korytarz. Po chwili wróciła, a wraz z nią przybył Lero. Mężczyzna wprost porażał urodą. Jego ciemne włosy, wijące się lekko wokół jasnej twarzy o szlachetnych, pięknych rysach i ciemnych oczach, przypominały polerowany heban.
- Panie… - Darien skłoniła się najgłębiej, jak pozwalała jej na to sytuacja. - Jestem wdzięczna, iż zechciałeś udzielić mi schronienia.
- Miałaś obawy, czyż nie? - zapytał Lero, patrząc na Darien. Usiadł na krześle z wysokim oparciem, wyściełanym aksamitem i przyjrzał się uważnie rannej. - Nie wiedziałaś, czy naprawdę jestem po waszej stronie… Będą tu szukać, to nieuniknione. Może nie w samym zamku, lecz w Nabol na pewno. Ale ja postaram się o to, żeby nic nie znaleźli.
- Będę mówić szczerze - zaczęła Darien, nabierając głęboko powietrza. - Tak, miałam obawy, to prawda. Myślałam, że Lori postradała rozum, przywożąc mnie tutaj. Ale teraz nie jestem pewna niczego. Absolutnie niczego - zakończyła, spoglądając niepewnie na Lori.
- Jakim cudem udało ci się uciec z Hel? - zapytał Lero, ale tu wtrąciła się Lori.
- Dość, Lero. Ona dopiero co odzyskała przytomność. Pytaniami będziesz ją zamęczał, kiedy poczuje się lepiej. Teraz muszę jej zmienić opatrunek, więc bądź łaskaw się stąd wynieść.
Lero rzucił im jeszcze jeden uśmiech przez ramię i wyszedł.
- Trochę inaczej go sobie wyobrażałam… - powiedziała Darien, śmiejąc się.
- Jako starego, zgrzybiałego dziada? - odparowała Lori.
- Czemu mi nie powiedziałaś, że on jest… taki?
- A pytałaś? - Lori zrobiła ciężko obrażoną minę, po czym wybuchnęła śmiechem. - Wziął urodę po swojej matce. Była ponoć bardzo piękną kobietą. Umarła przy jego narodzinach.
- To smutne – rzekła Darien. Po chwili milczenia zapytała: - Jak długo tu zostaniemy?
- Aż sprawa nie przycichnie. I aż ty nie wydobrzejesz. Lero zrobi wszystko, żeby nas nie znaleźli. Potem musimy wracać do Szol. Czeka nas wybór nowej Matki Przełożonej. A wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że będziesz nią ty.
- Nawet jeśli mi to zaproponują, odmówię.
- Zwariowałaś?! – Lori aż podniosła się z krzesła, na którym siedziała. Podeszła powoli do okna i uchyliła kotary.
- Nie chcę być przykuta do Kapitularza jak pies do budy. Mogę być członkinią Kapituły, ale nie Matką Przełożoną.
- Dlaczego?
- Bo chcę pomścić jej śmierć. I ich śmierć...
Lori wiedziała, co Darien ma na myśli.
To zdarzyło się przed wieloma laty, gdy Darien dopiero zaczynała nowicjat. Magowie, którzy już wtedy rozpoczęli swą krucjatę przeciwko Strażniczkom, napadli na rodzinne miasto Darien, którego lordem był jej ojciec. Zabito wtedy jej matkę - również Strażniczkę Mocy, ojca i dwóch braci. Tylko ona i jej młodsza siostra Elain ocalały z pożogi. Od tego czasu ich domem stał się Kapitularz, a matką - Matka Przełożona. A teraz, mimo że już dziesięć lat upłynęło od tej rzezi, Darien wciąż nie mogła zapomnieć. Miała wtedy zaledwie jedenaście lat, Elain zaś siedem, a mimo to krzyki konających ludzi na trwale wryły jej się w pamięć, przypominając o sobie w nocnych koszmarach.
Teraz jednak okazało się, że to zbyt wiele jak na jej stan zdrowia. Usnęła więc szybciej, niż Lori zdążyła powiedzieć „Nabol”.
Kiedy się obudziła, Lori nie było w komnacie. Usłyszała pukanie.
- Proszę - powiedziała słabym głosem.
Drzwi uchyliły się i do pokoju wszedł Lero. Darien instynktownie podciągnęła wyżej pierzynę, osłaniając nagie ciało.
- Obudziłem cię? - zapytał lord, patrząc na Darien.
- Nie, już nie spałam. Co cię tu sprowadza, panie, w porze kolacji?
- Chciałem ci zadać kilka pytań, zanim moja troskliwa siostra tu przyjdzie i mnie wyrzuci…
- Na przykład jak uciekłam z Hel?
- Chociażby…
- To był łut szczęścia, uśmiech losu. Udało mi się zabić strażników i zdobyć klucze. Później zaułkami wydostałam się z miasta. Dopiero, gdy przyszli zmiennicy, zauważono moją ucieczkę. Wysłali za mną w pogoń Graniczników z ogarami. Uciekałam przez trzy doby, aż wreszcie znalazła mnie Lori. Jakie jest następne pytanie?
- Dlaczego Magowie tak was nienawidzą? – pytał dalej Lero. – Wielki Książę może mówić, co chce, ale ja widzę w tej sprawie drugie dno… Nie poświęcałby się tak dla żadnej herezji. Podczas gdy prawdziwymi heretykami są właśnie Magowie.
- Twoje podejrzenia są słuszne. Chcą nas zniszczyć, bo mamy Serce Mocy. To klejnot uformowany z czystej Mocy u zarania dziejów. Nikt nie jest władny go zniszczyć. Chyba, że zrobi to sama Moc. Prawda o istocie naszego świata jest skrzętnie ukrywana przed zwykłymi ludźmi. Większość z nich zdaje sobie sprawę z tego, że to Moc stworzyła świat i na tym poprzestają. Nie wiedzą, że wszystko, co nas otacza, łącznie z nami, to Moc. Bo Moc to nie tylko Energia, ale także i Byt. Ona stworzyła i wciąż tworzy nasz świat. A Serce to jej ognisko. Nie możemy pozwolić, by wpadło w ręce Magów.
- Dlaczego? - wszedł jej w słowo Lero.
- Moc w swej istocie nie jest ani dobra, ani zła. I jako taka może służyć celom szczytnym lub zbrodniczym. Ale Moc potrafi zmieniać swój stan. Ściślej mówiąc, stan Bytu. Dlatego za kilka tysięcy lat nasz świat... zniknie. Przestanie istnieć. Cały. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że złe używanie Mocy przyspiesza przemianę. W chwili, kiedy równowaga pomiędzy dobrze i źle wykorzystywaną Mocą zostanie drastycznie zachwiana, przemiana jeszcze przyspieszy. I nie wiemy, co wtedy nastąpi. Dlatego tak ważne jest, by Serce Mocy nie dostało się w ręce Magów.
Lero wyglądał na zszokowanego. Na jego twarzy malowało się zdziwienie pomieszane z niedowierzaniem. Miał do tego pełne prawo. Lori, związana tajemnicą zakonu, nigdy nie wspominała mu o tym, o czym Strażniczki i Magowie wiedzieli doskonale.
- Więc… - zaczął powoli - więc jeżeli wszyscy jesteśmy stworzeni z Mocy, skoro ona stanowi istotę naszej egzystencji, czemu tylko niektórzy spośród nas potrafią nią władać?
- Każdy człowiek jest skupiskiem Mocy. A ci, w których Moc skoncentrowała się szczególnie silnie, potrafią nią władać. Dlatego Serce Mocy jest dla nas takie ważne. Bo ono jest czystą postacią Mocy, jej kwintesencją. Kto ma Serce, może ją kontrolować.
- Więc Wielki Książę również go pożąda? - zapytał Lero, patrząc pytająco na Darien. Skinęła głową. - Więc to dlatego tak torturował Matkę Przełożoną… - Wszystko stało się dla niego przeraźliwie jasne.
- Chciał wiedzieć, jak użyć go do swoich celów. Ale się przeliczył. Nie wie, jak Serce Mocy działa na zwykłych ludzi. Nie wie, że jeśli będzie chciał go użyć, Serce go zabije…
Do komnaty wszedł sługa. Lero odwrócił się gwałtownie, patrząc na sługę, prawie dziecko. Chłopak nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat.
- Panie, przed bramą stoją żołnierze i chcą, żebyśmy zezwolili im na przeszukanie zamku.
Lord Nabol przymknął oczy i westchnął ciężko.
- Wpuśćcie ich… - powiedział po chwili, dla Darien długiej niczym wieczność. – Tylko mają mi nie przeszkadzać. Powtórz im, że jestem zajęty i mogą robić, co chcą, byleby mi nie przeszkadzali. Powiedzcie Lori, żeby zeszła na dół do służby. Ona będzie wiedziała, co robić. I pokażcie im każdy kąt w zamku.
- Wedle życzenia, panie…
- Szybko, posuń się… - powiedział Lero, kiedy tylko za sługą zamknęły się drzwi i zaczął zrzucać z siebie ubranie.
- Co ty robisz?! – krzyknęła Darien, posuwając się jednak.
- Ratuję ci życie… - stwierdził Lero, szybko zdejmując z siebie resztki odzienia. Darien zrozumiała w mig, gdy tylko pierwszy szok minął. – Bo tutaj nie będą pukać.
Dziewczyna nie wiedziała, jak ma zareagować. Czekali w napięciu, bez słowa. Kiedy wreszcie usłyszeli pospieszne kroki w korytarzu, Lero objął Darien i zaczął ją całować. Ta jęknęła cicho, bo jego ręce natrafiły na ranę zadaną jej przez Graniczników.
- To boli – syknęła przez zęby.
- Przepraszam – odszepnął Lero i znów nakrył swymi wargami jej usta. Darien chciała, by ta chwila trwała wiecznie.
Kiedy wreszcie drzwi do komnaty otworzyły się z hukiem i stanęli w nich dwaj Granicznicy, Lero odwrócił się gwałtownie i spojrzał na nich z gniewem.
- Czy wyraziłem się nie dość jasno? – powiedział złowieszczo uprzejmym głosem. – Prosiłem, żeby nam nie przeszkadzano…
- Przepraszam, Wasza Lordowska Mość… Ja tylko… otrzymałem rozkazy przeszukania zamku Jego Lordowskiej Mości. Szukamy zbiegłej Strażniczki Mocy.
- A co to obchodzi mnie i moją przyjaciółkę? – zapytał Lero.
- Otrzymaliśmy rozkazy… Czy mogę obejrzeć biodro przyjaciółki Jego Lordowskiej Mości? – Granicznik był purpurowy i mokry ze strachu.
- Precz. - Lero dalej mówił spokojnie, ale tonem, jaki przyprawiał o ciarki na plecach. – Nikt nie będzie oglądał mojej metresy oprócz mnie, rozumiesz, głupcze? Zapewniam cię, że zbadałem jej ciało bardzo dokładnie i nie znalazłem tatuażu na biodrze. A więc wynocha, albo porozmawiam na twój temat z Wielkim Księciem.
- Skąd Jego Lordowska Mość wie o tatuażu? – zdumiał się Granicznik i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że powiedział o jedno zdanie za dużo.
- Bo nie jestem skończonym idiotą, w przeciwieństwie do ciebie - warknął Lero. – Twoje imię, stopień i miejsce stacjonowania.
- Kkkkapral Kaleb Partel, czwarty garnizon z Lemos… Ja… Ja… Przepraszam Waszą Lordowską Mość… My… my tylko wypełnialiśmy rozkazy…
- Przeszukaliście już wszystko? Więc wynocha, albo porozmawiamy inaczej… Przepraszam cię, kochana… - dodał jeszcze, całując ramię Darien. – I niech się dowiem, że któraś ze służących ucierpiała podczas waszej wizyty… - zakończył złowieszczo.
Kiedy mężczyźni wyszli, Darien odetchnęła głęboko.
- Dziękuję… Uratowałeś mi życie. Już drugi raz.
- Ratowanie ciebie to czysta przyjemność. Nieczęsto zdarza się mieć w łóżku Strażniczkę Mocy. Zwłaszcza tak piękną Strażniczkę Mocy…
Darien uśmiechnęła się. To prawda, była piękna. Choć zupełnie nie przypominała jasnowłosych enmarskich piękności, tym niemniej jednak była piękna. Miała w sobie coś intrygującego, coś co przyciągało do niej mężczyzn. Może sprawiały to duże, piękne oczy o barwie nefrytu w czarnej oprawie rzęs, może ciemne, długie włosy o srebrzystym połysku, jakby odbijało się w nich światło księżyca, może jasna cera, nieskazitelna jak alabaster, pełne, zmysłowe usta, może piękna figura – szczupłe, sprężyste ciało o kuszących, kobiecych kształtach.
- Dziękuję… Choć muszę przyznać, że to dość niecodzienny sposób ratowania kogoś z opresji.
Lero nie odpowiedział. Wstał niepewnie, jakby się wahał, czy nie zostać w ciepłych pierzynach. Darien zauważyła to, jednak nic nie powiedziała. Zastanawiała się tylko jak to jest, że nie miała żadnych oporów przed wyjawianiem mu sekretów Zakonu? Jak to się działo, że ten intrygujący ją od pierwszej chwili mężczyzna czytał w niej jak w otwartej księdze?
Mówiłeś, że tu nie będą szukać! – zawołała z wyrzutem Lori, patrząc na brata.
Siedzieli w komnacie Darien, roztrząsając ostatnie wydarzenia. Lori zdołała ukryć się w kuchni, wraz z pomywaczkami. Kiedy żołnierze tam weszli, udawała niedorozwiniętą umysłowo. Na suknię zarzuciła brudny fartuch, a na głowę czepek. Siedziała na stołku, kiwając się w tył i w przód i mamrocząc coś pod nosem. Wszystkie służące ujęły się za nią, przedstawiły ją jako córkę jednej ze starszych służebnych, upośledzoną od urodzenia. Wmawiały żołdakom, że na Lori rzucono urok, zanim się jeszcze narodziła, stąd jej zachowanie. Mężczyźni uwierzyli.
- Wielki Książę nie ufa już nikomu… - westchnął Lero. – Nawet mnie. Twoja ucieczka napsuła mu krwi, i to bardzo, Darien. Pokrzyżowałaś jego plany na całej linii. Był święcie przekonany, że wraz z twoją śmiercią umrze przesłanie Strażniczek Mocy, przynajmniej w Enmarze.
- Nie umrze – zaprzeczyła Darien. – W lochach Hel zostało jeszcze kilka Strażniczek. Głównie tych, które złapano razem z mną.
- Kto tam jest?! – zapytała Lori. – Które tam jeszcze zostały?
- Lucilla, Gwyn, Silve, Ariena… To chyba wszystkie. Nie wiem, ile z nich jeszcze teraz żyje.
- Wszystkie młodsze od nas… - Lori zagryzła wargi. – Wszystkie takie młode… Wiem, co cię dręczy, Darien – dodała cicho, patrząc na zatroskane oblicze przyjaciółki. - Elain jest bezpieczna w Kapitularzu. Pilnują jej jak oka w głowie. Nikt nie pozwoli, by coś jej się stało.
- Mimo to nie mogę wyzbyć się obaw. W końcu tylko my dwie ostałyśmy się z całej naszej rodziny. Powinnyśmy…
- Nawet nie próbuj mnie namawiać do wcześniejszego wyruszenia w podróż – powiedziała stanowczo Lori. – Bo ci się to nie uda…
- Drogi były przejezdne, nie pada jeszcze śnieg…
- To tobie się tak wydaje… - Lori wskazała ręką za okno, gdzie pierwsze płatki śniegu bieliły zamarzniętą ziemię. – I tak masz wyjątkowe szczęście, że zima przyszła w tym roku tak późno. Już tylko tydzień został do Zimowych Świąt. Nie wyruszymy przed końcem roku.
- A Kapituła? – Darien nie była przekonana do planów przyjaciółki.
- Dała mi wolną rękę. Mam cię tylko dowieźć bezpiecznie i cało.
- Ale mówiłaś, że potrzebny jest pośpiech.
- Owszem, Kapituła nalegała na pośpiech, ale nie kosztem naszego życia! A ja nie będę ryzykować po raz drugi w ciągu kilku dni. Już sam przyjazd tu był ogromnym ryzykiem.
- Tu? Masz na myśli Nabol? – wtrącił Lero.
- Mam na myśli Enmar. To tak jakby pakować się pomiędzy armię Woldana i Gundabalda.
Lero zaśmiał się, lecz Darien nie było do śmiechu. Tak, przyjazd do Enmaru był jak wejście pomiędzy dwóch śmiertelnych wrogów z Akren – Woldana, najpotężniejszego na północy oraz Gundabalda, możnowładcę z południa.
- Jak przedstawia się sytuacja w Akren? Byłaś tam, widziałaś, co się dzieje. A moi ludzie nie wracają… - westchnął Lero, patrząc to na siostrę, to na Darien.
- Raczej nie wrócą. Jeżeli znaleźli się zbyt blisko Szkarłatnej Przełęczy, nie licz na to. Widziałam to z daleka. To była rzeź, jakiej świat od dawna nie widział. Wojna jak to wojna. Teraz, kiedy spadł śnieg, zapewne zaprzestali potyczek. Bo nie uśmiecha im się przeprawa po skutej lodem rzece w pełnej zbroi… Więc szukają zimowisk, przy okazji grabiąc, mordując, gwałcąc kobiety i paląc za sobą wsie. Jak zawsze podczas wojny.
- Chcecie jechać przez Akren? – zapytał Lero.
- Nigdy w życiu! – żachnęła się Lori. – Dość mam odoru palonych trupów. Nikt i nic nie przekona mnie, żebym jechała przez Akren po raz drugi!
- Ja tylko zapytałem. Więc chcesz jechać jak strzelił przez granicę prosto do Szol? Dobrze. To da się zrobić. Ale będziecie musiały być ciche u niewidoczne. Przekroczycie granicę w nocy w niestrzeżonym miejscu. Pojedziecie przez Czarny Las. – Lero oczekiwał wybuchu. I nie przeliczył się.
- Jak nie zabłądzimy, to się potopimy w bagnach! W nocy… - Lori wzniosła oczy do nieba, jakby oczekiwała stamtąd właśnie pomocy lub przynajmniej gromu, ale nie doczekała się.
- Widzisz lepsze wyjście? Wolisz jechać przez Akren?
- Przecież ktoś chyba może przekraczać granicę!
- Owszem. Kupcy i handlarze. To, że wojujemy ze Strażniczkami, nie oznacza, że nie wolno przekraczać granicy. Ale Darien znają już wszędzie, jeżeli Wielki Książę nie stracił swego zapału. Każdy patrol wie już, jak wyglądasz, wiedzą też zapewne, że należy szukać nie jednej, a dwóch kobiet. Poza tym, jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to będziecie mieć zaufanego człowieka jako przewodnika. Powierzyłbym mu własne życie. On również ma tu zbyt wielu wrogów. Wyjeżdża do Szol. Upieczemy więc dwie pieczenie przy jednym ogniu. I nie potopicie się w bagnach – zakończył z uśmiechem.
- Czy ja… - wtrąciła Darien – mogłabym dostać coś do ubrania?
- Jak sobie życzysz – odpowiedział Lero. – Jutro przyniosą ci suknie i wszystko, czego tylko będziesz potrzebowała.
- Chyba nie zamierzasz już jutro wstawać?! – krzyknęła wzburzona Lori.
- Chyba nie jestem w stanie, nawet przy najlepszych chęciach… - uśmiechnęła się z trudem Darien. – Jak tak dalej pójdzie, to wstanę dopiero na Zimowe Święta…
- I tak będzie dla ciebie najlepiej…
Wielki Książę Talgar szalał z wściekłości.
- Co to znaczy: nie znaleźliśmy jej?! Co to znaczy do cholery?! Wy… - potem dodał parę epitetów na temat matek Graniczników. – Nie po to wam płacę, psia wasza mać, żebyście odwalali taką partaninę!!! Przecież te dwie szolijskie dziwki nie mogły się zapaść pod ziemię!!! A to oznacza, że gdzieś są! Więc znajdźcie je, jeżeli nie chcecie skończyć na stosie, jak te psie pomioty!!!
- Spokojnie… Tylko spokojnie… Jak zawsze doradzam spokój… - Z mroku wyłonił się Malvern, najpotężniejszy z Magów. Był wysokim mężczyzną dobiegającym z wyglądu czterdziestki, ale równie dobrze mógł być o wiele starszy. Miał ciemne, lekko szpakowate włosy sięgające za ramiona, starannie wypielęgnowany kilkudniowy zarost i ciemne, bezlitosne oczy, płonące nienawiścią.
Krewki Talgar miał już na końcu języka, gdzie dokładnie ma się ugryźć Malvern, zaniechał jednak tej kwestii. Dla własnego bezpieczeństwa.
- łatwo ci mówić… - warknął. – Ty nie masz tego całego gówna na karku…
- Jednakowoż doradzam spokój i opanowanie. żaden z nas nie chce, żeby cię kiedyś trafiła apopleksja. Prawda, druhu?
- Oczywiście – syknął przez zęby Talgar, zaciskając pięści w odruchu wściekłości.
Był wysokim, postawnym mężczyzną o ciemnych włosach, opadających mu na ramiona i ciemnych oczach, okrutnych, przepełnionych nienawiścią. Miał około czterdziestu lat. W latach młodości musiał być przystojny, jednak wraz z wiekiem i coraz to większym upodobaniem do jadła i napitku jego rysy pogrubiały, rozmazały się, sylwetka straciła swą smukłość, a że Talgar nigdy nie należał do mężczyzn przesadnie szczupłych, teraz tusza zaczęła mu dawać się we znaki. Nie był gruby, ale nie był też szczupły. I nic dziwnego. Szeroko znane były jego upodobania do luksusu, dobrego jedzenia i wyśmienitych trunków, a nade wszystko do pięknych kobiet i ślicznych… chłopców. Choć nie były one głośno komentowane, szeptano o nich po kątach nader często. Coraz to nowe kochanki Wielkiego Księcia były nieodzownym tematem, omawianym na każdym spotkaniu. Młodzi chłopcy, co i rusz odwiedzający prywatne komnaty Talgara, intrygowali nie mniej. A znając upodobanie Wielkiego Księcia do perwersji, od plotek huczało częstokroć całe Hel. I nie tylko.
- A więc jutro? – zapytał Malvern.
- Tak, jutro. Jutro zapłonie ostatni stos. I spłonie ostatnia heretyczka zadająca kłam istnieniu Hiddukela. Wszyscy zobaczą, jaką karę ponoszą bluźniercy, świadczący przeciwko naszemu bogu…
Malvern nie odpowiedział. Tak samo, jak Strażniczki, Magowie wiedzieli doskonale, że żadnego Hiddukela nie ma i nigdy nie było. Ludzie z Enmaru walczyli jednak o niego z fanatyzmem godnym lepszej sprawy. Wyższość Magów polegała na tym, że przy całej swej świadomości tego, jak się rzeczy mają naprawdę, nie byli na tyle nierozsądni, by te poglądy rozpowszechniać, jak to uczyniły Strażniczki, poddając w wątpliwość istnienie boga Enmarczyków. To był ich błąd, jakże brzemienny w skutki. Prawda była taka, że Wielki Książę już od dawna chciał się dobrać do Strażniczek, nie znajdował tylko pretekstu. Ta „herezja” była doskonałym wykrętem, by dokonać przewrotu i wypędzić Strażniczki z Enmaru.
- Świetnie więc… - rzekł powoli Wielki Mag. – Jutro wszyscy zobaczą, co znaczy nieposłuszeństwo wobec Hiddukela. Trapi mnie tylko jedno: ta Strażniczka Mocy. Była łatwym celem. Więc dlaczego wam się wymknęła i dotąd nie została złapana?
- Dołączyła do niej inna szolijska dziwka. Konno. I uwiozła ją nam sprzed nosa. Ta sprawa cuchnie na milę…
- Tobie cuchnie. Nie mnie – odparł chłodno Malvern. - Zapewne, dzięki zadziwiającej nieudolności twoich ludzi, są już dawno w Szol. Może nawet w samym Anwyn. I przesadziłeś z tym rewidowaniem zamku lorda Nabol. Pewnie jest teraz wściekły. I nie dziwię mu się. Też byłbym bardzo zdenerwowany, gdyby przeszkodzono mi w zażywaniu przyjemności z nową kochanką. Następnym razem radzę ci dobrze skonsultować to najpierw z nami, zanim wprowadzisz w życie swój kolejny poroniony pomysł.
„Ty psi synu…” – pomyślał Talgar. – „Doskonale wiesz, że jestem od ciebie zależny… I cholernie dobrze to wykorzystujesz”.
Do Talgara zaczęło docierać, że być może pakt z Magami był to najgorszy z jego pomysłów… Ale było już za późno, by się wycofać. Wielki Książę ugrzązł po uszy w bagnie własnych intryg. |
Topic: Najsmieszniejsza przygoda w zyciu |
Idril
Replies: 91
Views: 4626
|
Forum: Humor, szkola, sport Posted: Tue May 10, 2005 6:19 pm Subject: Najsmieszniejsza przygoda w zyciu |
Jest coś, z czego nabija się cała moja rodzina od dziś. Chodziłam wtedy do pierwszej klasy podstawówki (albo do przedszkola, nie pomnę już teraz). Pojechaliśmy gdzieś na wycieczkę (gdzie też nie pamiętam). Było cholernie gorąco i postanowiłam kupić sobie lody. A że lody były duże, nie wtłoczyłam w siebie całych. Zostało mi tak może 1/3 tego loda. Poza tym wsiadaliśmy do autobusu i nie miałam czasu, żeby go dokończyć. Więc co zrobiła genialna mała Idrilka? Zostawiła sobie tego loda na potem w plecaku. A miała w nim też sweterek, jasny, różowy chyba. Co się działo, kiedy mama otworzyła w domu plecak, chyba lepiej nie mówić. Uniosłam tyłek cały tylko dlatego, że mama za bardzo skręcała się ze śmiechu, żeby mnie sprać. Sweterek wylądował w koszu (bo to były czekoladowe lody) |
Topic: Zabawa w zgadywanie. |
Idril
Replies: 343
Views: 10395
|
Forum: Zagadki Golluma / Gospoda Posted: Tue May 10, 2005 5:05 pm Subject: Zabawa w zgadywanie. |
| Czyżby chodziło o to, że Glorfindel jako jedyny widział światło Dwóch Drzew? |
Topic: Ludzie a etykietka/ "Kujony" |
Idril
Replies: 25
Views: 1957
|
Forum: Publicystyka Posted: Tue May 10, 2005 4:59 pm Subject: Ludzie a etykietka/ "Kujony" |
Do mnie etykietka kujona przylgnęła już w podstawówce i ciągnęła się aż do końca gimnazjum. Na szczęście w liceum się to zmieniło. A byłam "kujonką", bo miałam naprawdę dobre oceny (gimnazjum skończyłam ze średnią 5.7, ale macie rację, trzecia klasa była najłatwiejsza). W liceum przystopowałam, bo uznałam, że są jakieś priorytety. I przestałam się uczyć tak, żeby z fizyki np. mieć 6. Albo z matmy czy z chemii. Skupiłam się na angielskim, polskim i historii, bo wiem, że to mi się w życiu przyda. Zjechałam na 5.0, ale to przecież nie jest najważniejsze, bo nie uczę się dla ocen.
No i jeszcze jedna etykietka: dziwaczka (chodziło o moje zafascynowanie Tolkienem i zamiłowanie do pisania). Ale w sumie nie mogę się dziwić, skoro byłam otoczona ludźmi, dla których szczytem ambicji jest pół strony wypracowania na polski. I to też nie zawsze. Udało mi się nie przejmować tym przez ten czas i teraz, kiedy w liceum poznałam świetnych ludzi (nie ma to jak I LO w Pszczynie - Ozz wie o co biega ), nie jestem już wyszydzana. Ludzie szanują i podziwiają mnie za to, że mam pasję, której mogę oddać całe serce. |
Topic: Opowiadanie fantastyczne |
Idril
Replies: 19
Views: 1916
|
Forum: Tworczosc wlasna / Opowiadania Posted: Tue May 10, 2005 1:45 pm Subject: Opowiadanie fantastyczne |
Sama też napisałam jego recenzję . A komenty Freyra były boskie po prostu. No, ale to już offtopic. |
Topic: [O] Niezwykła historia człowieka... |
Idril
Replies: 6
Views: 721
|
Forum: Tworczosc wlasna / Opowiadania Posted: Mon May 09, 2005 6:10 pm Subject: [O] Niezwykła historia człowieka... |
ładne, naprawdę ładne. Lekko refleksyjne, spokojne. Nie oszałamia, ale... sprowadza spokój.
Przyczepię się tylko do dwóch rzeczy:
Stosowana przez ciebie archaizacja nie powinna być oparta li i jedynie na szyku przestawnym. Spróbuj wtrącić tam kilka archaizmów, ożywić, uczynić język bardziej dynamicznym. Ludzie ze wsi posługiwali się jeszcze inną odmianą języka, był on soczysty, żywy. Tego mi tu zabrakło.
| Ara wrote: | | a gdy rano przyszłem do niego |
Nie mówi się "przyszłem" tylko "przyszedłem" |
Topic: Opowiadanie fantastyczne |
Idril
Replies: 19
Views: 1916
|
Forum: Tworczosc wlasna / Opowiadania Posted: Mon May 09, 2005 5:49 pm Subject: Opowiadanie fantastyczne |
Chciałabym. Chciałabym, Eru mi świadkiem, że chciałabym pisać o tym opowiadaniu dobrze. Ale nie mogę. Bo to się nie trzyma, za przeproszeniem, ani kupy, ani d**y. Pomysł sam w sobie nie jest zły, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia.
A teraz konkrety. Proszę cię, nie irytuj się, bo krytykuję nie ciebie, ale twoje opowiadanie. A jest co krytykować.
Po pierwsze, rozdziały, które tu wklejasz są stanowczo za krótkie. żaden prolog nie jest tak krótki jak twój rozdział. Rozumiem, że jesteś młoda, ale ja byłam młodsza od ciebie, kiedy zaczynałam przygodę z pisaniem. Postaraj się wprowadzić opisy, wczuj się w psychikę osób, o których piszesz. Zwróć uwagę na to, żeby od samego początku były postaciami z krwi i kości, by nie były mdłe. Niestety, u ciebie psychologia postaci leży, a to bardzo ważne.
Bardzo istotne jest również to, byś zaintrygowała czytelnika tym, co piszesz. Ważne to jest szczególnie w pierwszych zdaniach, bo jeżeli znudzisz czytającego, to odłoży (względnie zamknie stronę internetową) opowieść i już po nią nie sięgnie. Musisz pracować nad stylem, a pracuje się najlepiej czytając wartościowe, dobrze napisane książki. Radzę więc odłożyć na jakiś czas książki z cyklu "Pamiętnik księżniczki 1248" i przeczytać coś naprawdę wartościowego. Nie mówię, że ma być to książka dla dorosłych, bo wiek i te sprawy, a do pewnych książek trzeba dorosnąć. Ale jest tyle książek dla młodszych czytelników, choćby świetnie napisany "Tajemniczy ogród" Francess Hodgson Burnett czy chociażby powieści Juliusza Verne'a.
Teraz zaś do rzeczy.
| Umi wrote: | | może ktoś zasiał to drzewo |
Z tego co wiem, drzewa się sadzi, a nie sieje.
| Umi wrote: | | Mieszkający tu ludzie myśleli że może ktoś zasiał to drzewo dawno temu i dlatego urosło takie wielkie i że ktoś dba o to drzewo i opiekuje się nim starannie. Lecz nikt nigdy nie widział nikogo koło tego drzewa, |
Drzewo, drzewo i drzewo, a później też jeszcze jest drzewo. Uważaj na powtórzenia. W miarę możliwości zastępuj je zaimkami. Ale unikaj też zbyt dużego nagromadzenia zaimków obok siebie. I sprawa zasadnicza: brak logiki. Najpierw piszesz, że ktoś dba o to drzewo i się nim opiekuje, a później piszesz, że nigdy nie widziano nikogo obok niego. No i zaufaj inteligencji czytelnika. Chyba każdy domyśli się, że skoro było takie wielkie, to musiało być stare.
| Umi wrote: | | które pod słońcem błyszczały swoim przedziwnym ale jakim pięknym kolorem |
Uczepię się dwóch rzeczy. Po pierwsze: powinnaś napisać raczej "w promieniach słońca" (określenia "pod słońcem" używamy najczęściej do określania ziemi i tego, co na niej, czyli pod słońcem). Po drugie: błyszczeć to one mogły co najwyżej blaskiem, a jeszcze lepiej lśnić.
| Umi wrote: | | i że miała w tym sprawa magia. |
A z lewa co? Co to jest??? Kali tak mówić. Można powiedzieć, że było ono dziełem magii, powstało przy jej współudziale.
| Umi wrote: | | No ale cóż ludzie jak ludzie nie wierzyli legendom. |
Nie podoba mi się sformułowanie "cóż, jak". To jest niepoprawnie stylistycznie. Powinno być "cóż, skoro".
| Umi wrote: | | Pewnego wieczoru gdy słońce chowało się już za horyzont mała elfka imieniem Amcoranna postanowiła zobaczyć drzewo po tym gdy usłyszała tą legendę |
Namieszane konkursowo. Powinno być: Pewnego wieczoru bla bla bla drzewo. Słyszała już tę legendę i bardzo ciekawiło ją, co tak nadzwyczajnego jest w tym drzewie.
To tylko taki mały przykład.
| Umi wrote: | | mjiając po drodze wszystkie napotkane przeszkody m. in. furtkę. |
Nie takie przeszkody się w życiu pokonywało... Tu akurat furtka jako przeszkoda brzmi co najmniej śmiesznie.
| Umi wrote: | | Poszła dalej lecz miała wrażenie że ktoś ją śledzi... miała rację ale niewiedziała o tym. |
To już niepotrzebna łopatologia. Czytelnik sam się domyśli w odpowiednim momencie, że miała rację.
| Umi wrote: | | była już 19 gdy wreszcie doszła do drzewa, jej zdumienie było ogromnę, nigdy niewidziała niczego piękniejszego. Stała tak w zdumieniu przez około 5 minut, |
Cóż za precyzja!! Iście niemiecka! Daruj, ale do fantasy nie pasują takie określenia. To gatunek, który rządzi się swoimi prawami, których należy przestrzegać. Lepiej brzmiałoby to tak: "Szła dalej. Ostatnie promienie słońca znikały za horyzontem, gdy wreszcie dotarła do drzewa. Zdumiała się, ponieważ z bliska wyglądało ono jeszcze piękniej, jego wiecznie złote liście kąpały się w blasku zachodzącego słońca. Stała tak i stała, nie mogąc oderwać oczu od drzewa.
| Umi wrote: | | lecz otrząsnęła się gdy nagle za jej plecami pojawił się jakiś dziwny stwór. |
To sugeruje, że pojawił się bezszelestnie, A w takim wypadku skąd wiedziała, że jest za jej plecami? Miała oczy z tyłu głowy czy po prostu takie na antenkach, jak kosmici?
| Umi wrote: | | Stworzenie biegło za nią i nagle... coś ją złapało... zemdlała.... |
Nie coś, tylko stworzenie. Ale możnaby w tym momencie je jakoś opisać, z wyglądu choćby. No i chyba od tego, że ktoś cię chwyci nie mdlejesz?
| Umi wrote: | | Amcoranna przebudziła się w jakimś dziwnym pomieszczeniu przypominającym średniowieczne lochy, obejrzała pomieszczenie dokładnie i się załamała... nie było żadnego wyjścia którym można byłoby uciec. |
A skąd ona wiedziała, że to było średniowieczne? Mogłaś po prostu je opisać, a każdy inteligentny czytelnik by się domyślił, że chodzi ci o gotyk bądź styl romański. Zresztą, większość światów fantasy jest osadzona w pseudśredniowiecznych realiach. Poza tym powtórzenia: pomieszczenie, pomieszczeniu. No i łopatologia. Skoro ktoś wsadził ją do lochu, to chyba jasnym jest, że nie zamierzał umożliwiać jej ucieczki.
| Umi wrote: | | pamięta tylko tego stwora i powoli zaczęła sobie przypominać jak wyglądał. |
Zły czas. Powinno być: pamiętała.
| Umi wrote: | | Wyglądał jak ork o którym mówią legendy |
Piszesz tak, jakby to był jednorożec. Orkowie byli chyba raczej chlebem powszednim. Legendy mówią o czymś bardziej mistycznym niż mięsko armatnie.
| Umi wrote: | | Nie, to nie jest sen, widzieliśmy jak uciekasz przed tym orkiem który chciał Cię zabić lecz my szybko go zabiliśmy i przenieśliśmy Cię tutaj, lecz niewiedzieliśmy czy nam nic nie zrobisz bo możesz władać magią więc zamknęliśmy Cię w lochach ale jak już wiemy że jesteś dobrą elfką, możemy Ci zaufać a teraz chodź, król i królowa chcieli Cię poznać i z Tobą rozmawiać. |
To chyba najdłuższe zdanie, jakie miałam okazję czytać. Podziel to na zdania pojedynczo lub podwójnie złożone. Będzie się lepiej czytało.
Aha, no i skąd oni wiedzieli, że ta dziewczyna jest dobrą elfką? Z oczu jej tak patrzało?
| Umi wrote: | | Dobrze - powiedziała Amcoranna i podążyła za Imcorą. |
Jasne, ja też bym się nie zdziwiła... Ani trochę... Jak to było? "Jak Baranek na rzeź prowadzony, tak on nie otworzył ust swoich".
To się da poprawić, Umi, uwierz mi. Kiedyś ci pokażę, że się da.
I jeszcze jedno:
| legolasgirl9292 wrote: | | Przecież nie można się czepiać o jakieś błędy. Jeśli myślicie, że Tolkien wogóle żadnych błędów nie popełniał to się grubo mylicie. My, amatorzy nie mamy wydawców, którzy mogliby po nas je poprawiać. Tak ogólnie opowiadanko mi się podoba |
Po to właśnie umieszcza się swoje utwory na forum, żeby inni mogli się poczepiać. Jasne, nie ma ludzi idealnych, każdy popełnia błędy, ale publikując cokolwiek, trzeba liczyć się z tym, że opinie nie zawsze będą pochlebne.
Rzekłam. |
Topic: [O] Serce Mocy |
Idril
Replies: 6
Views: 900
|
Forum: Tworczosc wlasna / Opowiadania Posted: Mon May 09, 2005 4:03 pm Subject: [O] Serce Mocy |
Zdecydowałam się opublikować tutaj moją, nieukończoną jeszcze, powieść. Mam nadzieję, że wam się spodoba
Darien szła przed siebie, potykając się o wystające korzenie drzew. Spieszyła się, szła najszybciej jak pozwalały jej na to bolesne otarcia stóp. To, co nosiła na skrwawionych nogach, od dawna nie mogło pretendować do miana butów. Podeszwa była zdarta prawie całkowicie, cholewka obwiązana byle jak rzemieniem. Dziewczyna wiedziała, że jeżeli ją dogonią, będzie po niej. Miała nad nimi dwie, może trzy godziny przewagi. Wiedziała, co stanie się, kiedy ją dopadną. Proces. I stos. Nawet jej Moc by ich nie pokonała. Zresztą, Darien nie mogła używać Mocy zbyt pochopnie. To ściągnęłoby na nią Magów, którzy przez cały czas od Wielkiego Przewrotu tropili i zabijali pozostałe przy życiu Strażniczki Mocy. Darien była jedną z nich. I jedyną w tym nieprzyjaznym kraju.
Sama nie wiedziała, co byłoby gorsze - wpaść w ręce Magów czy tropiących ją bez ustanku od trzech dni Graniczników. Była tak blisko granicy z rodzinnym Szol, a mimo to nie mogła tam dotrzeć. Granice były silnie strzeżone. Ludzie z Enmaru chcieli mieć pewność, że Wielki Przewrót dokonał się ostatecznie. Nie chcieli więcej Strażniczek Mocy w Enmarze. Darien była jedną z tych, które schwytali w okolicach brodów na Białej Rzece.
Tylko znakomity trening ciała i umysłu sprawiał, że wciąż miała siły biec. Z każdym stawianym krokiem łzy znaczyły jej policzki, Darien ocierała jednak zakurzoną twarz i stawiała kolejny krok. Matka Przełożona mogłaby być z niej dumna. Gdyby tylko żyła… Ze ściśniętej krtani dziewczyny dobył się szloch…
Tak wiele czasu minęło, a jednocześnie tak niewiele. Darien nie mogła pogodzić się z myślą, że oto ta, którą kochała jak własną matkę, w której zawsze miała oparcie nie żyje. Zginęła na jej oczach… W tę pamiętną noc…
W oddali słychać było ujadanie psów tropiących. Darien wiedziała, że prędzej czy później zostaną spuszczone z łańcucha i pognają za nią w las. Byli blisko i zbliżali się coraz bardziej z każdą chwilą. Wreszcie Darien znalazła się w zasięgu strzału z kuszy. Była krańcowo wyczerpana i sama nie wiedziała, jakim cudem stawia jeszcze kolejne kroki. A jednak je robiła. Oczy same jej się zamykały. Od czterech dni nie spała ani minuty. Była rozkojarzona. I ta chwila nieuwagi kosztowała ją bardzo wiele. Bełt usłyszała w ostatniej chwili. W następnej już tkwił w jej boku. Zwinęła się z bólu i upadła na ziemię, niezdolna iść dalej.
Wiedziała, że znalazła się w potrzasku. Straciła zbyt dużo czasu i krwi. Potrzebowała konia i to natychmiast. Szczęście jednak opuściło ją już dawno, w chwili, kiedy wyjeżdżała z Szol parę miesięcy wcześniej. Granicznicy byli coraz bliżej. Mogła już zobaczyć ich wysokie, ciemne sylwetki, wyłaniające się z lasu. Było z nimi pięć psów, enmarskich ogarów, okrutnych, piekielnie szybkich i śmiertelnie groźnych. Zastanawiała się, czemu jeszcze nie spuścili ich ze smyczy. Nagle, jak spod ziemi, wyłoniła się postać na koniu. Zatrzymała wierzchowca i chwyciła rękę Darien, pomagając wskoczyć rannej na siodło. Kiedy wreszcie dziewczyna odważyła się odwrócić głowę, z ulgą spojrzała w szare oczy Lori, śmiejącej się cicho.
- Znów ratuję cię z opresji, Darien – powiedziała jej wybawczyni, zacinając konia batem i podrywając go do galopu. – To już drugi raz.
- Co ty tu robisz, Lori? Granica z Szol jest świetnie strzeżona! Mysz się nie prześlizgnie, a co dopiero Strażniczka Mocy!
- Przejechałam przez Akren. I dopiero na Bystrej przekroczyłam brody graniczne.
- Jechałaś przez Akren? Przecież tam trwa wojna domowa. Lordowie z północy od czterech miesięcy wyrzynają lordów z południa, a król uważa, że nic złego się nie dzieje. Jak teraz wrócimy?
- Nigdzie nie wracamy. Jedziemy na północ Enmaru.
- Zwariowałaś? Czyżby wizja stosu cię nie przerażała?
- Ukryjemy się. Nie na darmo mówią, że w blasku pochodni najciemniej…
Lori kluczyła przez cały czas, aż wreszcie pogoń została z tyłu.
- Jesteś ranna - zauważyła, spoglądając na Darien.
- Trafili mnie z kuszy. To nic poważnego. - Natychmiast jednak, zaprzeczając samej sobie, skuliła się w siodle z bólu i syknęła przez zęby.
- Właśnie widzę - odparła Lori ironicznie. - Nie zgrywaj bohaterki, bo i tak nią jesteś. Uciec z więzienia w Hel to nie lada wyczyn. Jak to zrobiłaś?
- Udało mi się zabić wartowników. I wcale nie jestem z tego dumna - dodała ponuro.
- A co z…
- Matka Przełożona nie żyje. Zginęła w noc Wielkiego Przewrotu. Nic im nie powiedziała. Wielki Książę mógł mówić do głazu. Była wspaniała. Lepsza niż wszyscy inni ludzie. Udowodniła tym głupcom, że nawet odchodzić można z godnością. że śmierć może być piękna. Ale dla tych… Dla tych ludzkich hien śmierć to tylko cierpienie i agonia. Nic poza tym. Właściwie jest mi ich żal, bo wiem, że nigdy nie poznają tego, co my, jako Strażniczki Mocy miałyśmy okazję zobaczyć. Pamiętasz Inicjację? Trans?
- Tego nie można zapomnieć.
- Achh… - Słaby jęk wyrwał się Darien z gardła.
- Wytrzymaj jeszcze trochę. Jeszcze chwilę. Zaraz cię opatrzę.
- Gdzie my właściwie jedziemy?
- W bezpieczne miejsce. - Zatrzymała konia, rozglądając się z niepokojem, ale Granicznicy zostali daleko w tyle. Miały trochę tak im potrzebnego czasu. Strażniczka wyraźnie nie chciała powiedzieć wprost. To dało Darien do myślenia.
- Gdzie jedziemy? - zapytała nieustępliwie. Lori odwróciła twarz i zsiadła z konia, po czym ściągnęła Darien. – Gdzie?!
- Nie ruszaj się teraz – rzekła Lori. – Muszę złamać ten bełt.
- Wyciągnij go.
- Przecież wykrwawisz się na śmierć! – zaprotestowała Strażniczka.
- Wyciągnij – syknęła Darien przez zęby.
- Masz, zagryź – powiedziała Lori, wręczając jej kawałek drewna.
Darien z całej siły wpiła się zębami w kołek, gdy jej przyjaciółka złamała i wyciągnęła bełt. Krótki, urywany krzyk poniósł echem nad okolicą. Ranną oblał pot, łzy pociekły jej po policzkach. Lori obwiązała ranę płóciennym bandażem i podała Darien ciemny płaszcz z wełny.
- Ubierz się. Nie będzie widać, że krwawisz. No i nie zamarzniesz mi na śmierć. Możesz wstać? – zapytała.
Darien kiwnęła głową. Na ten gest Lori podała jej rękę i pomogła wstać oraz wejść na siodło. Wiozła ją przed sobą, podtrzymując i jednocześnie kierując wierzchowcem.
- Gdzie jedziemy? – powtórzyła Darien. Lori westchnęła.
- Do Nabol – rzekła.
Darien popatrzyła na nią z przerażeniem w oczach.
- Ja się chyba przesłyszałam… Ty nie powiedziałaś, że jedziemy do Nabol…
- Owszem, jedziemy.
- Chcesz spacerować pod bokiem lorda Nabol?
- Nie będę spacerować. Pojedziemy aż do samego zamku.
- Zupełnie postradałaś już rozum?!
- Ależ skąd! Mówiłam, że w blasku pochodni najciemniej. A Lero to mój przyrodni brat…
Darien w pierwszej chwili pomyślała, że jej przyjaciółka postradała zmysły.
- Lori, na Serce Mocy, co ty opowiadasz?!
- Lero jest moim przyrodnim bratem. Nasz ojciec miał dwie żony. Po śmierci matki Lero ożenił się powtórnie, z moją matką.
- Jesteś szalona… Ale ty zawsze spadasz na cztery łapy…
Nabol przywitało je gwarem dnia targowego. Było ogromnie ważnym miastem na granicy z Szol. Zwłaszcza teraz, po Wielkim Przewrocie, jeszcze bardziej wzrosło w potęgę. A lord Nabol był pierwszym spośród lordów, którzy zasiadali w Wysokiej Radzie Enmaru. Tym samym Lero był najważniejszym zaraz po Wielkim Księciu człowiekiem Enmaru.
Lori przejechała przez rynek, zapchany do ostatniego miejsca straganami, na których sprzedawano wszystko, czego dusza zapragnie.
- Trzymaj się - mruknęła do Darien. - Nikt nie może się zorientować, że jesteś ranna. Wzbudziłybyśmy niezdrową sensację. Musisz wytrzymać aż do zamku. Tam cię porządnie opatrzę. Mam ze sobą nieco kordiału naszej zielarki. A teraz zaciśnij zęby i postaraj się wytrzymać. Już niedaleko.
- łatwo ci mówić… - syknęła Darien. Bok zraniony bełtem bolał ją niemiłosiernie. Rana, wciąż otwarta, rwała bez przerwy. Ból stawał się nie do wytrzymania. - Jedźże szybciej!
- Nie mogę. Widzisz, jaki tutaj jest tłok. Szybko się stąd nie wydostaniemy.
Przewidywania Lori sprawdziły się co do joty. Ciżba ludzi kłębiła się na placu, kolorowy tłum przepychał się, krzyczał, klął. Trubadurzy śpiewali swoje pieśni, wędrowna trupa aktorów wystawiała przedstawienie, widzowie wrzeszczeli wniebogłosy, śmiali się, klaskali i wyrażali nazbyt głośno swoje nie zawsze pochlebne opinie, akrobaci popisywali się sztuczkami, zbierając pieniądze do kolorowego kapelusza z długim piórem. Gdzieś indziej ktoś przygrywał na piszczałce, skądinąd dało się słyszeć dźwięki dud.
Kiedy wreszcie opuściły plac targowy, Darien była blada, a jednocześnie jej oczy lśniły blaskiem gorączki.
- Jak ty wyglądasz… - przeraziła się Lori, patrząc na ranną. - Jeszcze chwila. Już prawie jesteśmy w zamku.
Rzeczywiście, przed Strażniczkami wyrastał powoli wyniosły, strzelisty zamek z czerwonej cegły z setkami wież i wieżyczek, wysokimi witrażowymi oknami i misternej roboty wrotami ze spiżu, zdobionymi reliefami, przedstawiającymi rycerskie sceny. Z zewnątrz okalały go grube mury z rdzawoczerwonego kamienia z niedostępnymi blankami. Był tak piękny, że zapierał dech w piersiach.
- Tu się wychowałaś? - zapytała Darien.
- Tak. Tutaj, w Nabol.
- Jak to jest, że ja tak mało o tobie wiem, Lori?
Dziewczyna wzruszyła ramionami, a Darien jęknęła. Piękno tej budowli pozwoliło jej zapomnieć na chwilę o bólu, ale teraz wrócił on ze zdwojoną siłą.
Lori przejechała przez zwodzony most, przerzucony nad fosą i wjechała na podzamcze. Po dziedzińcu kręciło się mnóstwo pachołków, stajennych, służby domowej i strażników. Dziewczyna podjechała do okratowanej bramy i zawołała odźwiernego. Ten, zobaczywszy Lori, natychmiast otworzył drzwi.
- Powiedzcie Lero, że przyjechałam. I szybko zanieście ją do moich komnat - poleciła służącym.
W tym momencie Darien przestała się opierać wszechogarniającej ją słabości i zemdlała. Ogarnęła ją ciemność… |
Topic: [O] Wspomnienia |
Idril
Replies: 4
Views: 1063
|
Forum: Tworczosc wlasna / Opowiadania Posted: Sun May 08, 2005 6:34 pm Subject: [O] Wspomnienia |
Poddaję głowę pod topór waszej krytyki po raz pierwszy. Mam nadzieję, że nie ostatni
WSPOMNIENIA
Stała pod drzewem z zamkniętymi oczyma. Ciepły, wiosenny wiatr owiewał łagodnymi podmuchami jej twarz. Czuła miękkość trawy pod stopami, dotyk promieni słońca, którego promienie przedzierały się przez korony drzew. Był ranek, jej ulubiona pora dnia. Na pajęczynach, rozpiętych pomiędzy krzewami i gałęziami drzew perliła się rosa, mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy. Na jej ramieniu przysiadła biedronka, ale zaraz poderwała się ponownie do lotu. Dziewczyna znów była szczęśliwa. Tak jak wtedy, przed laty, w Neveryonie. W jego lasach pachnących tak cudownie, skrzących się tak niezwykłym blaskiem. Otworzyła oczy. Widziała ich. Widziała elfów, promieniejących tym nieziemskim blaskiem. Oni pamiętali dni, gdy świat był jeszcze młody i bogini przechadzała się po neveryońskich lasach.
Podeszła do jednego z nich. Wyciągnęła rękę, ale bała się. Bała się go dotknąć. Obawiała się, że piękny elf okaże się wizją, ułudą zbyt piękną, by mogła być prawdziwa. Już, już miała cofnąć dłoń, gdy on odwrócił się nagle. Był tak piękny, że zabrakło jej słów, by go opisać. łzy wzruszenia napłynęły jej do oczu.
- Ludzkie dziecko… - odezwał się elf w pięknym, melodyjnym języku. W języku, którego już prawie zapomniała, tak jej się przynajmniej wydawało. Ale gdy usłyszała te dwa krótkie słowa, przypomniała go sobie. I przypomniała sobie te dni, gdy sama nim mówiła.
Ludzkie dziecko… Właściwie nie była ani dzieckiem, ani kobietą. Ale elf użył tych, a nie innych słów. Ludzkie dziecko w świecie, w którym zatrzymał się czas, pośród elfów. Jedyne. Obce. Obce dla nich, bo dla niej Neveryon zawsze był domem. Jedynym, jaki kiedykolwiek miała.
Intruz. Świętokradca. Te słowa przelatywały jej przez myśli, gdy patrzyła na obraz nieskończonego piękna. Wydawało jej się, że sama jej obecność plami to, co winno być czyste i święte. Takie właśnie wydawało jej się zawsze obcowanie z elfami. Czuła, że jest tu zbędna, że jej obecność jest jedynie zawadą.
Ale elf uśmiechnął się. A uśmiechając się podał jej dłoń. Ujęła ją, nie śmiejąc spojrzeć mu w oczy. On jednak uniósł jej podbródek i sprawił, że spojrzała mu w oczy, głębokie, jak studnie bez dna. A później poprowadził ją w świat, o którym nigdy nie zapomniała. W świat, który był jej jedynym domem. W świat, który utraciła na zawsze.
Po jej policzku spłynęła jedna łza, a później następna. Otworzyła oczy, tym razem naprawdę. Nie widziała wokół siebie lasów Neveryonu, tylko błękitne, spokojne morze i czerwoną kulę chowającą się za horyzont. Znów śniła na jawie…
Ylsę wyrwał z zamyślenia szorstki głos Bregona.
- Przyjdziesz tu wreszcie, czy mam cię tak jeszcze wołać? – zapytał. Mówił dialektem z Wysp Erie, prawie niezrozumiałym dla mieszkańców kontynentu. Lata izolacji od stałego lądu spowodowały, że wśród mieszkańców wysp rozwinął się specyficzny dialekt, o wiele bardziej twardy i szorstki od wspólnej mowy używanej w Arvonie i innych królestwach. Wraz z upływem lat coraz bardziej odbiegał od wspólnej mowy z kontynentu, aż wreszcie zmienił się w zupełnie inny język.
Ylsa otuliła się szczelniej płaszczem, który i tak nie dawał jej dostatecznej ochrony przed lodowatym wiatrem wiejącym od morza i niechętnie powlokła się w stronę domu. Przed chatą czekał na nią wysoki, postawny mężczyzna o jasnych włosach, niebieskich oczach, noszący brodę i długie wąsy, jak prawie wszyscy wyspiarze.
- Co się z tobą znowu dzieje? – zapytał gniewnym głosem.
- Przepraszam – odparła Ylsa, spuszczając wzrok. – To się więcej nie powtórzy.
- Przygotuj strawę na wieczór – rzucił jeszcze po czym odszedł, by dopilnować wyciągania sieci.
Bregon był zarządcą jednej z Wysp Erie, przywódcą klanu. Do jego obowiązków należało dostarczenie ludności dostatecznej ilości pożywienia oraz ochrona wyspy. Miał pod sobą dwudziestoosobowy oddział zaprawionych w bojach wyspiarzy, którzy zapewniali ludziom żyjącym na wyspie bezpieczeństwo. Oprócz tego był sędzią w sporach pomiędzy mieszkańcami wyspy.
Właściwie jedynym, czego musieli się obawiać wyspiarze byli piraci, plądrujący bez ustanku wybrzeża kontynentu. Nie oszczędzali oni także wysp, chyba, że liczyli na zysk. Wtedy handlowali, najczęściej żywym towarem. W taki właśnie sposób Ylsa dostała się na Wyspy Erie.
Dziewczyna nigdy nie znała swych rodziców. Jako niemowlę została porzucona w neveryońskim lesie. Tam znalazła ją Alasiel, żona jednego z elfich szlachciców. Nadano jej imię Nimue, co w szlachetnej mowie elfów oznacza: Czysta. Wychowywała się razem z synem Alasiel, Alessanem. Była jego mleczną siostrą, jako że chłopiec urodził się mniej więcej w tym samym czasie, co Ylsa i oboje byli karmieni przez Alasiel. Elfie dzieci osiągają dojrzałość tak szybko jak ludzie, po czym czas się dla nich zatrzymuje, więc dziewczyna dorastała wraz z Alessanem, znajdując w nim towarzysza zabaw i przyjaciela.
Nieszczęście zdarzyło się, kiedy miała dziewiętnaście lat. Przebywała wraz z przybranym bratem na wybrzeżu, gdy napadli na nie piraci. Alessanowi udało się ujść wolno, lecz Ylsa trafiła do niewoli. Pamiętała odór niemytych ciał piratów i współwięźniów, gdy przez długie dni siedziała w ciemnej ładowni pod pokładem, cierpiąc z głodu i pragnienia, skrępowana więzami wpijającymi się boleśnie w nadgarstki i obcierającymi do żywego mięsa kostki, bita, gwałcona i poniżana.
Została sprzedana właśnie Bregonowi, który jako człowiek dość zamożny, przynajmniej jak na wyspiarza, mógł pozwolić sobie na kupno niewolnicy. Popadła z jednej niewoli w drugą, z dala od domu, który tak bardzo ukochała, od elfów, którzy zastąpili jej rodzinę, od Neveryonu, cudownej krainy, w której zatrzymał się czas.
Musiała ciężko pracować, nauczyć się brzydkiej, niemelodyjnej mowy wyspiarzy, tak różnej od śpiewnego języka elfów, którym posługiwała się w domu Alasiel i wspólnej mowy mieszkańców kontynentu. Nadano jej też inne imię – Ylsa, jako że mieszkańcy wyspy nie potrafili wymówić w swym szorstkim języku imienia Nimue. Z początku nienawidziła swego nowego miana, jednak z biegiem czasu przyzwyczaiła się do niego.
Ylsa spojrzała na swe spracowane, pokryte odciskami dłonie. Była tu już pięć długich lat. O pięć lat za dużo. Każdej nocy śniła o białym korabiu elfów, który przypływa na wyspę i zabiera ją stamtąd. Ale każdego rana budziła się i wiedziała, że żaden elficki statek nie przypłynie ani dziś, ani nigdy.
Elfowie rzadko zapuszczali się w rejon Wysp Erie. Po pierwsze z racji tego, iż nie mogli porozumieć się z wyspiarzami. Po drugie zaś, nie mieli tam żadnego interesu. Towary elfich kupców były zbyt drogie dla mieszkańców wysp, żyjących w ciężkich warunkach, zmuszonych przez życie do ciężkiej pracy. Nie mieli dość pieniędzy, by kupować oferowane przez elfów wyroby. Nie były im potrzebne bele jedwabiu najlepszej jakości, złote i srebrne talerze, przepiękne kobierce, biżuteria wysadzana klejnotami, kielichy z kryształu i tym podobne rzeczy. Ich jedynym pragnieniem było, aby śledzie i dorsze brały, tak, by nie zabrakło im jedzenia na zimę i by mieli wystarczająco dużo wełny na ciepłe ubrania. Nie potrzebowali zbytkownych rzeczy. Jedli z drewnianych talerzy, posługiwali się stalowymi sztućcami, pili z drewnianych lub cynowych kubków.
- Nimue… - wyszeptała do siebie, próbując przywrócić szczęśliwe wspomnienia. Jednak szybko została sprowadzona na ziemię.
- Ylso! – W drzwiach domostwa pojawiła się młoda, wysoka i niebieskooka blondynka. – Długo będziesz jeszcze tak stać i bezmyślnie się gapić?! Chodźże tu i pomóż mi z kolacją, bezużyteczna dziewko!
- Przepraszam, Griet – odpowiedziała Ylsa, pospiesznie idąc do domu. – Zamyśliłam się.
- Ty nie jesteś w tym domu od myślenia, tylko od roboty! – rzekła gniewnie Griet.
Była najstarszą córką Bregona i w niedługim czasie miała wyjść za mąż. Miała już siedemnaście lat, więc czas był na nią najwyższy. Inne dziewczęta w jej wieku dawno już były mężatkami i wychowywały dzieci. Jej nie spieszyło się do zamążpójścia. Kiedy jednak zaczęła rzucać powłóczyste spojrzenia każdemu napotkanemu mężczyźnie, w tym i parobkom w gospodarstwie, ojciec zdecydował, że musi wydać ją za mąż. Padło na jednego z ludzi Bregona, trzydziestoletniego Haina.
- Chodźże, ślamazaro! – ponagliła jeszcze Ylsę i zniknęła w środku.
Dziewczyna weszła do chaty z zdjęła chustę. Ciepło paleniska ogrzewało domostwo zarządcy. Nad nim wisiał na żelaznym trójnogu kociołek z zupą rybną. Ylsa, znająca swoje obowiązki, zamieszała gęstą, zawiesistą polewkę i położyła na stole siedem drewnianych, głębokich misek i łyżek. Przeznaczone one były dla Bregona, jego żony Rheis oraz piątki dzieci: dwóch synów, Calufa i Meldryna oraz córek, Griet, Brithis i Twilli.
Twilla była najmłodszą wśród dzieci Bregona, miała dopiero siedem lat. Rozpieszczana przez ojca do granic możliwości, stała się grymaśna i Ylsa nigdy nie mogła dać sobie z nią rady. Wiedziała jednak, że nie powinna skarżyć się Bregonowi na małą.
- Oddawaj! – usłyszała krzyk rozzłoszczonej Twilli, gdy ta wbiegła do największej izby. – Oddawaj moją lalkę! Ylso, Brithis nie chce mi oddać lalki! Powiedz jej coś! Griet!!!
- Możesz się na chwilę uspokoić, ty nieznośny bachorze?! – ofuknęła ją najstarsza siostra, wchodząc szybkim krokiem z przyległego pokoju. – Własnych myśli przez ciebie nie słychać!
Dom Bregona był duży, składał się z czterech izb: w jednej znajdował się piec i palenisko, a także duży stół przy którym spożywano posiłki, w drugiej spali Bregon i Rheis, w trzeciej ich dzieci, w czwartej zaś spała i jadła służba: dwóch parobków, jedna dziewka służebna i Ylsa.
- Brithis, oddaj lalkę Twilli – odparła spokojnie Ylsa, nie przerywając swych zajęć. Nalewała właśnie piwa do drewnianych kubków, uważając, by przypadkiem nic nie wylało się na mytą przez nią tego ranka podłogę. To był kolejny zbytek w domu Bregona. Miał drewnianą podłogę, a nie, jak inni, klepisko.
- Oddawaj!!! – krzyknęła Twilla, rzucając się na siostrę z pięściami. – Bo powiem tacie!
- Oddaj jej lalkę, Brithis – powtórzyła Ylsa. – Masz już czternaście lat. Nie przystoi ci takie zachowanie.
Ostatecznie spór rozwiązało pojawienie się w izbie Bregona. Brithis szybko oddała szmacianą lalkę Twilli i wyszła.
- Siadaj, panie – powiedziała Ylsa, wskazując mu miejsce przy stole. Jako wykształcona na dworze szlachcica nigdy nie używała śmiesznej i prostackiej formy „wy”, w jakiej prosty lud zwykł się zwracać do innych. – Wieczerza już prawie gotowa. Gdzie są twoi synowie?
- Kończą składać sieci – odparł Bregon, rozpierając się na krześle. – Był obfity połów. Miejmy nadzieję, że wkrótce przybędą do nas handlarze z kontynentu. Będziemy mogli sprzedać ryby. Ale idzie sztorm… I to duży. Za jakieś dwa, trzy dni nie będziemy już mogli wypłynąć.
Ylsa wiedziała, co to dla niej oznacza. Przynajmniej dwa tygodnie pod lepkimi spojrzeniami synów Bregona. O ile Meldryna mogła jeszcze znieść, o tyle natarczywość Calufa była nie do zniesienia. Dla mężczyzn była interesująca, ponieważ zupełnie odmienna od kobiet z Wysp Erie, o jasnej cerze, niebieskich oczach i blond włosach. Miała ciemne, długie włosy, piwne oczy o złocistych refleksach i oliwkową karnację.
Dziewczyna poczuła na sobie czyjś wzrok. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że to Caluf. Nikt inny nie patrzył na nią w ten sposób, w jaki jastrząb patrzy na swoją ofiarę. Po chwili w izbie pojawił się tez Meldryn, a po nim Rheis. Ylsa nalała każdemu z domowników zupy i już miała odejść, gdy Rheis ją zatrzymała. Nie była już pierwszej młodości w jej włosach widoczne były nitki siwizny, twarz pokrywała siateczka dość płytkich jeszcze zmarszczek, a oczy straciły swój blask. Po urodzeniu piątki dzieci opuściły ją siły, więc większość czasu spędzała w domu, szyjąc, tkając i przędąc wełnę. Jej obowiązki w gospodarstwie przeszły na Ylsę.
- Zaśpiewaj nam, dziecko – powiedziała łagodnie, uśmiechając się. – Masz taki piękny głos, a my już tak dawno cię nie słyszeliśmy.
Ylsa usiadła na drewnianym zydlu w pobliżu ognia i zaczęła śpiewać w szlachetnej mowie elfów ich pieśni. Śpiewała o lasach Neveryonu, które przyszło jej utracić, o białych statkach płynących poprzez morze, o wschodzie słońca nad górami. W jej oczach pojawiły się łzy. Odwróciła się i wyszła pospiesznie, tak, by Rheis nie zauważyła słonych kropli spływających jej po policzkach.
W izbie dla służby było cicho i spokojnie. Parobkowie pracowali jeszcze w polu, dziewka doiła krowy w oborze. Ylsa była zadowolona, że większość czasu spędzała przy domu. Gdy jednak nadchodziło lato, musiała jak wszyscy pracować w polu. Ta ciężka praca nie omijała nawet Twilli.
- Gdzie ona jest? – usłyszała donośny głos Calufa. – Gdzie, do czorta, jest ta przeklęta dziewka?!
- Ucisz się wreszcie! – Rheis podniosła głos. – Czego od niej chcesz?
- Chcę, żeby mi zaszyła ubranie. Co z niej za niewolnica, skoro słucha tylko samej siebie? Ylsa! – zawołał. Dziewczyna nie mogła już udawać, że nie słyszy. – Piwa! – zażądał.
Ylsa poszła posłusznie po następny dzbanek. Kiedy wróciła, w izbie siedzieli już tylko Meldryn i Caluf. Bez słowa postawiła przed nimi dzban i chciała odejść.
- Chcę czegoś jeszcze – powiedział Caluf.
- Tak, wiem, zaszyję ci ubranie – odpowiedziała dziewczyna. Kątem oka zauważyła, jak Meldryn wstaje od stołu i wychodzi na dwór.
„Nie! – chciała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. – Nie odchodź!”
- Nie chodzi o ubranie – odrzekł Caluf, mierząc ją wzrokiem.
- A o co? – zapytała. Tak bardzo chciała, by jej głos nie drżał, lecz na próżno.
- O ciebie, mała suko… O ciebie. Wiem, jak cię przećwiczyli piraci – powiedział ze wstrętnym uśmiechem. – No, chodź tu! Już!
- Nie – odparła Ylsa. Sama dziwiła się stanowczości w swoim głosie. Calufa zdziwiło to nie mniej niż ją samą. Na jego twarzy pojawił się wyraz zaciętości. Podszedł do niej i boleśnie wykręcił jej rękę.
- Co to znaczy: „nie”?! – zapytał, wpijając jej palce w ramię. Dziewczyna wiedziała, że przez długie tygodnie pozostaną tam ciemne siniaki. – Już ja ci pokażę! Nie chciałaś po dobroci to będzie po złości!
Pchnął ją na stół.
„Meldryn! – wołała bezgłośnie Ylsa. – Meldryn, proszę, wejdź tu!”
Wiedziała, że młodszy z braci by na to nie pozwolił. Gdyby tylko tu był.
„Słodka Bogini! Astro, proszę! Zlituj się nade mną! – błagała w myślach. – Proszę!”
Ylsa broniła się zaciekle, drapała, gryzła i kopała, ale mężczyzna górował nad nią wzrostem i był od niej o wiele silniejszy.
Nagle do izby wszedł Bregon. Zatrzymał się raptownie, zszokowany tym, co zobaczył.
- Caluf! – krzyknął. – Pod moim dachem… Pod moim dachem… - powtarzał z pobladłą twarzą. – W moim domu dzieją się takie bezeceństwa! Precz! Nie chcę cię tu dzisiaj widzieć! Precz, powiedziałem! A ty… idź do siebie. Już!
Dwa dni później, dokładnie tak jak przewidywał Bregon, rozpoczął się sztorm. Ylsa pracowała właśnie w polu, pieląc zawzięcie warzywa, które usiłowały rosnąć na skalistej, nieurodzajnej ziemi. Od czasu wieczornego zajścia Caluf mało przebywał w domu. Wieczorami włóczył się po wyspie z przyjaciółmi i wracał do domu późną nocą.
Czarne chmury zwiastujące ulewę przetaczały się przez niebo, zasnuwając je mrokiem. Od morza powiał zimny wiatr i Ylsa skuliła się, czując na ciele gęsią skórkę. Dni były jeszcze ciepłe, wszak był to dopiero początek września, lecz wieczory chłodne. Teraz zaś, w środku dnia, było zimno jak w nocy.
Dziewczyna szybko porzuciła swoje zajęcie i pobiegła czym prędzej do domu. Zamykając okna myślała o tych wszystkich nieszczęśnikach, których sztorm zastanie na morzu. Iluż takich wyrzucały fale w kilka dni po ustaniu nawałnicy! Wszyscy byli martwi. Wyspiarze urządzali im pogrzeby, chowali ofiary morza w bezimiennych mogiłach, pozbawiając ich wcześniej wszystkich kosztowności, których nie zdążyły zabrać zachłanne fale.
Pierwsze krople uderzyły o szyby. Burza… Dziewczyna miała jedno szczególne wspomnienie. To zdarzyło się dwa lata przed porwaniem. Ylsa usiadła ciężko na stołku i zapatrzyła się w ogień płonący na palenisku…
- Nimue! – Ciemnowłosa elfka rozglądała się nerwowo, szukając wzrokiem dziewczyny. – Alessanie, czy wiesz, gdzie jest Nimue?
Złotowłosy, siedemnastoletni elf zwrócił na piastunkę swe szafirowe oczy. Miał minę niewiniątka, ale Jora nie dała się zwieść. Zbyt często widziała ten wyraz twarzy u swego wychowanka.
- Alessanie, powiedz natychmiast, gdzie jest Nimue! Zaraz nadciągnie burza!
- Przecież wiesz, że ona nie boi się burzy – odparł spokojnie młodzieniec. – A ja naprawdę nie mam pojęcia, gdzie ona jest. Przecież gdybym wiedział, nie ukrywałbym tego!
Widząc niepokój Jory, Alessan starał się ukrywać własny strach o przybraną siostrę. Nie wiedział, gdzie się podziała, rozstali się przed lekcją fechtunku i od tej pory jej nie widział.
Nadciągała burza. Niebo na północy pociemniało, przybrało złowróżbny grafitowy kolor, chmury z każdą chwilą zbliżały się coraz bardziej. W jednej chwili zerwał się wiatr i lunęło. Niebo przecięła błyskawica. Pierwszy grzmot przetoczył się nad okolicą.
- Nimue! – wołała Jora, bezskutecznie próbując odnaleźć powierzoną jej pieczy dziewczynę.
- Nimue! – zawtórował jej Alessan, choć wiedział, że to bezsensowne. – Konia! – krzyknął do sług.
- Alessanie, nie! – zaprotestowała gwałtownie Alasiel, wybiegając na deszcz. Ona także martwiła się zniknięciem przybranej córki, lecz rodzony syn był jej równie drogi. – Zabraniam ci wyjeżdżać w taką pogodę!
- Mamo… - szepnął Alessan, przytulając Alasiel. – Wrócę, obiecuję. I znajdę Nimue.
Lało jak z cebra. Nimue bezskutecznie usiłowała znaleźć drogę powrotną do domu. Teraz żałowała, że była tak beztroska i mimo zbliżającego się deszczu wyszła z domu. Wydawało jej się, że zna tu każdy kamień, każde drzewo, a jednak gdy przyszła ulewa, zgubiła się w strugach deszczu.
Było jej zimno, przemokła do suchej nitki, cienka, jedwabna suknia kleiła jej się do ciała, z włosów kapała woda. Zagrzmiało. Nimue, mimo iż nie bała się burzy, skuliła się.
„Muszę szybko znaleźć jakąś kryjówkę” – myślała gorączkowo.
Nie była na tyle nierozsądna, by chować się pod drzewem. Wiedziała, że mógłby ją trafić piorun.
„Słodka Bogini, jak zimno…”
Moment nieuwagi wystarczył, by potknęła się i sturlała z niewielkiego pagórka. Na szczęście była cała. Bolała ją nieco noga, ale była w stanie iść, utykając tylko lekko.
- Gdzie ja jestem?! – zawołała sama do siebie. Odpowiedziało jej echo, odbijające się od skał. Ale powtórzyło tylko jej słowa.
Nie mogła zajść zbyt daleko, na pewno nie przekroczyła granicy ziem Vanthorisa, ojca Alessana. Niemniej jednak nie znała miejsca, w którym się znalazła.
„ Astro, jak mi zimno… Bogini, zlituj się, spraw, żebym znalazła jakąś grotę, w której mogłabym się schronić przed zimnem. Niech mnie ktoś znajdzie!”
Jej prośbom stało się zadość, przynajmniej po części. Błąkając się, natrafiła na opuszczoną grotę. Początkowo bała się, że może w niej być niedźwiedź, ale gdy przyjrzała się jej dokładnie stwierdziła, że nie zmieściłby się tam nawet najmniejszy z tych zwierząt. Jaskinia była tak mała, że dziewczyna ledwie się tam zmieściła. Skuliła się w najdalszym od wejścia kącie, który dawał osłonę przed siekącym deszczem i zimnym wiatrem.
Chłód i wyczerpanie zrobiły swoje. Nimue zaczęła zasypiać, choć wiedziała, że nie wolno jej tego robić, bo już się nie obudzi. Za każdym razem, kiedy już, już miała pogrążyć się w otchłań snu, uderzała się w policzek, by oprzytomnieć choć na chwilę. Powieki ciążyły jej z każdą chwilą coraz bardziej, wreszcie nie miała już siły by podnieść rękę i uderzyć się w twarz.
-…mue! – usłyszała nagle. Czy to wyobraźnia spłatała jej figla? Czy to echo tak ją zwodziło?
- Nimue! – wołanie powtórzyło się po raz kolejny, tym razem wyraźniej. – Nimue!
„Nie mam siły – pomyślała. – Nie mam siły, by mu odpowiedzieć… Chcę spać. Tak, spać.”
- Nimue, odezwij się! – krzyk niósł się coraz głośniej.
- …odezwij się… ezwij się… ezwij się… - powtarzało echo.
„Woła mnie. Chce, żebym mu odpowiedziała – myślała dziewczyna. – Ale ja chcę spać. Tak, spać…”
- Nimue!!! – głos był coraz wyraźniejszy. Dziewczyna powoli rozpoznawała krzyczącego.
„Alessan! – ucieszyła się, wciąż balansując na granicy dwóch światów. – To on! Muszę mu odpowiedzieć! – mówiło coś w jej duszy. – Ale tak bardzo chcę spać – odpowiadało jej ciało. – Tak bardzo…”
- Alessan! – krzyknęła wreszcie. – Tu jestem… Tu… - głos jej ścichł, aż wreszcie zamilkła zupełnie.
Zziębniętą, siną z zimna i drżącą znalazł ją wreszcie Alessan. Jej ciało było rozpalone żarem gorączki.
- Wytrzymaj, Gr??nn?Š – szepnął, nazywając ją pieszczotliwie siostrzyczką. – Wytrzymaj…
Jechał najszybciej jak mógł. Deszcz spływał mu strugami po twarzy, widział jak przez mgłę. Gdy wreszcie dopadł bramy posiadłości, złożył nieprzytomną Nimue na ręce jednego ze sług, a sam zeskoczył z konia, dysząc ciężko.
- Zabierz ją do dworu! – rozkazał. – Szybko!
Następne tygodnie były dla Nimue pasmem majaków, obrazów tak nierealnych, że to mogły być tylko rojenia. Rzucała się niespokojnie, bredząc w malignie, patrzyła na pielęgnującą ją Alasiel i czuwającą przy niej Jorę nieprzytomnymi oczyma. Nie widziała, to, co przesuwało się przed jej oczami było tylko plątaniną bezsensownych obrazów, których umysł nie był w stanie połączyć w logiczną całość, ale słyszała wszystko, co mówiło się przy jej łóżku.
- Gdyby twój syn, pani, jej wtedy nie znalazł, nie byłoby jej tu dziś z nami – mówił zatroskany medyk. – To bardzo ciężkie zapalenie płuc. Gdyby jeszcze trochę posiedziała w tym zimnie, dostałaby zapalenia mózgu, a stąd już prosta droga do śmierci. Gdyby była elfką, udałoby się ją uratować, ale człowiek nie ma szans w walce z tą chorobą…
- Ylso! – podniesiony głos Bregona wyrwał ją z zadumy. – Gdzie jest Twilla?!
- Nie ma jej? – zapytała zdumiona dziewczyna. – Przecież była z Brithis!
- Brithis już dawno wróciła do domu, a Twilli jeszcze nie ma! Tak pilnujesz dziecka?! – Bregon po raz pierwszy w życiu uderzył ją w twarz.
„Nie, dobra bogini, nie! – myślała. – Niech ten koszmar się nie powtarza!”
- Byłam w polu – odparła Ylsa, przykładając chłodną dłoń do pulsującego bólem policzka. – Brithis miała opiekować się Twillą.
- Idź jej szukać! Natychmiast!
Dziewczyna wyszła na ulewę. Silny wiatr od morza prawie zwalił ją z nóg. Wystarczyło kilka chwil krótkich jak uderzenie serca, by Ylsa była przemoknięta do suchej nitki.
- Twillo! – wołała. – Twillo!!!
Nie było widać żywej duszy. Nawet psy pochowały się do swoich legowisk. Na niebie pojawiła się następna błyskawica, a po niej grom.
- Twillo! – krzyczała raz po raz.
Wiedziała aż za dobrze, jak czuje się samotna dziewczynka zagubiona w czasie burzy. Wydawało jej się, że córka Bregona nie mogła odejść zbyt daleko.
- Twillo!
„Dobra bogini, a jeżeli ona… - pomyślała Ylsa, ogarnięta dziką paniką. – Nie, to niemożliwe!”
- Twillo!!!
Tknięta złym przeczuciem pobiegła w stronę brzegu. Linia brzegowa była tu zdradliwa, skaliste wybrzeże stawało się śmiertelnie groźne podczas deszczów. Już z daleka zobaczyła małą sylwetkę dziewczynki. Mała biegła na oślep, wprost w ramiona kipieli.
- Twilla, nie!!! – krzyknęła Ylsa, wkładając w ten krzyk wszystkie swoje siły. – Zawracaj, Twilla!!! Zawracaj!!! Nieeee!!!
W ostatniej chwili uchwyciła małą za rękę i wciągnęła z powrotem na bezpieczny grunt. Tuliła dziewczynkę do piersi, a po twarzy spływały jej nie tylko krople deszczu, ale też słone krople łez.
Szybko! – Do domu Bregona wpadł jeden z rybaków. – Szybko, chodźcie, panie! Statek!
- Statek? – powtórzył Bregon. – Jaki statek? O co chodzi?
- Biały, z białym żaglem! Rozbił się!
- Elfowie… - wyszeptała Ylsa z pobladłą twarzą. – Czy na żaglu jest zielone drzewo? Czy jest tam zielone drzewo?! - dopytywała się.
- Nie wiem – odparł rybak. – Nie patrzyłem. Może i jest.
Dziewczyna wybiegła z chaty, na przekór wichrowi, który dął nieprzerwanie od północy i pobiegła na brzeg.
Statek rozbił się o skały jeżące się przy brzegu, czyhające na nieostrożnych sterników. Teraz wyspiarze ratowali rozbitków. Nie było ich wielu, może piętnastu. Większość straciła życie tonąc lub uderzając o skały. Na brzegu leżało już ponad trzydzieści ciał. Smukłych, o szlachetnych rysach twarzy, majestatycznych, niewypowiedzianie pięknych nawet po śmierci. Ci elfowie nie wyglądali, jakby umarli. Wydawało się, że tylko śpią i lada chwila otworzą oczy. Ale Ylsa, tak samo jak inni stojący przy brzegu, wiedziała, że nigdy już tego nie zrobią.
Rybacy właśnie wyławiali kolejnego rozbitka. Był nieprzytomny, a na jego skroni widniała krwawiąca rana. Czerwona posoka sklejała elfowi złociste włosy. Gdy dziewczyna zobaczyła twarz nieszczęśnika, serce podskoczyło jej do gardła. Mimo iż minęło pięć lat, tę twarz rozpoznałaby wszędzie.
- Alessan! – krzyknęła zdławionym głosem. – Szybko, nieście go do domu Bregona!
Nie czekała, aż skończą wyławiać pozostałych, tylko pobiegła za Alessanem. Nie mogła uwierzyć, że oto to, o czym zawsze marzyła, staje się prawdą.
- Połóżcie go! Ostrożnie! Tutaj – mówiła, wskazując na swoje łóżko.
Kiedy mężczyźni wyszli, Ylsa nalała szybko wody do misy i zaczęła opatrywać młodzieńca. Wciąż był nieprzytomny.
- Alessanie – szepnęła dziewczyna, nachylając się nad nim. – Alessanie, ocknij się.
Przemawiała w języku elfów, licząc na to, że przywoła go swym głosem z otchłani nieświadomości, w której się znajdował. On jednak nie otwierał oczu.
- Alessanie – rzekła raz jeszcze. Elf nawet się nie poruszył.
Ylsa usłyszała odgłos otwieranych drzwi i po chwili stanął za nią Bregon, patrząc na nieprzytomnego. Tylko słabe światło kaganka stojącego przy łóżku oświetlało ciemną izbę. W jego łunie twarz Alessana wydawała się nienaturalnie blada, tchnęła nieziemskim spokojem. Zarządca przypatrzył mu się uważnie.
- Kim on jest? – zażądał wyjaśnień.
- Moim bratem – odparła Ylsa. Ku jej zdziwieniu, Bregon wybuchnął śmiechem.
- Przecież on jest elfem, a ty człowiekiem! – wykrzyknął.
- On jest moim przyrodnim bratem – wyjaśniła spokojnie. – Wychowała mnie jego matka. Co z innymi?
- Chyba jakoś się wyliżą. To elfowie, wyjdą z tego. Jakie licho zaniosło ich na te wody? – Bregon pokręcił głową patrząc na leżącą nieruchomo postać.
- Pewnie sztorm – zgadywała Ylsa.
- Sztorm zniósł ich statek tutaj, na nasze wyspy, ale musieli być w tych okolicach. To osobliwe, bo zwykle nie zapuszczają się w naszą stronę.
- Mogę przy nim siedzieć? – zapytała dziewczyna, ocierając mokrą szmatką spocone czoło Alessana. – Mogę go pielęgnować?
- Możesz – odparł Bregon. Ylsa pomyślała w tamtym momencie, że jednak nie jest takim złym panem. – Gorta będzie pracować za ciebie w polu. Pamiętaj tylko, że dom na być oporządzony jak należy.
- Oczywiście, panie. – Ylsa uśmiechnęła się do Bregona. – Dziękuję.
- Nie zanosi się, by prędko opuścili wyspy. Sztorm będzie trzymał jeszcze długo, a później muszą naprawić statek.
- Przecież nie ma nawet co naprawiać! – wykrzyknęła dziewczyna, ale zaraz zakryła dłonią usta w obawie, by nie obudzić śpiącego. – To same drzazgi. Czy ludzie wyłowili coś z morza?
- Jest zbyt wzburzone, żeby wypłynęli. Nie ma nic prócz tego co fale same wyrzuciły na brzeg. Głównie deski, trochę płótna. Niewiele mają kosztownych rzeczy. Większość poszła na dno. Ty żyłaś wśród nich. Umiesz mówić ich językiem?
- Tak – odpowiedziała Ylsa. – Choć tak wiele czasu upłynęło, odkąd ostatni raz się nim posługiwałam…
- Nie oddalaj się tylko zbytnio – powiedzi | |