Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.
Posted: Sun Aug 08, 2004 12:06 am [O]"Srebrne Wilki" rozdział 1, oraz 2
Jakby się dało to proszę o recenzję i sugestie.
Srebrne Wilki 1.1
Zara słyszała pianie zamkowego koguta, ale nie chciało jej się wstawać. Poprzedniego dnia do późna się uczyła i nie miała ochoty wracać do nauki. Wiedziała, że ojciec się zdenerwuje, jeśli nie zejdzie na czas na śniadanie do sali jadalnej, ale chęć snu była od strachu silniejsza. Zaczęła się przeciągać. Wydawało jej się, że o czymś zapomniała, ale nie wiedziała o czym. Gdyby nic specjalnego nie miało się tego dnia wydarzyć, to przecież by nie wstała tak wcześnie. Była niedziela, a więc dzień przeznaczony na odpoczynek. W pewnej chwili usłyszała pospieszne kroki na korytarzu. Do jej komnaty wpadła młoda dziewczyna ubrana w męski strój.
-Zara, ty jeszcze nie ubrana? Spóźnimy się na śniadanie!
-Nie widzę żadnych problemów.
-Jeśli się spóźnimy, to ojciec nie pozwoli ci jechać.
-A niech to.....Zapomniałam o przejażdżce z Sarane! Pomóż mi coś znaleźć!
Nie trzeba było długo szukać. Na stołku przy łóżku leżał przygotowany strój do jazdy konnej. W momencie, gdy Zara zakładała pelerynę usłyszały wołanie na śniadanie. Zeszły, zostawiając swoje rzeczy w komnacie Zary. Przywitał je wysoki człowiek ubrany w najprzedniejsze szaty, jakie można było wtedy dostać.
-Na pewno chcesz jechać moja droga?
-Tak tato. Od dawna mam na to ochotę i musze skorzystać z tego, że w okolicy nie ma tego stada wilków, przez które nie pozwalałeś mi jechać.-odpowiedziała Zara. -Co na śniadanie?
Sala jadalna była w rzeczywistości salą balową, zamienioną czasowo w jadalnię ze względów praktycznych. Razem z Zarą, jej ojcem i przyjaciółką posiłki jadali tu doradcy i dowódcy, aby, nawet przy śniadaniu, pan na zamku mógł kontrolować podwładnych. Jedyną osobą wśród ważniejszych postaci na zamku, która nie jadała posiłków w Wielkiej Sali, była Sarane- nauczycielka Zary. Ta jadała posiłki w swojej komnacie, lub w zamkowym ogrodzie, w którym pan nie bywał, jeśli w ogóle jadła.
Ojciec Zary był władcą państwa, Terrany- potężnego państwa składającego się z wielu prowincji. Rzadko wyjeżdżał na inspekcje, wysyłał swoich zaufanych doradców, a jeśli już to tylko dla tłumienia buntów w największej prowincji- zajmującej ponad połowę kraju Arancji. Jeden z buntów musiał tłumić prawie dwa lata, co bardzo nie podobało się dziesięcioletniej wtedy Zarze. Dziewczyna nigdy nie poznała matki- powiedziano jej, że kobieta zmarła podczas porodu, ale Zara czuła kłamstwo w tych zeznaniach i zawsze, gdy ktoś wspominał o dawnych czasach próbowała wyciągnąć z ojca prawdę.
Jednym z milszych wspomnień Zary było pojawienie się w zamku Sarane. Miała wtedy pięć lat i z początku nie ufała obcej, ale poczuła się raźniej, gdy pod opiekę kobiety oddano także jej rówieśniczkę- sierotę Marenę. Po roku sytuacja gruntownie się zmieniła. Dziewczynki zostały przyjaciółkami, a Sarane traktowały obydwie jak matkę. Potem przyszło wielkie powstanie w Arancji, Sarane jakby oddaliła się od swych wychowanek. Pisała wiele listów i całe dnie spędzała przed oknem oczekując posłańca z listem do niej. Niestety żaden nie przyjechał. Doszedł wtedy w ciągu roku jeden list oznajmiający o dużej przewadze króla nad buntownikami, po którego przeczytaniu nauczycielka zniknęła na trzy dni z okładem. Zaczęły się nieporozumienia pomiędzy królem a nią. Król zaczął bardziej zajmować się córką, wywierać na nią większy wpływ. Tak zostało do obecnego dnia.
Kiedy Zara i Marena wyszły na dziedziniec ze swymi rzeczami na plac zamkowy czekała już tam na nie średniego wzrostu kobieta, ubrana w szeroką, fioletową suknię niewyszukanego kroju, z jedną jedynie ozdobą, różą wyszytą na lewej piersi srebrną nicią. Okrycie stanowiła peleryna tego samego koloru z ornamentem- wzorem róż przy brzegach także wyszytym srebrną nicią.
-Przepraszamy za spóźnienie!
-Nic nie szkodzi. Idźcie po konie, a ja tu chwilę poczekam.
Zara jeździła na wysokim karym ogierze, o niespotykanie łagodnym charakterze, a jej towarzyszka miała kasztanowatą klacz. Obydwa konie były już osiodłane, a obok boksu stał młody chłopak.
-Dzięki Mikel. Dzięki tobie zyskamy na czasie.
-Spóźniałyście się, więc pomyślałem, że zaspałaś i zrobiłem to za was. Jaką nagrodę dostanę Zaro?
-Odczep się z tymi nagrodami, to twoja praca.
-Prawdziwa następczyni tronu...
-Musisz mi dzisiaj dopiekać?!
-Dobra, dobra. Jak się nie podobam to spadam.
Wychodząc z końmi na plac dziewczyny usłyszały kawałek rozmowy pomiędzy kobietą a starym stajennym.
-Pamiętaj o zakazach króla.
-Pamiętam. Ale mam złe przeczucia.
-Jakie, jeśli można wiedzieć?
-Nie później niż za rok już mnie tu nie będzie.
-Czemu?
-Zara jest dorosła, ma już 18 lat. Przestanę być potrzebna i jako wróg skończę żywot w jakimś obozie śmierci, jakich wiele. Jestem zbyt niebezpieczna, żeby mnie tu trzymać.
-Srebrna róża, czy tak?
-Skąd wiesz?
-Uczestniczyłem w powstaniu. Pytali o ciebie, ale ciebie nie było...zdrajczyni!
Stary stajenny odszedł z wyrazem pogardy w oczach, a pod Sarane ugięły się nogi. Siadła na piętach i ukryła głowę w kolanach, jakby chroniła uszy od jakichś potwornych krzyków. Dziewczyny usłyszały ciche łkanie. Zawróciły konie i idąc w kierunku placu umyślnie głośno stukały okuciami butów, aby nauczycielka na czas zdołała się podnieść. Ich działania odniosły pożądany skutek i gdy powolnym krokiem dotarły na placyk Sarane już wstała.
-Gotowe?
W jej głosie nie było już słuchać wzruszenia.
-Oczywiście, że gotowe. Wreszcie jazda w terenie, a nie na placu.
-W takim razie, gdy tylko bramy zostaną otwarte wyjeżdżamy.
Wkrótce otwarto bramy i dwie młode dziewczyny wyjechały przez most zwodzony za swoją nauczycielką. Gdy tylko znalazły się w lesie, konie przyspieszyły. Pierwszy raz od paru lat miały przed sobą jedynie leśną drogę i żadnych drewnianych belek. Czuły się, mimo jeźdźców na grzbietach, wolne jak ptaki... Dokładnie tak samo czuły się jadące na nich kobiety.
W pewnym momencie Sarane zrobiła coś dziwnego. Zeskoczyła z konia, zdjęła długie buty, włożyła je do juk, rozpuściła długie włosy, zwykle ciasno zaplecione i wskoczyła na swojego konia. Wtedy dopiero pokazała szybkość swego rumaka, który z puszczoną luźno wodzą biegł cwałem z wiatrem wyglądając jak pegaz. Przesuwały się obok nich piękne krajobrazy. Wiosna przyozdobiła drzewa w radosne barwy, jakby wiedziała, że ma to być jedna z piękniejszych chwil w dotychczasowym życiu dwóch młodych dziewczyn.
Po pewnym czasie Sarane wstrzymała swego konia- Tylko do tego miejsca możemy dojechać.
-Czemu? Czy coś nie tak?
-Twój ojciec zabronił. Ale cieszmy się tym, co mamy. I dajcie koniom odsapnąć, bo padną.
Nauczycielka zeskoczyła ze zgrzanego, spienionego konia i zdjęła z niego ogłowie i kulbakę.
-Mały, bądź w pobliżu. Jeśli będę cię potrzebować zawołam.
Sama zaś siadła na zielonej trawie i rozkoszowała się przestrzenią. Zara i Marena przywiązały swe konie do drzewa i usiadły obok nauczycielki. Siwek bryknął, wierzgnął i odbiegł kłusem w las.
-On ucieka!
-Tylko się odpręża. On nie ucieknie. Nie on.
-Zdejmiesz rękawiczkę z prawej ręki i pokażesz nam wreszcie tą dłoń?
-Nie proś więcej. Znasz odpowiedź. I nie bądź taka wścibska Zaro.
-Czy tak wygląda cała Terrana?- zmieniła temat Marena.
-Jest bez porównania piękniejsza, zwłaszcza Arancja... kiedyś same się przekonacie.
Wtem wszystkie usłyszały szelest w krzakach. Po chwili wyłonił się z nich słaniający się na nogach wychudzony, mocno ranny człowiek. W dłoni trzymał srebrny wisiorek w kształcie litery ,A’. Sarane poderwała się i podbiegła do niego. Przytrzymała go, gdy upadał.
-Gdzie... Srebrna...Róża.....-zdołał wyksztusić zanim usłyszeli tętent kopyt.
Z lasu wypadło trzech strażników ze straży ojca Zary. Z uśmiechem na ustach zsiedli z koni, gdy Sarane leczyła magią rany biedaka. Wspomagały ją znające się trochę na czarach uczennice. Zara spostrzegła w dłoni człowieka jakiś kawałek papieru. Wyjęła mu go, ale nie wspomniała o tym, gdyż zdążyła się zorientować, że nie są sami.
-A więc buntownikom się pomaga...-rzekł pogardliwie jeden ze strażników.
-Dobij...-prośba buntownika nie została spełniona. Strażnicy zdołali już skrępować Sarane ręce i odciągnąć ją daleko.
-Panienko, to buntownik, sprzeciwia się twemu ojcu i podlega karze śmierci...nie chciałbym cię aresztować za pomoc we wszczynaniu wojny domowej.
Zara i Marena odsunęły się i przerażone patrzyły na szarpiącą się Sarane. Ich nauczycielka pomagała zdrajcom. Nie wiedziały z początku, co myśleć. Zara postanowiła najpierw udać się do ojca z prośbą o ułaskawienie Sarane. Graniczyło to z cudem, ale było najlepszym, co mogły w tej chwili zrobić. Siadły więc na konie i pojechały za strażnikami prowadzącymi Sarane za końmi. Dziewczynka zauważyła, że podąża za nimi siwy koń Sarane i że on także jest zaniepokojony.
Król czekał już przed główną bramą zamku z uśmiechem na ustach. Porozmawiał cicho ze strażnikami, po czym przemówił głośniej.
-Ostatni raz to toleruję. Jeden wybryk więcej i po tobie. Zaręczam. Do pokoju z nią. A wy, młode panny, musicie na nią uważać, bo nie jest całkowicie wierna i może być nieprzewidywalna.
Sarane odprowadzono do jej komnaty, a dwie młode dziewczyny razem z królem poszły do sali tronowej. Straszna cisza panowała w całym zamku, jakby coś miało się zaraz wydarzyć. Tymczasem król wprowadził je obie do pustej sali tronowej i zamknął drzwi.
-Przepraszam, to moja wina, że pojechałyście ze zdrajczynią.
-Czy to naprawdę był buntownik?
-Tak. Przenosił pewien list. Nie wiecie przypadkiem gdzie on jest?
-żadnego listu nie widziałyśmy ojcze.-skłamała Zara.
-Proszę was o właściwe zachowywanie się i nie ukrywanie niczego, abym nad wszystkim zapanował i nie musiał nikogo karać, dobrze? Teraz idźcie do siebie, a wieczorem ktoś przyjdzie po was i coś zjemy.
-Do wieczora ojcze.
Podczas rozmów z królem Marena rzadko cokolwiek mówiła.
Gdy dwie dziewczyny opuszczały salę tronową widziały prowadzoną do niej Sarane. Wyglądała na bardzo zmęczoną i wystraszoną. Nic strażników nie obchodziło, że nogi uginają się pod nią. Przeciwnie, popychali ją i kopali, gdy się przewróciła. Raz jeden spojrzała na swe podopieczne, zaraz potem spuściła oczy i szła dalej nie przejmując się upokorzeniem. Do sali tronowej weszło tylko dwóch z dziesięciu eskortujących Sarane żołnierzy. Dwóch przyjaciół króla, przed którymi miał mniej sekretów niż przed Zarą.
-A więc pomagałaś buntownikowi...gdzie list?
-Nie wiem o żadnym liście.
-Nie kłam. Miał przy sobie list, którego nie znaleziono przy nim później. Musisz mieć go ty.
-Nie mam go.
-Denerwujesz mnie. To ostatnia nasza rozmowa o buntownikach. Następne nie będą tak przyjazne. Rozwiążcie ją i zostawcie nas samych.-zwrócił się do mężczyzn.
-Ależ panie, ona...
-Ja tu decyduję. Wara stąd. Potem was zawołam.
Mężczyźni wykonali rozkaz bez szemrania, lecz z widocznym zdziwieniem. Tymczasem Zara i Marena udały się na mały balkonik, którego klucz zaginął dawno temu i nie troszczono się o sprawdzanie będąc pewnym, że nie można się na niego dostać. Tymczasem kluczyk trafił w ręce Zary i właśnie była okazja do użycia go. Młoda dziewczyna nie zawahała się ani minuty. Weszły z Mareną na balkonik, położyły się na jego podłodze, aby ich nie dojrzano i słuchały...
-A więc...- Król podszedł do rozcierającej obolałe nadgarstki Sarane- znów dajesz mi się we znaki. Kolejny wybryk nie ujdzie ci na sucho, jak ten. Tym razem cię oszczędzę, ale jeszcze raz...i sama się domyśl.
-Wiesz co mi powiedział ten buntownik zanim go zabrali? Wiesz Terronie?
-Pamiętasz jeszcze moje imię?- zapytał głosem pełnym czułości.
-Imienia kata swego brata się nie zapomina. Powiedział mi ten biedak, że po wielkim powstaniu kazałeś z zimną krwią zamordować tysiące kobiet i dzieci.
-To byli buntownicy. –król wyraźnie zaskoczony tym pytaniem zacisnął pięści.
-Kobiety i dzieci... – tym razem słowa te były zaakcentowane.
-Zdrajców!
-Kobiety i dzieci! Potwór.
Terron nie wytrzymał. Podszedł do Sarane, uderzył ją w twarz z taką siłą, że upadła na ziemię i wyjął z pochwy miecz. Podszedł do niej, podniósł rękę, wymamrotał pod nosem parę słów i nagle Sarane została podciągnięta do góry z nadgarstki, jakby przez niewidzialne sznury podwieszone do sufitu.
-Bolą cię nadgarstki? Może to cię uspokoi.
-Drań, oprawca!
-Być może tak to się nazywa...Czarna magia. Twoje przekleństwo, prawda? Sprawia ci ogromny ból, jakby tysiące igieł...warto było zadawać się z tą kobietą? Gdyby nie ona pewnie byłabyś niepokonana...razem rządzilibyśmy światem.
-Zbyt duża cena. Cieszę się, że twoje marzenia o władaniu światem się nie ziściły.
-Nie widzisz? Już nie dużo mi brakuje. Tylko zgniotę twoich buntowniczych przyjaciół z tą denerwującą elfką na czele i droga wolna. Nikt mi nie zagrozi...
-Nie wygrasz!
-Senne marzenia buntowników. Zniszczę tych, którzy wprowadzają zamęt. Zginą w okrutnych męczarniach.
Terron podszedł do unieruchomionej Sarane od tyłu i pogładził jej włosy.- A mogło być tak pięknie...
-Nie mogło!- krzyknęła Sarane w przypływie sił.
Teraz dopiero oprawca wykorzystał swój miecz. Złapał Sarane za włosy, pociągnął je do tyłu i odciął tuż przy głowie jednym, szybkim, brutalnym ruchem. Potem wziął ze stołu puchar napełniony winem i wmusił jego zawartość biednej, zmęczonej kobiecie nie mającej już siły się opierać. W tym momencie niewidzialne łańcuchy puściły i nieprzytomna Sarane upadła na posadzkę. Terron zawołał strażników, którzy wynieśli ją do jej komnaty. Zara i Marena, które mimo rozdrażnienia nie straciły zdolności sprawnego podejmowania decyzji, wycofały się spokojnie z balkoniku i wróciły do swoich komnat, każda z poczuciem nieładu w sercu.
***
Następnego dnia przebudzenie okazało się dla Sarane wyjątkowo nieprzyjemne. Była cała obolała, a głowa niemiłosiernie bolała. Spojrzała w lustro stojące przy posłaniu.- Czyli to jednak nie był tylko zły sen...mogłam się domyśleć, że Terron coś takiego wymyśli.
-Pomóc w czymś?- usłyszała za sobą głos Zary.
-Co ty tu robisz?
-Pomyślałam, że może potrzebujesz pomocy i posiedziałam tu trochę.
-Ale jeszcze nie było świtania, wiec jakim cudem...
-Siedziałam tu cała noc na wszelki wypadek.
-Król ci pewnie nie pozwolił tu przychodzić, więc idź. Jeśli Marena nie znajdzie cię w pokoju tego ranka, to...
-Co nie jest zabronione, jest dozwolone, mam rację? Przed świtem wrócę do siebie. Pomóc w czymś?
-Jeśli możesz, to podaj mi buteleczkę z czerwonym, matowym płynem, bo mam wrażenie, że coś mi podano. I to na pewno nie była mikstura na wzmocnienie.
-Trucizna?
-Być może, ale to chyba nie twoja sprawa. A tak właściwie, to czemu nie przyszłaś z Mareną, pokłóciłyście się?
-Mamy w pewnych sprawach różne zdania i nie mam ochoty dostać bury. Ona nic nie ukryła by przed moim ojcem.
-Może lepiej, żebyś się przyłączyła do niej i przyswoiła jej poglądy?- Sarane badała Zarę.
-Nie mam ochoty. Proszę, buteleczka.
Sarane jednym haustem wypiła zawartość sporej buteleczki i od razu poczuła się lepiej.
-Wiesz coś może o liście, jaki mógłby mieć ze sobą ten buntownik?
-Może...ale odpowiedz mi na pytanie, które zadam- Sarane skinęła głową na znak zgody.- Czy ty naprawdę sprzyjasz buntownikom?
-Odpowiedzieć tak, jak chciałby twój opiekun, czy szczerze?
-Wiem co o tym sądzi mój ojciec. Chcę się dowiedzieć, co ty myślisz i czujesz.
-Ci ludzie są mi bardzo bliscy i przy każdej okazji będę im pomagać. Tak, sprzyjam buntownikom. Nigdy nie zrobię nic, co mogłoby przyczynić się do ich klęski. A teraz list. Masz go ty, prawda?
-Mam, ale on jest do kogoś chyba zaadresowany, więc nie mogę ci go oddać- Zara pokazała Sarane kopertę, na której wyszyta była srebrną nicią róża.
Sarane westchnęła –Nie drocz się ze mną- Ale Zara nie myślała wcale się poddawać.
-Chyba będę musiała pokazać ci w końcu ten sekret.
W momencie, gdy jej nauczycielka zdjęła pierwszy raz w jej obecności rękawiczkę z prawej dłoni, Zara mało nie zemdlała. Na prawej dłoni Sarane, srebrem wytatuowana była róża. Upuszczony list został przez Sarane podniesiony i szybko przeczytany. Na jej twarzy zagościł smutek i przygnębienie.
-Coś się stało?
-To list wysłany do mnie trzynaście lat temu przez przyjaciółkę.
-Coś osobistego?
-Chciała się dowiedzieć co się ze mną dzieje...nieważne. –Sarane wrzuciła list w ogień paleniska.
-Twoi przyjaciele wiedzą, gdzie jesteś?
-To moje sprawy osobiste i nic ci do nich.
-Powiem ojcu jeśli będziesz coś przede mną taić.
-Nie powiesz. A on i tak nie ma dosyć wymyślnych tortur, aby cokolwiek ze mnie wycisnąć.
-O czym ty mówisz?
-To już sprawa między tobą i twoim opiekunem. Ja się do tego mieszać nie będę. Idź już na śniadanie, bo będziesz miała kłopoty i w ogóle nie pozwolą ci tu przyjść. Pędź, najwyżej spotkamy się jutro.
-A dziś?
-Nie, jestem troche zmęczona, a twój opiekun pewnie będzie chciał dziś z tobą porozmawiać, więc może jutro się zobaczymy.
Zara wyszła z niechęcią, ale wierzyła nauczycielce i nie miała zamiaru narażać się człowiekowi, którego ona nazywała ojcem, a jej nauczycielka opiekunem Zary. Zdążyła w samą porę na śniadanie, gdyż wszyscy już siadali do stołu. W sali siedzieli tym razem tylko Terron i Marena. Nie było wszystkich doradców ani pomocników czy generałów, ale tylko służba i „rodzina”. Pierwszy raz miała okazję spożywać posiłek bez rozmów o polityce.
Terron po pojawieniu się Zary wstał, odchrząknął i zaczął swe przemówienie, które widać przygotowywał długo i bardzo starannie myśląc nad każdą reakcją młodych, żywotnych panien, uwielbiających swą nauczycielkę.
-Chciałem was przeprosić za to, co się stało wczoraj.
-Co to właściwie było, Wasza Wysokość?
-Mała afera, ale wy w nią nie jesteście zamieszane, więc niczym się nie przejmujcie. Mam dla was tylko jedną niezbyt miłą chyba dla was wiadomość. Nie będzie od tej pory lekcji z Sarane.
-Czemu?- zapytała podchwytliwie Zara.
-Sarane jest chora i nie chcę, żebyście się od niej zaraziły.
-Na co jest chora? Może mogłybyśmy jej w czymś pomóc?- tym razem Marena podchwyciła temat, próbując coś wyciągnąć z władcy.
-Nie znam się na chorobach. Wiem jedynie, że jest to choroba zaraźliwa. Sarane prosiła, żeby wam przekazać, żebyście do niej nie przychodziły.- odpowiedział król wykrętnie, z lekkim zakłopotaniem. Nie spodziewał się takiego pytania.
Terron siadł do stołu i zaczął jeść. Więcej go tego dnia nie usłyszały. Po wyjściu z sali jadalnej Zara była zszokowana. Ten, w którego tak wierzyła okłamał ją bezczelnie. Widziała Sarane rano i wiedziała, co się dzieje z jej nauczycielką.
-Byłaś dzisiaj u Sarane, prawda?- Marena dogoniła swą przyjaciółkę i zadała bezpośrednie pytanie, zachowując jednak pewne środki ostrożności. -Co jej jest, bo nie mam pewności, czy twój ojciec nie zataił czegoś przed nami.
-W takich chwilach nie zamierzam go nazywać ojcem, ale opiekunem.
Marena ze zdziwieniem spojrzała na towarzyszkę, która zawsze najbardziej protestowała, gdy nauczycielka nie chciała nazywać Terrona jej ojcem.
-Nie mając do niego zaufania nie nazwę go ojcem. A i on nie ma chyba do mnie...do nas zaufania, jeżeli nie chce nam nic powiedzieć. –Zara przystanęła i wciągnęła Marenę w zagłębienie w ścianie.- Sarane jest tylko obolała, ale nie chce, aby do niej przychodzić, bo mogłybyśmy mieć kłopoty.
-To kiedy idziemy?
-Jeżeli dostaniemy się do kluczy, to Mikel pomoże nam zniknąć z oczu strażnikom.
-To ja załatwię klucz. Mam pewne znajomości w zamkowej kuchni...Spotkamy się przy koniach.
Dziewczyny rozstały się, mając ustalony plan działania. Były całkowicie pewne, że uda im się szybko i prosto dostać do Sarane. Tymczasem, przebierając się do jazdy, dowiedziały się od wysłannika króla, że przed jazdą mają się przebrać w suknie i stawić w sali tronowej. Rozkaz był o tyle niepokojący, że miały poznać nową opiekunkę i jednocześnie nauczycielkę na bliżej nieokreślony okres.
-Od dzisiaj macie zakaz zbliżania się do Sarane na dłuższy czas. Jej miejsce zajmie księżna Terallie. Macie jej słuchać. Aha! Koniec z jazdą konną, chyba, że pod moim kierunkiem. Księżna spotka się z wami w południe w parku. Bądźcie dla niej miłe i nie sprawiajcie jej kłopotów, dobrze?
-Tak ojcze, postaramy się.
-Idźcie jeszcze do koni jeśli chcecie, ale bez jazdy. Jutro z wami potrenuję.
Marena i Zara wyszły nie odzywając się do siebie ani słowem. Instynktownie skierowały się do stajni, gdzie zawsze mogły liczyć na pocieszenie.
-Jeszcze nie w strojach do koni? Co...co wam się stało?
-Król zabronił jazdy konnej bez jego nadzoru i spotkań z Sarane- powiedziała Zara- A zadania Sarane ma przejąć księżna Ter...nie pamiętam nawet, jak się nazywa.
-Wiem o którą chodzi. Przyjechała dzisiaj, niedawno. Ale ma strasznie zapuszczone konie. Ale co z moją misją? Dalej mam odwrócić czyjąś uwagę?
-Tak, tyle, że teraz to się trochę skomplikowało. Musisz coś wykombinować, aby myślała, że nas zgubiła w zamkowym parku.
-Mała ucieczka i po kłopocie. Konie są w tym roku wyjątkowo niesforne...
Mikel uśmiechnął się szyderczo, ale dziewczyny nie odzyskały dobrego humoru i poszły do swoich koni. Poluzowały im kantary, aby w razie próby złapania ich rozpięły się i dały parę dodatkowych minut na rozmowę z Sarane. Zara i Marena były zdecydowane na to i nawet obietnica przyjazdu nowej opiekunki nie stanowiła problemu.
-Ile będziemy miały czasu na odwiedzenie Sarane?
-A więc jednak do niej idziecie, księżniczko?
-Uważaj Mikel, bo dostaniesz. Umówiliśmy się, prawda? A teraz czas.
-Ooooo. Jak się nieszczęsne konie rozbiegną po całym parku, to nawet godzinę. To powinno wam wystarczyć, aby porozmawiać o wszystkim. Ktoś z kuchni prosił do siebie Marenę. Podobno chodzi o jakiś klucz.
-To pewnie moi znajomi mają klucz, dzięki któremu się dostaniemy do komnaty. Chodźmy Zaro, bo potem mogą nie mieć czasu.
Kluczyk okazał się całkiem mały, akurat, aby wcisnąć go do kieszonki przy sukni. Jeżeli nikt nie będzie ich rewidował, to pewnie uda im się przemycić go bezpiecznie. Trzeba było niestety trochę poczekać, ponieważ nowa opiekunka się nie zjawiała. Wypuszczenia koni nie można było jednak odkładać na zbyt późną godzinę, aby nie było to podejrzane.
W chwili, gdy dziewczyny już prawie straciły nadzieję na dziedziniec weszła księżna. Wkrótce mogły się jej dokładnie przyjrzeć. Była młodą kobietą, prawdopodobnie wcześnie wydaną za mąż przez rodzinę. Herb na jej płaszczu wskazywał na przynależność do rodziny związanej w jakiś sposób z rodem królewskim. Miała nienaganny ubiór, sympatyczną twarz, długie blond włosy i piękne niebieskie oczy. Stwarzała wrażenie miłej, ale było w niej coś niepokojącego.
-Gdzież wy jesteście?-zawołała do dziewczyn kryjących się w zaroślach.- Pokażcie się, proszę.
-Dzień dobry!
-Ty pewnie jesteś Zara, mam rację?
-Tak.
-Twój ojciec dużo mi o tobie opowiadał. Widzę jednak, że bardziej jesteś podobna do swej matki niż do niego.
-Znała pani moją matkę?
-Trochę, ale potem nasze drogi się rozeszły. Twoja towarzyszka to zapewne Marena, córka generała Terista. Podobno wróżą ci karierę wojskową z uwagi na twego ojca.
-Słyszałam o tym, ale sama nie wiem, czy wojsko mnie interesuje i czy bym się tam nadawała.
Nagle, w trakcie rozmowy usłyszały cichy gwizd. Zara i Marena spojrzały na siebie z przestrachem. Był to sygnał od Mikela. Zaraz potem na dziedzińcu ukazał się tabun rozpędzonych, spłoszonych koni. W tym stanie były nie do zatrzymania. Kobiety ze złością musiały usunąć się z drogi. Dwie dziewczyny wskoczyły za bluszcz okalający tę część zamku i znalazły się na tajnych schodkach prowadzących do komnaty Sarane. Szybko wbiegły na odpowiedni poziom i otworzyły drzwiczki. Potem musiały tylko odsunąć kotarę i znalazły się w komnacie.
Zastały nauczycielkę przy czytaniu. Wyglądała już lepiej niż przy poprzedniej wizycie i tak tez się czuła.
-I jak nowa nauczycielka?- zapytała Sarane nie odwracając się w ich stronę.
-Na pierwszy rzut oka jest w porządku, ale coś mnie w niej niepokoi. Słyszałaś jak weszłyśmy?
-Nie powinnyście tu być, rozumiecie? Możecie mieć przez to kłopoty.
-Nas to nie obchodzi!
-A powinno. Ja tu nie zawsze będę, aby wam pomóc. W końcu mnie zabraknie, a wy musicie być w dobrych stosunkach z władcą.
-Czy coś się dzieje, że tak mówisz?
-Czekajcie...musicie już uciekać! Ktoś idzie. I nie przychodźcie tu więcej, rozumiecie?!
Zara i Marena z wściekłością zamknęły za sobą sekretne drzwiczki. Usłyszały jednak skrzypienie otwieranych drzwi. Ciekawość była potężniejsza od nakazów opiekunki. Uchyliły drzwiczki i patrzyły z zapartym tchem.
-Witam Sarane, dawnośmy się nie widziały, nieprawdaż?
-Athila!- Sarane wstając wywróciła krzesło, na którym wcześniej siedziała.
-Przepadły twoje sławne nerwy ze stali. Jak ci się teraz wiedzie w tym cudownym miejscu? Dobrze cię traktuje król połączonych królestw?
-Czego ode mnie chcesz tym razem?!
-A jak myślisz? Zemsty za wystąpienie przeciw mnie. Za to, żeś mnie zostawiła na pastwę losu, mnie, którą nazywałaś przyjaciółką! Za przejście do obozu moich wrogów.
-To, o ile pamiętam, było odwrotnie.
Ta wypowiedź widocznie bardzo zezłościła kobietę, gdyż podeszła do Sarane i uderzyła ją w twarz. Dla wycieńczonej wcześniejszymi wydarzeniami kobiety wielkim trudem było utrzymać równowagę po tym ciosie.
-żadnej godności. Dawniej miałaś jej najwięcej z nas, ale widać pierwszy problem ją eliminuje. Terron uprzedził mnie, że jesteś raczej słaba. Stałaś się niczym. Widać pochodzenie to nie wszystko. Nauczycielka może cię nie lubiła, bo zrobiła z ciebie wieśniaczkę.
-Jeśli myślisz, że sprowokujesz mnie do użycia siły, to się grubo mylisz. Po co tu przyjechałaś?
-Zająć się pewnymi młodymi damami. Mam zamiar nauczyć ich wszystkiego, czego ty nie chciałaś ich uczyć mimo nakazów Terrona.
-To się nazywa zdrada, wiesz? Za to porządny człowiek powinien powiesić cię na pierwszym napotkanym drzewie.
-Mam dosyć tej nudnej rozmowy- Athila wyciągnęła przed siebie rękę, z której wyłonił się snop światła w kolorze krwi.- Tego nie wchłoniesz, nie dasz rady. –Snop zniknął, a księżna wyszła, zostawiając Sarane i czające się za drzwiami dziewczyny.
Zara i Marena nie zamierzały wracać. Wyszły z kryjówki. Na ich oczach Sarane osunęła się na ziemie bez ducha. Była blada i nie udało im się jej docucić. Położyły ją tylko na łożu i dla bezpieczeństwa poszły do swoich komnat zamykając starannie drzwiczki tajnego przejścia.
Athila, księżna Terallie czekała już na nie na dziedzińcu oczyszczonym po obecności koni. Ze stajni dochodziły gniewne okrzyki starszego stajennego. łatwo się domyślić, iż Mikel drogo musiał zapłacić za pomoc przyjaciółkom. Kobieta, nie mogła się doczekać na swe podopieczne, więc wybrała się do pokoju Zary sprawdzić, czy aby nie schowały się tam. Jej decyzja była słuszna. Zarówno Zara jak i Marena siedziały i rozmyślały nad tym, co przyszło im zobaczyć.
-Czemuście takie cichutkie? Czy coś się stało?
-Nie, nic. Po prostu jesteśmy trochę niewyspane.- Odpowiedziała wykrętnie zawsze odważniejsza i śmielsza Zara.
-To może pierwszą wspólną lekcję odłożymy na jutro? Zgadzacie się?
-Może to rzeczywiście dobry pomysł...
-To do jutra.
W chwili, gdy przyszła opiekunka i nauczycielka wyszła z komnaty, Zara wyjęła z szafki butelkę wody, wzięła koc i wydobyła spod poduszki ukryty tam kluczyk do pokoju Sarane.
-Chyba tam nie wracasz!? Przecież twój ojciec kazał trzymać się z dala od niej.
-Masz zamiar tego słuchać? Ona ma kłopoty i trzeba jej pomóc.
-Możemy mieć przez to kłopoty, a raczej ty możesz mieć. Ja nie pójdę.
-Jak chcesz. Nasze drogi jak widać się rozchodzą. Nie widzę sensu przyjaźnić się z kimś, kto ma zupełnie inne poglądy na pewne sprawy. Do jutra.
-Przykro mi, ale nie pójdę. Nie mogę...- tej wypowiedzi wściekła Zara już nie usłyszała.
Młoda księżniczka pędziła przez korytarze najpierw do stajni, gdzie miała schowaną butelkę z odrobiną wina, które według jej przypuszczeń mogło pomóc. Mikela spotkała w trakcie sprzątania stajni, co jeszcze przed południem nie było jego obowiązkiem. Nie miała jednak nastroju do rozmów i przeszła obok niego jak koło powietrza, wzięła butelkę i pobiegła do Sarane. Nauczycielka leżała nieprzytomnie na posłaniu tak jak ją zostawiły Zara i Marena. Teraz została przykryta i zaopatrzona w wino, aby się czegoś napić po przebudzeniu. Gdy kobieta nie budziła się przez długi czas dziewczyna upewniła się, że niczego nie zapomniała i po zamknięciu sekretnych drzwiczek poszła do siebie. Nie zastała tam Mareny i postanowiła nie okazywać, że jest jej przykro. Chciała, aby to jej koleżanka pierwsza przyszła z przeprosinami do niej. Wieczorem nie zeszła na kolację, a w nocy nie mogła zasnąć ani na chwilę mimo ogromnej do tego chęci. Nie wiedziała, że to samo przeżywa Marena...
Ranek okazał się dla wszystkich niezbyt przyjemny. Za oknami lało jak z cebra, a w całym zamku było tak zimno, że najwłaściwsze okazały się grube, zimowe suknie. Potęgowało to tylko uczucie przygnębienia. Zara postanowiła przekonać się czy Sarane już się przebudziła. W tym celu przeszła tajemnymi schodkami do jej komnaty. Zastała tam dokładnie taki sam widok, jaki widziała wychodząc poprzedniego dnia. Nic się nie zmieniło. A może Marena miała rację... nie, to Marena myślała źle.
-Co ty robisz? Miałaś tu nie przychodzić.
-Ci ci jest Sarane? Czy księżna coś ci zrobiła? Jak mogę ci pomóc?
-To nie leży w twoich możliwościach. Odejdź. Ale... nie widzę z tobą Mareny, pokłóciłyście się?
-Miałyśmy różne zdania na pewien temat. Ale to nic.
-Musisz ją zrozumieć, jeśli nie mogła tu przyjść. Wysłuchaj ją i postaraj się zrozumieć.
-Skąd wiedziałaś, co nas poróżniło?
-To nie takie trudne dla osoby, która zna was od wielu lat. Postaraj się ją zrozumieć, postaraj się z nią pogodzić, bo przyjaciół trzeba szanować, póki się ich ma przy sobie, bo szybko można ich stracić. A teraz idź. Daj mi odpocząć. No...już.
Zara zamknęła drzwiczki na klucz i pobiegła do Mareny. W połowie drogi spotkały się. Milczały idąc na śniadanie. Dopiero, gdy znalazły się same w stajni przy swoich ukochanych koniach przeprosiły się nawzajem i zdecydowały działać w sprawie Sarane każda na własną rękę.
Następne parę dni księżna Terallie uczyła dziewczyny posługiwania się mieczem. Nie robiła tego tak jak Sarane. Zamiast trenować każdy ruch długo i powoli musiały po paru minutach uczyć się następnego. Nie był to też taki sam styl walki, jakiego uczyła ich poprzednia nauczycielka. Wpajane im teraz było, że muszą wykorzystać każdy słaby punkt przeciwnika i unieszkodliwić go za wszelką cenę. Zarze i Marenie aż słabo się zrobiło, gdy przypomniały sobie, że następnego dnia miały z ta kobietą trenować jazdę konną.
-Trzeba będzie wszystko potrenować samemu, bo zapomnimy za parę dni. Szczególnie pozycje- powiedziała Marena, gdy rozmawiały wieczorem w komnacie Zary.
-Ja nie wiem, co ona sobie w ogóle wyobraża. Pokazuje pchnięcie i myśli, że od razu będziemy je umiały wykonać. Te co prawda już od dawna znamy, ale co się stanie, jak zacznie nas uczyć czegoś nowego?
-Po prostu będziemy musiały trenować same, ale mam dziwne wrażenie, że ta księżna nie zdąży nas nic nowego nauczyć.
-Ciebie z pewnością. Po tych dodatkowych lekcjach z Sarane nie ma tobie równych. Boję się tylko o jazdę konną. Niezbyt nam ostatnio szła. Trzeba by się sprężyć i dać dobre świadectwo o poprzednim nauczycielu.
To będzie trudne. Nie jesteśmy najlepsze i z pewnością ta kobieta znajdzie coś, co można będzie nam wytknąć. Trzeba będzie chyba poprosić o lekcje Mikela.
-Jego? Przecież to nie ma sensu.
-A może się go boisz....
-Nigdy w życiu. Jego?! Masz mnie za idiotkę?
-A może ci się podoba.....
-W porządku, zgadzam się na takie lekcje. Już się ze mnie nie śmiej.
-Zaro, Mareno, już bardzo późno. Chciałbym, żebyście poszły spać.
-Tak jest panie.- Marena wstała i zgodnie z wolą władcy zwróciła się do drzwi- pamiętaj o stroju konnym-zdążyła szepnąć jeszcze przed wyjściem.
Gdy już wyszła Terron zwrócił się w stronę Zary. Pierwsza rozmowa od afery z powstańcem okazała się i dla niego trudna.
-Dawno nie rozmawialiśmy. To była po części moja wina...
-Nie rozmawialiśmy poważnie od twojego nieporozumienia z Sarane parę lat temu. Znacznie dłużej niż myślisz.
-Przykro mi, że musi was uczyć księżna de Terallie. Sarane jednak nie może tego dalej robić. Nie chciałbym, aby wpoiła ci coś, co postawiłoby nas po różnych stronach konfliktu. Nie chciałbym trzymać cię kiedyś w więzieniu.
-A gdybym się przyłączyła do buntowników to byś mnie tam wsadził?
-Gdybym musiał...zrozum, mam pod opieką cały kraj i nie mogę wspierać buntowników.
-Rozumiem... nie martw się o mnie. Nigdy nie będę działać wbrew sobie. Poza tym chyba bym się bała dostać się do więzienia...
-Cieszę się. Pamiętaj, że jesteś następczynią tronu. Dobranoc.
Terron wyszedł wyraźnie zadowolony, ale gdyby wiedział, co przeżywa właśnie Zara, nie czułby się tak pewny siebie.
-Nie chciałabym trafić do więzienia, gdybym nie walczyła za słuszną sprawę...Jeszcze się okaże, po jakiej stronie się opowiem. Coraz bardziej przemawia do mnie ta, którą ty uważasz za niewłaściwą. A poza tym oddzielając Sarane nic już nie zyskasz. Ona przekazała nam już dawno swoje idee, jasno wskazujące drogę, którą popiera...
Dalsze fragmenty postaram się systematycznie, jeśli się spodoba.
_________________ "Od przyjaciół Boże strzeż. Z wrogami sobie poradzę" - Armand de Richelieu
Last edited by Sarane on Tue Sep 07, 2004 11:21 am; edited 1 time in total
Nie licz że teraz będzie zasyp odpowiedzi... Są wakacje, ja wróciłem, ale na krótko... bo chwilowo jeszcze neta nie załatwiłem, teraz tylko odwiedziłem ojca w Wawie... Ale o opowiadaniu... Jest troszke za długie, więc nie miałem czasu wszystkiego przeczytać, ale to co przeczytałem bardzo mi sięspodobało... Ciekawe... Nie jest złe, bywały lepsze pozycje, ale ta jest też b. dobra... ja jestem na tak
Joined: 13 Jan 2004 Posts: 204 Location: Stare Siedliszcze
Posted: Mon Aug 16, 2004 10:15 am
Nie, no mnie sie podobało... To pewne... Ale jak myślałm o tym chwilę dłużej, to naszły mnie mieszane uczucia... Ale nie przejmuj się, jest dobrze...
Czekam na dalszy ciąg...
Miło mi, że nie jest bardzo złe, że da sie czytać.
Niestety na kolejne rozdziały trzeba będzie poczytać, bo zmieniałam niedawno komputer i nie mam jeszcze office'a, a reszte tych rozdziałów, co przepisałam, mam własnie w wordzie a musze jeszcze zrobić małą korektę.
Zresztą zobaczymy na początyku wrześmnia ja sie zrobi ruch na forum, czy sie będzie podobać, bo jak nie, to nie będziemy się mordować.
_________________ "Od przyjaciół Boże strzeż. Z wrogami sobie poradzę" - Armand de Richelieu
Srebrne Wilki 1.2
Tym razem nie zaspała, co niegdyś zdarzało się jej praktycznie codziennie, więc Marena po przyjściu do pokoju Zary zastała ją już ubraną.
-Co ci się dziś stało? Nigdy nie zastałam cię jeszcze rano ubranej. Nareszcie Mikel nie będzie czekał z końmi.
-Czyli jednak dziś jedziemy konno?
-Widziałam księżną dziś rano w stroju nie pozostawiającym wątpliwości. Poza tym ,Mikel dostał polecenie osiodłania koni.
-Jakich? Czyjego konia ma wziąć księżna?
-Z tego co mi się udało dowiedzieć to konia Sarane...ale nie sądzę, żeby dała sobie z nim radę. On przecież nawet Mikela nie toleruje, a co dopiero obcych.
-Mnie się, szczerze mówiąc, wydaje, że tu się wszyscy ważni dobrze znają i to nie z bali....
-Sugerujesz, że znali się wcześniej?
-Moim zdaniem dużo, dużo wcześniej. I wszystkie nieporozumienia pochodzą właśnie z przeszłości. Mój...ojciec przecież nigdy nie ufał obcym. Wolał sprawdzonych ludzi, a księżna jest tu pierwszy raz...
-Też racja, ale nie możemy tak spekulować, bo to by znaczyło, że ktoś tu działa na szkodę innych.
-Chodźmy już. Nie chcę, żeby ta kobieta na nas czekała.
Athila czekała już na dziewczyny pod stajnią. Ubrana była w bardzo bogaty strój do jazdy konnej. Wyglądała jak królowa, ale to nie przekonało Zary o dobrym pochodzeniu kobiety, raczej o złym guście. Nawet Terron, będąc prawdziwym władcą całego państwa, ubierał się dosyć prosto i funkcjonalnie.
-Idźcie po swoje konie i zawołajcie do mnie tego stajennego, który nie umie złapać paru koni.
-A ty uciekałaś gorzej od niego...-szepnęła sobie w duchu Zara.
Księżna podeszła powoli do Mikela i z pogarda w głosie zapytała o konia Sarane. Chłopak ze zdziwieniem wskazał siwego rumaka i szybko się odsunął od boksu, gdyż ten wyciągnął szyję i próbował dosięgnąć go zębami.
-Aha...Tibor....dawno się nie widzieliśmy. Nie sądziłam, że cię tu znajdę. Myślałam, że razem ze swoją panią knujesz następny numerek w jamie buntowników.
Koń, gdy usłyszał znajomy widać głos, skulił się i cofnął w głąb boksu. Zarżał cicho, na co odpowiedział karosz Zary. Ten także położył po sobie uszy i obnażył zęby. Obydwa bardzo się bały. Pot obficie spływał im po szyjach. Athila odwróciła się, aby obejrzeć konia Zary.
-Gdybyś nie był kary, przysięgłabym, że cię znam. Bardzo dziwne, takie podobieństwo do Mistrela...tyle, że on był gniady. Kiedy indziej się tym zajmiemy. Tibor, przygotuj się na jednego z lepszych jeźdźców w kraju...
Ale Tibor nie zamierzał dać się dosiąść. Gdy księżna chciała wejść po niego do boksu stanął dęba i wierzgnął. To było jedyne, co mógł zrobić. Marena w lot pojęła, że księżna ma zamiar go uderzyć i podbiegła stając pomiędzy koniem a kobietą.
-Może ja na nim pojadę, a ty pani weźmiesz mego konia, który ma dzisiaj dobry humor i zawsze lepiej jeździł niż koń Sarane? Mnie Tibor raczej toleruje...
-Skoro tak chcesz...jest już osiodłany?
-Oczywiście. Trzeba tylko dociągnąć popręg.
Marena weszła do boksu siwka, ale czekało ją takie samo przywitanie, jak poprzedniego jeźdźca.
-Uspokój się biedaku, bo ona na tobie pojedzie, a za nią nie ręczę. Ja ci nic nie zrobię, przecież mnie znasz od dawna.
Słowa Mareny uspokoiły trochę siwka. Dał się osiodłać, lecz cały czas się bał. Pozwolił na siebie wsiąść na dziedzińcu, ale nie czuł się pewnie. Tym razem jego spokój uratowała Zara, któras skierowała swego konia tak, że wjechał między Athilę a Marenę. To uspokoiło Tibora na tyle, aby spokojnie galopował w stronę lasu. Gdy konie zwolniły bieg, a księżna zarządziła przejście do kłusa dziewczyny spojrzały na siebie z przerażeniem. Ich konie słaniały się na nogach i wątpliwe było, czy droga powrotna do zamku będzie w ich mocy. Obydwa jednak wykazały się ogromnym samozaparciem i wytrzymałością, gdyż spokojnie dowiodły jeźdźców do zamku i dopiero tam, po wprowadzeniu do boksów położyły się na sianie, wytarzały i pozwoliły zdjąć siodła. Oporządzały je oczywiście tylko Zara i Marena, bo same tego chciały. Koniem Mareny, na którym jechała księżna zajął się wyznaczony do tego Mikel. Księżna Terallie nie pozwoliła jednak długo zajmować się końmi. Po przebraniu się wróciła i zawołała dziewczyny na dziedziniec. Zara kątem oka dostrzegła, że ich nauczycielka wyciąga coś w rodzaju małego sztyletu z wewnętrznej kieszeni płaszcza, nie dała tego jednak po sobie poznać. Nagle Athila zamachnęła się sztyletem na Zarę. Ostrze jednak nie dosięgło celu.
-Myślałaś, że pozwolę, aby coś się im stało?- głos stojącej przed nimi Sarane był cichy, ale pewny i nie znać było po nim tak silnego osłabienia, jakie zapewne ją dręczyło.- Posunęłaś się za daleko. Najpierw wkupujesz się w łaski Terrona, a potem niszczysz niewinne osoby tylko po to, aby się na mnie zemścić?
-Nie doceniłam cię. Myślałam, że taka dawka czarnej magii unieszkodliwi cię na dłużej, ale oczywiście nie zaszkodzi chyba poprawić jeszcze jedną. Po tej się już nie obudzisz...może miałabyś szanse, gdyby ostrze nie było zatrute...
Zara i Marena z przerażeniem stwierdziły, że Sarane mocno ściska dłonią ramię, z którego obficie ścieka krew. Bronienie się przed czarną magią w tym stanie mogło się dla niej skończyć bardzo źle. Athila wyciągnęła dłoń w kierunku Sarane i szykowała się do uwolnienia energii, gdy snop czarnego światła uderzył ją w nadgarstek.
-Dość! Nie będziesz się u mnie mścić.
Terron zszedł z krużganku i uderzył Athilę w twarz z całej siły. Nakazał dziewczynom odejść i upewniwszy się, że odeszły dosyć daleko podszedł do Sarane.
-Jeszcze jeden wybryk i skończę z tobą ostatecznie. Pamiętaj też o należnym mi szacunku, bo to dla mnie bardzo ważne. Zabrać ją!
Po przekazaniu Sarane straży zamkowej władca podążył w stronę księżnej. W tym momencie Zarze i Marenie udało się wreszcie dostać w miejsce, z którego słyszały dokładnie rozmowę. Terron opanował wściekłość.
-Zajeździłaś trzy najlepsze konie, jakie kiedykolwiek stały w moich stajniach.
-Pożyją jeszcze, nie martw się.
-Nie zmienia to faktu, że wiele czasu minie, aż w ogóle będzie można je wypuścić na pastwisko. Poza tym pojechałaś wbrew mej woli, o czym wiesz. Naraziłaś Zarę na niebezpieczeństwo i po powrocie jeszcze ta trucizna. Raz jeden zgadzam się całkowicie z Sarane. Nie po to tu jesteś. Jeden włos spadnie z głowy Zary, a będziesz błagać o śmierć. Wiesz o czym mówię.
-Dlaczego ci zależy aż tak na tej małej? Czyżbyś ją naprawdę pokochał, czy może myślisz, że pomoże ci zniszczyć buntowników?
-Nic nie rozumiesz...jesteś bez serca.
-Zniszczono mi je bardzo dawno temu. Ona przysporzy ci z pewnością wiele kłopotów, być może nawet więcej niż jej poprzednia nauczycielka.
-Zejdź mi z oczu!
-Sam wiesz, gdzie ona zechce pójść, ale bronisz się przed świadomością tego. Ty ją chyba kochasz jak córkę. Głupiec...
-WON!
Athila, widocznie zadowolona z tego, że udało się jej sprowokować Terrona, udała się z uśmiechem na ustach do swojej komnaty. Zara i Marena po wysłuchaniu rozmowy biegiem wróciły do leżących na sianie koni.
-Trzymaj się Mistrel- mówiła do swego konia Zara- nie dam cię skrzywdzić tej kobiecie. Przyniosę ci też coś, co ci pomoże. Marena, jak tam Tibor?
-Chyba o wiele gorzej niż twój koń. Ledwo dyszy. Widocznie źle na niego wpływa ciągła bliskość księżnej. Poza tym bardzo osłabł, odkąd Sarane na nim nie jeździ. Nie zajmują się nim najlepiej, a Mikel, choćby nawet chciał to nie ma szans do niego podejść. Ma sklejoną sierść. To by trzeba parę dni czyścić, a dziś raczej trzeba się zająć utrzymaniem go przy życiu.
-Rzeczywiście, z Mistrelem jest o niebo lepiej. Już próbuje się podnieść. Jutro stanie na nogi,
-Co z waszymi końmi?
-Panie!
-Przepraszam, że temu nie zapobiegłem, ale nie miałem pojęcia, że księżna nie uszanuje zakazu. Pewnie chciałybyście z nimi zostać...przyślę wam jakieś koce i coś do jedzenia. Coś jeszcze wam trzeba?
-Ciepłej wody, duużo koców i moczony owies, panie.
-Mam nadzieję, że uda wam się te konie wyleczyć. Powodzenia i dobranoc. Zobaczymy się jutro na śniadaniu.
-Dobranoc ojcze...Ale czy mogłybyśmy zjeść śniadanie tutaj?
-Oczywiście. Każę wam je przysłać. Dobranoc, nie siedźcie zbyt długo.
Nagle Tibor gwałtownie podniósł się z siana. Wydał z siebie ciche rżenie. Mistrel odpowiedział mu tym samym. Potem obydwa ufnie oddały się pod opiekę Zary i Mareny.
Wkrótce przyniesiono koce, którymi dziewczyny natychmiast okryły leżące konie. Moczony owies dały koniom w niewielkiej ilości, po czym same zjadły kolację i ułożyły się na sianie, okrywając się kocami. Długo nie zasypiały, ale sen w końcu i je zmorzył. Rano dziewczynki zastały konie w o wiele lepszej formie. Mistrel stał już pewnie o własnych siłach, a Tiborowi nogi jeszcze mocno się chybotały, ale także sam stał. Niedługo po wschodzie słońca przyniesiono im jedzenie, a przy okazji także śniadanie dla Zary i Mareny. Tibor odzyskiwał siły wręcz na oczach opiekunek. Każdy następny krok sprawiał mu mniej trudności niż poprzedni. Mimo to następną noc księżniczka i jej przyjaciółka postanowiły spędzić jeszcze z końmi. Terron nie miał nic przeciw temu i z wielkim zaskoczeniem obserwował zarówno szybkość dochodzenia koni do zdrowia, jak i samozaparcie Zary.
Następnego ranka Tibor wyraźnie domagał się wypuszczenia go na pastwisko, na co dziewczyny mu pozwoliły. Obydwa wierzchowce puszczone swobodnie pod okiem opiekunek radośnie hasały po przyzamkowej łące. Prawie całkowicie odzyskały już siły. Pastwisko rozciągało się niedaleko tajnych schodków do komnaty Sarane, więc Zara od razu pomyslała o odwiedzeniu dawnej nauczycielki.
-Nie wydam cię,- powiedziała Marena odgadując zamiary przyjaciółki- ale też nie pójdę z tobą.
-W porządku. Tak widocznie musi być.
W komnacie tak dobrze znanej z porządku i wszechobecnego spokoju Zara ujrzała coś, czego nigdy by się tu nie spodziewała. Bałagan, porozrzucane księgi, zbite flakoniki po mocnych lekarstwach, krew na wszelkich sprzętach i uczucie strachu i bezradności przeraziły dziewczynę. Jeszcze raz rozejrzała się dokładnie, próbując znaleźć gdzieś Sarane. I ku swemu zaskoczeniu znalazła ja opartą o ścianę w najciemniejszym kącie komnaty.
-Sarane! Co ci jest.
-Zara....niebieski flakonik, który ci kiedyś pokazywałam...znajdź go szybko....
-Ale on leży zbity na podłodze, nie da się go odzyskać. Co teraz?
-W mojej srebrnej szkatułce powinien być jeszcze jeden. Pełny. Całą zawartość wlej do kielicha z winem. Pospiesz się...
Wszystkie słowa Sarane wypowiadała szeptem, z wyraźnym trudem. Zara spieszyła się jak mogła, ale nie mogła odnaleźć drogocennej skrzynki. Wkrótce znalazła go w skrytce, którą pokazała jej nauczycielka, gdy jeszcze nie zabroniono z nią kontaktów. To wyjaśniało, dlaczego i ona nie została zniszczona. W środku znajdowała się niebieska substancja w kryształowym flakonie. Dziewczynka zgodnie z poleceniem wlała ją do na wpół napełnionej czaszy wina i podała do picia nauczycielce.
-Dziękuję. A teraz zmykaj. Aha, jak się czują konie?
-Już dobrze. Ale miałyśmy z Mareną najczarniejsze myśli.
-Idź już. Jeśli cię tu znajdą....
Zara uśmiechnęła się smutno i gotowa była wyjść, gdy nagle do pokoju weszła grupa ludzi. Wśród ich głosów poznała głos Terrona i jego zaufanych ludzi. Nie widziała, co się działo, ponieważ była zmuszona trwać za powieszoną na ścianie zasłoną z grubego materiału. Usłyszała rozdzierający krzyk- krzyk cierpiącej Sarane. Gdy ludzie wyszli mogła wreszcie zobaczyć, co się stało, ale nic się właściwie nie zmieniło w komnacie. Tylko Sarane była nieprzytomna. Zara chętnie zostałaby, ale wiedziała, że teraz Terron zmierza na pastwisko i jeśli nie dostanie się tam przed nim to nie tylko ona będzie miała poważne kłopoty.
_________________ "Od przyjaciół Boże strzeż. Z wrogami sobie poradzę" - Armand de Richelieu
Joined: 12 Aug 2003 Posts: 820 Location: z miasta artystow...
Posted: Tue Sep 07, 2004 8:06 pm
Jako wredny krytyk obyty w temacie powiem tak. Do dupy. Dialogi, dialogi, dialogi, i prawie nic poza nimi, to raz. Dwa - masa błędów stylistycznych, graamtycznych, a nawet pare ortów. Trzy - wszystko takie zagmatwane i dziwne, bez klimatu.
Ale próbuj, nikt Ci tego nie broni...
Pozdrf.
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
No rzeczywiście, krytykiem jesteś dobrym. Nie ma co do tego wątpliwości. A w temacie obyty jesteś na pewno bardziej niż ja.
Dzieki za szczerość.
Nie twierdzę, że jest to dobry tekst, bez żadnych błędów. Tolkienem nie jestem (i pewnie nie będę).
Ale ludzie, zagłosujcie w ankiecie, to będę wiedziała czy się raczej podoba, czy nie. (to do tych co wchodzą, czytają i wychodzą)
_________________ "Od przyjaciół Boże strzeż. Z wrogami sobie poradzę" - Armand de Richelieu
Joined: 28 Aug 2004 Posts: 139 Location: wladca.pl
Posted: Wed Sep 08, 2004 1:46 pm
moja odpowiedż to
Quote:
Średnio,nie mam własnego zdania
_________________ www.ibun.edu.tr Jestem (JUż) mrocznym członkiem zakonu Sith która moc jest niedościgniaona dla zwykłych Jedi ha ha Lord Sith Grogor "Niech moc będzie z Sithem"."Nie oceniaj Sitha po mieczu świetlnym"Nudzi mi się Nic się nie dzieje
No dobra, widzę, że nieszczególnie się podoba. Tak, jak powiedziałam wcześniej, niebędziemy się mordować. Tym samym ogłaszam, że już więcej fragmentów na forum się nie pojawi. Jak ktoś chciałby przweczytać więcej srebrnych wilków, to zapraszam : http://srebrnewilki.w.interia.pl
_________________ "Od przyjaciół Boże strzeż. Z wrogami sobie poradzę" - Armand de Richelieu
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum You can attach files in this forum You can download files in this forum