Władca Pierścieni / Tajne Forum Fantasy Forum Index
Główna: Władca Pierścieni, Hobbit, Zwiastuny
Katalog: Strony fantasy
Polecane: Opowieści z Narnii, Wiersze miłosne, NLP
Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy
Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.

FAQFAQ  SearchSearch  MemberlistMemberlist  UsergroupsUsergroups  StatisticsStatistics
RegisterRegister  Log inLog in  AlbumAlbum  Chat

Previous topic «» Next topic
Opowiadanie wspolne
Author Message
Axl
Sielanka Hobbitonu


Joined: 07 Dec 2005
Posts: 3
Posted: Mon Dec 12, 2005 11:06 pm   Opowiadanie wspólne

Proponuję żebyśmy wszyscy razem napisali opowiadanie. Kazdy niech dopisze cos od siebie. Pozwole sobie rozpocząc:


Księżyc chylił sie juz ku zachodowi, noc wydawała się spokojna i cicha jednakże coś w powietrzu świadczyło o tym, że wcale tak nie jest...
Jasne punkciki na horyzoncie przypominały Paulowi, iż nie jest sam w tej dziwnej krainie podświadomie wiedział, że


/ patrz TU, nie sądze, aby coś się z tego zrodziło, no zobaczymy.. :?
_________________
Gdy nie wiesz dokąd iść, krzyk zmęczył Cię za szyjke mocno chwyć i napij się.
 
 
 
Elerrina 
Na Drodze Do Bree



Joined: 25 Nov 2005
Posts: 14
Location: z krańca światów
Posted: Thu Dec 15, 2005 9:10 am   

że coś sie wydarzy. Tylko jeszcze nie wiedział co. Jechał dalej na swoim wspaniałym karym rumaku, który chyba też coś przeczuwał, gdyż co jakiś czas nerwowo potrząsał łbem i przystępował z nogi na nogę. Mimo złych przeczuć Paul jechał dalej
_________________
"Kto psuje jakąś rzecz, żeby lepiej poznać jej istotę, ten zbacza ze ścieżek mądrości."
Gandalf
 
 
 
Celebriana 
Na Drodze Do Bree


Joined: 25 Sep 2005
Posts: 12
Location: Lothlorien
Posted: Fri Dec 30, 2005 8:49 pm   

Jechał i jechał, bojąc się zatrzymać. Dojechałby pewnie za siedem gór, siedem rzek i jeszcze trochę, gdyby nie mały, niewinny szczegół. Koń. Jego rumak, mimo, że wspaniałej postawy i urody, po przebytej długiej drodze zapomniał o wątpliwościach, jakie go niedawno męczyły. Czując już na sobie koniuszki palców Morfeusza, zaqwiózł pana na polanę w lesie i bez skrupułów zwiesił ghłowę i oddalił się do świata sennych marzeń. Zaskoczony Paul zeskoczył z niego i z niedowierzaniem spojszał mu w oczy, a raczej tylko miał zamiar, bo ujżał jedynie lśniące powieki zwierzęcia.
- D'Arvit - zaklnął cicho pod nosem. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że nie rozumiał co powiedział. A mówienie nieznanymi sobie językami nie wróżyło najlepiej, oj nie...


Jeżeli ktoś będzie protestował, gdyż wolałby, żeby ta opowiastkas była dosyć poważna, prosże dać znać, a ja w razie czego, wszystko usunę lub skoryguję :D
_________________
http://www.boomspeed.com/egraphics/90725.gif

Ancient spirits of the forest
Made him king of elves and trees
He was the only human being
Who lived in harmony
In perfect harmony
 
 
 
elfica 
Sielanka Hobbitonu


Joined: 03 Apr 2006
Posts: 4
Location: Velles
Posted: Wed Apr 05, 2006 12:28 pm   

Nie spodziewal się jednak, że wróży aż tak źle. Za jego plecami coś zaszeleściło. Niepewnie odwrócił głowę. Widać było przerażenie w jego oczach. Czuł na sobie czyjes złowrogie spojrzenie. Bał się ruszyć. Strach sparaliżował jego cale ciało.
- Ktoś mnie wzywał?! - usłyszał groźny głos. Miał wrażenie, że otacza go śmierć, która juz wchłoneła do swej czeluści pięknego rumaka i powoli wyciąga swoje szpony ku niemu. Dziwne myśli przebiegly mu przez umysł "Nie jestem gotowy, by umrzec!" Czyżby świętobliwe macki anielskiego przybłędy dotykały się jego wyobraźni? Nie był pewny czy sam wymyślił to pytanie, jednak postanowił właśnie nim zaslonić swoją pierś, wszak nie nagą. -Nie jestem gotowy - zaczął cicho -by umrzeć! - tu już trochę zwiększył ton swojego altowego, jakby trochę dziewczęcego, głosu.
-Słucham?! - krzyknął tajemniczy ktoś.
- Nie jestem gotowy, by umrzec! - tym razem krzyknął, oczekując, że przerażająca postać, łaskawiej nań spojrzy.
- A to przepraszam - tym razem łagodniej odezwał się przybysz.
Paul odetchnął z ulgą. - Czuję się - powiedział sam do siebie- jakby kamień spadł mi z serca - Odwrócił się trochę bardziej pewny siebie w strone, z której docierał do jego pokręconych uszu strraszny głos. A tam zamiast leśnej gęstwiny publicznośc biła brawo. Paul był wspaniałym aktorem.
_________________
Zanim światło zagaśnie nad dolina ziemią, udam się w pielgrzymkę tam gdzie me marzenia.
Zasnę snem błogim ciszą upojonym snem spokojnym nieskończonym.
 
 
Adela 
Na Drodze Do Bree



Joined: 16 Apr 2006
Posts: 6
Location: Las Driad :)
Posted: Sun Apr 16, 2006 3:17 pm   

Chłopak zamrugał i wrócił do rzeczywistości. Uświadomił sobie właśnie, że znowu śnił na jawie i pozmieniał całe przedstawienie. Pan Zaleski przyglądający mu się z boku nie wyglądał nawet na zirytowanego. Zdążył się przyzwyczaić do "improwizacji" i czasem nawet, widząc jego zaangażowanie, rzucał kilka słów pochwały, co było wielkim zaszczytem. Bowiem prowadzący z kółka teatralnego był bardzo wymagającym nauczycielem. Cieszył się, że te wygłupy zmuszają resztę aktorów do myślenia.
Paul zszedł ze sceny, a zamiast niego stanęło na niej kilku innych chłopców w równie dziwacznych kostiumach jak jego. Potarł czoło, głęboko zamyślony. Już parę razy zdarzały mu się "wizje". Tracił poczucie rzeczywistości i czuł się, jakby na chwilę stawał się kimś innym, w innym świecie, pod innym niebem. Raz opowiedział o tym swojej matce, która przez tydzień usiłowała zciągnąć go do wróżki, dopóki nie skłamał, że wcale nic takiego nie przeżywał. Matka była zawiedziona, ale wolał już to od wizyty u starej Azy, która miała lewe oko pokryte bielmem i na dodatek kulała na jedną nogę. Wzdrygnął się mimo woli, a Janka z III c siedząca obok niego na ławce pokiwała głową z politowaniem. Paul zniechęcony poczekał jeszcze parę minut i wyszedł do końcowej sceny. Innym udało się jakoś naprowadzić przedstawienie na właściwy tor i przebiegało dalej bez zakłóceń, aż do końca, kiedy wszyscy stojąc w rzędzie kłaniali się publiczności. ...........
_________________
"życie to najbardziej zdumiewająca bajka"
Hans Christian Andersen
Last edited by Adela on Thu Apr 20, 2006 3:28 pm; edited 2 times in total  
 
 
elfica 
Sielanka Hobbitonu


Joined: 03 Apr 2006
Posts: 4
Location: Velles
Posted: Wed Jan 21, 2009 5:35 pm   

Paula denerwował ten chroniczny brak kontaktu z rzeczywistością. Zdarzało mu się to już tak często, że sam nie wiedział, który świat jest tym właściwym. Wolałby być jak inni. Normalny. Pod wieloma względami nadawał się do szpitala psychiatrycznego. Ze wszystkich sił próbował kontrolować zdarzające się notorycznie "napady". Jak je nazywano. Inni, owszem, widzieli, że jest z nim coś nie tak. Sam to wiedział! Ale co mu to dawało, ta wiedza była jak kupa śmieci, jak kartki zapisane sympatycznym atramentem.
Kiedy po przedstawieniu wrócił do domu, poczuł się lepiej. Bezpieczniej. Zaszył się w swojej izbie, której ściany obklejone były obrazami Starego Maga, jak nazywano żebraka mieszkającego po za miastem. Był to jedyny człowiek, przy którym nie czuł się dziwnie. Stary Mag wyglądał na człowieka, który przeżył z tysiąc lat. W jego szarych oczach było ukryte coś, co zawsze intrygowało Paula. Gdzieś w głębi siebie miał nawet wrażenie, że Stary Mag nie jest tym za kogo się podaje. Właściwie, to nie podaje się za nikogo, to ludzie z miasta przylepili mu takie imię, jak nazywa się jego zawód. Żebrak. A skąd się wziął ów "Stary Mag"? Paul sam ledwo pamięta, kiedy pierwszy raz tak o nim pomyślał. Może wtedy, gdy razem będąc nad rzeką Kewa i łowiąc stare pradawne ryby, które miały po parze oczu plus jeden, wpadł mu do wody scyzoryk pożyczony od kolegi. I wówczas Mag wziął kawałek gałęzi, wrzucił ją na wodę, wypowiedział "addan", a scyzoryk wyskoczył niczym z procy i spadł prosto pod jego nogi. Albo wtedy, gdy już stało się powszechne, że Paul ma coś nie tak z głową i goniła go wataha psów, które poszczuł na niego Straszny Wilk, tak że mało co a pożarłyby go żywcem I wtedy Stary Mag pojawił się nie wiadomo skąd i cisnął przez żółte zęby tylko jedno słowo "foile" , a psy zaczęły kręcić się wokół siebie, próbując odgryźć swoje własne ogony. Było tego typu przypadków tak wiele, że samo opowiedzenie, wystarczyło by na niejedną biesiadę, przy nie jednym kuflu piwa.

W pokoju, w którym Paul mieszkał sam jeden, miał chwilę wytchnienia. Chwilę skupienia nad swoim okrutnym losem. Przez otwarte okno wpadły promienie księżyca. Musnęły włosy chłopca i powoli kołysały go do snu. Smutek jednak nie mijał. Wręcz narastał. "Tak dłużej być nie może" pomyślał. Wstał i w tę wieczorną ciszę, kiedy światła Kewady gasły jedno za drugim, uniósł do góry popękane ręce od fizycznej pracy, i dławiąc łzy w gardle, wyszeptał -Jestem synem księżyca. Myślą narodzoną o zmroku. Jestem Isil - Syn gwiazd - czas powrócić - zanim obudzi się ziemia.


[ Dodano: Sro Sty 21, 2009 7:59 pm ]
Głos jego rozniósł się po dolinie. Był to dźwięk mocny i pewny, tak inny od tego kim Paul wydawał się w rzeczywistości. I tym razem nie wiadomo było co jest rzeczywistością. Czy świat pełen logiki i twardych zasad, czy świat dziwów nad dziwami i snów, które śnią się jedynie dzieciom? Co było realne, co było prawdą? Młodzieniec wzdrygnął się i jakby strzepnął z ramion to dziwne uczucie. Uczucie nie zrozumiale, pełne magii. Była ona dla niego czymś niesamowicie pociągającym, ale też czymś, czego powinien się obawiać. I na prawdę bał się jej nie na żarty. Bał się tego, co z nim robi. Bo czuł tę wielką moc wokół siebie i, co najbardziej niesamowite, w sobie. Odnosił wrażenie, że nie do końca jest tym, kim wpajano mu odkąd zyskał świadomość. Kim więc był? Czy był tylko zwykłym człowiekiem, chłopcem, któremu poplątały się baśnie z jawą? Czy może był częścią baśni, które opowiada się tylko tym najmniejszym? W końcu baśnie może zrozumieć na prawdę ten, kto jest czysty na duchu. Kogo myśli są prawdziwe, jak sama prawda. Tajemnice są pełne uroku. Któż w to nie wątpi? Kogo nie pociąga stara skrzynia, zamknięta na cztery spusty, znajdująca się na strychu, za zamkniętymi drzwiami? Czyje serce nie drgnie na widok przypalonej, pożółkłej mapy, znalezionej gdzieś w starym lesie? Paul nie wiedział kim jest i czuł, że nie jest jednym z tych, których mijał każdego dnia na ulicy. I to właśnie była tajemnica, która pochłonęła go i popchnęła do tego, by opuścić tę krainę.
Zanim świt popieścił czubki drzew i dachy domów. Zanim pierwsze krople rosy napoiły pola wokół Kewady. Zanim pierwszy kur zapiał. Paul napełnił plecak bochnem chleba, pętem kiełbasy, do kieszeni włożył oszczędności całego krótkiego życia, przewiesił przez ramię bukłak z wodą i wyruszył. Kiedy dotarł do rozstaju drug, gdzie kupcy znaczyli swój ślad, po raz być może ostatni spojrzał na swoje miasto, a następnie ruszył przed siebie, by odkryć kim jest na prawdę, odkryć tajemnicę.

[ Dodano: Czw Sty 22, 2009 7:44 pm ]
W oddali jaśniało, budzące świat do życia, słońce. Smutek ścisnął mu serce na myśl, że nie pożegnał się z matką. W pośpiechu nie zostawił nawet listu. Przez chwilę zawahał się, czy to dobry pomysł, jednak siła, którą odczuł w nocy, wciąż była na tyle odczuwalna, by nie stracić ochoty na przygodę. Niespokojne sny ostatnich ciężko przespanych nocy, nie dawały mu spokoju. Kazały tym bardziej gnać w nie znane krainy. Krzyki dziwnych stworzeń, jakby z bajek braci Grimm, ukazywały mu się, naciskając na to, żeby wyruszył. Zrobił to więc, sam jeden, wyczekując tego co nadejdzie. Szedł z początku przez wielką połać ziemi, na którym powoli zieleniło się zboże. Jeszcze niedawno sam uczestniczył w oraniu pola, przecinał twarde grudy żelaznymi bronami, rozsiewał ziarno z wielkiego brązowego wora i wąchał zapach chłopskiej niedoli. W wolnych chwilach, przemęczony trudną pracą, mógł uczęszczać na lekcje, prowadzone przez nauczycieli wolontariuszy. Takich jak on było tutaj wielu. Dzieci biedoty, z brudem za paznokciami i wiecznie nienasyconym żołądkiem, z braku jadła. Garnął się do nauki, kiedyś. Jednak odkąd w jego głowie zaczęły pojawiać się dziwne obrazy i stał się ogólnym pośmiewiskiem, pozostał mu jedynie Stary Mag. Dlatego, kiedy tylko nikt nie widział, uciekał z zajęć, by wysłuchiwać opowieści o trollach, smokach oraz magii. Czasem wpadało mu jakieś słowo wypowiadane przez żebraka i chłonął je, niczym niemowlę mleko z piersi matki.
Im dłużej szedł, tym bardziej odczuwał głód czegoś innego. Powoli krajobraz zmieniał się i z przestrzeni wielkiej jak morze, wkraczał w świat gór i mrocznych lasów. Świat dostępny tylko myśliwym i tym, którzy mieli odwagę tam wejść. Paul nie czuł ani odwagi, ani nie był myśliwym. Jednak to wielkie pragnienie i zew wzywał go, nęcił... Domy już dawno zniknęły za horyzontem. Wdrapał się po stromym kawałku pagórka i przeskoczył przez jego szczyt. Dalej były już tylko kamienie ukryte pośród drzew. Czasem, któryś odrywał się i leciał w dół, niekiedy wpadał na Paula i dawał mu porządnego kopniaka. Musiał uważać, żeby nie polecieć wraz z tymi, które miały największą masę. Uparcie pokonywał przeciwności. Bywało, że gałęzie cięły jak sztylet, a owady zasłaniały widok. Jednak nie ustawał. Góry broniły się jak mogły. Nie miały zamiaru tak łatwo oddać swoich sekretów. Kiedy docierał już na szczyt, dziękował bogom, że w końcu się udało, że odpoczynek bliski. Kiedy udało mu się dopaść czubek wielkiego masywu, słońce przekraczało zenit i grzało niemiłosiernie. Pot lał się z czoła, w ustach było sucho jak na pustyni. Najgorsze było to, co dojrzał będąc na mecie. Okazała się ona jednak zaledwie początkiem. Przed nim rozciągały się pasma wielkich szczytów, które miały kolor smoły. Wokół nich rosły sosny, świerki i dęby. Gdzieniegdzie widać było skupiska biało czarnych brzóz. Najgorsze było to, że brakowało szlaków, którymi można by przejść bezpiecznie, nie było też towarzysza, który pokrzepiłby miłym słowem. Przysiadł na kamieniu porośniętym mchem i przechylił bukłak pełen wody. Spojrzał na dolinę za sobą. Na piękne ziemie Kewady. Na rzekę, która otaczała miasto. Długo żegnał się z dzieciństwem, bo wiedział, że jego czas dobiegł końca. Chociaż brakowało mu tchu zaśpiewał pieśń, którą później powtarzano w legendach, śpiewano przy wielkich ucztach królów. Rozniosły się tęskne słowa:

Kewado moje miasto,
które lśni w promieniach słońca,
które odbija się w wiecznych wodach Kewy.
Nie zapomnę nigdy
lat szczęśliwego dzieciństwa,
ani twojego głosu matko.
Kiedy usłyszę o tobie,
gdziekolwiek mnie nogi poniosą
serce zadrży wspomnieniem.
Kewado moje miasto,
za które oddałbym życie,
za które spaliłbym świętą księgę cudów.
Nie zapomnę nigdy
ani twych mieszkańców,
ani ulic twych, ni domów.

Głos mu się załamał i szloch wypełnił całego jego ciało.


[ Dodano: Sob Sty 24, 2009 2:34 pm ]
Kiedy przegryzł kawałek pszenicznego bochenka, wstał i ruszył w dalszą drogę. W tym, gdzie ma iść poddał się sercu. To ono zmusiło jego rozum do tak dziwnej i wydawałoby się głupiej wyprawy. Niech ono teraz poprowadzi go tam gdzie chce. Szedł lekko otępiały, uśpiony monotonią krajobrazu. Wszędzie piętrzyły się czarne szczyty i stosy jakby przypalonych kamieni. U stóp miał lasy, które ciągnęły się tam gdzie sięgał wzrok. Promienie popołudniowego słońca wciąż jeszcze mocno grzały. Jednak Paul przyzwyczajony do tyrania w pocie czoła, kiedy upały były najgorsze, zupełnie się tym nie przejmował. Kiedy mijał tak już kolejną ostra górę, ujrzał kontem oka przesuwającą się postać. Szła bardzo cicho, jakby nie chciała by ktoś ją zauważył. Serce Paula zaczęło bić szybciej. Nie wiedział co ma zrobić. Jedyne co przyszło mu do głowy, to zmierzyć się z nieznajomym. Stanął więc i czekał, aż ów ktoś się ujawni. Czekał minuty, jednak nic z tego, nieznajomy rozpłynął się jak we mgle. Ponieważ słońce co raz bardziej zmieniało swą barwę, stając się krwiste i wielkie, a ciemność zdawała się być coraz mocniejsza, młodzieniec rozejrzał się wokół szukając schronienia. Musiał zejść trochę niżej, by znowu poczuć pod stopami ziemię i zapach drzew. Przysiadł pod wielkim dębem. Oparł się oń plecami. Spożył kolację, po czym zamkną oczy, próbując przywołać sen. Coś nagle zaszeleściło w pobliskiej gęstwinie. Paul poruszył się nie spokojnie. Spojrzał w kierunku, z którego dochodziły dźwięki. Znowu gałęzie krzewów poruszyły się. Paul wstał, jednak uginające się pod nim kolana, same na powrót przygniotły go do ziemi. Gdzieś w oddali zahuczała sowa. Liście zaszumiały złowrogimi dźwiękami. Krzak, zza którego docierały dziwne odgłosy, przechylił się i wyjrzały z nich wielkie zielone oczy. Paul zadrżał. Słyszał jak jego serce próbuje wydostać się z piersi. - Kkkim jesssteś? - spytał jąkając się. Odpowiedział mu jedynie przerażający ryk.

[ Dodano: Pon Sty 26, 2009 1:51 pm ]
Nieznajomych okazało się więcej. Z poza kolejnych krzewów wychyliło się wiele par dziwnych oczu. Po chwili przeskoczyło przez ostre gałęzie dzikich róż, stado szaroburych wilków. Róże przepełniały powietrze dusznym zapachem. Świat wirował przed Paulem, strach wypełniał go i dusił, i jeszcze ten słodki zapach, który tłumił inne zmysły. Wilki warczały, a żółta, lekko przekrwiona ślina kapała z ich paszczy. Okrążyły Paula. Strach paraliżował go coraz bardziej. Nie wiedział jak się bronić, co robić w takiej sytuacji. Nie pomyślał o wzięciu ze sobą czegoś ostrego, jakiejś broni w razie niebezpieczeństwa. I oto nadeszło. A on był sam, zupełnie sam, daleko od miasteczka, od ludzi. Wokół było już całkiem ciemno, jedynie niewielkie pasma promieni księżyca, przedzierały się przez drzewa. Wilki podeszły bliżej i warczały jeszcze głośniej. Już miał jeden z nich, prawie czarny, z jednym ropiejącym okiem, rzucić się na Paula, gdy doszedł ich szept, dolatujący z wiatrem. Wilki zaskomliły niczym zbite psy i uciekły w las z podkulonymi ogonami. Paul oszołomiony nie mógł się poruszyć. Wstrząsnął nim dreszcz, kiedy poczuł jak coś ociera się o jego nogi. Bał się spojrzeć w dół. Przełknął ślinę. Coś miauknęło u jego stóp. Z trudem przełamując się zerknął w kierunku, z którego docierał miauk. Ujrzał czarnego kota, który spoglądał na niego przyjaźnie. Paul wzdrygnął się na to co zobaczył w jego oczach.


[ Dodano: Pią Lut 06, 2009 4:22 pm ]
Odgłos wycia wściekłych wilków oddalał się coraz bardziej. Paul padł na wznak, wyczerpany ogromem emocji. Czarny kociak usiadł obok i zaczął lizać swoje futro.
- Co ja zrobiłem? - zapytał zachrypłym głosem. - Trzeba było zostać.
- Jeszcze możesz wrócić! - pisnęło coś obok.
Paul znowu przeszył dreszcz strachu. Spojrzał na tego dziwnego kocura.
- Tty coś powiedziałeś? -spytał przejęty.
- A kto niby? - wydawało się, że zwierzak zaśmiał się i puścił oko do młodzieńca.
- Aale jak to możliwe? - nie ustępował Paul.
- Jak to że tu jestem. Możesz jeszcze wrócić, nie odszedłeś daleko - stwierdził kot.
- To, że tu jesteś jest bardziej prawdopodobne, niż to, że mówisz! - zasyczał podnosząc się z ziemi - Kim jesteś? - Paul przypomniał sobie znajomy błysk w oczach kocura.
- Nie poznajesz? - kot wbił wzrok w oczy Paula, niczym nóż w pierś.
- Aale jak to możliwe? Nic nie rozumiem. - strzepnął z siebie grudki ziemi i przysiadł pod drzewem. Za plecami czuł twardy korzeń, a także nocny cichy wiatr, który niósł ze sobą zapach snu.
- Jak to możliwie i jak to możliwe? - nie przestaniesz zadawać pytań, których zadawać nie powinieneś?
- Jak mam nie zadawać takich pytań, skoro same cisną mi się na usta? Nie rozumiem kim jesteś! Właściwie, to ze strachu mógłbym ciebie z łatwością przebić zwykłym badylem...
- Jesteś pewny, że z łatwością? - sykną kot i nagle zniknął.
Paul poczuł zimno przeszywające jego ciało. Przetarł oczy. - Gdzie jesteś? - krzyknął w dal. Odpowiedziały mu jedynie zwykłe odgłosu lasu. Znowu poczuł, że jest sam. Wokół był tylko mrok i złote promienie księżyca, które tańczyły na niebie.


[ Dodano: Pon Mar 09, 2009 10:03 pm ]
Złapał się za głowę i spróbował się uspokoić. Kiedy wreszcie znowu zaczął widzieć wyraźnie i ogarnęło go na powrót to samo uczucie, które kazało mu opuścić dom, a także ukochaną matkę, wstał i rozejrzał się za jakimś miejscem na nocleg. Bał się zostawać na ziemi. Lękał się tych obrzydliwych dzikich zwierząt, które mogły czaić się wszędzie. Spojrzał na drzewo, o które opierał się wcześniej i zobaczył, że jego konary są wystarczająco szerokie, żeby mógł na nich spocząć. Wdrapał się jak najwyżej mógł i na tyle grubą gałąź, która mogla posłużyć za łóżko. Ułożył się, kuląc się niczym szczenię i nucąc do siebie na odegnanie złych myśli. Zasnął.

Promienie słońca przebiły się przez ciemne liście i musnęły twarz chłopca. Coś pogłaskało go po twarzy. Z wrzaskiem usiadł, panicznie rozglądając się wokoło.
- Masz, na samych chlebie nie dotrzesz tam, gdzie zmierzasz. - Obrócił się i przed nim, z myszą w pysku siedział poznany dnia poprzedniego kot.
- Zzzgupiałeś? Nie jestem kotem i nie jadam myszy, Wystarczy mi chleb. - Kot spojrzał na niego z pogardą w oczach.
- Każde mięso upieczone na ognisku smakuje tak samo - zeskoczył na ziemię i pobiegł, pojawiając się po chwili z suchymi patykami w pysku.
Paul przełknął ślinę. Wziął mysz za ogon i ostrożnie dołączył do kocura.
- Jak właściwie masz na imię? Mam do ciebie mówić kocie, czy jak? - spytał niepewnie towarzysza.
- Mów mi Ando - krzyknął kot, biegnąc po kolejną porcję badyli - zamiast tak stać, wypatrosz sobie to jadło kotów. Chyba że wolisz z sierścią.
- Ale czym? Nie wziąłem noża - Ando prychnął pogardliwie i wyszeptał "hyanda", a po chwili u jego łap pojawił się niewielki nóż - Weź i szanuj! - powiedział ostro kot, wpatrując się dziwnie w ułożony stos gałęzi - Uur - chuchnął w ich stronę. Ogień zaczął trawić swoją zdobycz. Paul wypatroszył mysz i wystrugał ostry patyk. Nabił na niego przygotowane mięso i przesunął nad ognisko.
Kiedy się najadł, a kot wyczyścił resztki, położył się i począł wpatrywać w niebo. Chmury przesuwały się szybko, pewnie gonił go któryś z synów wielkiego boga Anar.
- Nie czas na sjestę - krzyknął mu wprost do ucha Ando. Paul podskoczył i z gniewem rzucił się na kota. Ten jednak uskoczył zręcznie i spokojnie zaczął czyścić, swoje i tak już lśniące niesamowicie futro. W chwilach przerwy dukał przez kły - Powiedziałem nie czas na sjestę i niech tak będzie. A teraz posłuchaj... - zdenerwowany Paul przerwał mu - Zaraz, zaraz, dlaczego niby mam słuchać się byle kota i w ogóle jakiegokolwiek kota?- Ando przerwał swoje pasjonujące zajęcie, westchnął - Po pierwsze uratowałem ci życie. Po drugie nie jestem byle kotem, w zasadzie nawet nim nie jestem. Jestem Ando, wśród elfów znany jako ten, który przeprowadza, nadaje tożsamość. Zostałem wysłany do ciebie, gdyż według gwiazd, przeznaczony zostałeś do bardzo ważnego i niezwykle trudnego zadania. Mam cię przeprowadzić przez bramę, wiodącą do twojego przeznaczenia i przyprowadzić do Fuine, miasta cieni, elfów, których stwórcą i bogiem jest Silmo, bóg nocy.

[ Dodano: Czw Mar 26, 2009 10:00 pm ]
- Zabrzmiało niesamowicie - zaczął odpowiedź Paul, którą zakończył głośnym krzykiem. - ale jednak powiem ci mały, brzydki kocie, że nie mam najmniejszej ochoty się ciebie słuchać!
- Nie wiesz z kim się spierasz! Nie wyjdzie ci to na dobre - zawarczał Ando - Podejdź do mnie głupi chłopcze, a coś ci pokażę.
Paul z nieszczęsną i niechętną miną wstał, po czym udał się we wskazanym przez kota kierunku. Kot dreptał przed nim obwąchując powietrze. Przeszli przez kępy krzaków i resztę lasu. Kiedy wyłonili się z niego ujrzeli przed sobą wielką polanę obsypaną kwiatami wszelkiego rodzaju. -Hm - zaczął Paul - pięknie. Na prawdę piękna łąka, ale... - urwał, gdy jego wzrok natknął się na to co było po za nią. Wielka ściana gór, wbijająca się szczytami w niebo - ale tamto wygląda strasznie - zadrżał.
- To jest dopiero początek drogi, mój chłopcze. Daleko po za tymi górami, które wbrew temu co tobie się wydaje, są dalej niż na to wygląda, więc daleko po za nimi, i dalej niż najdalsza znana ziemia, istnieje moje miasto. Miasto, w którym się urodziłem. Tam właśnie chcemy dojść.
Paul spojrzał na niego z wyrzutem - Nie my chcemy dojść, tylko ty chcesz żebyśmy tam doszli. Wcale nie uśmiecha mi się przeprawa przez... - przełkną ślinę spoglądając na wielkie masywy - przez to coś.
- Jesteś tchórzem - warknął Ando - typowym przedstawicielem swojego gatunku.
- Nie jestem tchórzem. Jestem po prostu mądry - dumnie uniósł głowę.
Gdzieś koło jego kolana wydobył się dziwny pisk. Kiedy spojrzał w tamtą stronę zobaczył tarzającego się kocura. - Czy... czy to ma być śmiech?
- A co niby - Ando wyprostował się, trochę urażony - Przypomnę ci, że sam odszedłeś ze swojej wioski, nikt cię do tego nie zmuszał. Przypomnę ci jeszcze, że las i okolice wokół ciebie są dzikie i niebezpieczne. Wspomnij na wilki i na to kto ciebie uratował.
- Może i tak, ale mam jeszcze to - wyciągnął z kieszeni scyzoryk.
- Ha ha ha! - Ando znowu zapiszczał - nie mów mi, że to właśnie jest twój miecz. Czy ty głupcze na prawdę myślisz, że dzikie psy przestraszą się tego małego ostrza. Tym możesz walczyć z osami, ale nie z tym co jest tam - Kot wskazał na mroczną gęstwinę za nimi.
- Ale po za tym tam - Paul zerknął na las - jest jeszcze to co tam - wskazał na wlokące się równolegle do lasu pola.
Ando rozejrzał się - W lesie są dzikie zwierzęta, na polach jesteś odsłonięty przed słońcem. Do domu i tak nie możesz wrócić, bo zostaniesz spalony na stosie. Dla ciebie jest teraz tylko to co przed nami.
Zapadła cisza. Paul z przerażeniem w oczach spojrzał na góry, przełkną ślinę i powiedział - W drogę.

[ Dodano: Sro Kwi 01, 2009 11:12 am ]
Wyruszyli, kiedy słońce przecinało niebo w zenicie. Szli trzymając się drzew, tak żeby ich cienie osłaniały podróżnych przed żarem. A w tych krainach panował nieustanny upał, przerywany od czasu do czasu nagłymi opadami deszczu. Bywało, że padało miesiącami bez przerwy, jednak coś takiego zdarzało się raz na kilkadziesiąt lat. Opowieści o wielkich powodziach, które w tym przypadku były nieuniknione, przechodziły z pokolenia na pokolenie. Stawały się legendami, do momentu, aż niebo ponownie otwierało swoje upusty. W tej chwili dziwni wędrowcy, marzyli o kilku kroplach deszczu, gdyż promienie wyłapywały ich z pod liściastych gałęzi i paliły niemiłosiernie. Ando miał o tyle ułatwione zadanie, że był mały. Chociaż nie tak mały jak zwyczajne koty. Powiedzmy, że był wysoki na jakieś pół metra i długi na metr. Całkiem pokaźne z niego kocisko. Był cały czarny, tak czarny że w bezksiężycową noc nie dało się go dostrzec, a jedynie dwa szafirowe punkciki - jego oczy.
- No i po co mi to było - zajęczał Paul - Po co?
Ando spojrzał na niego z niesmakiem - Ale z ciebie straszna maruda. Ledwo wyszedłeś z domu i już nie dajesz rady. Pomyśl o przygodzie, która cię czeka - Kot przekonany, że jego słowa przyniosą odpowiednie rezultaty, musiał gorzko się rozczarować.
- Przygoda! Po co mi ta przygoda. Nie nadaję się do tego. O co chodzi z tym przeznaczeniem, czy mógłbyś mi wytłumaczyć już teraz? Musimy iść, aż do tego twojego miasta? - spytał z nadzieją w głosie chłopiec.
- Nie ma mowy o wypełnieniu przeznaczenia, bez przejścia odpowiedniej drogi. Nie ma łatwo, mój chłopcze, przeznaczenie to jest coś, a raczej COŚ, do czego każdy musi dojrzeć.
- Ale co jest moim przeznaczeniem? Nie mógłbyś mi powiedzieć teraz? - nie ustępował Paul.
- Nie mógłbym.
Paul podniósł z ziemi niewielki kamień i cisną nim w drzewo. - Ale dlaczego?! - spytał przez zaciśnięte zęby.
Ando westchnął. - Mój chłopcze, nie mógłbym ci powiedzieć co jest twoim przeznaczeniem, bo nie wiem...
- Co?! - przerwał mu coraz bardziej zdenerwowany Paul - Jak to nie wiesz? To po co ja w ogóle z tobą gadam? Jesteś najob...
Ando wyszeptał - Cáelm (spokój) , mój chłopcze - Wówczas Paul odetchnął głęboko i przysiadł na suchej trawie pod wielką, starą brzozą. - Nie znam twojego przeznaczenia, bo to jest coś co musisz odkryć sam. Nikt ci nie powie do czego zostałeś stworzony. Ja jestem jedynie bramą, która wiedzie do twojego przeznaczenia. Musi ci to na razie wystarczyć.
_________________
Zanim światło zagaśnie nad dolina ziemią, udam się w pielgrzymkę tam gdzie me marzenia.
Zasnę snem błogim ciszą upojonym snem spokojnym nieskończonym.
 
     
Display posts from previous:   
Reply to topic
You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot vote in polls in this forum
You can attach files in this forum
You can download files in this forum
Add this topic to your bookmarks
Printable version

Jump to:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
anime, opowiadania
Domy i Działki NLP Online Słownik synonimów