Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.
Posted: Sun Nov 23, 2003 11:35 pm Opowiadanie Konkursowe - 5
"Skyshadow"
Czerwone oko na tle gęstego od dymu i mroku nieba...
Spoglądało gdzieś przed siebie, śledząc bez chwili wytchnienia dalekie horyzonty. żaden ruch wrogich
wojsk, żaden ruch własnych podwładnych nie umknął uwadze czarnej źrenicy. Widok roztaczający się ze
szczytu Barad-Dur z pewnością zapiera dech w piersiach, choć żaden śmiertelnik na szczycie jeszcze
nigdy nie stanął...
Oko więc spoglądało w dal. I czuwało, oczekując swego wielkiego tryumfu
----
Głos Władcy Ciemności wyraźny, jakby szeptał słowa wprost do serca i umysłu
"Chodź do mnie, mój sługo. Przybywaj... Wołam cię i oczekuję"
Przez chwilę zastanawiał się, czy to właśnie do niego skierowane są te słowa
"Przybądź do Mordoru" rozkazał głos "Czeka nowe zadanie..."
Przymrużył lekko oczy, starając się zignorować rozkaz. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas stanąć w
Mordorze... Tu jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, na tym odległym, zachodnim pustkowiu...
Lecz gdy głos z delikatnego szeptu przemienił się we władczy ton, niemal rozrywając na strzępy
umysł, nie śmiał już dłużej oponować.
Machnął leniwie lewym skrzydłem, wygiął długą szyję, nadając masywnemu cielsku kierunek lotu i
zawrócił w stronę Krainy Ciemności.
Być może, już niedługo, wiele rzeczy się zmieni na lepsze... Być może w końcu stworzenia podobne
jemu wywalczą dla siebie skrawek mrocznego nieba, nie musząc już dzielić przestworzy z przybyszami z
północy, których tak bardzo nienawidzą. Idealna ciemność nieba nie zostanie już więcej skalana przez
miękkość piór Gwaihira i jego krewniaków.
Już wkrótce..
Sunąc po niebie, spojrzał w dół, na spopieloną, gorącą od piekielnego żaru, mroczną od wulkanicznego
dymu krainę. Północną ścieżką, w stronę Czarnej Bramy, sunęły niezliczone wojska, przygotowujące się
do wymarszu na sąsiednie krainy. Wojna wkrótce miała się rozpocząć.
Obserwując przygotowania przez chwilę żałował, że nie dane mu będzie wziąć udziału w tak wielkim i
ważnym dla całego Mordoru przedsięwzięciu. Jednocześnie jednak był ciekaw, jakie nowe zadanie
wyznaczył dla niego Pan i dlaczego tak pilnie wezwał go z odległego zachodniego zakątka Śródziemia.
Leniwym lotem minął Orodruinę, Górę Przeznaczenia. Spojrzał z zadumą na rozgrzane do czerwoności
czeluście Świętej Góry, jak ją zwykli nazywać mieszkańcy Mordoru.
Orodruina górowała nad wyżynnym krajobrazem, wznosiwszy się niczym filar, podtrzymujący sklepienie
nieba. Nieraz pluła w niebiosa potężnymi masami popiołu i gazu, przypominając o swej prawdziwej
potędze. Często uwięzionym w czarnej chmurze wierzchołkiem targały olbrzymie, czerwone pioruny,
wprawiając w drżenie całą okolicę. Głośny pomruk góry i huk błyskawic niósł się całymi milami,
przypominając o potędze Mordoru wszystkim tym, którzy przypadkiem by o niej zapomnieli...
Przed oczyma stworzenia ukazała się wieża Barad-Dur. Na jej szczycie, niewzruszone oko wciąż
wpatrywało się w odległe krainy, jakby z wyrazem tęsknoty, iż jeszcze nad nimi nie panuje.
Stwór zniżył lot, z ciekawością przypatrując się dwóm postaciom stojącym kilkadziesiąt stóp poniżej
wierzchołka wieży, na czarnej skalnej półce. Jedna z postaci, na jego widok, zwróciła w jego
kierunku głowę i gestem nakazała się przybliżyć. Stwór, dość leniwie, wyhamował skrzydłami i
delikatnie usiadł na półce, wbijając masywne szpony w skaliste podłoże.
- Ach, dobrze że jesteś - odezwał się ten, który przed chwilą gestem przywoływał potwora. Był to
ork, dość powszechnie znany w Mordorze, dowódca oddziału zajmującego Kirith Ungol, o brzydko
brzmiącym imieniu Szagrat. Drugi jednak osobnik był stworowi zupełnie nieznany. Wysoka postać,
szczelnie opatulona czarnym płaszczem, z kapturem zarzuconym na głowę, nad którym widniała stalowa
korona. Nie wiadomo dlaczego, ale widok tego... demona wywoływał niepokojące uczucie w sercu, nawet
tak zasłużonej istoty, jaką był skrzydlaty cień.
- To jest jeden z dziewięciu Upiorów Pierścienia - rzekł spokojnie Szagrat, przedstawiając czarnego
towarzysza - Nasz Pan ma dla niego i ciebie specjalne zadanie...
Upiór przestąpił kilka kroków naprzód, podchodząc do zlęknionego stworzenia. Tamten, jakby w
obronie, cofnął się kilka kroków do tyłu, zgiął szyję, przyciskając głowę do piersi i wydał z
gardzieli okrzyk protestu, ukazując białe zęby.
Nie zrobiło to jednak wrażenia na czarnym upiorze. Wyciągnął przed siebie odzianą w czarną rękawicę
dłoń, w której trzymał skórzaną uprząż
- Nie lękaj się, sługo Saurona - rzekł spokojnym, dostojnym głosem. Trudno było stwierdzić, czy głos
wydobywał się z jego ust, albowiem niczym Myśl bezpośrednio wypełnił umysł stworzenia. Zlęknione
zwierzę, jak zahipnotyzowane, wpatrywało się w pustkę uwieńczoną kapturem i koroną. Zaiste, stał
przed nim żywy Upiór, niewidzialny, niematerialny w swej postaci, aczkolwiek wielki i
niezwyciężony - Jam jest Wódz Nazgulów. Odtąd będziesz mi służyć. Twe skrzydła poniosą mnie tam,
gdzie zechcę lecieć. Będziesz mymi oczyma i uszami, a ja będę twym węchem. Stworzymy jedność, aby
wypełnić zadanie powierzone nam przez naszego Mistrza
"Cóż to za zadanie ?" zastanawiał się potwór
- Musimy odszukać Powiernika Pierścienia, - odpowiedział Nazgul, jakby słyszał myśl swego
wierzchowca - zabić go i odebrać mu to, co należy do Władcy Ciemności. Musimy działać szybko,
albowiem czas nagli, a Pan robi się niecierpliwy.
- Tak, tak, lepiej się pospieszcie - mruknął z pełnią powagi Szagrat
- Czy ktoś cię pytał o twoje zdanie, Szagracie ? - zagrzmiał ze złością w głosie Nazgul - Pilnuj
lepiej własnych spraw, bo zdaje się, że tracisz panowanie nad własnymi oddziałami - zauważył
ironicznie
- Czego się denerwujesz ? - zapytał rozjuszony ork. Skrzydlate zwierzę wodziło wzrokiem pomiędzy
obydwoma rozmówcami, usiłując zrozumieć coś z bezcelowej kłótni - Działamy przecież po tej samej
stronie, w imię Mordoru...
- Doskonale wiem, że chcesz przejąć Barad-Dur - syknął ze złością Nazgul - Głupie pomysły chodzą ci
po głowie, marzy ci się władza nad Upiorami Pierścienia i ich wierzchowcami. Ale nic z tego, drogi
Szagracie, dopóki ja tu rządzę i dopóki spraw we wieży pilnuje podległy mi Nazgul.
- Jeśli będziesz nadal tak nieefektywnie działać, to nie wiem, czy długo twa władza potrwa -
odpowiedział ze złośliwym uśmieszkiem ork - Powiernik Pierścienia miał już być dawno zlikwidowany,
tymczasem, mój drogi Wodzu Nazgulów, jak zwykle, spieprzyłeś sprawę...
Upiór zamilknął. Zdawało się, że przez jego osobę przetacza się burza wielkiego gniewu, którą ponad
wszystko starał się opanować. Nie warto było kłócić się z głupim orkiem.
Nazgul zbliżył dłoń do głowy potwora, przerzucając w milczeniu przez jego wątłą szyję skórzane
wodze. Następnie umocował resztę uprzęży, tym samym roszcząc sobie bezwzględne prawo do Skrzydeł
swego nowego partnera
- Konie to nie był zbyt dobry pomysł.. - mruknął jakby sam do siebie - Z tobą, skrzydlaty
przyjacielu, powinienem bez problemu odnaleźć tego, który trzyma Skarb.
- Z tego co wiem - odezwał się Szagrat, już nieco spokojniej i ciszej, byleby przypadkiem nie kusić
losu i nie narażać się na gniew bądź co bądź potężniejszego od siebie Upiora - to nie była wina
wierzchowców, a tego, co ten malec wykrzyknął, kiedy was zobaczył....
Nazgul spojrzał w stronę orka. Zapadła krępująca cisza.
- Wypowiedział słowa, których nawet na tysiąc staj od Mordoru nie ośmieliłbym się powtórzyć -
odpowiedział w końcu - życzę tobie, Szagracie, abyś nigdy się nie spotkał ani z nim, ani nie
usłyszał przeklętych imion, które wymawiał.
Tymi słowami Nazgul stanął z boku wierzchowca i zręcznym ruchem zasiadł na jego grzbiecie, ściągając
wodze.. Zwierzę przez chwilę stało spięte, nie wiedząc co czynić, po chwili jednak doskonale już
rozumiało każdy gest Upiora i każde jego żądanie.
Powoli odwrócił się spoglądając w przepaść rozciągającą się pod ich stopami; rozwinął skrzydła gotów
do lotu
- Nazgulu.... - odezwał się Szagrat, tym razem stwór wyczuł w głosie orka dobre intencje - Posłuchaj
mej rady i udaj się w kierunku bagien. Kilka dni temu Krebainy doniosły o podejrzanych postaciach
przemykających tam ku południowi. Jeśli to był on, to odnajdź go i zniszcz... Nie pozwól, aby Skarb
dotarł do Gondoru, bo będzie z nami źle !
- Tak właśnie zamierzam i tam się właśnie udaję - odparł Nazgul i mówiąc to dał znak do startu.
Potwór z bojowym okrzykiem machnął potężnymi skrzydłami w dół i skoczył w przestworza, podrzucony
szerokim łukiem w górę dzięki prądom powietrza omiatającym ściany Barad-Dur. Ile sił w skrzydłach
pomknął na północ, ku Martwym Bagnom.
---
To było zaprawdę dziwne uczucie...
Z każdą milą lotu czuł się coraz pewniej, niosąc na sobie Jeźdźca. Nie lękał się już go i nie
widział powodu, dla którego miał by się mu sprzeciwić. Jego serce również wypełniła obsesja
odnalezienia ofiary i odebrania jej broni, która mogła wpłynąć znacząco na losy całej Mrocznej
Krainy i doprowadzić Mordor do klęski.
Zbliżając się do mokradeł, z każdą minutą był coraz bardziej pewien, iż zmierza w dobrym kierunku.
Tak, jakby mimo wszystko czuł na odległość Powiernika i doskonale wiedział, gdzie go szukać. Być
może była to zasługa Nazgula, który jednak siedział na grzbiecie stworzenia spokojnie i nawet nie
musiał nadawać wodzami kierunku, gdyż potwór mknął tam, gdzie mu niezawodny instynkt podpowiadał.
- Czy ty też czujesz, że jest blisko ? - spytał nagle Nazgul, nie oczekując odpowiedzi - Dobrze. Tak
powinno być. Miej oczy szeroko otwarte, mój przyjacielu; zapada zmrok, a my rozpoczynamy polowanie.
Stwór mruknął porozumiewawczo, przyspieszając lot.
---
Sunął nisko nad cuchnącymi oparami unoszącymi się z brudnej, błotnistej wody. Cień jego skrzydeł
ogarniał mokradła. W mdłym blasku księżyca widział doskonale każde pojedyncze źdźbło trawy, każdą
wątłą torfową wysepkę i każdą głębszą wodę. Bił skrzydłami powoli i umiarkowanie, zwalniając teraz
prędkość i opadając tak, iż niemal końcówkami wydłużonych palców u skrzydeł dotykał podłoża. Sunął w
powietrzu cicho, jak kot udający się na nocne polowanie. Rozglądał się i nasłuchiwał.
Upiór na jego grzbiecie siedział w skupieniu, wciągając w nozdrza powietrze. Węszył, żaden obcy
zapach nie mógł ujść jego uwadze. W tym zatęchłym, od lat opuszczonym przez wszelkie żywe istoty
środowisku, nietrudno było poczuć zapach ciepłej, żywej krwi tego, którego szukał.
Nakazał wierzchowcowi wzlecieć nieco wyżej, starając się ogarnąć zmysłami szerszą część okolicy.
Lecieli tak przez chwilę w milczeniu, skupiając się na poszukiwaniach.
Nagle upiór wydał przeraźliwy krzyk, który chyba by umarłego postawił na nogi. Zwierzę niosące
Jeźdźca zapewne nie pojmowało sensu wydzierania się w środku nocy na pustkowiu, ale odpowiedziało na
wezwanie donośnym rykiem. Okrzyk w jego gardle został wnet stłumiony mocnym szarpnięciem za wodze.
Ucichł więc, gdy ostre wędzidło boleśnie werżnęło się w jego żuchwę, odchylił głowę do tyłu, broniąc
się przed niespodziewanym skarceniem.
- Cicho bądź.... - syknął Nazgul
Faktycznie, krzyk Nazgula nie był głupim pomysłem, a całkowicie przemyślanym działaniem. Gdzieś
pośród turzyc na odgłos upiora odpowiedział cichy jęk przerażenia.
Wierzchowiec zrazu usłyszał podejrzany głos, jednym zamaszystym ruchem skrzydła zmienił kierunek
lotu, sunąc wprost na źródło dźwięku.
Coś poruszyło się na ziemi. Trzy drobne sylwetki rozpierzchły się w trzech różnych kierunkach tuż
pod cieniem skrzydeł potwora.
- Zawróć, zawróć ! - rozkazał Nazgul, szarpiąc wodze.
Zatoczył zgrabny łuk w powietrzu i runął w kierunku turzyc, starając się jak najszybciej
zlokalizować rozproszone cele.
Jeden sunął niezgrabnie pomiędzy torfowymi wyspami, gulgocząc i wrzeszcząc w przerażeniu. Szary
patykowaty stwór biegł na przełaj, podpierając się wszystkimi czterema kończynami. Przypominał
małego, wystraszonego zwierzaka, o popielatej niczym zbocza Orodruiny skórze, wychudzonego i
wynędzniałego w swym długim żywocie.
Nazgul przeleciał tuż nad nim. Stwór padł na ziemię, nie przerywając lamentu. Nie on jednak stanowił
zainteresowanie napastników. Zarówno Nazgul, jak i skrzydlaty Cień widzieli go już nieraz, nawet w
okolicach Mordoru, skądinąd uważając go nawet za nieodzowną część krajobrazu Mrocznej Krainy, gdyż
kręcił się wokół jej granic od wielu lat. Dali więc mu spokój i nie niepokoili więcej. Skupili się
na poszukiwaniach dwóch pozostałych uciekinierów.
Uskrzydlone zwierzę zataczało coraz węższe kręgi, usiłując dojrzeć zbiegów. Nazgul węszył. Czuł ich
dobrze. Aż za dobrze. Tak wyraźnie, jak gdyby byli schowani tuż pod rzucanym przez skrzydła cieniem.
Bystry wzrok potwora nie był jednak w stanie dojrzeć drobnych, ukrytych pod elfimi płaszczami istot.
Obecność ich była jednak wyraźna, bardzo wyraźna.. Tak, jak i wyraźna była obecność Jedynego
Pierścienia.
Pierścień... Kusił i wzywał swego Powiernika. Pan Ciemności coraz mocniej panoszył się w strwożonym
umyśle małej istotki. Wystarczyło tylko czekać. Nazgul o tym doskonale wiedział, tak też nie
opuszczał stanowiska, wciąż kierując lot wierzchowca ku szarym torfowiskom porośniętym skąpymi
trawami.
Nagle, w tym samym momencie, zarówno jeździec, jak i jego skrzydlaty partner poczuli niesamowitą
moc, która uderzyła do ich umysłu, zwracając na siebie całą ich uwagę.
Z okrzykiem tryumfu Nazgul zawrócił wierzchowca i runął w dół ku ziemi.
Powiernik włożył Pierścień ! Był teraz dla napastników idealnie widoczny na tle szarych mokradeł.
Moc Pierścienia dla Upiora była niczym światło w ciemności. Oto dziś wykona swą misję i odzyska
skarb Mordoru !
Zwierzę wyhamowało potężnym uderzeniem skrzydeł tuż przed samą ziemią, wyciągając przed siebie
szpony i kierując ostre jak sztylety pazury w stronę zatrwożonego, małego hobbita. Ten, zrozumiawszy
swój błąd, natychmiast zdjął z palca Pierścień, ale w pełni przerażenia, zamiast uciekać w bok,
przestąpił kilka kroków do tyłu, po czym upadł, utkwiwszy wzrok w spadającej na niego skrzydlatej
pokrace. Skulił się na ziemi, osłaniając głowę rękoma.
Stwór przymrużył lekko oczy, zapadając niczym cień na swą ofiarę. Już miał wbić w nią swe ostre
szpony, gdy nagle przeraźliwy ból doszedł do jego zmysłów.
W momencie, gdy atakował, z tyłu podbiegł do niego drugi hobbit i sieknął mieczem po długim ogonie
potwora. Stwór zawył rozdzierająco, instynktownie uciekając od źródła bólu. Wyprostował palce nóg i
potężnym uderzeniem skrzydła odskoczył w bok. Wygiął szyję i spojrzał zdumiony przez prawy bark za
siebie. Jego ogon mocno krwawił, ból promieniował poprzez całe ciało, powodując odrętwienie
skrzydeł.
Wściekłość zagrzmiała w sercu potwora. Ponad wszystko chciał się dorwać tego, który go skrzywdził.
Ukazując rząd białych zębów ruszył do ataku, całkowicie zapominając o Powierniku. Hobbit dzierżący
oręż w ręku czekał na pierwszy ruch przeciwnika. Już nie bał się ni upiora, ni skrzydlatego stwora,
będąc gotów bronić swego towarzysza z narażeniem życia.
Nazgul ściągnął z całej siły wodze.
- Stój, stój ! - krzyknął - To miecz z kurhanów Wielkich Władców, nie zbliżaj się !
Wierzchowiec, czując przerażenie swego pana, zaniechał ataku. W panicznym strachu przed magicznym
orężem wycofał się i niezdarnie machając skrzydłami uniósł się wreszcie w chłodnym, nocnym
powietrzu.
---
Ciężko dysząc gnał zmęczony w stronę Mordoru. Skrzydła niemal odmawiały posłuszeństwa, ogon piekł
straszliwym żarem, osłabionym wzrokiem niemal nie widział ziemi przesuwającej się szybko, gdzieś w
dole, pod jego nogami.
- Kolejna porażka... - mruknął Nazgul - Jak ja się wytłumaczę przed Panem Ciemności ?
Wierzchowiec zdawał się nie słyszeć pytania. W tym momencie obchodziło go tylko to, aby jak
najszybciej znaleźć się w bezpiecznym mroku wokół Orodruiny, w miejscu, które zapamiętał z
dzieciństwa i które zawsze kojarzyło mu się z bezpiecznym domem.
- I jeszcze ten Szagrat.. - zagrzmiał Upiór w złości - Znów powie: "A nie mówiłem ?"....
Noc zbliżała się ku końcowi. Od wschodniej strony nadchodziła zmiana pogody sugerująca nadejście
silnych opadów deszczu. Coraz mocniejsze powiewy wiatru nad bagnistym pustkowiem zbijały latające
stworzenie z kursu, powodując iż musiał walczyć nie tylko ze swymi słabościami, ale i z kaprysami
zimowej aury.
- Przeklęty ork... Oby się udławił tą swoją mądrością....- ciągnął Nazgul - Ciekawe, jak on by
sobie dał radę z Powiernikiem...
Tak, zdecydowanie zapowiadało się na deszcz. Na horyzoncie, kątem oka, stwór dostrzegł pasmo
ciemniejszych chmur. Być może nawet wróżyły one nadejście burzy. Ale nie takiej, jak w Mordorze, nie
suchej, pełnej pyłu i ognia z czerwonymi, olbrzymimi piorunami, lecz wstrętnej, oślizgłej od wody,
chłodnej i wietrznej.
- Co do tych przeklętych hobbitów, to mam nadzieję, że wkrótce umrą śmiercią powolną i straszliwą,
czego zresztą im serdecznie życzę. - rzekł Jeździec - Idą do Gondoru, tak ? To pewnie tam nie dojdą,
dopóki maszerują tymi ziemiami oddziały Easterlingów i Haradrimów....
Upiór zaśmiał się złowieszczo...
Chłodny, silny podmuch wiatru targnął ciałem potwora. Ten krzyknął z bólu, czując języki powietrza
na swej skaleczonej skórze. Stracił resztkę sił w mięśniach i prawe skrzydło opadło bezwładnie.
Stwór rozpaczliwie walczył z odrętwieniem, w ułamku sekundy jednak stracił równowagę i prosty
stabilny lot zmienił się zrazu w pikowanie ku nie tak odległej ziemi.
Nazgul coś próbował krzyczeć, ale został całkowicie zagłuszony przez pierwszą błyskawicę, która
niczym świetlista serpentyna pomknęła z sykiem ku mokrej glebie, gdzie z hukiem wyzwoliła swą
energię, wprawiając całą okolicę w drżenie.
Wierzchowiec wierzgnął z przestrachem; odzyskując nagle władzę w skrzydle odbił się od rozedrganego
powietrza. Skrzydło tym razem nie zawiodło, natychmiast podpierając cielsko potwora i przywracając
go do prawidłowej pozycji.
Nagłe szarpnięcie zaskoczyło jednak Nazgula. Stracił równowagę i przetoczywszy się przez grzbiet
potwora runął w dół. W ostatnim akcie desperacji usiłował pochwycić zwisającą z pyska potwora wodzę,
chybił jednak o kilka centymetrów i z rozdzierającym wrzaskiem, łopocząc czarnym płaszczem spadał
błyskawicznie ku wilgotnej, cuchnącej czeluści.
Przestraszone stworzenie albo nie zauważyło straty, albo też nie dbało o to, co stanie się z jego
partnerem, gdyż nie zwalniając już lotu, ile sił w obolałych skrzydłach, pomknęło w stronę Domu.
---
Z głośnym pluskiem Upiór wpadł w brudną wodę. Przez chwilę wił się w przerażeniu, ze wstrętem
usiłując wydostać się z kipieli, której tak nienawidził. Chwilę później niezdarnie wygramolił się na
torfową wysepkę, pomagając sobie rękoma. Siedział przez chwilę, wciąż wydając z siebie to cichsze,
to głośniejsze nie artykułowane dźwięki; zapewne wyrażające jego nieskończoną złość i wściekłość.
Widząc, że jest sam i że jego wierzchowiec zniknął z pola widzenia, podniósł się wreszcie z ziemi.
Pochylił się nad błotem i przez chwilę mącąc powierzchnię kałuży rękoma z wyraźnym wstrętem wydobył
wreszcie spod powierzchni swą brudną stalową koronę.
Poprawił kaptur na niewidzialnej głowie i założył na niego swój symbol władzy.
W końcu by przecież Wodzem Nazgulów...
Przez chwilę stał, nie myśląc o niczym i nie wiedząc, co dalej uczynić.
- Niech ja tylko dorwę tą skrzydlatą pokrakę - mruknął - Przerobię ją na pasztet dla oddziału
orków.....
Wspaniały pomysł, jaki mu wpadł do głowy, zrazu dodał mu nieco otuchy. Z zadowoleniem układał w
głowie plan zemsty, czy też raczej plan wymierzenia zasłużonej kary dla nieposłusznego stworzenia.
Jeszcze jedna błyskawica przeszyła niebo, a po chwili na bagna lunął obfity deszcz, otaczając Upiora
mokrą kurtyną, nic sobie nie robiąc z jego złorzeczeń, bluźnierstw i klątw, jakby drwiąc z
dostojności tego, któremu niegdyś powierzono w zaufaniu jeden z Pierścieni. Pierścień zresztą nadal
bądź co bądź tkwił na odzianym w czarną rękawicę palcu.
Cisza, ciemność i rzęsisty deszcz.....
Nazgul powoli, niezdarnie, brodząc nogami w wodzie po kostki, udał się pieszo w kierunku krainy, w
której zaległy cienie......
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum You can attach files in this forum You can download files in this forum