Władca Pierścieni / Tajne Forum Fantasy Forum Index
Główna: Władca Pierścieni, Hobbit, Zwiastuny
Katalog: Strony fantasy
Polecane: Opowieści z Narnii, Wiersze miłosne, NLP
Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy
Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.

FAQFAQ  SearchSearch  MemberlistMemberlist  UsergroupsUsergroups  StatisticsStatistics
RegisterRegister  Log inLog in  AlbumAlbum  Chat

Previous topic «» Next topic
Opowiadanie Konkursowe - 3
Author Message
nagg 
Administrator



Joined: 31 Jan 2003
Posts: 648
Location: Podkowa
Posted: Sun Nov 23, 2003 11:31 pm   Opowiadanie Konkursowe - 3

Ostrze



Zapach siarki momentalnie przeszył powietrze, gdy strumień

ognia wystrzelony przez młodego chłopaka trafił w drzewo - piękną

topolę znajdującą się na obrzeżach ogodu, oplatającego niezwykłą

posiadłośc ze wszystkich stron, która natychmiast stanęła w

płomieniach. Stojący koło niego starszy czarodziej, najszybciej jak

potrafił zaczął snuć inkantację, i po chwili z jego dłoni

wystrzelił spory strumien wody, który mimo iż był magiczny, nie

zgasił pożogi która ogarnęła już całą roslinę. Przeklinając pod

nosem mag znów wykonał kilka gestów dłońmi i zanucił kilka słów.

Nad głowami elfów zagrzmiało. Pierwsze krople deszczu spadły z

nieba, powodując syk płomieni na resztkach całkowicie już spalonego

drzewa.

- W kamień mówiłem nie w drzewo - krzyknął starszy czarodziej na

swojego ucznia. Czy ty naprawde zawsze musisz robić to na co masz

ochotę, Ellifane?

- Celowałem w kamień - odpowiedział łobuzersko młody elf.

- To nie pierwszy raz - ciągnął mag.

- Dobrze Nidorilu - westchnął elf. Czemu ty zawsze musisz robić mi

wyrzuty? Za chwile zasadzisz takie samo i jutro będzie wyglądało

tak jak to - rzucił młody czarodziej.

- Tak - zgodził się starszy elf. Dobrze, Ellifane, teraz odejdź,

chcę odpocząć,

Młody elf odwrócił się, i pobiegł w kierunku posiadłości.

- Co ja mam z nim zrobić - westchnął Nidoril, patrząc jak chłopak

wchodzi do domui, po czym odwrócił sie i ruszył w kierunku tej

części ogrodu, w której spędzał najwięcej czasu - przeważnie na

naukę i odpoczynek.







W Alliel, stolicy elfów, życie toczyło sie powoli i

spokojnie. Liczni kupcy stali na bazarch, z karczm dobiegały wesołe

śpiewy, odgłosy udeżających o siebie kufli z miodem, a na placu

bawiły się dzieci. Ellifane, mający na sobie ciemny płaszcz i

brązowe spodnie, stanął pod jedna z licznych tawern i rozejrzał się

dokoła. Mimo tego wszyskiego, czuł się tutaj nieswój, jakby

przytłoczony wszystkim co tu sie działo. Ze znudzonym wyrazem

twarzy, młody elf odwrócił się i wszedł do stojącej za nim "Pijanej

wiwerny" - cieszącej się najgorszą opinia w mieście karczmy. Każdy

złodziej, czy ukrywający się przestępca w Alliel - choc nie było

ich wielu, chodził tutaj. Dzisiaj w środku nie było wiele osób.

Przy jednym stoliku siedziało troje ludzi, popijając korzenne piwo

i straszliwie głośno spiewając sprośne piosenki. Dwa inne stoliki

były zajęte przez małe grupki elfów. Przy szynku stał wysoki,

starszy pół-elf. Miał długie, siwe włosy, a znamie czasu, wyraźnie

odcisnęło się na jego twarzy. Jednak na widok Ellifane'a, od razu

się usmiechnął.

- Masz? - zapytał szybko młody elf.

- Co tak prędko - zaśmiał się szynkarz. Napijesz się czegoś?

- Nie - odrzekł wyraźnie zniecierpliwiony Ellifane, po czym

wyciągnął spory mieszek i rzucił nim na lade, co spowodowało

wysypanie sie licznych złotych monet. 150 sztuk złota, tak jak sie

umawialiśmy - ciągnął. Teraz dawaj broń.

Karczmarz uśmiechnął się szeroko i poszedł na zaplecze.

Młody elf rozejrzał sie. Nikt się nim nie interesował, ludzie wciąż

pili swój miód, a pozostałe elfy rozmawiały o czymś cicho. Nagłe

uderzenie czymś ciężkim o ladę, przerwało chwilę zadumy adepta.

- Prosze - rzekł szynkarz. Pierwszorzędne ostrze z samego Kahr-dum

jak sądze.

Ellifane natychmiast podniósł broń i lekko wyciągnął

klingę. Miecz był faktycznie pierwszorzędnej jakości. Bardzo dobrze

wyważony, z licznym runami.

- Nie wnikam, jak go zdobyleś - uśmiechnął się młody elf. Ale

dziękuje ci, złoto jest twoje - dodał.

Ellifane przypiął miecz do pasa i szybkim krokiem wyszedł z

tawerny. Karczmarz z wyraźnym zadowolniem wziął mieszek, i schowal

go do jednej z licznych kieszeni płaszcza..





Ellifane szybko wybiegł poza miasto, zmierzając w kierunku

lasu. Miał zamiar trochę przećwiczyć się w używaniu nowego miecza.

Nie wyciągał go jeszcze - w pobliżu wciąż było wiele innych elfów.

Adept biegł chwilę brzegiem jeziora, nad którym leżalo Alliel, a po

chwili, zagłębił się Nieprzebytą Puszczę.Od razu wyciagnął swoją

piękną broń. Jego klinga zalśniła w oświetlanym jedynie niewielkimi

strumieniami światła w lesie. Młody elf poczuł magiczną energię

przepływającą przez swoje ciało. Zamachnął się, tnąc od dołu

drzewo, która natychmiast zapłonęło błękitnym płomieniem. Ellifane

odskoczył zdziwiony tym, co się stało. Popatrzył znowu na swój

miecz i runy na nim.

- Niezłą rzecz mi sprzedałeś - powiedział cicho.

Adept odsunął broń od twarzy. Wyprostował się, i zaczął

nasłuchiwać odgosów dobiegających z lasu. Nagle, młody elf zobaczył

sarnę, biegnącą nieco mniej niż stajanie od niego. Ellifane zaczął

się skradać powoli w kierunku zwierzęcia. Gdy był już blisko celu,

sarna, wyczuwszy jego obecność, zaczęła uciekać. Elfy były szybkie,

ale nie dość, aby przegonić sarnę, jednak Ellifane zaczął ją gonić.

Niezwykle szybko dobiegł do zwierzęcia i nie będąc świadomym co

robi zamachnął się na wystraszone zwierze. Przerażający skowyt

rozległ się po całym lesie, gdy klinga przebiła skórę sarny,

zagłębiając się w jej ciało. Miecz zalśnił czerwonym światłem,

wyraźnie ciesząc się - jakby był świadomym, ze zdobyczy. Młody elf

nagle uświadomił sobie co uczynił. Zobaczył krew a swoich rękach -

krew niewinnego zwierzęcia, zabitego bez powodu. Ellifane chciał

krzyknąć, lecz powstrzymał się. Natychmiast wyciągnął miecz, który

w całej swej okazałości zalśnił oślepiającym, czerwonym blaskiem.

Szybko schował broń do pochwy, i zaczął uciekać w stronę miasta.





Ellifane wbiegł szybko do posiadłości Nidorila. Przeleciał

przez wszystkie pomiesczenia najszybciej jak potrafił, aż w końcu

wpadł do swojego pokoju. Pomieszczenie to miało niezwykły, magiczny

wygląd. W dzień jego ściany miały kolor ciemnej czerni, lecz mimo

to w pokoju było jasno, natomiast w nocy, owa czerń lekko świeciła,

tworząc w pokoju półmrok. Elf szybko odpiął miecz i wsadził go do

przygotowanego wcześniej schowka - drugiego dna w dużej czarnej

szafie, w której trzymał swoje szaty.

- Mam nadzieje, że Nidoril nie znajdzie tego miecza - westchnął

cicho Ellifane, po czym położył się na łózku i zamknął oczy

pogrążając się w błogim śnie. Nie wiedział, co to za starożytny

artefakt, trzymał w swojej szafie.







Elfowi sniły się dziwne rzeczy. Był jakoby świadkiem

wszystkich wydarzeń, ale obserwował je zza dziwnej bariery, której

nie mógł przekroczyć. Ujrzał postać w kapturze, biegnącą przez

miasto. Ellifane przypatrywał się wszystkiemu, jednak nie mógł się

nawet poruszyć. Na ulicach pogrążonego w mroku Allliel nie było

prawie nikogo. Zakapturzony osobnik wypatrzył jednak kogoś - młodą

elfkę, idącą spiesznie, najwyraźniej w stronę swego domu. Uwięziony

we własnym śnie elf, patrzył bezradnie, jak poruszający się

bezszelestnie nieznajomy w kapturze podbiegł do młodej dziewczyny,

i wyciągnąwszy ręce, złamał jej kark, po czym zaczął rozrywać jej

ciało, niczym dzikie zwierze. Ellifane próbował zamknąć oczy, aby

nie patrzeć na tą masakrę, lecz nie potrafił. Nie mógł nic zrobić.

Morderca wstał, podniósł wysoko, ociekające krwią ręce, po czym

wydał z siebie przerażający skowyt, niepodobny do niczego, co młody

elf kiedykolwiek słyszał. Nie wiedział co ma dalej robić, nie mogąc

się nawet poruszyć, lecz nagle dziwna błogość przeszyła jego ciało,

i po chwili zasnął.







Słońce nie wzeszło jeszcze nad Alliel - stolicę elfów,

aczkolwiek było jasno. Niektórzy kupcy, już byli na nogach.

Spieszyli się, aby zająć jak najlepsze miejsce na rynku. Jednak

reszta mieszkańców ciągle smacznie spała. Jednak błogi sen elfów,

został momentalnie przerwany, przez przeraźliwy krzyk, dobiegający

z głównego placu miasta. Po chwili, zaroiło się tam od strażników.

Choć niektórzy wciąż byli nie do końca przebudzeni, to co

zobaczyli, zadziałało momentalnie i zmyło sen z powiek elfów. Na

północnym krańcu rynku leżało pocięte niezidentyfikowane ciało.

Wokół niego było pełno krwi, a obok leżała kobieta, elfka, która to

wyraźnie przeraźliwie krzyknęła na widok zmasakrowanego ciała

budząc mieszkańców okolic centrum Alliel. Casten, doświadczony

przywódca strażników podszedł z wyraźną trwogą do martwego ciała.

Martwego ciała, które okazało się młodą elfką. Miała ona

rozszarpane gardło, a na reszcie ciała widać było bardzo liczne

ślady pazurów. Casten momentalnie rozkazał strażnikom, aby otoczyli

i zabezpieczyli zwłoki, oraz rozpędzili gapiów, którzy powoli

zbiżali się, aby zobaczyć, co było powodem krzyku, i interwencji

straży. Dowódca szybkim krokiem zmierzył w kierunku ratusza, musiał

jak najszybciej zameldować odpowiednim osobom o tym wydarzeniu.

Doświadczony elf w całej swojej długiej karierze, nigdy nie

widział czegoś takiego. Minął zabytkową kamienicę i znów

przyspieszył swój chód na widok okazałego, pieknego ratusza -

wyjątkowego budynku chronionego potężnymi czarami. Budynku, w

którym znajdowały się siedziba rady czarodziejów, oraz królowej

państwa - Indaviel, która jej przewodziła. Casten szybko wbiegł po

schodach. Magowie bitewni strzegący wejścia, nie zatrzymali go,

gdyż wiedzieli kim on jest. Dowódca straży wiedział, że Indaviel

jest osobą która jako pierwsza powinna się dowiedzieć o drastycznym

morderstwie tej młodej dziewczyny.

Dla dowódcy, który bywał tu często, nie było to niczym

nowym, ale dla przypadkowego przechodnia, wnętrze ratusza zaparło

by dech w pierściach. Biegnące z obu stron korytarza do komnat

Indaviel statuy przedstawiające poprzednich przywódców elfów, od

czasów Bitwy pod Jeziorem, która spowodowała rozłam krajów, wielkie

straty, ale jednak zwycięstwo, nad hordami orków, oraz ich

szamanami i magami(gramatyka?), którzy przywołali wielkie,

demoniczne istoty z innych światów. Bitwy, mimo iż upłynęło od niej

już blisko 500 lat, której efekt spustoszenia wciąż można dostrzec

w krajobrazach kraju. Bitwy, która spusztoszyła prawie połowe

krajów elfów i część ziem ludzkich, którzy również przyczynili się

do złamania inwazji potęg chaosu. Chwilę zadumy przerwał Castenowi

odgłos otwieranych drzwi. Z komnat przywódczyni wyszedł Nidoril -

członek rady czarodziejów. Miał wyraznie zaniepokojoną minę.

Szybkim krokiem minął dowódcę straży, po czym skręcił w jeden z

korytarzy. Elf domyśłił sie, że mag przybył tu w tej samej sprawie,

lecz mimo to zdecydował się na wejście do siedziby Indaviel.







Ellifane zbudził się gwałtownie. Nie pamiętał swojego snu.

Usiadł na skraju łóżka i przez chwile nie mógł uwierzyć w to co

zobaczył. Z okna biegły ślady ubłoconych stóp - prosto do jego

łóżka. Jednak gdy spojrzał na swe ręce o mało co nie krzyknął. Były

pokryte zakrzepniętą krwię. Na twarzy elfa malowało się głębokie

przerażenie tym co zobaczył. Przesiedział kilka chwil na łóżku nie

wiedząc co robić.

- Co to wszystko znaczy - powiedział do siebie cicho. Co ja

takiego zrobiłem w nocy -westchnął, po czym szybko doskoczył do

szafy, aby sprawdzić swój miecz. Ku uldze młodego adepta leżał na

miejscu i od razu zalśnił niebieskim światłem w promieniach słónca.

Nie było na nim śladu krwi. Ellifane znów spojrzał na swoje dłonie

i słady na podłodze.

- Nikt się o tym nie dowie - rzekł do siebie, po czym zaczął

powoli snuć czar. W pokoju wybuchnęło błękitne śwaitło, po czym ku

przerażeniu elfa, cały pokój zmienił swoje barwy. Ściany były

zielone, a łózko niebiesko-zółte.

Ellifane zaklął cicho pod nosem, po czym zaczął powoli i

dokładnie snuć inkantacje, aby rozproszyc rzucony czar. Ku swojej

uldze, po kolejnym wybuchu jasnego światła, pokój przybrał swoje

normalne barwy. Młody adept otarł pot z czoła i skupiając się,

pomału wykonał kilka gestów dłonmi - magiczny znak Woth. Zmęczenie

momenatalnie uleciało ze zdenerwowanego elfa.

- A teraz czar musi mi wyjść - mruknął z determinacją Ellifane, po

czym znów zaśpiewał cicho, wykonując przy tym skomplikowane ruchy

dłońmi. Tym razem efekt był odpowiedni. Plamy z podłogi zniknęły, a

na rękach czarodzieja nie było śladu krwi.

Elf wyjrzał przez okno. Było już południe, i słońce

świeciło wysoko nad nieboskłonem oświetlając całe Alliel, nad

którym górowała wieża ratusza, która służyła za komnaty królowej.

Młody adept szybko zarzucił na siebie coś odpowiedniejszego -

zielone, skórzane spodnie, oraz lekką, białą koszulę. Następnie

wyciągnął z szafy miecz, i przypiąwzy go sobie do pasa, oraz

zarzuciwszy na plecy ciemny płaszcz, wyskoczył przez okno, i

pobiegł w stronę miasta.







Mijając przedmieścia Alliel - niedawno wybudowane, biało -

niebieskie budynki z rozmaitymi wieżyczkami, czy pokręconymi

oknami, Ellifane spostrzegł, że wszyscy są wyraznie czymś

zaaferowani. Kupcy zamiast sprzedawać towary, dyskutowali z

przechodniami, mając wyraźnie zaniepokojony wyraz twarzy. Elf

spostrzegł też, że po ulicy nie biegają - jak zwykły to czynić,

dzieci. Nie wiedząc co o tym wszystkim sądzić, zaniepokojony młody

adept, przemykając się zaułkami, zmierzył ku głównemu placu.

Nie minęło wiele czasu, gdy elf spostrzegł pierwszych

strażników, którzy byli jednak wyraźnie zdenerwowani. Ellifane

zwolnił swój bieg. Pierwsze spojrzenie na plac, od razu powiedziało

mu, że rzeczywiście jest coś nie tak. Większa część targu, była

otoczona przez czarne pole siłowe, które nie pozwalało nawet

spojrzeć, na to, co działo się wewnątrz. Młody adept próbował ją

przejrzeć, jednak nie udało mu sie to. Poczuł natomiast na swoim

ramieniu czyjąś rękę. Obrócił się gwałtownie, i zobaczył, iż osobą,

która go dotnęła był jego mistrz - Nidoril.

- Idź stąd Ellifane, nic tu po tobie - rzekł półgłosem czarodziej.

Młody elf nie miał zamiaru stąd odchodzić, jednak wiedział,

że nie warto sie sprzeciwieć staremu czrodziejowi.

- Być może, że powiem ci potem, co tu się zdarzyło, ale teraz

proszę - odejdż - dodał spokojnym głosem mistrz.

- Dobrze - rzucił niedbale elf, po czym szybkim krokiem zaczął

oddalać się od placu.

Co tam było? - zastanawiał się młody czarodziej. Dlaczego

Nidoril mnie nie wpuścił do środka powłoki? Elf nie wiedział co o

tym wszystkim sądzić. Doszedł już do końca placu, gdy nagle

przypomniał sobie, jak przejrzeć magiczną barierę - wystarczyło

zwykły kawałek szkła.

- Muszę wiedzieć, co tam się stało - powiedział cicho do siebie

Ellifane. I dowiem się - dodał z determinacją, po czym zawrócił z

powrotem w kierunku miejsca tajemniczego zdarzenia.







Caston zapukał do drzwi, prowadzących do prywatnych komnat

pani Indaviel. Odczekał chwile, jednak nie dostał odpowiedzi. Już

chciał zapukać ponownie w piękne, srebrne drzwi, że stalowymi

okuciami, jednak one momentalnie się otworzyły. Stanął w nich znany

wszystkim doskonale, weteran wielu bitew, doradca i przyjaciel

królowej Lyunda, zwany także "Srebrnookim", a to z powodu

magicznego lewego oka, które emanowało lekkim srebrnym blaskiem.

Stracił je podczas jednej z bitew z orkami, dawno temu, w Czasach

Zawieruchy, tuż po Bitwie pod Jeziorem. Był już bardzo stary, nawet

jak na elfa, jednak wciąż pełny sił.

- Pani cię oczekuje - rzekł spokojnie elf. Możesz wejść.

Caston skinął głową z godnością, i wszedł do środka.

- Królowa jest w pokoju gościnnym, drugie drzwi na lewo -

powiedział Lyunda, po czym odszedł w kierunku swoich własnych

pokoi, zapewne aby odpocząć.

Dowódca straży, poszedł we wskazane miejsce i chwyciwszy za

inkustrowaną złotem kołatkę, zapukał. Wejdź - usłyszał cichy,

delikatny głos.

Caston, nie zawachawszy się, zaczął powoli wchodzić do

komnaty. Lekko zamknął drzwi i stanął tuż przy nich, czekając na

reakcje pani Indaviel. Dowódca znów stanął zafascynowany

niesamowitym pięknem tego pomieszczenia, które wykraczało poza

wszystko. Jego bogactwo i prostota jednocześnie, były po prostu

olśniewające.

- Witaj - powiedziała melodyjnie pani, patrząc wciąż przez okno.

O co chodzi? Czy przybywasz do mnie w sprawie tego.. - zawiesiła na

chwile głos, w zadumie, po czym skończyła szeptem - ...wydarzenia

na placu?

Dowódca zafascynowany, pięknem gosu pani, którą widział

dopiero trzeci raz w życiu, dopiero po chwili zdał sobie sprawe z

tego, że dostojna elfka patrzy na niego swoim spokojnym wzrokiem,

wyraźnie oczekując odpowiedzi. Caston otworzył usta, chciał

potwierdzić, jednak Indviel rzekła:

- Wiem, że tak - westchnęła odwracając wzrok. Cóż, nie wiem

dokładnie kto był sprawcą

tego incydentu. Gdy tylko sie dowiem, od razu sie dowiesz. Na

razie, rozkaż swoim ludziom, aby podwoili patrole, nie podawaj

mieszkańcom żadnych iformacji. Nie chcemy wzbudzić paniki - dodała

z lekkim uśmiechem. Teraz idź, i zrób co powiedziałam.Mam wiele do

przemyślenia.

Dowódca znów, dopiero po chwili spostrzegł, że jego pani

się w niego wpatruje. Nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, Caston

tylko ukłonił się, i wyszedł, nie mogąc pozbierać myśłi. Pani

Indaviel, spojrzała smutnym wzrokiem przez okno na ścianę domu

Nidorila.





Srebrzysty księżyc, razem ze świecącymi gwiazdami, pojawił

się nad głowami mieszkańców Alliel. Powoli zapadała noc, lecz mimo

ty, każdy wciąż mówił o morderstwie ostatniej nocy. Wszyscy

pozmykali sie w swoich domach, jedynie strażnicy patrolowali ulice.

Jedank nie wiedzieli, że był tam ktoś jeszcze...

Ellifane, zasłonił głowę kapturem, i powoli wyłonił się z

zaułka, przy wąskiej ścieżce, tuż przy placu, spojrzał w jego

strone, w miejsce zdarzenia ostatniej nocy. Czarna sfera ciągle się

tam znajdowała, a wokół niej krążyło wielu strażników. Dzięki

lampom, młody elf widział wszystko dokładnie, i ze smutkiem

stwierdził w myslach, że jest ona zbyt dobrze strzeżona, aby mógł

on zobaczyć, co tak naprawde się zdarzyło. Westchnął i spojrzał w

górę, na granatowo - czarne niebo. Nagle, przez jego głowę

przebiegła szalona myśl. Nie wyłaniając sie za bardzo, spojrzał na

ułożenie dachów. Choć były dość strome, to jednak możliwe było

przejście po nich, aż pod samo strzeżone miejsce. Ellifane się

usmiechnął, jednak pomimo genialności jego planu, westchnął ze

zrezygnowaniem. Nie miał liny, a w żaden inny sposób nie mógłby się

dostać na jakikolwiek dach. Cofnął się o krok, i potknąwszy się o

coś, z łoskotem runął na ziemie. Pozostał chwile w bezruchu,

nasłuchując, czy czasem żaden strażnik się nie zaintersował tym

odgłosem, jednak po dłuższej chwili, gdy nie usłyszał żadnych

odgosów, świadczących o obecności kogoś poza nim, spojrzał, co było

przyczyną jego upadku. U jego stóp, leżała gruba, stara lina. Elf

uśmiechnął się, świadomy swojego szczęścia, wstał, i podniósł ją.

Choć miała już swoje lata, była dość mocna. Młody elf chwycił ją i

zawiązał w lasso. Spojrzał w górę, na szczyt dachu, gdzie stała

dość duża wieżyczka, zakończona ostrym, metalowym szpikulcem. To

będzie idealne miejsce - pomyślał Ellifane, i po chwili namysłu

rzucił liną, która jedynie wzniosła się na poziom dachu, i od razu

spadła elfowi na głowę, pozbawiając go na chwile zmysłu równowagi i

powalając na ziemię. Młody elf wstał, przeklinając pod nosem i

spróbował jeszcze raz. Lina znów spadła, jednak tym razem, Ellifane

w porę odszkoczył. Uśmiechnął się łobuzersko, i uparcie rzucił

jeszcze raz. Tym razem ciężka lina idealnie zawiązała się wokół

szczytu wierzyczki, umożliwiając elfowi wejsćie na dach. Młody

adept zaczął powoli wspinać się po niej. Wyszedł na poziom

pierwszego piętra, i z ciekawością spojrzał przez okno, aby ujrzeć

śpiącego człowieka, wydającego wyjątkowo głośne odgłosy chrapania.

Ellifane wspinał się dalej, i znów spojrzał przez okno następnego

piętra, uśmiechając sie bezczelnie. Tym razem ujrzał dwie postacie,

baraszkujące na łózku. Elf ledwo mógł powstrzymać się od śmiechu,

gdy pomyślał, co by się stało, gdyby go zobaczyli. Z nieustającym

chichotem, adept wspiął się na dach. Był on dość stromy, pokryty

niebieskawym kamieniem. Młody elf spokojnie i powoli przeszedl po

nim, i przeskoczył na następny. Był już coraz bliżej, kiedy nagle

poślizgnął się, i zaczął zjedżać w dół, do 5 metrowego spadku i

strażników, jednak w rozpaczliwym ruchu, Ellifane chwycił się

brzegu dachu. Zwisająca z góry postać szybko przykuła uwagę

strażników. Adept westchnął ze smutkiem, kiedy zobaczył biegnące w

jego stronę patrole. Szybko znalazł się tam też jeden czarodziej,

który bezpiecznie sprowadził młodego elfa na ziemie. Strażnicy

szybko odbiegli do Ellifane i ściągnęli mu kaptur.

- Kim jesteś i co tam robiłeś - zapytał jeden z dowódców patroli.

Młody elf uśmiechnął się i rzekł:

- Jestem Ellifane, co jest powodem waszej napaści na mnie?

- Napaści? - zdziwił się strażnik. Chyba chodzenie po dachach w

nocy jest czymś normalym, co? - zapytał z usmiechem, po czym skinął

na strażników. Zabrać go do więzienia, aż do wyjaśnienia. I wracać

na swoje stanowiska.

Młody adept ze smutkiem, i czubkiem włóczni przy plecach,

ruszył w stronę miejskiego aresztu.





Młody elf, z łoskotem wpadł do jednej z cel. Oprócz niego

siedział tam inny, stary, elf. Gdy strażnicy odeszli, podszedł do

adepta i zapytał:

- Za co cie przymknęłi, hę? Ja jestem podejrzany o to morderstwo

na placu.

- Jakie morderstwo? - zdziwił się Ellifane.

Więzień popatrzył na niego z niedowierzaniem.

- Nie mów, że nie wiesz o morderstwie! - rzekł zdzwiony. Myślisz,

że dlaczego dali tam tą czarną kulę, i tyle straży? Wczoraj rano

znaleźli tam poszarpane ciało jakiejś dziewczyny. I podejrzewają

mnie - dodał zirytowany. A ja tylko tamtędy przechodziłem, i

zobaczyłem ją, i krzyczącą kobietę. I wtedy przybiegli strażnicy i

mnie zamknęli.

- A zabiłeś ją? - zpytał młody adept ze strachem w głosie.

Starszy elf popatrzył na niego z niedowierzaniem.

- Oczywiście, że nie - odrzedł. Po co miałbym?

Ellifane westchnął i położył się nie pryczy. Szybko zasnął, ze

zmęczenia, i z nudów.

Nie minęło wiele czasu, kiedy kubeł zimnej wody, szybko

zbudził młodego elfa. Strażnik usmiechnął się i rzekł:

- Wychodzisz. Sama pani Indaviel chce się z tobą widzieć - dodał

ze zdziwieniem. Ciekawe po co... - mruknął jeszcze, gdy Ellifane

odchodził.





Pani Indaviel siedziała w swojej komnacie, patrząc przez

okno na gwiazdy. Zamyśliła się patrząc na ich piękno i blask. Nagle

w komnacie rozległo się pukanie, wyciągając Indaviel z zadumy. Do

pomieszczenia wszedł Lyunda.

- Witaj o pani, przybył ten, kogo oczekiwałaś - rzekł spokojnym

głosem, po czym wyszedl, zostawiając uchylone drzwi, w których po

chwili pojawił się młody elf.

Ellifane rozejrzał się po pomieszczeniu, zachwycony jednak

jego wzroku utwkił na postaci, siedziącej przy oknie, odwróconej

plecami do niego elfce.

- Usiądź - powiedziała spokojnie.

Młody adept bez chwili zastanowienia, usiadł na krześl

stojącym tuż przy wejściu.

- Dlaczego mnie pani wezwała? - zapytał zaciekawionym głosem elf.

Pani Indaviel odwróciła się w jego stronę, z wypisanym na

twarzy smutkiem.

- Zastanawiałeś się kiedyś, czym są gwiazdy? Czym jest księżyc? -

zapytała, wpatrując się w Ellifane'a.

- Nie - odpowiedział szybko elf. Nigdy mnie to nie zastanawiało -

dodał zaciekawionym gosem.

Pani Indaviel uśmiechnęła się i odwróciła znów w stronę

okna.

- Podejdź tutaj - rzekła. I spójrz na nie, czyż nie są piękne? -

zapytała adepta, który podszedł do okna.

- Są - prztaknął elf. Bardzo.

- Widzisz, chłopcze, gwiazdy - zaczęła, to dusze ludzi, elfów i

innych istot, które wpłynęły na losy świata. Te które świecą

najjaśniej, to najwięksi bohaterowie tego świata, walczący o dobro

i prawość na tym świecie. Te co świecą słabiej, to inni którzy

również w jakiś sposób wpłynęłi na nasze losy. Bo widzisz -

ciągnęła, odrwóciwszy się w stronę Ellifane'a. Każdy kształtuje

sobą otaczającą go rzeczywistość. Każdy wpływa na losy świata. Bez

wyjątków. Ty także wpłyniesz, i to bardzo, choć może jeszcze o tym

nie wiesz. Widzę to w twoich oczach - dodała z uśmiechem.

- Oczywiście z tymi duszami to bajka dla małych dzieci -

powiedziała spokojnie Pani. A teraz spójrz na księżyc - rzekła,

znów odwracając głowę.

Młody elf spojrzał na świecący jasnym blaskiem księżyc. Nie

mógł oderwać od niego wzroku, wydawał mu się taki piękny. Po

chwili, poczuł się wyjątkowo dziwnie, jak zeszłej nocy. Powoli

tracił świadomość, znów pojawiała się w nim ta dziwna siła.

- Walcz z tym - usłyszał cichy, odległy głos, jednak nie zwracał

na to uwagi.

Pani Indaviel nie mogła nic zrobić, tylko patrzeć, jak

młody adept, z płonącymi czerwienią oczami, wyskakuje przez okno, i

znika w czerni nocy.

- Lyunda, zwołaj Radę - poleciła stojącemu już w drzwiach staremu

elfowi.





Sala w kształcie pięciokąta o równych bokach, zdobionych

obrazami poprzednich władców, z dachem pod postacią kopuły, powoli

zapełniała się wszystkimi, potężniejszymi, elfimi czarodziejami,

radą Magów Zielonego Liścia, z panią Indaviel na czele. Decydowali

oni o wszystkich sprawach w mieście, i kraju. Rada zwoływana była

na czas wojny, oraz aby osądzić kogoś oskarżonego o jakąś zbrodnie.

Wszyscy starsie eflowie usiedli już na swoich inkustrowanych

srebrem i szmaragdami fotelach, oczekując na ostatniego jej

członka, Indaviel.

Władczyni wkroczyła po chwili do szaty, z dumnie

wyprostowaną głową, i twarzą nie ukazującą żadnych emocji. Jej

jasne włosy powiewały, przy każdym kroku, natomiast jej zielono -

biała szata, bezszelestnie ciągnęła się za nią po ziemi. żaden z

pozostałych członków Rady nie wyraził widocznie swojego zachwytu,

jednak wszyscy zgodnie twierdzili w myśłach, że ich pani jest

wyjątkowo piękną istotą.

- Witajcie - rzekła Indaviel spokojnym głosem, siadając na swoim

miejscu. Chyba wszyscy wiecie, dlaczego tu jesteśmy.

- Ellifane - rzekł jeden z magów.

- Tak, Nidorilu, chodzi o twojego wychowanka - skinęła pani. Nie

wiem czy wiesz, ale ten młody adept wszedł w posiadanie dziwnego

ostrza, i wydaje mi się, że to właśnie ono sprawiło, że zabił on tą

kobietę, i przed chwilą znów uciekł.

- Musimy go złapać, zanim wyrządzi więcej szkód - szybko

powiedział jeden z najmłodszych obecnych tam magów, z długimi,

czarnymi włosami, obadającymi wzdłuż pleców.

- Tak, Arten, owszem musimy, ale najpierw zdecydujmy, co z nim

zrobimy - odrzekł Nidoril. Z nim, i z tym mieczem.

- To nie jest jego wina - rzekła z kamienną twarzą Indaviel.

Jednak nie może uniknąć kary, a co do miecza... - zawiesiła na

chwile głos, zastanawiając się. Lyunda umieści go w bezpiecznym

miejscu - powiedziała patrząc na stojącego przy wejściu wojownika.

- Dobrze, ja się zgadzam, a reszta? - zapytał entuzjastycznie

siedzący na lewo od Nidorila elf, z jasnymi włosami.

Wszyscy zgodnie skinęli głowami.

- Nidoril, Arten, Lyunda, idźcie po niego, i odbierzcie mu to

niebezpieczne ostrze - zakończyła pani Indaviel, i skniąwszy na

doświadczonego wojownika, wyszła z komnaty.

Reszta Rady szybko rozeszła się, a na sali po chwili

pozostało tylko trzech elfów, którzy mieli zająć się -

zagrażającemu mieszkańcom - Ellifanem.





Mgła, bezradność, znowu te rzeczy były jedynymi, które

Ellifane pamiętał po przebudzeniu. Gdy próbował wstać, poranna rosa

ściekła mu po twarzy, całkowicie przywracając mu świadomość. Elf

rozejrzał się, chciał zobaczyć, gdzie tym razem trafił. Dokoła

tylko szumiał stary las. Młody adept, szybko spojrzal na swoje

ubranie, lecz nie miało ono na sobie żadnych śładów krwi, bylo

tylko całkiem przemoczone.

- Ciekawe gdzie jestem - mruknął pod nosem Ellifane patrząc w doł

wzgórza, na którego szczycie się znajdował.

- W lesie N'deailon, Nieprzebranej Puszczy - odezwał się piskliwy

głos zza pleców elfa.

Młody adept z krzykiem zaskoczenia odwrócił się, i cofnął o krok.

Niestety, o krok za nim, był korzeń drzewa. Ellifane z łoskotem

przewrócił się, i zaczął staczać ze zbocza porośniętego zielono -

brunatnym mchem i paprociami. Po dłuższej chwili, droga elfa

zakończyła się w rwącym potoku, zatrzymując poobijanego,

zdezorientowanego adepta.

- Spokojnie elfie, ja nie gryze, przynajmniej nie takich

wielkoludów - zaśmiał się ktoś.

- Kim jest... - zaczął Ellifane, jednak nie skończył, gdyż ból w

całym ciele był zbyt silny.

- Dowiesz sie w swoim czasie - znów zaśmiał się dziwny głosik.

Młody adept usłyszał tylko cichy trzask, po czym zapadł w błogi sen.





Słońce powoli wschodziło nad Alliel, gdy trzech elfów

przeszło obok ostatnich zabudowań miasta, i weszło na gościniec,

biegnący wzdłuż wielkiego lasu i brzegu jeziora E'leiteal, jeziora

Snów. Jeden z nich, ubrany w lekką skórzaną zbroję, i czarny

płaszcz zatrzymał się na chwile, i spojrzał na skraj traktu.

- Ślady biegną do lasu - powiedział.

- Jesteś pewien Lyunda, że to on? - zapytał ubrany elf w brązowo -

zieloną szatę, z ciemnymi włosami.

- Nie - odrzekł spokojnym włosem, doświadczony wojownik. Jednak

trop wskazuje na to, że ten ktoś, biegł, i to w dodatku dość

chaotycznie stawiał kroki. Powinniśmy zaryzkować, i podąrzyć za

nimi - dodał.

- Skoro nie mamy innego wyjścia - westchnął Arten. Bo nasze czary

skaningowe niczego, o dziwo, niezwykłego nie wskazały, oprócz

zwykłych istot zamieszkujących N'deailon.

- Więc nie traćmy czasu, chodźmy - rzekł Nidoril. A co do czarów,

to zapewne dlatego, że leśne skrzaty, albo inne magiczne stworzenia

go już go dorwały. Albo juz nie żyje - dodał szeptem.

Wszyscy weszli pospiesznie do lasu.





Ellifane ocknął się. Czuł, że leży na czymś zimnym i

twardym. Kucnął i rozejrzał się, a to co zobaczył, rozbudziło

strach i bezradność w jego mózgu. Znajdował się w zardzewiałej

klatce, zawieszonej na łańcuchach, a z każdej strony widział tylko

czarną pustkę. Młody elf wstał. Gdzie ja, do cholery, jestem? -

zastanawiał się adept.

- Pomocy - krzyknął elf. Jest tu kto?

Jedyną odpowiedzią, było głuche echo, powtarzające się

dziesiątki razy. Ellifane krzyczał, i krzyczał, jednak nikt nie

odpowiadał. Może by tak spróbować magii - pomysłał adept. Tak to

będzie dobry pomysł, tylko jakiego by tu czaru użyć - myślał dalej

elf. Najpierw rozświetle całe to pomieszczenie, zobacze co tu jest

ciekawego - wyszeptał z łobuzerskim uśmieszkiem Ellifane.

Młody elf zaczął recytować inkantacje, jednak po chwili

zamieniło się to w krzyk bólu, gdy jego dłonie przeszył ból, jakby

któs wsadził mu ręce do pieca hutniczego. Ledwo trzymając się na

nogach z bólu, który jednak już przechodził, spojrzał na swoje

dłonię. Jego przedramiona, owinięte były dziwnym, zielono, czarnym

czymś, co przypominało kształtem gałązki klonu, i co z pewnością

było magicznie zaklęte, aby uniemożliwić użycie magii. Adept zaklął

pod nosem nad wyraz pospolicie i wulgarnie.

- Nie ładnie jest tak mówić - zaśmiał się znajomy, piskliwy głosik.

Ellifane odwrócił się gwałtownie, szukając wzrokiem tego, kto to

powiedział.

- Tutaj - odezwał się znów.

Młody elf wyraźnie zirytowany odwrócił się. Na podłodze klatki,

stał mierzący około jednego łokcia, ubrany w strój o wyjątkowo

krzykliwych barwach ktoś.

- Leśny skrzat, Eal Tith - mruknął pod nosem adept.

- Mów mi prosze po imieniu, nazywam się C'agdof'd'angerdoe'dePardo

Angor'abil'Marteus - wyrecytował szybko, z ciągłym uśmieszkiem. Dla

przyjaciół Marti - dodał widząc zażenowanie na twarzy Ellifane.

Tak się możesz do mnie zwracać.

- Dobrze.... - zawachał się elf. Marti...., po co tu jestem, czego

ode mnie chcesz, lub chcecie, jeżeli jest was więcej.

- Otóż widzisz - zaczął skrzat. Pewnie zauważyłeś brak Twojego

miecza. A raczej naszego, tyle że skradzionego przez niewiadomą nam

osobę, skoro ty go masz, znaczy, że ty go skradłeś. Musisz ponieść

karę. Zostaniesz....

- Nie ja go ukradłem! Ja... - przerwał adept.

- Nieważne - syknął Marti. Ty go miałeś, więc wszystko wskazuje na

to, że TY go ukradłeś. Zrzucimy Cię do labiryntu, nad którym się

właśnie znajdujemy. Dostarczysz nam rozrywki, jeżeli przeżyjesz, i

dojdziesz do końca, wypuścimy Cię.

- Pa - dodał skrzat, pstrykając palcami.

Dół klatki otworzył się, a Ellifane, z wyrazem przerażenia na

twarzy zaczął spadać...





Zza drzew wyskoczył ciemny kształt, atakując

niepostrzeżenie. Ale elf, którego odwarzył się zaatakować, byl

doświadczony, wiedział, że tam, w mroku coś się czaiło. Wykonał

unik, unikając ciosu, bezbłędnie wymierzonego w krtań, i ciał

stworzenie na odlew, przez grzbiet. Stwór rzucił się w bok, jednak

ostrze miecza przejechało mu po plecach, tworząc paskudną ranę,

jednak nie zabijając napastnika. Istota rzuciła się do panicznej

ucieczki, wyskoczyła w górę w stronę drzew, jednak czekał już tam

na nią miecz elfa, który wbił się głęboko w brzuch stworzenia.

Ostatnim dżwiękiem jakie wydała poczwara, był syk, połączony z

bulgotem krwi w gardle. Lyunda kopniakiem zrzucił stworzenie z

miecza.

- Straten - mruknął, patrząc na leżące na ziemi ścierwo, mającego,

cztery długie odnóża zakończone morderczymi pazurami, i gęsto

uzębioną szczęke, i ciało pokryte grubą, chitynową łuską stwora.

Dobrze, że go wcześniej zauważyłem - mruknął do wyłaniających się z

cienia z mroku za nim, Nidorila i Artena.

- Nie traćmy czasu - mruknął czarno-włosy, młodszy czarodziej.

Ruszajmy. Widzisz cały czas ślady, Lyunda?

- Tak, powiem więcej, są coraz bardziej równe, sądze że już

niedaleko, do miejsca w którym przestał być pod działaniem swojego

miecza.

Wszyscy trzej, równym krokiem ruszyli dalej.





Młody elf spadał, spadał i spadał. Wokół widział tylko

ciemność, albo urywki skał. Jego upadek zamortyzowała dziwna

roślina, mająca kształt grzyba z bardzo dużym kapeluszem. Ellifane

ześlizgnął się po nim na podłoge, już nie tak miękką, tylko twardą

i kamienistą. Zaczął wymiotować w konwulsyjnych drgawkach, po czym

przewrócił się na plecy, powoli odzyskując świadomość.

- Wokół masz dość uzbrojenia, aby wybrać coś dla siebie -

rozbrzmiał głos. Jeżeli dojdziesz do końca i przeżyjesz, będziesz

wolny.

Adept westchnął. Nie powiedział nic, wiedział, że

jakiekolwiek krzyki i protesty są bezsensowne. Spojrzał na swoje

ręce, i z ulgą stwierdził, że nie ma już na nich tej dziwnej,

palącej rośliny. Elf wstał i rozjerzał się po pomieszczeniu,

wyglądającemu jak spora jaskinia. Przy jednej ze ścian, stały

oparte wszelkie rodzaje broni. Były zakurzone, brudne, bez

wątpienia bardzo stare, ale chyba nadające się do użytku. Ellifane

znów westchnął i podszedł do uzbrojenia. Wziął do ręki stary

jednoręczny miecz. Wywinął nim kilka młynków i z zadowoleniem

stwierdził, że jest wcale nieźle wywarzony. Wsadził go do pochwy,

pozostalej po poprzedniej broni i podniósł mały sztylecik, z

niewyraźnie wygrawerowanym wilkiem na rękojeści. Elf przyjrzał mu

się i przejechał delikatnie palcem po krawędzi. Na jego palcu

pojawiło się delikatne przecięcie, z którego momentalnie pociekła

mała strużka krwi. Adept uśmiechnął się i schował broń za pas.

Jaskinia oprócz owego grzyba, i broni ustawionej przy ścianie,

miała tylko pochodnie porozstawiane blisko siebie wokół

pomieszczenia. Ellifane wziął jedną, i wyciągnął miecz. Pierwsze,

szybkie uderzenie o ściane wykrzesało iskrę, jednak, pochodnie nie

zapaliła się. Adpet spróbował jeszcze raz, tym razem niewielki

płomień pojawił się na brzegu pochodni, jednak szybko zgasł. Młode

elf westchnął i rozejrzał się znów po jaskini. Dopiero teraz

zauważył stojący przy wyjściu mały, ołowiany kociołek. Podszedł do

niego, trzymając pochodnie w ręce i po zapachu poznał, że zawiera

sporo oliwy.

Nagle Ellifane usłyszał cichy syk, i po chwili, poczuł, jak

coś ostrego przecina jego spodnie i zagłębia się delikatnie w jego

nogę. Młody adpet momentalnie cofnął się, niestety potykając się o

znajdujące się za nim wyżłobienie na ziemi. Po całej sali rozległ

się dziwny chichot, a elf po chwili poczuł jak cos dziwnego wgryza

się w jego but. Ellifane kopnął stworzenie, które było powodem

poszarpanego już czubka buta. Adpet zobaczył, jak mały stwór ze

skrzydłami i dwoma wielkimi zębami wystającymi z obu stron szczęki

odleciało na kilka metrów, przeturlało się, i wstało, powarkując

cicho. Młody elf był przygotowany na nastepny atak. Kiedy tylko

małe stworzenie skoczyło, chcąc zapewne znów wgryźć się w nogę

Ellifane'a, on uskoczył w bok, i potraktował lecącą poczware

kopniakiem. Dziwne istota uderzyła o ściane, po czym spadła na

ziemie i znieruchomiała. Adept z wyciągniętym mieczem zaczął powoli

iść w stronę nieruchomego stwora. Po chwili stworzenia poruszyło

się, zapewne próbując wstać, jednak młody elf szybko zamachnął swym

ostrzem, tnąc w poprzek, niemal przecinając małe stworzonko na pół.

Po chwili wokół ścierwa rozprzestrzenił się tak okropny odór, że

Ellifane ledwo powstrzymał się od ponownego zwymiotowania, i szybko

odszedł jak najdalej od niego.

- Ciekawego ile tego się jeszcze tutaj czai - westchnął

zrezygnowany.

Młody elf podszedł do leżącej pochodni, i zręcznym ruchem nogi

podrzucił ją, po czym złapał z uśmieszkiem na twarzy. Podszedł do

oliwy i zanurzył w niej jej koniec. Po chwili wyciągnął ją i

kolejnym, zręcznym uderzeniem miecza o ściane, wykrzesana iskra

zapaliła pochodnie. Ellifane cały czas uśmiechał się, pełen

nadzieji.





Trzej wędrowcy przedzierali się przez puszcze N'deailon,

uważnie idąc po śladach. Prowadzący, starszy elf z mieczem,

zatrzymał się na szczycie delikatnego wzniesienia, które z

przeciwnej strony opadało do rzeki.

- Tutaj kończą się ślady stóp - rzekł spokojnie Lyunda. Nasz

zaginiony potknął się o ten korzeń i zjechał prosto do tamtego

strumyka.

- Więc chodźmy tam i szukajmy następnych śladów - rzekł

sfrustrowany poszukiwaniami Arten. Mam już dość tego szukania.

Elfowie zeszli uważnie po zboczu, omijając śliskie kamienie,

korzenie, dziury i inne potencjalnie niebezpieczne przeszkody.

Lyunda kucnął i przyjrzał się okolicy.

- Sturlał się tutaj - rzekł zdziwiony. A dalszych śladów nie

widze. Jakby zniknął - dodał zaniepokojony.

- Jak to? - krzyknął Arten, wyraźnie zdenerwowany. Co się z nim

stało? Nie mógł tak po prostu wyparować!

- Cicho - zganił go Nidoril. Nie wyczuwasz w tym miejscu

słabnących już, ale ciągle obecnych wibracji energii? Ktoś tu

nieźle używa magii, najprawdopodobnie Ellifane został

przeteleportowany, albo gdzieś przelewitował, i to bynajmniej

zapewne z własnej woli.

- Faktycznie coś w tym jest - przytaknął młodszy czarodziej. Więc

co robimy?

- To była lewitacja - odrzekł po chwili skupienia siwowłosy mag.

Więc wystarczy magiczne śledzenie, i będziemy wiedzieli, dokąd udał

się nas milusiński- dodał sarkastycznym tonem.

- Chyba jedynie Eal Tith, ze stworzeń, które tutaj żyją, są zdolne

do użycia tak zaawansowanej magii, prawda? - zapytał Lyunda.

- Nie tylko - rzekł Nidoril. Ale módlmy się, żeby to była leśne

skrzaty, bo inaczej nasz młody elf już raczej nie żyje, albo

właśnie umiera - dodał cicho.

Arten wykonał kilka gestów dłońmi, wymruczał wiązankę słów, i po

chwili w powietrzu rozbłysła, oznaczona czerwoną mgła droga

- Chodźmy - powiedział ochoczo wojownik, po czym trzech elfów

wyruszyło w dalszą drogę.





Pochodnia rozświetliła wszystkie zakątki tunelu

wychodzącego z pierwszej jaskini. Ellifane ostrożnym krokiem, z

wyciągniętym mieczem, zmierzył na jego drugi koniec. Młody adept

rozglądał się uważnie, nie chciał kolejnego niespodziewanego ataku.

- Ciekawe jak duży jest ten cały labirynt - mruknął pod nosem

niepewnie, patrząc na podnoszący się sufit.

Tunel powoli rozszerzał się, zaczynała się kolejna jaskinia.

Młody elf, stąpając delikatnie i czujnie, wszedł do kolejnej

kondygnacji labiryntu. Pomieszczenie wydawało się całkiem puste,

jednak adpet był pewien, że za licznymi stalagmitami i stalaktytami

wystającymi z ziemi z pewnością coś się kryło. Na jego środku

znajdowała się jednak ogormna, kamienna płyta, z wyrytymi napisami.

Ellifane podszedł niej, i rozpoznał, że są na niej zapisane słowa w

Nea Tidilith, języku Eal Tith, jednak młody adept, nie miał

zielonego pojęcia co tam pisze, niewielu elfów w ogule by potrafiło

to rozszyfrować. Cóż leśne skrzaty mają wyjątkowe upodobania, do

bardzo długich wyrazów. Elf minął skałę, i nie zmniejszając

czujności, przeszedł na drógi koniec jaskini.

Tym razem prowadziły z niej dwa tunele. Ellifane westchnął

niezdecydowanie, i po chwili zastanowienia, wszedł do wschodniej

odnogi. Ten tunel nie różnił się zbytnio od poprzedniego, skały,

skały, i jeszcze raz skały, a oprócz tego prosta droga. Adept

spojrzał najpierw na płonącą pochodnię, a potem na jej płomienie

odbijające się w ostrzu miecza. Jedynie to pozwalało elfowi

zachować nadzieje, dodawało mu otuchy. Adept, spokojnym krokiem

ruszył. Wokół niego, tańczyły niespokojne cienie, wywołane światłem

pochodni, przez które Ellifane cały czas niespokojnie rozglądał

się, czy żadna poczwara nie czai się w mroku za, lub obok niego.

Młody elf zauważył, że zbliża się następna jaskinia, tunal się

rozszerzał. Adept stanął przy wyjściu, i ledwo powstrzymał się

krzyku.







Lyunda kucnął na brzegu sporej polany, wpatrując się w

smugę czerwonego dymu, biegnącą w stronę wielkiego dębu, stojącego

na jej środku. Za nim w cieniach drzew stanęło dwóch magów.

- No to już wiemy, gdzie jest nasz zaginiony - mruknął Nidoril. W

samym środku królestwa Eal Tith.

- Chyba nie mamy wyjścia, musimy spróbować negocjować - odrzekł

Arten. Za dużo tego tutaj jest, nawet jak dla nas, czyż nie?

- Chce uniknąć rozlewu krwi, a poza tym faktycznie, jest ich za

dużo - przytaknął starszy czarodziej.

- Na pewno wiedzą, ze tu jesteśmy - dodał. Chodźmy więc po

Ellifane'a, byle prędko, nie wiadomo, co oni z nim właśnie robią.

Trzej wędrowcy wyszli na polanę, i zmierzyli w stronę wielkiego

drzewa. Słońce rozkosznie ogrzało ich twarze, dostarczając

przyejmnego uczucia ciepła. Nie minęło wiele czasu, jak wokół elfów

pojawiła się błękitna sieć, oplatając ich ze wszystkich stron.

Nidoril wykonał szybki ruch dłonią, wypowiedział kilka słów.

Błysnęło jasne światło, i magiczna siatka zniknęła.

- Nie chcemy walki - rzekł Arten. Szukamy pewnego młodego elfa,

który znajduje się w waszej niewoli. Oddajcie go nam, a obejdzie

się bez niepotrzebnych ofiar.

Po polanie rozległ się cichy chichot.

- Elfa młodego szukacie - odezwał się piskliwy głosik, za plecami

poszukiwaczy. Chodźcie za mną, zaprowadze was do niego - dodał,

pojawiając się nagle w swej niewielkiej postaci przed wędrowcami,

po czym ruszył szybkim krokiem, w stronę dębu, ledwie widoczny

pośród traw i wrzosów.





W całej jaskini czuć było odór rozkładu, na samym jej

środku leżały szczątki różnych stworzeń. Ellifane z przerażeniem

zauważył, że było tam również kilku martwych ludzi i elfów. Ze

wschodniej strony, adept usłyszał dziwny syk. Młody elf obrócił się

gwałtownie. Kolejny raz, język stanął mu w gardle ze strachu. Z

zakończonym kolcem ogonem, gigantyczny skorpion, przynajmniej pięc

razy większy od Ellifane'a, szedł w jego strone, na swoich sześciu

ochydnych odnóżach, podczas gdy następna ich para, zakończona

wielkimi szczypcami, była wyciągnięta w jego strone. Olbrzymie

szybkim krokiem podchodzilo coraz bliżej, a elf z przerażenia nie

mógł zrobić ani kroku. Po chwili, gdy poczwara była nie dalej niż

pół stajania od niego, elf przemógł się, i rzucił do panicznej

ucieczki, w stronę drugiego wyjścia z jaskini. Skorpion, niezwykle

szybko, podążył za nim, nieprzerwalnie szczękając szczypcami.

Strach dodaje skrzydeł - pomyślał Ellifane, co było prawdą, gdyż

adept normalnie, nigdy chyba nie osiągnąłby takiego czasu na setkę,

w jakim dobiegł do wyjścia z leża skorpiona. Jednak poczwara ciągle

zmierzał za nim. Młody elf pozbierał myśli, wyciągnął drżącymi

dłońmi grot strzały z kieszeni, i wyszeptał kilka słów. Nagle przed

nim pojawiła się płonąca strzała, która z ogromnym impetem

poleciała w stronę stwora, wbijając mu się głęboko w ciało, nieco

pod czymś, co możnaby nazwać głową. Skorpion zasyczał, i zatrzymał

się. Na chwile w jaskini zapanowała cisza, przerywana jedynie

szybkim oddechem Ellifane'a. Poczwara zasyczała po raz ostatni, po

czym przewróciła się na bok, i znieruchomiała.

- W samo serce - krzyknął rozradowany, jednak wciąż dygoczący ze

strachu elf. No prosze jak ładnie! Fortuna mi dzisiaj sprzyja -

dodał z łobuzerskim uśmiechem na ustach.

Młody adept rozjerzał się jeszcze raz po tym przerażającym

pomieszczeniu, pełnym odoru śmierci, po czym wszedł w tunel. Tym

razem nie musiał wybierać, był tylko jeden. Udało mu się opanować

drżenie rąk, jednak idąc przed siebie, kolejna rzeczw wzbudziła w

nim strach. Pochodnia ledwo się już paliła. Może jednak nie mam aż

tak wiele szczęścia - westchnął elf przyspieszając kroku. Po

kilkunastu minutach marszu długim tunelem, wśród niespokojnych

cienie na ścianach, przy zrezygnowanym westchnieniu, pochodnia

zgasła, a ciemność ogarnęła całą przestrzeń. No to pięknie -

mruknął elf, rzucając pochodnią ze złością przed siebie. Po

kolejnych kilku minutach, tym razem wyjątkowo wolnego kroku, i

ciągłego nasłuchiwania, czy żadna poczwara za nim nie idzie,

Młody adept usłyszał kapanie, które po jakmiś czasie przerodził

się w szum wody, spadającej z dużej wysokości. Czyżby wodospad -

zdziwił się Ellifane. Po następnych kilku krokach, elf zauważył, że

gdzieś w oddali, na końcu drogi, jest coraz jaśniej. Adept nie

zaniechawszy ostrożności, znów przyspieszył chód. Światło było

coraz bliżej. Wreszcie Ellifane zauważył, że cała następna

jaskninia, ogromna jaskinia, jest oświetlona dziwnym światłem,

pochodzącym od fosforyzujących liści, wyrastających z pnącz

biegnących po ścianach. Przez środek pomieszczenia biegł strumień.

Młody elf wszedł do jaskini i odetchnął z ulgą. Nie zauważył jak na

razie żadnego innego stworzenia, a ze wschodniej strony

pomieszczenia, znajdował się wielki wodospad, z którego zlatywała

krystalicznie czysta woda. Całe pomieszczenie było oplecione tą

dziwną świecącą rośliną, dzięki której było całkiem jasno. To

wszystko jest zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, w dodatku w

takim miejscu - pomyślał. Jednak szybko odegnał tę myśl, pragnienie

było zbyt wielkie. Adept rzucił się w stronę rzeki, padł na kolana,

odrzucił miecz i wziął trochę cieczy między ręce. Była lodowato

zimna, na pewno pyszna. Ellifane prawie zanużył w niej usta, kiedy

nagle usłyszał cichy głos.

- Nie... nie pij... ona jest zatruta - mówił ktoś bardzo cicho.

Elf momentalnie wstał i pomimo, iż ktoś go ostrzegał, rzucil

się po miecz. Dopiero teraz adept zauważył skuloną przy ścianie, z

przeciwnej strony do wodospadu, poruszającą się lekko postać.

Zauważył też inne, nieruchome.

- Kim jesteś - zapytał podchodząc powoli do ciemnej sylwetki.

- Nazyw... nazywam się... - rzekła cicho, ze słyszalnym wysiłkiem.

Vilineth.... te Eal Tith... skrzaty, wrzuciły mnie tu chyba już dwa

dni temu... Pomóż mi....

Ellifane wyraźnie zaintrygowany podszedł do niej. Ku jego

zdumieniu, spod płaszcza wystawały jej oprócz dłoni i nóg,

fosforyzujące pnącza, biegnąca aż do ściany, i łączące się z innymi.

- Ta..... ta roślina... - przerwała, kaszląc cicho. Gdy

podeszłam... oplątała mnie, wszczepiła się... ona żywi się duchową

energią, uwolnij mnie... nagrodzę cię...

Młody adept, stojący już tuż przy niej, zmachnął się, i zwinnym

ruchem miecza przeciął pnącza. Niespodziewanie, po odcięciu,

roślina zaatakowała, i zaczęła oplątywać się wokół jego ręki, w

której trzymał miecz. Elf bez zastanowienia wysarpanął sztylet zza

pasa, i odciął kolejne pnącze. Szybko chwycił napotkaną osobę za

rękę i odciągnął ją na bezpieczną odległość, niedaleko rzeki. Po

chwili tajemnicza postać kucnęła, mając wciąż spuszczoną głowę.

- Już mi lepiej - rzekła ucieszonym głosem. Dzięki.

- Nie ma za co - rzucił się adept. To jak będzię za tą nagrodą -

zapytał uśmiechając się.

Ellifane nawet nie zdążył mrugnąć, kiedy nagle kobieta wstała,

zrzucając kaptur, i pokazując wcale ładną twarz, ciemne włosy, i

lekko szpiczaste uszy, i niespodziewanie przykładając mu sztylet do

szyi. Uśmiechnęła się szeroko.

- W nagrode, może pozwole ci żyć - rzekła, lekko przejeżdżając mu

bronią po skórze, po czym kopnęła go, tak, że z impetem poleciał do

tyłu, ledwo utrzymując równowagę.

- Dzięki za łaske i wdzięczność - warknął. Nie próbuj tego więcej,

bo nie ręcze za siebie - rzucił, wkładając z powrotem sztylet za

pas.

Vilineth spojrzał na niego groźnym wzrokiem, po czym odwróciła

się, i lekkim krokiem ruszył w stronę, rozdwajającego się tunelu.

- Jeżeli chcesz przeżyć, to chodź, a nie stój tak, jak jakaś

niemota - warknęła.

Młody elf westchnął, kiwnął z niedowierzaniem głową i szybkim

krokiem ruszył za tą nową, dziwną towarzyszką.





Mały Eal Tith, stanął przed wielkim dębem. Puknął trzy

razy, szybko, w jego korę, następnie po chwili raz, delikatnie, i

znów dwa razy szybko i mocno. Przed skrzatem i trzema wędrowcami,

których prowadził, pojawił się owalny portal.

- Chodźcie za mną - powiedział uśmiechając się. Tam jest wasz

zaginiony, tam go znajdziecie, chodźcie, chodźcie.

Lyunda zrobił krok do przodu, i podszedł do migoczącego,

okrągłego portalu.

- Nie Lyunda, poczekaj. Nie wchodź tam - rzekł szybko Nidoril. Ty

skrzacie idź pierwszy.

- Nie, nie. Panowie elfowie pierwsi - odpowiedział, cały czas

uśmiechając się.

- Albo wejdziesz pierwszy, albo zostaniesz pokarmem dla robaków -

warknął Arten. A z tego drzewa zostanie kupka popiołu.

łobuzerski uśmieszek zszedł z twarzy małego Eal Tith, jego

miejsce zastąpiła nieukrywana złość i nienawiść. Skrzat cofnął się

o krok. Wędrowcy usłyszeli tylko cichy trzask, a w miejscu gdzie

przed chwilą stał Eal Tith, została tylko szara mgiełka, którą

szybko rozwiał wiatr, a po polanie rozległ się głos skrzata "Nigdy

go nie dostaniecie. Zginie i dostarczy nam rozrywki". Nidoril

westchnął. Nie wchodziło w grę niszczenie starożytnego drzewa.

Trzeba było znaleźć inny sposób. Portal cały czas migotał. Starszy

mag popatrzył na Artena, po czym skupił wzrok na portalu. Po chwili

ciszy, Nidoril zdecydowanie do niego wkroczył. Lyunda i czarnowłosy

mag poszli za nim. Słońce znikło za chmurami, a wiatr zawiał

mocniej, trzepocąc liściami starożytnego dębu.





Ellifane niemal biegł, aby dotrzymać kroku swej nowej

towarzyszce. Vilineth nie zwracając uwagi na potencjalne

niebezpieczeństwo, szła przed siebie bez jakiegokolwiek uzbrojenia

w rękach, wśród mroku, jakby doskonale znała drogę. Młody elf co

chwile się potykał o liczne kamienie leżące na ziemi. Wydawało mu

się, że słyszy co chwile cichy, szyderczy śmiech.

- Zwolnij - powiedział, potykając się znów, i ledwo utrzymując

równowagę. Gdzie tak ci śpieszno? I jak ty to robisz z tymi

kamieniami - dodał zirytowany, potykając się znów.

- Zamknij się i idź - rzuciła krótko. I nie hałasuj tak.

Adept zamilkł momentalnie, świadom, że do niczego to nie

doprowadzi. Elf ciągle potykał się o liczne, niezauważone kamienie.

Nagle w jego głowie pojawiła się genialna myśl. Ellifane sięgnął do

jednej ze swych kieszeni, i wyciągnął odrobine żółtego pyłu. Całe

szczęście, że troche mi tego zostało - pomyślał i uśmiechnął się,

patrząc, jak po kilku wyszeptanych słowach, na miejscu siarki na

jego dłoni, powstał niewielki, świecący, niebieski płomień. Jednak

wystarczył, aby mijać denerwujące skały.

- Czarodziej za trzy grosze - mruknęła Vilineth, na tyle głośno,

aby młody adept usłyszał kąśliwą uwagę.

Ellifane, puściwszy obelgę mimo uszu, przyspieszył kroku, nie

zostawając już w tyle za swoją towarzyszką. Chwile potem, elf

zauważył, że zbliża się kolejna jaskinia, mniejsza od poprzedniej,

jednak dokoła niej, porozwieszane były znów, świecące tym razem,

pochodnie. Elfka spowolniła kroku, i przywarła plecami do

ściany.Młody adept wyciągnął swój miecz. Klinga zalśniła na

czerwono, odbijając światło pochodni. Vilineth, weszła do

pomieszczenia, bacznie się rozglądając. Nagle po sali rozległ się

stukot podkutych nóg uderzających z impetem u ziemię. Vilineth

spojrzała z czystym przerażeniem na Ellifane'a, po czym zaczął biec

do dtugiego wyjścia. Młody adpet zrozumiał o co jej chodziło. Też

zaczął biec, a po chwili zobaczył, co było powodem jej strachu.

Wysoki na prawie trzy metry, z ogromnym, czarnym toporem, w stronę

Vilineth, biegł minotaur. Elf słyszał o takich stworzeniach, jednak

nie wierzyl że coś takiego w ogule może istnieć. Adpet pozbiera

myśli, zatrzymał się, kucnął i wziął w dłoń garść pyłu z ziemi.

- Ejj, poczwaro, tutaj - krzyknął na cały głos Ellifane,

wymachując mieczem. Mam coś dla ciebie.

Potwór zatrzymał się i spojrzał na elfa. Uniósł topór do góry, i

zaczął biec w jego stronę, rycząc dziko. Vilineth zatrzymała się

zdziwiona. On oszalał - mruknęła pod nosem, patrząc, jak minotaur

zbliża się do adepta.

- Jak mi to nie wyjdzie, to będzie nieciekawie - szepnął Ellifane,

po czym wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kawałek szkła, i

zanucił kilka słów. Ku jego uldze, niecałe 10 metrów od niego,

pojawiła się dokładna jego kopia. Nigdy mi to dobrze nie

wychodziło - mruknął zadowolony z siebie. Elf wziłął między dłonie

podniesiony pył, i gdy minotaur był już nie dalej niż 5 metrów,

wypowiedział kilka slów. Nagle zawiał silny wiatr, a wokól stwora

podniósł się piach, tworząc swego rodzaju burzę piaskową wokół

niego. Adept niemal krzyknął z radości. Ale to jeszcze nie był

koniec, młody elf zaczął okrążać szamoczącego się minotaura, i biec

w stronę wyjścia, gdzie stała przyglądająca się wszystkiemu

Vilineth. Zdezorientowany stwór wybiegł z nawałnicy, akurat przed

stojącą iluzją Ellifane'a. Minotaur zamachnął się toporem. Ostrze

przecięło kopię, a poczwara ryknęła dziko, rykiem triumfu. Młody

adept z uśmiechem na ustach dobiegł do opierającej się o ścianę

elfki.

- Uciekajmy, póki nas nie zauważył - powiedzial do niej szybko, po

czym wbiegł do tunelu. Vilineth zaklęła pod nosem. Zabrzmiało to,

jakby wolała, żeby minotaur przeciął jego, a nie iluzje. Po chwili

namysłu elfka podąrzyła za młodym adpetem, znikającym w mroku

korytarza.







Po kolei, jeden po drugim, trzech wędrowców spadło na sam

dół przepaści, aż na kapelusz wielkiego, brąowego grzyba. Lyunda,

po ześlizgnięciu się na ziemię, momentalnie wyciągnął miecz i

przeturlał się, rozglądając się po okolicy, czy w pobliżu nie ma

żadnego zagrożenia. Jednak jaskinia wydawała się pusta. Dwójka

magów stanęła za nim, również bacznie rozglądając się. Arten

wyszeptał parę słów, i przed elfami pojawiła się całkiem spora,

świecąca sfera, rozjaśniająca nawet najdalsze zakątki pomieszczenia.

- Był tutaj - mruknął Lyunda. Widzę jego ślad. Chyba musimy za

nimi iść, mając nadzieje, że nic go jeszcze nie zabiło.

- Nie mamy czasu na spacerek - odrzekł szybko Nidoril. Mam plan.

Arten, pomóż mi. Rzucamy polimorfię. Nietoperze.

Młodszy elf uśmiechnął się delikatnie wyciągnął z kieszeni mały

woreczek. Podczas gdy siwowłosy czarodziej koncentrowal się do

rzucenia tego skomplikowanego czaru, Arten odszedł na kilka metrów

i wziął garść srebrzystego pyłu z worka. Złożył ręce i wypowiedział

szybko kilka słów, wyrzucając jednocześnie srebrny substytut w

powietrze. Bardzo jasne światło wybuchło przed czarnowłosym magiem,

a po chwili na ziemi pojawiły się trzy szare, magiczne okręgi

otoczone runami i rozmaitymi znakami. Lyunda zobaczywszy, że Arten

staje w jednym z nich, momentalnie zrozumiał o co chodzi i wszedł

do sąsiedniego. Nidoril delikatnie wstał i stanął na ostatnim

miejscu. Starszy mag wyciągnął przed siebie ręce i zaczął zaśpiew

inikantacji, wykonując dłońmi różne gesty. Arten wspomagał maga

swoją mocą, również snując czar. Wojownik przyglądał się

zafascynowany, jak pomiędzy dłońmi czarodziejow pojawiła się

rożnobarwna kula, która po chwili rozszczepiła się na trzy

mniejsze. Nagle Nidoril podniósł głos i wyciągnął ręce do góry.

Młodszy mag zrobił to samo, i momentalnie trzy kule wleciały w

elfów. Wszystkie glosy ucichły. Wędrowcy zniknęli. Na środku

jaskini latały trzy nietoperze. Największy z nich, szaro-czarny,

błyskawicznie ruszył przez jedyny wychodzący z pomieszczenia

korytarz, a pozostałe dwa poleciały za nim. W jaskini rozległy się

odgłosy śmiechu Eal Tith







Ellifane potknąwszy się o kolejny głaz, zaklął pod nosem ze

złości, i wyciągnął z kieszeni kolejną szczyptę siarki. Zanucił

kilka slów, i na jego dłoni pojawił się mały plomyk, akurat, żeby

oświetlić elfowi kolejny kamień stojący mu na drodze, który adept

zręcznie przeskoczył. Tunel schodził stromo w dół, toteż Ellifane

zwolnił nieco kroku. Po chwili drogi młody elf poczuł zapach, który

nieprzyjemnie drażnił jego nozdrza. Tunel zakręcał, i młody adept

zatrzymał się. Niedługo potem, koło niego stanęła również Vililneth.

- Siarka - mruknął elf. Pewnie lawa albo coś...

- Poczułam - warknęła. Miejmy nadzieje. że nie coś. Teraz chodź,

tylko ostrożnie i powoli - dodała szeptem. Nie chcę zginąć przez

twoją nieuwagę.

- To ja nas uratowalem przed tym minotaurem, nie ty - odrzekł

butnie, jednak jego towarzyszka nie zwróciła na to uwagi, i zaczęła

pomału schodzić w dół tunelu.

Elfka stanęła tuż przy ścianie, zaraz przed osrym zakrętem.

Zapach siarki był coraz silniejszy, a temperatura coraz wyższa.

Kropelki słonego potu pomału ściekały po aksamitnej skórze

Vilineth. Ellifane szedł za nią krok w krok, z wyciągniętym

mieczem. Zgasił płomyk, nie był on już potrzebny. Droga była lekko

rozświetlona czymś, co najpewniej było w następnym tunelu. Elfka

przetarła czoło i wyprostowała się. Kilkoma szybkimi krokami

przebiegła do przeciwległej ściany i znów przykucnęła, wpatrując

się w następną jasknię. Młody adept stanął w na tyle wysuniętym

miejscu, aby mógł zobaczyć zawartość następnego pomieszczenia. Było

całe rozświetlone na czerwono, z powodu lawy otaczającej małą

wyspekę na środku jaskini, z której biegło jedno wyjście, z

przeciwnej strony. Wydawało się jednak tak odległe. Jak na razie,

po paru krokach elfa, żaden skorpion, minotaur, czy inna poczwara

się nie pojawiła w zasięgu jego wzroku. Vilineth stanęła tuż przed

wejściem, przed długimi, czarnymi schodami, prowadzącymi na sam

dół, aż do owej małej wyspy, z dziwnym posągiem na środku. Młody

adept powoli podszedł do swojej towarzyszki.

- Wkurza mnie ten zapach siarki - mruknęła, pociągnąwszy nosem. To

wszystko jest jakieś podejrzane. Za spokojnie tutaj. Chodź, tylko

uważaj, żeby nie sprowadzić na nas jakiegoś stwora - dodała, po

czym znów otarła czoło z licznych kropelek potu.

Ellifane spokojnie, bez prostestów ruszył, za schodzącą po

schodach elfką. Młody adept nie mógł powstrzymać ciekawości i

dotknął owego dziwnego czarnego kamienia, z którego zrobione były

schody. Był całkiem zimny. Elf uśmiechnął się zaciekawiony. Po

chwili namysłu wstał, i ruszył za Vilineth, która już prawie była

na samym dole, przy wysepce. Ellifane przyspieszył kroku, niemal

zbiegał. Elfka podeszła do posągu. Czarnego posągu. Przedstawiał on

dziwne stworzenie o kilku głowach, z bogato uzębuionymi szczękami,

i długim ogonem, zakończonym kilkoma kolcami, na kształt maczugi.

Vilineth, rownież zaciekawiona dotknęła posągu, całkiem zimnego

posągu. Nagle wokół stworzenia pojawiła się czerwona, świecąca,

otoczka. Elfka nie wiedziała co zrobiła, jednak jedynym sensownym

wyjściem w tej sytuacji, była ucieczka. Vilineth zaczęła biec do

wyjścia, znów zostawiając młodego adepta sam na sam z

materializującą się właśnie u stóp schodów bestią. Stwór zamachnął

długim ogonem rozwalając posąg, który pomimo pojawienia się

stworzenie wciąż stał. Długie czarne kolce z łatwością skruszyły

skałę, całkiem niszcząc dzieło.

Ellifane tym razem całkowicie nie wiedział co ma zrobić. Ręce

trząsły mu się niekontrolowalnie, gdy patrzył na machającą ogonem,

pięciogłową, blisko siedmio metrową kreaturę. Młody elf wiedział,

że to hydra. Wiedział też, że nie ma szans na przeżycie. Vilineth

schowała się w cieniu tunelu, i patrzyła na poczynania adpeta,

ktory jak na razie stał bez ruchu i wpatrywał się w bestię

przerażonymi oczami. Hydra po chwili furii napotkała wzrokiem

jednej z głów Ellifane'a. Młody elf tylko patrzył, jak monstrualny

potwór wyszczerzył zęby zęby, i zaczął iść w jego stronę. Schody aż

zatrzęsły się pod ciężarem bestii.

Uciec stąd - to była jedyna myśl jaka latała po głowie adepta,

jednak nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Bestia biegła coraz

szybciej, była coraz bliżej. Ellifane odzyskał po chwili władzę w

członkach, jednak jego umysł przepełniony był strachem i

przerażeniem. Schody drgały, gdy hydra stawiała nstępne kroki. Była

już niewiele więcej niż pięć metrów od wciąż nieruchomego elfa, gdy

on wrescie uszył swoimi nogami, i zaczął uciekać w górę, potykając

się o stopnie. Bestia zaciekawiona małym, drżącym stworzeniem

machnęła ogonem, krusząc kawałek schodów, i podąrzyła za nim

szybkim krokiem. Młody adept nie miał szans. Pomimo tego, iż

uciekał, hydra byla coraz bliżej. Nagle jedna z jej głów

wystrzeliła w stronę pleców Ellifane'a, jednak ten świadom

niebezpieczeństwa odwrócił glowę i w ostatniej chwili, na widok

kłów zmierzających w jego stronę uskoczył w bok, i boleśnie

przeturlał się. Hydra momentalnie doskoczyła do leżącego elfa, i

stanęła nad nim w całej swej okazałości. Więc to jo jest koniec -

pomyślał młody adept. Tak zginę. Przynajmniej chwalebnie. Ellifane

zamknął oczy. Nie mógł opanować drżenia. Nie chciał widzieć jak

umiera. Jednak zamiast uczucia bólu, kłów rozszarpujących jego

ciało, własnej krwi na rękach, poczuł przepływ energii przez swoje

ciało, i usłyszał ryki protestu hydry. Nieco niezdecydowany, elf

otworzyl oczy. Zobaczył, że jego ciało lewituje. Na schodach

zobaczył jeszcze dziwniejszy widok. Nagle wleciały tam dwa

nietoperze, które momentalnie zamieniły się w dwóch elfów. Jeden

wyciągnął miecz, i natychmiastowo zaatakował bestię. Ellifane,

nieco uspokojony rozejrzał się. Koło niego lewitował, znany mu

całkiem nieźle, Arten.

- Witaj chłopcze, dobrze cię widzieć - uśmiechnął się czarodziej.

Spadamy stąd, robi się nieprzyjemnie - rzekł szybko, gdy nagle

Lyunda odciął stworowi jedną z głów, a na jej miejscu po chwili

wyrosły dwie nowe. Teleportujemy się. Pomóż mi i skoncentruj obraz

w glowie na bramie do Alliel. To będzie dobra
_________________
Miejsce na Twoją stronę -> Katalog Fantasy
Też piszesz do szuflady? Zapraszamy na portal twórczości amatorskiej - Szuflada
 
 
Display posts from previous:   
Reply to topic
You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot vote in polls in this forum
You can attach files in this forum
You can download files in this forum
Add this topic to your bookmarks
Printable version

Jump to:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
recenzje anime, fanfiki
Domy i Działki NLP Online Słownik synonimów