nagg
Administrator
Joined: 31 Jan 2003 Posts: 648 Location: Podkowa
Posted: Sun Nov 23, 2003 11:31 pm Opowiadanie Konkursowe - 3
Ostrze
Zapach siarki momentalnie przeszył powietrze, gdy strumień
ognia wystrzelony przez młodego chłopaka trafił w drzewo - piękną
topolę znajdującą się na obrzeżach ogodu, oplatającego niezwykłą
posiadłośc ze wszystkich stron, która natychmiast stanęła w
płomieniach. Stojący koło niego starszy czarodziej, najszybciej jak
potrafił zaczął snuć inkantację, i po chwili z jego dłoni
wystrzelił spory strumien wody, który mimo iż był magiczny, nie
zgasił pożogi która ogarnęła już całą roslinę. Przeklinając pod
nosem mag znów wykonał kilka gestów dłońmi i zanucił kilka słów.
Nad głowami elfów zagrzmiało. Pierwsze krople deszczu spadły z
nieba, powodując syk płomieni na resztkach całkowicie już spalonego
drzewa.
- W kamień mówiłem nie w drzewo - krzyknął starszy czarodziej na
swojego ucznia. Czy ty naprawde zawsze musisz robić to na co masz
ochotę, Ellifane?
- Celowałem w kamień - odpowiedział łobuzersko młody elf.
- To nie pierwszy raz - ciągnął mag.
- Dobrze Nidorilu - westchnął elf. Czemu ty zawsze musisz robić mi
wyrzuty? Za chwile zasadzisz takie samo i jutro będzie wyglądało
tak jak to - rzucił młody czarodziej.
- Tak - zgodził się starszy elf. Dobrze, Ellifane, teraz odejdź,
chcę odpocząć,
Młody elf odwrócił się, i pobiegł w kierunku posiadłości.
- Co ja mam z nim zrobić - westchnął Nidoril, patrząc jak chłopak
wchodzi do domui, po czym odwrócił sie i ruszył w kierunku tej
części ogrodu, w której spędzał najwięcej czasu - przeważnie na
naukę i odpoczynek.
W Alliel, stolicy elfów, życie toczyło sie powoli i
spokojnie. Liczni kupcy stali na bazarch, z karczm dobiegały wesołe
śpiewy, odgłosy udeżających o siebie kufli z miodem, a na placu
bawiły się dzieci. Ellifane, mający na sobie ciemny płaszcz i
brązowe spodnie, stanął pod jedna z licznych tawern i rozejrzał się
dokoła. Mimo tego wszyskiego, czuł się tutaj nieswój, jakby
przytłoczony wszystkim co tu sie działo. Ze znudzonym wyrazem
twarzy, młody elf odwrócił się i wszedł do stojącej za nim "Pijanej
wiwerny" - cieszącej się najgorszą opinia w mieście karczmy. Każdy
złodziej, czy ukrywający się przestępca w Alliel - choc nie było
ich wielu, chodził tutaj. Dzisiaj w środku nie było wiele osób.
Przy jednym stoliku siedziało troje ludzi, popijając korzenne piwo
i straszliwie głośno spiewając sprośne piosenki. Dwa inne stoliki
były zajęte przez małe grupki elfów. Przy szynku stał wysoki,
starszy pół-elf. Miał długie, siwe włosy, a znamie czasu, wyraźnie
odcisnęło się na jego twarzy. Jednak na widok Ellifane'a, od razu
się usmiechnął.
- Masz? - zapytał szybko młody elf.
- Co tak prędko - zaśmiał się szynkarz. Napijesz się czegoś?
- Nie - odrzekł wyraźnie zniecierpliwiony Ellifane, po czym
wyciągnął spory mieszek i rzucił nim na lade, co spowodowało
wysypanie sie licznych złotych monet. 150 sztuk złota, tak jak sie
umawialiśmy - ciągnął. Teraz dawaj broń.
Karczmarz uśmiechnął się szeroko i poszedł na zaplecze.
Młody elf rozejrzał sie. Nikt się nim nie interesował, ludzie wciąż
pili swój miód, a pozostałe elfy rozmawiały o czymś cicho. Nagłe
uderzenie czymś ciężkim o ladę, przerwało chwilę zadumy adepta.
- Prosze - rzekł szynkarz. Pierwszorzędne ostrze z samego Kahr-dum
jak sądze.
Ellifane natychmiast podniósł broń i lekko wyciągnął
klingę. Miecz był faktycznie pierwszorzędnej jakości. Bardzo dobrze
wyważony, z licznym runami.
- Nie wnikam, jak go zdobyleś - uśmiechnął się młody elf. Ale
dziękuje ci, złoto jest twoje - dodał.
Ellifane przypiął miecz do pasa i szybkim krokiem wyszedł z
tawerny. Karczmarz z wyraźnym zadowolniem wziął mieszek, i schowal
go do jednej z licznych kieszeni płaszcza..
Ellifane szybko wybiegł poza miasto, zmierzając w kierunku
lasu. Miał zamiar trochę przećwiczyć się w używaniu nowego miecza.
Nie wyciągał go jeszcze - w pobliżu wciąż było wiele innych elfów.
Adept biegł chwilę brzegiem jeziora, nad którym leżalo Alliel, a po
chwili, zagłębił się Nieprzebytą Puszczę.Od razu wyciagnął swoją
piękną broń. Jego klinga zalśniła w oświetlanym jedynie niewielkimi
strumieniami światła w lesie. Młody elf poczuł magiczną energię
przepływającą przez swoje ciało. Zamachnął się, tnąc od dołu
drzewo, która natychmiast zapłonęło błękitnym płomieniem. Ellifane
odskoczył zdziwiony tym, co się stało. Popatrzył znowu na swój
miecz i runy na nim.
- Niezłą rzecz mi sprzedałeś - powiedział cicho.
Adept odsunął broń od twarzy. Wyprostował się, i zaczął
nasłuchiwać odgosów dobiegających z lasu. Nagle, młody elf zobaczył
sarnę, biegnącą nieco mniej niż stajanie od niego. Ellifane zaczął
się skradać powoli w kierunku zwierzęcia. Gdy był już blisko celu,
sarna, wyczuwszy jego obecność, zaczęła uciekać. Elfy były szybkie,
ale nie dość, aby przegonić sarnę, jednak Ellifane zaczął ją gonić.
Niezwykle szybko dobiegł do zwierzęcia i nie będąc świadomym co
robi zamachnął się na wystraszone zwierze. Przerażający skowyt
rozległ się po całym lesie, gdy klinga przebiła skórę sarny,
zagłębiając się w jej ciało. Miecz zalśnił czerwonym światłem,
wyraźnie ciesząc się - jakby był świadomym, ze zdobyczy. Młody elf
nagle uświadomił sobie co uczynił. Zobaczył krew a swoich rękach -
krew niewinnego zwierzęcia, zabitego bez powodu. Ellifane chciał
krzyknąć, lecz powstrzymał się. Natychmiast wyciągnął miecz, który
w całej swej okazałości zalśnił oślepiającym, czerwonym blaskiem.
Szybko schował broń do pochwy, i zaczął uciekać w stronę miasta.
Ellifane wbiegł szybko do posiadłości Nidorila. Przeleciał
przez wszystkie pomiesczenia najszybciej jak potrafił, aż w końcu
wpadł do swojego pokoju. Pomieszczenie to miało niezwykły, magiczny
wygląd. W dzień jego ściany miały kolor ciemnej czerni, lecz mimo
to w pokoju było jasno, natomiast w nocy, owa czerń lekko świeciła,
tworząc w pokoju półmrok. Elf szybko odpiął miecz i wsadził go do
przygotowanego wcześniej schowka - drugiego dna w dużej czarnej
szafie, w której trzymał swoje szaty.
- Mam nadzieje, że Nidoril nie znajdzie tego miecza - westchnął
cicho Ellifane, po czym położył się na łózku i zamknął oczy
pogrążając się w błogim śnie. Nie wiedział, co to za starożytny
artefakt, trzymał w swojej szafie.
Elfowi sniły się dziwne rzeczy. Był jakoby świadkiem
wszystkich wydarzeń, ale obserwował je zza dziwnej bariery, której
nie mógł przekroczyć. Ujrzał postać w kapturze, biegnącą przez
miasto. Ellifane przypatrywał się wszystkiemu, jednak nie mógł się
nawet poruszyć. Na ulicach pogrążonego w mroku Allliel nie było
prawie nikogo. Zakapturzony osobnik wypatrzył jednak kogoś - młodą
elfkę, idącą spiesznie, najwyraźniej w stronę swego domu. Uwięziony
we własnym śnie elf, patrzył bezradnie, jak poruszający się
bezszelestnie nieznajomy w kapturze podbiegł do młodej dziewczyny,
i wyciągnąwszy ręce, złamał jej kark, po czym zaczął rozrywać jej
ciało, niczym dzikie zwierze. Ellifane próbował zamknąć oczy, aby
nie patrzeć na tą masakrę, lecz nie potrafił. Nie mógł nic zrobić.
Morderca wstał, podniósł wysoko, ociekające krwią ręce, po czym
wydał z siebie przerażający skowyt, niepodobny do niczego, co młody
elf kiedykolwiek słyszał. Nie wiedział co ma dalej robić, nie mogąc
się nawet poruszyć, lecz nagle dziwna błogość przeszyła jego ciało,
i po chwili zasnął.
Słońce nie wzeszło jeszcze nad Alliel - stolicę elfów,
aczkolwiek było jasno. Niektórzy kupcy, już byli na nogach.
Spieszyli się, aby zająć jak najlepsze miejsce na rynku. Jednak
reszta mieszkańców ciągle smacznie spała. Jednak błogi sen elfów,
został momentalnie przerwany, przez przeraźliwy krzyk, dobiegający
z głównego placu miasta. Po chwili, zaroiło się tam od strażników.
Choć niektórzy wciąż byli nie do końca przebudzeni, to co
zobaczyli, zadziałało momentalnie i zmyło sen z powiek elfów. Na
północnym krańcu rynku leżało pocięte niezidentyfikowane ciało.
Wokół niego było pełno krwi, a obok leżała kobieta, elfka, która to
wyraźnie przeraźliwie krzyknęła na widok zmasakrowanego ciała
budząc mieszkańców okolic centrum Alliel. Casten, doświadczony
przywódca strażników podszedł z wyraźną trwogą do martwego ciała.
Martwego ciała, które okazało się młodą elfką. Miała ona
rozszarpane gardło, a na reszcie ciała widać było bardzo liczne
ślady pazurów. Casten momentalnie rozkazał strażnikom, aby otoczyli
i zabezpieczyli zwłoki, oraz rozpędzili gapiów, którzy powoli
zbiżali się, aby zobaczyć, co było powodem krzyku, i interwencji
straży. Dowódca szybkim krokiem zmierzył w kierunku ratusza, musiał
jak najszybciej zameldować odpowiednim osobom o tym wydarzeniu.
Doświadczony elf w całej swojej długiej karierze, nigdy nie
widział czegoś takiego. Minął zabytkową kamienicę i znów
przyspieszył swój chód na widok okazałego, pieknego ratusza -
wyjątkowego budynku chronionego potężnymi czarami. Budynku, w
którym znajdowały się siedziba rady czarodziejów, oraz królowej
państwa - Indaviel, która jej przewodziła. Casten szybko wbiegł po
schodach. Magowie bitewni strzegący wejścia, nie zatrzymali go,
gdyż wiedzieli kim on jest. Dowódca straży wiedział, że Indaviel
jest osobą która jako pierwsza powinna się dowiedzieć o drastycznym
morderstwie tej młodej dziewczyny.
Dla dowódcy, który bywał tu często, nie było to niczym
nowym, ale dla przypadkowego przechodnia, wnętrze ratusza zaparło
by dech w pierściach. Biegnące z obu stron korytarza do komnat
Indaviel statuy przedstawiające poprzednich przywódców elfów, od
czasów Bitwy pod Jeziorem, która spowodowała rozłam krajów, wielkie
straty, ale jednak zwycięstwo, nad hordami orków, oraz ich
szamanami i magami(gramatyka?), którzy przywołali wielkie,
demoniczne istoty z innych światów. Bitwy, mimo iż upłynęło od niej
już blisko 500 lat, której efekt spustoszenia wciąż można dostrzec
w krajobrazach kraju. Bitwy, która spusztoszyła prawie połowe
krajów elfów i część ziem ludzkich, którzy również przyczynili się
do złamania inwazji potęg chaosu. Chwilę zadumy przerwał Castenowi
odgłos otwieranych drzwi. Z komnat przywódczyni wyszedł Nidoril -
członek rady czarodziejów. Miał wyraznie zaniepokojoną minę.
Szybkim krokiem minął dowódcę straży, po czym skręcił w jeden z
korytarzy. Elf domyśłił sie, że mag przybył tu w tej samej sprawie,
lecz mimo to zdecydował się na wejście do siedziby Indaviel.
Ellifane zbudził się gwałtownie. Nie pamiętał swojego snu.
Usiadł na skraju łóżka i przez chwile nie mógł uwierzyć w to co
zobaczył. Z okna biegły ślady ubłoconych stóp - prosto do jego
łóżka. Jednak gdy spojrzał na swe ręce o mało co nie krzyknął. Były
pokryte zakrzepniętą krwię. Na twarzy elfa malowało się głębokie
przerażenie tym co zobaczył. Przesiedział kilka chwil na łóżku nie
wiedząc co robić.
- Co to wszystko znaczy - powiedział do siebie cicho. Co ja
takiego zrobiłem w nocy -westchnął, po czym szybko doskoczył do
szafy, aby sprawdzić swój miecz. Ku uldze młodego adepta leżał na
miejscu i od razu zalśnił niebieskim światłem w promieniach słónca.
Nie było na nim śladu krwi. Ellifane znów spojrzał na swoje dłonie
i słady na podłodze.
- Nikt się o tym nie dowie - rzekł do siebie, po czym zaczął
powoli snuć czar. W pokoju wybuchnęło błękitne śwaitło, po czym ku
przerażeniu elfa, cały pokój zmienił swoje barwy. Ściany były
zielone, a łózko niebiesko-zółte.
Ellifane zaklął cicho pod nosem, po czym zaczął powoli i
dokładnie snuć inkantacje, aby rozproszyc rzucony czar. Ku swojej
uldze, po kolejnym wybuchu jasnego światła, pokój przybrał swoje
normalne barwy. Młody adept otarł pot z czoła i skupiając się,
pomału wykonał kilka gestów dłonmi - magiczny znak Woth. Zmęczenie
momenatalnie uleciało ze zdenerwowanego elfa.
- A teraz czar musi mi wyjść - mruknął z determinacją Ellifane, po
czym znów zaśpiewał cicho, wykonując przy tym skomplikowane ruchy
dłońmi. Tym razem efekt był odpowiedni. Plamy z podłogi zniknęły, a
na rękach czarodzieja nie było śladu krwi.
Elf wyjrzał przez okno. Było już południe, i słońce
świeciło wysoko nad nieboskłonem oświetlając całe Alliel, nad
którym górowała wieża ratusza, która służyła za komnaty królowej.
Młody adept szybko zarzucił na siebie coś odpowiedniejszego -
zielone, skórzane spodnie, oraz lekką, białą koszulę. Następnie
wyciągnął z szafy miecz, i przypiąwzy go sobie do pasa, oraz
zarzuciwszy na plecy ciemny płaszcz, wyskoczył przez okno, i
pobiegł w stronę miasta.
Mijając przedmieścia Alliel - niedawno wybudowane, biało -
niebieskie budynki z rozmaitymi wieżyczkami, czy pokręconymi
oknami, Ellifane spostrzegł, że wszyscy są wyraznie czymś
zaaferowani. Kupcy zamiast sprzedawać towary, dyskutowali z
przechodniami, mając wyraźnie zaniepokojony wyraz twarzy. Elf
spostrzegł też, że po ulicy nie biegają - jak zwykły to czynić,
dzieci. Nie wiedząc co o tym wszystkim sądzić, zaniepokojony młody
adept, przemykając się zaułkami, zmierzył ku głównemu placu.
Nie minęło wiele czasu, gdy elf spostrzegł pierwszych
strażników, którzy byli jednak wyraźnie zdenerwowani. Ellifane
zwolnił swój bieg. Pierwsze spojrzenie na plac, od razu powiedziało
mu, że rzeczywiście jest coś nie tak. Większa część targu, była
otoczona przez czarne pole siłowe, które nie pozwalało nawet
spojrzeć, na to, co działo się wewnątrz. Młody adept próbował ją
przejrzeć, jednak nie udało mu sie to. Poczuł natomiast na swoim
ramieniu czyjąś rękę. Obrócił się gwałtownie, i zobaczył, iż osobą,
która go dotnęła był jego mistrz - Nidoril.
- Idź stąd Ellifane, nic tu po tobie - rzekł półgłosem czarodziej.
Młody elf nie miał zamiaru stąd odchodzić, jednak wiedział,
że nie warto sie sprzeciwieć staremu czrodziejowi.
- Być może, że powiem ci potem, co tu się zdarzyło, ale teraz
proszę - odejdż - dodał spokojnym głosem mistrz.
- Dobrze - rzucił niedbale elf, po czym szybkim krokiem zaczął
oddalać się od placu.
Co tam było? - zastanawiał się młody czarodziej. Dlaczego
Nidoril mnie nie wpuścił do środka powłoki? Elf nie wiedział co o
tym wszystkim sądzić. Doszedł już do końca placu, gdy nagle
przypomniał sobie, jak przejrzeć magiczną barierę - wystarczyło
zwykły kawałek szkła.
- Muszę wiedzieć, co tam się stało - powiedział cicho do siebie
Ellifane. I dowiem się - dodał z determinacją, po czym zawrócił z
powrotem w kierunku miejsca tajemniczego zdarzenia.
Caston zapukał do drzwi, prowadzących do prywatnych komnat
pani Indaviel. Odczekał chwile, jednak nie dostał odpowiedzi. Już
chciał zapukać ponownie w piękne, srebrne drzwi, że stalowymi
okuciami, jednak one momentalnie się otworzyły. Stanął w nich znany
wszystkim doskonale, weteran wielu bitew, doradca i przyjaciel
królowej Lyunda, zwany także "Srebrnookim", a to z powodu
magicznego lewego oka, które emanowało lekkim srebrnym blaskiem.
Stracił je podczas jednej z bitew z orkami, dawno temu, w Czasach
Zawieruchy, tuż po Bitwie pod Jeziorem. Był już bardzo stary, nawet
jak na elfa, jednak wciąż pełny sił.
- Pani cię oczekuje - rzekł spokojnie elf. Możesz wejść.
Caston skinął głową z godnością, i wszedł do środka.
- Królowa jest w pokoju gościnnym, drugie drzwi na lewo -
powiedział Lyunda, po czym odszedł w kierunku swoich własnych
pokoi, zapewne aby odpocząć.
Dowódca straży, poszedł we wskazane miejsce i chwyciwszy za
inkustrowaną złotem kołatkę, zapukał. Wejdź - usłyszał cichy,
delikatny głos.
Caston, nie zawachawszy się, zaczął powoli wchodzić do
komnaty. Lekko zamknął drzwi i stanął tuż przy nich, czekając na
reakcje pani Indaviel. Dowódca znów stanął zafascynowany
niesamowitym pięknem tego pomieszczenia, które wykraczało poza
wszystko. Jego bogactwo i prostota jednocześnie, były po prostu
olśniewające.
- Witaj - powiedziała melodyjnie pani, patrząc wciąż przez okno.
O co chodzi? Czy przybywasz do mnie w sprawie tego.. - zawiesiła na
chwile głos, w zadumie, po czym skończyła szeptem - ...wydarzenia
na placu?
Dowódca zafascynowany, pięknem gosu pani, którą widział
dopiero trzeci raz w życiu, dopiero po chwili zdał sobie sprawe z
tego, że dostojna elfka patrzy na niego swoim spokojnym wzrokiem,
wyraźnie oczekując odpowiedzi. Caston otworzył usta, chciał
potwierdzić, jednak Indviel rzekła:
- Wiem, że tak - westchnęła odwracając wzrok. Cóż, nie wiem
dokładnie kto był sprawcą
tego incydentu. Gdy tylko sie dowiem, od razu sie dowiesz. Na
razie, rozkaż swoim ludziom, aby podwoili patrole, nie podawaj
mieszkańcom żadnych iformacji. Nie chcemy wzbudzić paniki - dodała
z lekkim uśmiechem. Teraz idź, i zrób co powiedziałam.Mam wiele do
przemyślenia.
Dowódca znów, dopiero po chwili spostrzegł, że jego pani
się w niego wpatruje. Nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, Caston
tylko ukłonił się, i wyszedł, nie mogąc pozbierać myśłi. Pani
Indaviel, spojrzała smutnym wzrokiem przez okno na ścianę domu
Nidorila.
Srebrzysty księżyc, razem ze świecącymi gwiazdami, pojawił
się nad głowami mieszkańców Alliel. Powoli zapadała noc, lecz mimo
ty, każdy wciąż mówił o morderstwie ostatniej nocy. Wszyscy
pozmykali sie w swoich domach, jedynie strażnicy patrolowali ulice.
Jedank nie wiedzieli, że był tam ktoś jeszcze...
Ellifane, zasłonił głowę kapturem, i powoli wyłonił się z
zaułka, przy wąskiej ścieżce, tuż przy placu, spojrzał w jego
strone, w miejsce zdarzenia ostatniej nocy. Czarna sfera ciągle się
tam znajdowała, a wokół niej krążyło wielu strażników. Dzięki
lampom, młody elf widział wszystko dokładnie, i ze smutkiem
stwierdził w myslach, że jest ona zbyt dobrze strzeżona, aby mógł
on zobaczyć, co tak naprawde się zdarzyło. Westchnął i spojrzał w
górę, na granatowo - czarne niebo. Nagle, przez jego głowę
przebiegła szalona myśl. Nie wyłaniając sie za bardzo, spojrzał na
ułożenie dachów. Choć były dość strome, to jednak możliwe było
przejście po nich, aż pod samo strzeżone miejsce. Ellifane się
usmiechnął, jednak pomimo genialności jego planu, westchnął ze
zrezygnowaniem. Nie miał liny, a w żaden inny sposób nie mógłby się
dostać na jakikolwiek dach. Cofnął się o krok, i potknąwszy się o
coś, z łoskotem runął na ziemie. Pozostał chwile w bezruchu,
nasłuchując, czy czasem żaden strażnik się nie zaintersował tym
odgłosem, jednak po dłuższej chwili, gdy nie usłyszał żadnych
odgosów, świadczących o obecności kogoś poza nim, spojrzał, co było
przyczyną jego upadku. U jego stóp, leżała gruba, stara lina. Elf
uśmiechnął się, świadomy swojego szczęścia, wstał, i podniósł ją.
Choć miała już swoje lata, była dość mocna. Młody elf chwycił ją i
zawiązał w lasso. Spojrzał w górę, na szczyt dachu, gdzie stała
dość duża wieżyczka, zakończona ostrym, metalowym szpikulcem. To
będzie idealne miejsce - pomyślał Ellifane, i po chwili namysłu
rzucił liną, która jedynie wzniosła się na poziom dachu, i od razu
spadła elfowi na głowę, pozbawiając go na chwile zmysłu równowagi i
powalając na ziemię. Młody elf wstał, przeklinając pod nosem i
spróbował jeszcze raz. Lina znów spadła, jednak tym razem, Ellifane
w porę odszkoczył. Uśmiechnął się łobuzersko, i uparcie rzucił
jeszcze raz. Tym razem ciężka lina idealnie zawiązała się wokół
szczytu wierzyczki, umożliwiając elfowi wejsćie na dach. Młody
adept zaczął powoli wspinać się po niej. Wyszedł na poziom
pierwszego piętra, i z ciekawością spojrzał przez okno, aby ujrzeć
śpiącego człowieka, wydającego wyjątkowo głośne odgłosy chrapania.
Ellifane wspinał się dalej, i znów spojrzał przez okno następnego
piętra, uśmiechając sie bezczelnie. Tym razem ujrzał dwie postacie,
baraszkujące na łózku. Elf ledwo mógł powstrzymać się od śmiechu,
gdy pomyślał, co by się stało, gdyby go zobaczyli. Z nieustającym
chichotem, adept wspiął się na dach. Był on dość stromy, pokryty
niebieskawym kamieniem. Młody elf spokojnie i powoli przeszedl po
nim, i przeskoczył na następny. Był już coraz bliżej, kiedy nagle
poślizgnął się, i zaczął zjedżać w dół, do 5 metrowego spadku i
strażników, jednak w rozpaczliwym ruchu, Ellifane chwycił się
brzegu dachu. Zwisająca z góry postać szybko przykuła uwagę
strażników. Adept westchnął ze smutkiem, kiedy zobaczył biegnące w
jego stronę patrole. Szybko znalazł się tam też jeden czarodziej,
który bezpiecznie sprowadził młodego elfa na ziemie. Strażnicy
szybko odbiegli do Ellifane i ściągnęli mu kaptur.
- Kim jesteś i co tam robiłeś - zapytał jeden z dowódców patroli.
Młody elf uśmiechnął się i rzekł:
- Jestem Ellifane, co jest powodem waszej napaści na mnie?
- Napaści? - zdziwił się strażnik. Chyba chodzenie po dachach w
nocy jest czymś normalym, co? - zapytał z usmiechem, po czym skinął
na strażników. Zabrać go do więzienia, aż do wyjaśnienia. I wracać
na swoje stanowiska.
Młody adept ze smutkiem, i czubkiem włóczni przy plecach,
ruszył w stronę miejskiego aresztu.
Młody elf, z łoskotem wpadł do jednej z cel. Oprócz niego
siedział tam inny, stary, elf. Gdy strażnicy odeszli, podszedł do
adepta i zapytał:
- Za co cie przymknęłi, hę? Ja jestem podejrzany o to morderstwo
na placu.
- Jakie morderstwo? - zdziwił się Ellifane.
Więzień popatrzył na niego z niedowierzaniem.
- Nie mów, że nie wiesz o morderstwie! - rzekł zdzwiony. Myślisz,
że dlaczego dali tam tą czarną kulę, i tyle straży? Wczoraj rano
znaleźli tam poszarpane ciało jakiejś dziewczyny. I podejrzewają
mnie - dodał zirytowany. A ja tylko tamtędy przechodziłem, i
zobaczyłem ją, i krzyczącą kobietę. I wtedy przybiegli strażnicy i
mnie zamknęli.
- A zabiłeś ją? - zpytał młody adept ze strachem w głosie.
Starszy elf popatrzył na niego z niedowierzaniem.
- Oczywiście, że nie - odrzedł. Po co miałbym?
Ellifane westchnął i położył się nie pryczy. Szybko zasnął, ze
zmęczenia, i z nudów.
Nie minęło wiele czasu, kiedy kubeł zimnej wody, szybko
zbudził młodego elfa. Strażnik usmiechnął się i rzekł:
- Wychodzisz. Sama pani Indaviel chce się z tobą widzieć - dodał
ze zdziwieniem. Ciekawe po co... - mruknął jeszcze, gdy Ellifane
odchodził.
Pani Indaviel siedziała w swojej komnacie, patrząc przez
okno na gwiazdy. Zamyśliła się patrząc na ich piękno i blask. Nagle
w komnacie rozległo się pukanie, wyciągając Indaviel z zadumy. Do
pomieszczenia wszedł Lyunda.
- Witaj o pani, przybył ten, kogo oczekiwałaś - rzekł spokojnym
głosem, po czym wyszedl, zostawiając uchylone drzwi, w których po
chwili pojawił się młody elf.
Ellifane rozejrzał się po pomieszczeniu, zachwycony jednak
jego wzroku utwkił na postaci, siedziącej przy oknie, odwróconej
plecami do niego elfce.
- Usiądź - powiedziała spokojnie.
Młody adept bez chwili zastanowienia, usiadł na krześl
stojącym tuż przy wejściu.
- Dlaczego mnie pani wezwała? - zapytał zaciekawionym głosem elf.
Pani Indaviel odwróciła się w jego stronę, z wypisanym na
twarzy smutkiem.
- Zastanawiałeś się kiedyś, czym są gwiazdy? Czym jest księżyc? -
zapytała, wpatrując się w Ellifane'a.
- Nie - odpowiedział szybko elf. Nigdy mnie to nie zastanawiało -
dodał zaciekawionym gosem.
Pani Indaviel uśmiechnęła się i odwróciła znów w stronę
okna.
- Podejdź tutaj - rzekła. I spójrz na nie, czyż nie są piękne? -
zapytała adepta, który podszedł do okna.
- Są - prztaknął elf. Bardzo.
- Widzisz, chłopcze, gwiazdy - zaczęła, to dusze ludzi, elfów i
innych istot, które wpłynęły na losy świata. Te które świecą
najjaśniej, to najwięksi bohaterowie tego świata, walczący o dobro
i prawość na tym świecie. Te co świecą słabiej, to inni którzy
również w jakiś sposób wpłynęłi na nasze losy. Bo widzisz -
ciągnęła, odrwóciwszy się w stronę Ellifane'a. Każdy kształtuje
sobą otaczającą go rzeczywistość. Każdy wpływa na losy świata. Bez
wyjątków. Ty także wpłyniesz, i to bardzo, choć może jeszcze o tym
nie wiesz. Widzę to w twoich oczach - dodała z uśmiechem.
- Oczywiście z tymi duszami to bajka dla małych dzieci -
powiedziała spokojnie Pani. A teraz spójrz na księżyc - rzekła,
znów odwracając głowę.
Młody elf spojrzał na świecący jasnym blaskiem księżyc. Nie
mógł oderwać od niego wzroku, wydawał mu się taki piękny. Po
chwili, poczuł się wyjątkowo dziwnie, jak zeszłej nocy. Powoli
tracił świadomość, znów pojawiała się w nim ta dziwna siła.
- Walcz z tym - usłyszał cichy, odległy głos, jednak nie zwracał
na to uwagi.
Pani Indaviel nie mogła nic zrobić, tylko patrzeć, jak
młody adept, z płonącymi czerwienią oczami, wyskakuje przez okno, i
znika w czerni nocy.
- Lyunda, zwołaj Radę - poleciła stojącemu już w drzwiach staremu
elfowi.
Sala w kształcie pięciokąta o równych bokach, zdobionych
obrazami poprzednich władców, z dachem pod postacią kopuły, powoli
zapełniała się wszystkimi, potężniejszymi, elfimi czarodziejami,
radą Magów Zielonego Liścia, z panią Indaviel na czele. Decydowali
oni o wszystkich sprawach w mieście, i kraju. Rada zwoływana była
na czas wojny, oraz aby osądzić kogoś oskarżonego o jakąś zbrodnie.
Wszyscy starsie eflowie usiedli już na swoich inkustrowanych
srebrem i szmaragdami fotelach, oczekując na ostatniego jej
członka, Indaviel.
Władczyni wkroczyła po chwili do szaty, z dumnie
wyprostowaną głową, i twarzą nie ukazującą żadnych emocji. Jej
jasne włosy powiewały, przy każdym kroku, natomiast jej zielono -
biała szata, bezszelestnie ciągnęła się za nią po ziemi. żaden z
pozostałych członków Rady nie wyraził widocznie swojego zachwytu,
jednak wszyscy zgodnie twierdzili w myśłach, że ich pani jest
wyjątkowo piękną istotą.
- Witajcie - rzekła Indaviel spokojnym głosem, siadając na swoim
miejscu. Chyba wszyscy wiecie, dlaczego tu jesteśmy.
- Ellifane - rzekł jeden z magów.
- Tak, Nidorilu, chodzi o twojego wychowanka - skinęła pani. Nie
wiem czy wiesz, ale ten młody adept wszedł w posiadanie dziwnego
ostrza, i wydaje mi się, że to właśnie ono sprawiło, że zabił on tą
kobietę, i przed chwilą znów uciekł.
- Musimy go złapać, zanim wyrządzi więcej szkód - szybko
powiedział jeden z najmłodszych obecnych tam magów, z długimi,
czarnymi włosami, obadającymi wzdłuż pleców.
- Tak, Arten, owszem musimy, ale najpierw zdecydujmy, co z nim
zrobimy - odrzekł Nidoril. Z nim, i z tym mieczem.
- To nie jest jego wina - rzekła z kamienną twarzą Indaviel.
Jednak nie może uniknąć kary, a co do miecza... - zawiesiła na
chwile głos, zastanawiając się. Lyunda umieści go w bezpiecznym
miejscu - powiedziała patrząc na stojącego przy wejściu wojownika.
- Dobrze, ja się zgadzam, a reszta? - zapytał entuzjastycznie
siedzący na lewo od Nidorila elf, z jasnymi włosami.
Wszyscy zgodnie skinęli głowami.
- Nidoril, Arten, Lyunda, idźcie po niego, i odbierzcie mu to
niebezpieczne ostrze - zakończyła pani Indaviel, i skniąwszy na
doświadczonego wojownika, wyszła z komnaty.
Reszta Rady szybko rozeszła się, a na sali po chwili
pozostało tylko trzech elfów, którzy mieli zająć się -
zagrażającemu mieszkańcom - Ellifanem.
Mgła, bezradność, znowu te rzeczy były jedynymi, które
Ellifane pamiętał po przebudzeniu. Gdy próbował wstać, poranna rosa
ściekła mu po twarzy, całkowicie przywracając mu świadomość. Elf
rozejrzał się, chciał zobaczyć, gdzie tym razem trafił. Dokoła
tylko szumiał stary las. Młody adept, szybko spojrzal na swoje
ubranie, lecz nie miało ono na sobie żadnych śładów krwi, bylo
tylko całkiem przemoczone.
- Ciekawe gdzie jestem - mruknął pod nosem Ellifane patrząc w doł
wzgórza, na którego szczycie się znajdował.
- W lesie N'deailon, Nieprzebranej Puszczy - odezwał się piskliwy
głos zza pleców elfa.
Młody adept z krzykiem zaskoczenia odwrócił się, i cofnął o krok.
Niestety, o krok za nim, był korzeń drzewa. Ellifane z łoskotem
przewrócił się, i zaczął staczać ze zbocza porośniętego zielono -
brunatnym mchem i paprociami. Po dłuższej chwili, droga elfa
zakończyła się w rwącym potoku, zatrzymując poobijanego,
zdezorientowanego adepta.
- Spokojnie elfie, ja nie gryze, przynajmniej nie takich
wielkoludów - zaśmiał się ktoś.
- Kim jest... - zaczął Ellifane, jednak nie skończył, gdyż ból w
całym ciele był zbyt silny.
- Dowiesz sie w swoim czasie - znów zaśmiał się dziwny głosik.
Młody adept usłyszał tylko cichy trzask, po czym zapadł w błogi sen.
Słońce powoli wschodziło nad Alliel, gdy trzech elfów
przeszło obok ostatnich zabudowań miasta, i weszło na gościniec,
biegnący wzdłuż wielkiego lasu i brzegu jeziora E'leiteal, jeziora
Snów. Jeden z nich, ubrany w lekką skórzaną zbroję, i czarny
płaszcz zatrzymał się na chwile, i spojrzał na skraj traktu.
- Ślady biegną do lasu - powiedział.
- Jesteś pewien Lyunda, że to on? - zapytał ubrany elf w brązowo -
zieloną szatę, z ciemnymi włosami.
- Nie - odrzekł spokojnym włosem, doświadczony wojownik. Jednak
trop wskazuje na to, że ten ktoś, biegł, i to w dodatku dość
chaotycznie stawiał kroki. Powinniśmy zaryzkować, i podąrzyć za
nimi - dodał.
- Skoro nie mamy innego wyjścia - westchnął Arten. Bo nasze czary
skaningowe niczego, o dziwo, niezwykłego nie wskazały, oprócz
zwykłych istot zamieszkujących N'deailon.
- Więc nie traćmy czasu, chodźmy - rzekł Nidoril. A co do czarów,
to zapewne dlatego, że leśne skrzaty, albo inne magiczne stworzenia
go już go dorwały. Albo juz nie żyje - dodał szeptem.
Wszyscy weszli pospiesznie do lasu.
Ellifane ocknął się. Czuł, że leży na czymś zimnym i
twardym. Kucnął i rozejrzał się, a to co zobaczył, rozbudziło
strach i bezradność w jego mózgu. Znajdował się w zardzewiałej
klatce, zawieszonej na łańcuchach, a z każdej strony widział tylko
czarną pustkę. Młody elf wstał. Gdzie ja, do cholery, jestem? -
zastanawiał się adept.
- Pomocy - krzyknął elf. Jest tu kto?
Jedyną odpowiedzią, było głuche echo, powtarzające się
dziesiątki razy. Ellifane krzyczał, i krzyczał, jednak nikt nie
odpowiadał. Może by tak spróbować magii - pomysłał adept. Tak to
będzie dobry pomysł, tylko jakiego by tu czaru użyć - myślał dalej
elf. Najpierw rozświetle całe to pomieszczenie, zobacze co tu jest
ciekawego - wyszeptał z łobuzerskim uśmieszkiem Ellifane.
Młody elf zaczął recytować inkantacje, jednak po chwili
zamieniło się to w krzyk bólu, gdy jego dłonie przeszył ból, jakby
któs wsadził mu ręce do pieca hutniczego. Ledwo trzymając się na
nogach z bólu, który jednak już przechodził, spojrzał na swoje
dłonię. Jego przedramiona, owinięte były dziwnym, zielono, czarnym
czymś, co przypominało kształtem gałązki klonu, i co z pewnością
było magicznie zaklęte, aby uniemożliwić użycie magii. Adept zaklął
pod nosem nad wyraz pospolicie i wulgarnie.
- Nie ładnie jest tak mówić - zaśmiał się znajomy, piskliwy głosik.
Ellifane odwrócił się gwałtownie, szukając wzrokiem tego, kto to
powiedział.
- Tutaj - odezwał się znów.
Młody elf wyraźnie zirytowany odwrócił się. Na podłodze klatki,
stał mierzący około jednego łokcia, ubrany w strój o wyjątkowo
krzykliwych barwach ktoś.
- Leśny skrzat, Eal Tith - mruknął pod nosem adept.
- Mów mi prosze po imieniu, nazywam się C'agdof'd'angerdoe'dePardo
Angor'abil'Marteus - wyrecytował szybko, z ciągłym uśmieszkiem. Dla
przyjaciół Marti - dodał widząc zażenowanie na twarzy Ellifane.
Tak się możesz do mnie zwracać.
- Dobrze.... - zawachał się elf. Marti...., po co tu jestem, czego
ode mnie chcesz, lub chcecie, jeżeli jest was więcej.
- Otóż widzisz - zaczął skrzat. Pewnie zauważyłeś brak Twojego
miecza. A raczej naszego, tyle że skradzionego przez niewiadomą nam
osobę, skoro ty go masz, znaczy, że ty go skradłeś. Musisz ponieść
karę. Zostaniesz....
- Nie ja go ukradłem! Ja... - przerwał adept.
- Nieważne - syknął Marti. Ty go miałeś, więc wszystko wskazuje na
to, że TY go ukradłeś. Zrzucimy Cię do labiryntu, nad którym się
właśnie znajdujemy. Dostarczysz nam rozrywki, jeżeli przeżyjesz, i
dojdziesz do końca, wypuścimy Cię.
- Pa - dodał skrzat, pstrykając palcami.
Dół klatki otworzył się, a Ellifane, z wyrazem przerażenia na
twarzy zaczął spadać...
Zza drzew wyskoczył ciemny kształt, atakując
niepostrzeżenie. Ale elf, którego odwarzył się zaatakować, byl
doświadczony, wiedział, że tam, w mroku coś się czaiło. Wykonał
unik, unikając ciosu, bezbłędnie wymierzonego w krtań, i ciał
stworzenie na odlew, przez grzbiet. Stwór rzucił się w bok, jednak
ostrze miecza przejechało mu po plecach, tworząc paskudną ranę,
jednak nie zabijając napastnika. Istota rzuciła się do panicznej
ucieczki, wyskoczyła w górę w stronę drzew, jednak czekał już tam
na nią miecz elfa, który wbił się głęboko w brzuch stworzenia.
Ostatnim dżwiękiem jakie wydała poczwara, był syk, połączony z
bulgotem krwi w gardle. Lyunda kopniakiem zrzucił stworzenie z
miecza.
- Straten - mruknął, patrząc na leżące na ziemi ścierwo, mającego,
cztery długie odnóża zakończone morderczymi pazurami, i gęsto
uzębioną szczęke, i ciało pokryte grubą, chitynową łuską stwora.
Dobrze, że go wcześniej zauważyłem - mruknął do wyłaniających się z
cienia z mroku za nim, Nidorila i Artena.
- Nie traćmy czasu - mruknął czarno-włosy, młodszy czarodziej.
Ruszajmy. Widzisz cały czas ślady, Lyunda?
- Tak, powiem więcej, są coraz bardziej równe, sądze że już
niedaleko, do miejsca w którym przestał być pod działaniem swojego
miecza.
Wszyscy trzej, równym krokiem ruszyli dalej.
Młody elf spadał, spadał i spadał. Wokół widział tylko
ciemność, albo urywki skał. Jego upadek zamortyzowała dziwna
roślina, mająca kształt grzyba z bardzo dużym kapeluszem. Ellifane
ześlizgnął się po nim na podłoge, już nie tak miękką, tylko twardą
i kamienistą. Zaczął wymiotować w konwulsyjnych drgawkach, po czym
przewrócił się na plecy, powoli odzyskując świadomość.
- Wokół masz dość uzbrojenia, aby wybrać coś dla siebie -
rozbrzmiał głos. Jeżeli dojdziesz do końca i przeżyjesz, będziesz
wolny.
Adept westchnął. Nie powiedział nic, wiedział, że
jakiekolwiek krzyki i protesty są bezsensowne. Spojrzał na swoje
ręce, i z ulgą stwierdził, że nie ma już na nich tej dziwnej,
palącej rośliny. Elf wstał i rozjerzał się po pomieszczeniu,
wyglądającemu jak spora jaskinia. Przy jednej ze ścian, stały
oparte wszelkie rodzaje broni. Były zakurzone, brudne, bez
wątpienia bardzo stare, ale chyba nadające się do użytku. Ellifane
znów westchnął i podszedł do uzbrojenia. Wziął do ręki stary
jednoręczny miecz. Wywinął nim kilka młynków i z zadowoleniem
stwierdził, że jest wcale nieźle wywarzony. Wsadził go do pochwy,
pozostalej po poprzedniej broni i podniósł mały sztylecik, z
niewyraźnie wygrawerowanym wilkiem na rękojeści. Elf przyjrzał mu
się i przejechał delikatnie palcem po krawędzi. Na jego palcu
pojawiło się delikatne przecięcie, z którego momentalnie pociekła
mała strużka krwi. Adept uśmiechnął się i schował broń za pas.
Jaskinia oprócz owego grzyba, i broni ustawionej przy ścianie,
miała tylko pochodnie porozstawiane blisko siebie wokół
pomieszczenia. Ellifane wziął jedną, i wyciągnął miecz. Pierwsze,
szybkie uderzenie o ściane wykrzesało iskrę, jednak, pochodnie nie
zapaliła się. Adpet spróbował jeszcze raz, tym razem niewielki
płomień pojawił się na brzegu pochodni, jednak szybko zgasł. Młode
elf westchnął i rozejrzał się znów po jaskini. Dopiero teraz
zauważył stojący przy wyjściu mały, ołowiany kociołek. Podszedł do
niego, trzymając pochodnie w ręce i po zapachu poznał, że zawiera
sporo oliwy.
Nagle Ellifane usłyszał cichy syk, i po chwili, poczuł, jak
coś ostrego przecina jego spodnie i zagłębia się delikatnie w jego
nogę. Młody adpet momentalnie cofnął się, niestety potykając się o
znajdujące się za nim wyżłobienie na ziemi. Po całej sali rozległ
się dziwny chichot, a elf po chwili poczuł jak cos dziwnego wgryza
się w jego but. Ellifane kopnął stworzenie, które było powodem
poszarpanego już czubka buta. Adpet zobaczył, jak mały stwór ze
skrzydłami i dwoma wielkimi zębami wystającymi z obu stron szczęki
odleciało na kilka metrów, przeturlało się, i wstało, powarkując
cicho. Młody elf był przygotowany na nastepny atak. Kiedy tylko
małe stworzenie skoczyło, chcąc zapewne znów wgryźć się w nogę
Ellifane'a, on uskoczył w bok, i potraktował lecącą poczware
kopniakiem. Dziwne istota uderzyła o ściane, po czym spadła na
ziemie i znieruchomiała. Adept z wyciągniętym mieczem zaczął powoli
iść w stronę nieruchomego stwora. Po chwili stworzenia poruszyło
się, zapewne próbując wstać, jednak młody elf szybko zamachnął swym
ostrzem, tnąc w poprzek, niemal przecinając małe stworzonko na pół.
Po chwili wokół ścierwa rozprzestrzenił się tak okropny odór, że
Ellifane ledwo powstrzymał się od ponownego zwymiotowania, i szybko
odszedł jak najdalej od niego.
- Ciekawego ile tego się jeszcze tutaj czai - westchnął
zrezygnowany.
Młody elf podszedł do leżącej pochodni, i zręcznym ruchem nogi
podrzucił ją, po czym złapał z uśmieszkiem na twarzy. Podszedł do
oliwy i zanurzył w niej jej koniec. Po chwili wyciągnął ją i
kolejnym, zręcznym uderzeniem miecza o ściane, wykrzesana iskra
zapaliła pochodnie. Ellifane cały czas uśmiechał się, pełen
nadzieji.
Trzej wędrowcy przedzierali się przez puszcze N'deailon,
uważnie idąc po śladach. Prowadzący, starszy elf z mieczem,
zatrzymał się na szczycie delikatnego wzniesienia, które z
przeciwnej strony opadało do rzeki.
- Tutaj kończą się ślady stóp - rzekł spokojnie Lyunda. Nasz
zaginiony potknął się o ten korzeń i zjechał prosto do tamtego
strumyka.
- Więc chodźmy tam i szukajmy następnych śladów - rzekł
sfrustrowany poszukiwaniami Arten. Mam już dość tego szukania.
Elfowie zeszli uważnie po zboczu, omijając śliskie kamienie,
korzenie, dziury i inne potencjalnie niebezpieczne przeszkody.
Lyunda kucnął i przyjrzał się okolicy.
- Sturlał się tutaj - rzekł zdziwiony. A dalszych śladów nie
widze. Jakby zniknął - dodał zaniepokojony.
- Jak to? - krzyknął Arten, wyraźnie zdenerwowany. Co się z nim
stało? Nie mógł tak po prostu wyparować!
- Cicho - zganił go Nidoril. Nie wyczuwasz w tym miejscu
słabnących już, ale ciągle obecnych wibracji energii? Ktoś tu
nieźle używa magii, najprawdopodobnie Ellifane został
przeteleportowany, albo gdzieś przelewitował, i to bynajmniej
zapewne z własnej woli.
- Faktycznie coś w tym jest - przytaknął młodszy czarodziej. Więc
co robimy?
- To była lewitacja - odrzekł po chwili skupienia siwowłosy mag.
Więc wystarczy magiczne śledzenie, i będziemy wiedzieli, dokąd udał
się nas milusiński- dodał sarkastycznym tonem.
- Chyba jedynie Eal Tith, ze stworzeń, które tutaj żyją, są zdolne
do użycia tak zaawansowanej magii, prawda? - zapytał Lyunda.
- Nie tylko - rzekł Nidoril. Ale módlmy się, żeby to była leśne
skrzaty, bo inaczej nasz młody elf już raczej nie żyje, albo
właśnie umiera - dodał cicho.
Arten wykonał kilka gestów dłońmi, wymruczał wiązankę słów, i po
chwili w powietrzu rozbłysła, oznaczona czerwoną mgła droga
- Chodźmy - powiedział ochoczo wojownik, po czym trzech elfów
wyruszyło w dalszą drogę.
Pochodnia rozświetliła wszystkie zakątki tunelu
wychodzącego z pierwszej jaskini. Ellifane ostrożnym krokiem, z
wyciągniętym mieczem, zmierzył na jego drugi koniec. Młody adept
rozglądał się uważnie, nie chciał kolejnego niespodziewanego ataku.
- Ciekawe jak duży jest ten cały labirynt - mruknął pod nosem
niepewnie, patrząc na podnoszący się sufit.
Tunel powoli rozszerzał się, zaczynała się kolejna jaskinia.
Młody elf, stąpając delikatnie i czujnie, wszedł do kolejnej
kondygnacji labiryntu. Pomieszczenie wydawało się całkiem puste,
jednak adpet był pewien, że za licznymi stalagmitami i stalaktytami
wystającymi z ziemi z pewnością coś się kryło. Na jego środku
znajdowała się jednak ogormna, kamienna płyta, z wyrytymi napisami.
Ellifane podszedł niej, i rozpoznał, że są na niej zapisane słowa w
Nea Tidilith, języku Eal Tith, jednak młody adept, nie miał
zielonego pojęcia co tam pisze, niewielu elfów w ogule by potrafiło
to rozszyfrować. Cóż leśne skrzaty mają wyjątkowe upodobania, do
bardzo długich wyrazów. Elf minął skałę, i nie zmniejszając
czujności, przeszedł na drógi koniec jaskini.
Tym razem prowadziły z niej dwa tunele. Ellifane westchnął
niezdecydowanie, i po chwili zastanowienia, wszedł do wschodniej
odnogi. Ten tunel nie różnił się zbytnio od poprzedniego, skały,
skały, i jeszcze raz skały, a oprócz tego prosta droga. Adept
spojrzał najpierw na płonącą pochodnię, a potem na jej płomienie
odbijające się w ostrzu miecza. Jedynie to pozwalało elfowi
zachować nadzieje, dodawało mu otuchy. Adept, spokojnym krokiem
ruszył. Wokół niego, tańczyły niespokojne cienie, wywołane światłem
pochodni, przez które Ellifane cały czas niespokojnie rozglądał
się, czy żadna poczwara nie czai się w mroku za, lub obok niego.
Młody elf zauważył, że zbliża się następna jaskinia, tunal się
rozszerzał. Adept stanął przy wyjściu, i ledwo powstrzymał się
krzyku.
Lyunda kucnął na brzegu sporej polany, wpatrując się w
smugę czerwonego dymu, biegnącą w stronę wielkiego dębu, stojącego
na jej środku. Za nim w cieniach drzew stanęło dwóch magów.
- No to już wiemy, gdzie jest nasz zaginiony - mruknął Nidoril. W
samym środku królestwa Eal Tith.
- Chyba nie mamy wyjścia, musimy spróbować negocjować - odrzekł
Arten. Za dużo tego tutaj jest, nawet jak dla nas, czyż nie?
- Chce uniknąć rozlewu krwi, a poza tym faktycznie, jest ich za
dużo - przytaknął starszy czarodziej.
- Na pewno wiedzą, ze tu jesteśmy - dodał. Chodźmy więc po
Ellifane'a, byle prędko, nie wiadomo, co oni z nim właśnie robią.
Trzej wędrowcy wyszli na polanę, i zmierzyli w stronę wielkiego
drzewa. Słońce rozkosznie ogrzało ich twarze, dostarczając
przyejmnego uczucia ciepła. Nie minęło wiele czasu, jak wokół elfów
pojawiła się błękitna sieć, oplatając ich ze wszystkich stron.
Nidoril wykonał szybki ruch dłonią, wypowiedział kilka słów.
Błysnęło jasne światło, i magiczna siatka zniknęła.
- Nie chcemy walki - rzekł Arten. Szukamy pewnego młodego elfa,
który znajduje się w waszej niewoli. Oddajcie go nam, a obejdzie
się bez niepotrzebnych ofiar.
Po polanie rozległ się cichy chichot.
- Elfa młodego szukacie - odezwał się piskliwy głosik, za plecami
poszukiwaczy. Chodźcie za mną, zaprowadze was do niego - dodał,
pojawiając się nagle w swej niewielkiej postaci przed wędrowcami,
po czym ruszył szybkim krokiem, w stronę dębu, ledwie widoczny
pośród traw i wrzosów.
W całej jaskini czuć było odór rozkładu, na samym jej
środku leżały szczątki różnych stworzeń. Ellifane z przerażeniem
zauważył, że było tam również kilku martwych ludzi i elfów. Ze
wschodniej strony, adept usłyszał dziwny syk. Młody elf obrócił się
gwałtownie. Kolejny raz, język stanął mu w gardle ze strachu. Z
zakończonym kolcem ogonem, gigantyczny skorpion, przynajmniej pięc
razy większy od Ellifane'a, szedł w jego strone, na swoich sześciu
ochydnych odnóżach, podczas gdy następna ich para, zakończona
wielkimi szczypcami, była wyciągnięta w jego strone. Olbrzymie
szybkim krokiem podchodzilo coraz bliżej, a elf z przerażenia nie
mógł zrobić ani kroku. Po chwili, gdy poczwara była nie dalej niż
pół stajania od niego, elf przemógł się, i rzucił do panicznej
ucieczki, w stronę drugiego wyjścia z jaskini. Skorpion, niezwykle
szybko, podążył za nim, nieprzerwalnie szczękając szczypcami.
Strach dodaje skrzydeł - pomyślał Ellifane, co było prawdą, gdyż
adept normalnie, nigdy chyba nie osiągnąłby takiego czasu na setkę,
w jakim dobiegł do wyjścia z leża skorpiona. Jednak poczwara ciągle
zmierzał za nim. Młody elf pozbierał myśli, wyciągnął drżącymi
dłońmi grot strzały z kieszeni, i wyszeptał kilka słów. Nagle przed
nim pojawiła się płonąca strzała, która z ogromnym impetem
poleciała w stronę stwora, wbijając mu się głęboko w ciało, nieco
pod czymś, co możnaby nazwać głową. Skorpion zasyczał, i zatrzymał
się. Na chwile w jaskini zapanowała cisza, przerywana jedynie
szybkim oddechem Ellifane'a. Poczwara zasyczała po raz ostatni, po
czym przewróciła się na bok, i znieruchomiała.
- W samo serce - krzyknął rozradowany, jednak wciąż dygoczący ze
strachu elf. No prosze jak ładnie! Fortuna mi dzisiaj sprzyja -
dodał z łobuzerskim uśmiechem na ustach.
Młody adept rozjerzał się jeszcze raz po tym przerażającym
pomieszczeniu, pełnym odoru śmierci, po czym wszedł w tunel. Tym
razem nie musiał wybierać, był tylko jeden. Udało mu się opanować
drżenie rąk, jednak idąc przed siebie, kolejna rzeczw wzbudziła w
nim strach. Pochodnia ledwo się już paliła. Może jednak nie mam aż
tak wiele szczęścia - westchnął elf przyspieszając kroku. Po
kilkunastu minutach marszu długim tunelem, wśród niespokojnych
cienie na ścianach, przy zrezygnowanym westchnieniu, pochodnia
zgasła, a ciemność ogarnęła całą przestrzeń. No to pięknie -
mruknął elf, rzucając pochodnią ze złością przed siebie. Po
kolejnych kilku minutach, tym razem wyjątkowo wolnego kroku, i
ciągłego nasłuchiwania, czy żadna poczwara za nim nie idzie,
Młody adept usłyszał kapanie, które po jakmiś czasie przerodził
się w szum wody, spadającej z dużej wysokości. Czyżby wodospad -
zdziwił się Ellifane. Po następnych kilku krokach, elf zauważył, że
gdzieś w oddali, na końcu drogi, jest coraz jaśniej. Adept nie
zaniechawszy ostrożności, znów przyspieszył chód. Światło było
coraz bliżej. Wreszcie Ellifane zauważył, że cała następna
jaskninia, ogromna jaskinia, jest oświetlona dziwnym światłem,
pochodzącym od fosforyzujących liści, wyrastających z pnącz
biegnących po ścianach. Przez środek pomieszczenia biegł strumień.
Młody elf wszedł do jaskini i odetchnął z ulgą. Nie zauważył jak na
razie żadnego innego stworzenia, a ze wschodniej strony
pomieszczenia, znajdował się wielki wodospad, z którego zlatywała
krystalicznie czysta woda. Całe pomieszczenie było oplecione tą
dziwną świecącą rośliną, dzięki której było całkiem jasno. To
wszystko jest zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, w dodatku w
takim miejscu - pomyślał. Jednak szybko odegnał tę myśl, pragnienie
było zbyt wielkie. Adept rzucił się w stronę rzeki, padł na kolana,
odrzucił miecz i wziął trochę cieczy między ręce. Była lodowato
zimna, na pewno pyszna. Ellifane prawie zanużył w niej usta, kiedy
nagle usłyszał cichy głos.
- Nie... nie pij... ona jest zatruta - mówił ktoś bardzo cicho.
Elf momentalnie wstał i pomimo, iż ktoś go ostrzegał, rzucil
się po miecz. Dopiero teraz adept zauważył skuloną przy ścianie, z
przeciwnej strony do wodospadu, poruszającą się lekko postać.
Zauważył też inne, nieruchome.
- Kim jesteś - zapytał podchodząc powoli do ciemnej sylwetki.
- Nazyw... nazywam się... - rzekła cicho, ze słyszalnym wysiłkiem.
Vilineth.... te Eal Tith... skrzaty, wrzuciły mnie tu chyba już dwa
dni temu... Pomóż mi....
Ellifane wyraźnie zaintrygowany podszedł do niej. Ku jego
zdumieniu, spod płaszcza wystawały jej oprócz dłoni i nóg,
fosforyzujące pnącza, biegnąca aż do ściany, i łączące się z innymi.
- Ta..... ta roślina... - przerwała, kaszląc cicho. Gdy
podeszłam... oplątała mnie, wszczepiła się... ona żywi się duchową
energią, uwolnij mnie... nagrodzę cię...
Młody adept, stojący już tuż przy niej, zmachnął się, i zwinnym
ruchem miecza przeciął pnącza. Niespodziewanie, po odcięciu,
roślina zaatakowała, i zaczęła oplątywać się wokół jego ręki, w
której trzymał miecz. Elf bez zastanowienia wysarpanął sztylet zza
pasa, i odciął kolejne pnącze. Szybko chwycił napotkaną osobę za
rękę i odciągnął ją na bezpieczną odległość, niedaleko rzeki. Po
chwili tajemnicza postać kucnęła, mając wciąż spuszczoną głowę.
- Już mi lepiej - rzekła ucieszonym głosem. Dzięki.
- Nie ma za co - rzucił się adept. To jak będzię za tą nagrodą -
zapytał uśmiechając się.
Ellifane nawet nie zdążył mrugnąć, kiedy nagle kobieta wstała,
zrzucając kaptur, i pokazując wcale ładną twarz, ciemne włosy, i
lekko szpiczaste uszy, i niespodziewanie przykładając mu sztylet do
szyi. Uśmiechnęła się szeroko.
- W nagrode, może pozwole ci żyć - rzekła, lekko przejeżdżając mu
bronią po skórze, po czym kopnęła go, tak, że z impetem poleciał do
tyłu, ledwo utrzymując równowagę.
- Dzięki za łaske i wdzięczność - warknął. Nie próbuj tego więcej,
bo nie ręcze za siebie - rzucił, wkładając z powrotem sztylet za
pas.
Vilineth spojrzał na niego groźnym wzrokiem, po czym odwróciła
się, i lekkim krokiem ruszył w stronę, rozdwajającego się tunelu.
- Jeżeli chcesz przeżyć, to chodź, a nie stój tak, jak jakaś
niemota - warknęła.
Młody elf westchnął, kiwnął z niedowierzaniem głową i szybkim
krokiem ruszył za tą nową, dziwną towarzyszką.
Mały Eal Tith, stanął przed wielkim dębem. Puknął trzy
razy, szybko, w jego korę, następnie po chwili raz, delikatnie, i
znów dwa razy szybko i mocno. Przed skrzatem i trzema wędrowcami,
których prowadził, pojawił się owalny portal.
- Chodźcie za mną - powiedział uśmiechając się. Tam jest wasz
zaginiony, tam go znajdziecie, chodźcie, chodźcie.
Lyunda zrobił krok do przodu, i podszedł do migoczącego,
okrągłego portalu.
- Nie Lyunda, poczekaj. Nie wchodź tam - rzekł szybko Nidoril. Ty
skrzacie idź pierwszy.
- Nie, nie. Panowie elfowie pierwsi - odpowiedział, cały czas
uśmiechając się.
- Albo wejdziesz pierwszy, albo zostaniesz pokarmem dla robaków -
warknął Arten. A z tego drzewa zostanie kupka popiołu.
łobuzerski uśmieszek zszedł z twarzy małego Eal Tith, jego
miejsce zastąpiła nieukrywana złość i nienawiść. Skrzat cofnął się
o krok. Wędrowcy usłyszeli tylko cichy trzask, a w miejscu gdzie
przed chwilą stał Eal Tith, została tylko szara mgiełka, którą
szybko rozwiał wiatr, a po polanie rozległ się głos skrzata "Nigdy
go nie dostaniecie. Zginie i dostarczy nam rozrywki". Nidoril
westchnął. Nie wchodziło w grę niszczenie starożytnego drzewa.
Trzeba było znaleźć inny sposób. Portal cały czas migotał. Starszy
mag popatrzył na Artena, po czym skupił wzrok na portalu. Po chwili
ciszy, Nidoril zdecydowanie do niego wkroczył. Lyunda i czarnowłosy
mag poszli za nim. Słońce znikło za chmurami, a wiatr zawiał
mocniej, trzepocąc liściami starożytnego dębu.
Ellifane niemal biegł, aby dotrzymać kroku swej nowej
towarzyszce. Vilineth nie zwracając uwagi na potencjalne
niebezpieczeństwo, szła przed siebie bez jakiegokolwiek uzbrojenia
w rękach, wśród mroku, jakby doskonale znała drogę. Młody elf co
chwile się potykał o liczne kamienie leżące na ziemi. Wydawało mu
się, że słyszy co chwile cichy, szyderczy śmiech.
- Zwolnij - powiedział, potykając się znów, i ledwo utrzymując
równowagę. Gdzie tak ci śpieszno? I jak ty to robisz z tymi
kamieniami - dodał zirytowany, potykając się znów.
- Zamknij się i idź - rzuciła krótko. I nie hałasuj tak.
Adept zamilkł momentalnie, świadom, że do niczego to nie
doprowadzi. Elf ciągle potykał się o liczne, niezauważone kamienie.
Nagle w jego głowie pojawiła się genialna myśl. Ellifane sięgnął do
jednej ze swych kieszeni, i wyciągnął odrobine żółtego pyłu. Całe
szczęście, że troche mi tego zostało - pomyślał i uśmiechnął się,
patrząc, jak po kilku wyszeptanych słowach, na miejscu siarki na
jego dłoni, powstał niewielki, świecący, niebieski płomień. Jednak
wystarczył, aby mijać denerwujące skały.
- Czarodziej za trzy grosze - mruknęła Vilineth, na tyle głośno,
aby młody adept usłyszał kąśliwą uwagę.
Ellifane, puściwszy obelgę mimo uszu, przyspieszył kroku, nie
zostawając już w tyle za swoją towarzyszką. Chwile potem, elf
zauważył, że zbliża się kolejna jaskinia, mniejsza od poprzedniej,
jednak dokoła niej, porozwieszane były znów, świecące tym razem,
pochodnie. Elfka spowolniła kroku, i przywarła plecami do
ściany.Młody adept wyciągnął swój miecz. Klinga zalśniła na
czerwono, odbijając światło pochodni. Vilineth, weszła do
pomieszczenia, bacznie się rozglądając. Nagle po sali rozległ się
stukot podkutych nóg uderzających z impetem u ziemię. Vilineth
spojrzała z czystym przerażeniem na Ellifane'a, po czym zaczął biec
do dtugiego wyjścia. Młody adpet zrozumiał o co jej chodziło. Też
zaczął biec, a po chwili zobaczył, co było powodem jej strachu.
Wysoki na prawie trzy metry, z ogromnym, czarnym toporem, w stronę
Vilineth, biegł minotaur. Elf słyszał o takich stworzeniach, jednak
nie wierzyl że coś takiego w ogule może istnieć. Adpet pozbiera
myśli, zatrzymał się, kucnął i wziął w dłoń garść pyłu z ziemi.
- Ejj, poczwaro, tutaj - krzyknął na cały głos Ellifane,
wymachując mieczem. Mam coś dla ciebie.
Potwór zatrzymał się i spojrzał na elfa. Uniósł topór do góry, i
zaczął biec w jego stronę, rycząc dziko. Vilineth zatrzymała się
zdziwiona. On oszalał - mruknęła pod nosem, patrząc, jak minotaur
zbliża się do adepta.
- Jak mi to nie wyjdzie, to będzie nieciekawie - szepnął Ellifane,
po czym wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kawałek szkła, i
zanucił kilka słów. Ku jego uldze, niecałe 10 metrów od niego,
pojawiła się dokładna jego kopia. Nigdy mi to dobrze nie
wychodziło - mruknął zadowolony z siebie. Elf wziłął między dłonie
podniesiony pył, i gdy minotaur był już nie dalej niż 5 metrów,
wypowiedział kilka slów. Nagle zawiał silny wiatr, a wokól stwora
podniósł się piach, tworząc swego rodzaju burzę piaskową wokół
niego. Adept niemal krzyknął z radości. Ale to jeszcze nie był
koniec, młody elf zaczął okrążać szamoczącego się minotaura, i biec
w stronę wyjścia, gdzie stała przyglądająca się wszystkiemu
Vilineth. Zdezorientowany stwór wybiegł z nawałnicy, akurat przed
stojącą iluzją Ellifane'a. Minotaur zamachnął się toporem. Ostrze
przecięło kopię, a poczwara ryknęła dziko, rykiem triumfu. Młody
adept z uśmiechem na ustach dobiegł do opierającej się o ścianę
elfki.
- Uciekajmy, póki nas nie zauważył - powiedzial do niej szybko, po
czym wbiegł do tunelu. Vilineth zaklęła pod nosem. Zabrzmiało to,
jakby wolała, żeby minotaur przeciął jego, a nie iluzje. Po chwili
namysłu elfka podąrzyła za młodym adpetem, znikającym w mroku
korytarza.
Po kolei, jeden po drugim, trzech wędrowców spadło na sam
dół przepaści, aż na kapelusz wielkiego, brąowego grzyba. Lyunda,
po ześlizgnięciu się na ziemię, momentalnie wyciągnął miecz i
przeturlał się, rozglądając się po okolicy, czy w pobliżu nie ma
żadnego zagrożenia. Jednak jaskinia wydawała się pusta. Dwójka
magów stanęła za nim, również bacznie rozglądając się. Arten
wyszeptał parę słów, i przed elfami pojawiła się całkiem spora,
świecąca sfera, rozjaśniająca nawet najdalsze zakątki pomieszczenia.
- Był tutaj - mruknął Lyunda. Widzę jego ślad. Chyba musimy za
nimi iść, mając nadzieje, że nic go jeszcze nie zabiło.
- Nie mamy czasu na spacerek - odrzekł szybko Nidoril. Mam plan.
Arten, pomóż mi. Rzucamy polimorfię. Nietoperze.
Młodszy elf uśmiechnął się delikatnie wyciągnął z kieszeni mały
woreczek. Podczas gdy siwowłosy czarodziej koncentrowal się do
rzucenia tego skomplikowanego czaru, Arten odszedł na kilka metrów
i wziął garść srebrzystego pyłu z worka. Złożył ręce i wypowiedział
szybko kilka słów, wyrzucając jednocześnie srebrny substytut w
powietrze. Bardzo jasne światło wybuchło przed czarnowłosym magiem,
a po chwili na ziemi pojawiły się trzy szare, magiczne okręgi
otoczone runami i rozmaitymi znakami. Lyunda zobaczywszy, że Arten
staje w jednym z nich, momentalnie zrozumiał o co chodzi i wszedł
do sąsiedniego. Nidoril delikatnie wstał i stanął na ostatnim
miejscu. Starszy mag wyciągnął przed siebie ręce i zaczął zaśpiew
inikantacji, wykonując dłońmi różne gesty. Arten wspomagał maga
swoją mocą, również snując czar. Wojownik przyglądał się
zafascynowany, jak pomiędzy dłońmi czarodziejow pojawiła się
rożnobarwna kula, która po chwili rozszczepiła się na trzy
mniejsze. Nagle Nidoril podniósł głos i wyciągnął ręce do góry.
Młodszy mag zrobił to samo, i momentalnie trzy kule wleciały w
elfów. Wszystkie glosy ucichły. Wędrowcy zniknęli. Na środku
jaskini latały trzy nietoperze. Największy z nich, szaro-czarny,
błyskawicznie ruszył przez jedyny wychodzący z pomieszczenia
korytarz, a pozostałe dwa poleciały za nim. W jaskini rozległy się
odgłosy śmiechu Eal Tith
Ellifane potknąwszy się o kolejny głaz, zaklął pod nosem ze
złości, i wyciągnął z kieszeni kolejną szczyptę siarki. Zanucił
kilka slów, i na jego dłoni pojawił się mały plomyk, akurat, żeby
oświetlić elfowi kolejny kamień stojący mu na drodze, który adept
zręcznie przeskoczył. Tunel schodził stromo w dół, toteż Ellifane
zwolnił nieco kroku. Po chwili drogi młody elf poczuł zapach, który
nieprzyjemnie drażnił jego nozdrza. Tunel zakręcał, i młody adept
zatrzymał się. Niedługo potem, koło niego stanęła również Vililneth.
- Siarka - mruknął elf. Pewnie lawa albo coś...
- Poczułam - warknęła. Miejmy nadzieje. że nie coś. Teraz chodź,
tylko ostrożnie i powoli - dodała szeptem. Nie chcę zginąć przez
twoją nieuwagę.
- To ja nas uratowalem przed tym minotaurem, nie ty - odrzekł
butnie, jednak jego towarzyszka nie zwróciła na to uwagi, i zaczęła
pomału schodzić w dół tunelu.
Elfka stanęła tuż przy ścianie, zaraz przed osrym zakrętem.
Zapach siarki był coraz silniejszy, a temperatura coraz wyższa.
Kropelki słonego potu pomału ściekały po aksamitnej skórze
Vilineth. Ellifane szedł za nią krok w krok, z wyciągniętym
mieczem. Zgasił płomyk, nie był on już potrzebny. Droga była lekko
rozświetlona czymś, co najpewniej było w następnym tunelu. Elfka
przetarła czoło i wyprostowała się. Kilkoma szybkimi krokami
przebiegła do przeciwległej ściany i znów przykucnęła, wpatrując
się w następną jasknię. Młody adept stanął w na tyle wysuniętym
miejscu, aby mógł zobaczyć zawartość następnego pomieszczenia. Było
całe rozświetlone na czerwono, z powodu lawy otaczającej małą
wyspekę na środku jaskini, z której biegło jedno wyjście, z
przeciwnej strony. Wydawało się jednak tak odległe. Jak na razie,
po paru krokach elfa, żaden skorpion, minotaur, czy inna poczwara
się nie pojawiła w zasięgu jego wzroku. Vilineth stanęła tuż przed
wejściem, przed długimi, czarnymi schodami, prowadzącymi na sam
dół, aż do owej małej wyspy, z dziwnym posągiem na środku. Młody
adept powoli podszedł do swojej towarzyszki.
- Wkurza mnie ten zapach siarki - mruknęła, pociągnąwszy nosem. To
wszystko jest jakieś podejrzane. Za spokojnie tutaj. Chodź, tylko
uważaj, żeby nie sprowadzić na nas jakiegoś stwora - dodała, po
czym znów otarła czoło z licznych kropelek potu.
Ellifane spokojnie, bez prostestów ruszył, za schodzącą po
schodach elfką. Młody adept nie mógł powstrzymać ciekawości i
dotknął owego dziwnego czarnego kamienia, z którego zrobione były
schody. Był całkiem zimny. Elf uśmiechnął się zaciekawiony. Po
chwili namysłu wstał, i ruszył za Vilineth, która już prawie była
na samym dole, przy wysepce. Ellifane przyspieszył kroku, niemal
zbiegał. Elfka podeszła do posągu. Czarnego posągu. Przedstawiał on
dziwne stworzenie o kilku głowach, z bogato uzębuionymi szczękami,
i długim ogonem, zakończonym kilkoma kolcami, na kształt maczugi.
Vilineth, rownież zaciekawiona dotknęła posągu, całkiem zimnego
posągu. Nagle wokół stworzenia pojawiła się czerwona, świecąca,
otoczka. Elfka nie wiedziała co zrobiła, jednak jedynym sensownym
wyjściem w tej sytuacji, była ucieczka. Vilineth zaczęła biec do
wyjścia, znów zostawiając młodego adepta sam na sam z
materializującą się właśnie u stóp schodów bestią. Stwór zamachnął
długim ogonem rozwalając posąg, który pomimo pojawienia się
stworzenie wciąż stał. Długie czarne kolce z łatwością skruszyły
skałę, całkiem niszcząc dzieło.
Ellifane tym razem całkowicie nie wiedział co ma zrobić. Ręce
trząsły mu się niekontrolowalnie, gdy patrzył na machającą ogonem,
pięciogłową, blisko siedmio metrową kreaturę. Młody elf wiedział,
że to hydra. Wiedział też, że nie ma szans na przeżycie. Vilineth
schowała się w cieniu tunelu, i patrzyła na poczynania adpeta,
ktory jak na razie stał bez ruchu i wpatrywał się w bestię
przerażonymi oczami. Hydra po chwili furii napotkała wzrokiem
jednej z głów Ellifane'a. Młody elf tylko patrzył, jak monstrualny
potwór wyszczerzył zęby zęby, i zaczął iść w jego stronę. Schody aż
zatrzęsły się pod ciężarem bestii.
Uciec stąd - to była jedyna myśl jaka latała po głowie adepta,
jednak nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Bestia biegła coraz
szybciej, była coraz bliżej. Ellifane odzyskał po chwili władzę w
członkach, jednak jego umysł przepełniony był strachem i
przerażeniem. Schody drgały, gdy hydra stawiała nstępne kroki. Była
już niewiele więcej niż pięć metrów od wciąż nieruchomego elfa, gdy
on wrescie uszył swoimi nogami, i zaczął uciekać w górę, potykając
się o stopnie. Bestia zaciekawiona małym, drżącym stworzeniem
machnęła ogonem, krusząc kawałek schodów, i podąrzyła za nim
szybkim krokiem. Młody adept nie miał szans. Pomimo tego, iż
uciekał, hydra byla coraz bliżej. Nagle jedna z jej głów
wystrzeliła w stronę pleców Ellifane'a, jednak ten świadom
niebezpieczeństwa odwrócił glowę i w ostatniej chwili, na widok
kłów zmierzających w jego stronę uskoczył w bok, i boleśnie
przeturlał się. Hydra momentalnie doskoczyła do leżącego elfa, i
stanęła nad nim w całej swej okazałości. Więc to jo jest koniec -
pomyślał młody adept. Tak zginę. Przynajmniej chwalebnie. Ellifane
zamknął oczy. Nie mógł opanować drżenia. Nie chciał widzieć jak
umiera. Jednak zamiast uczucia bólu, kłów rozszarpujących jego
ciało, własnej krwi na rękach, poczuł przepływ energii przez swoje
ciało, i usłyszał ryki protestu hydry. Nieco niezdecydowany, elf
otworzyl oczy. Zobaczył, że jego ciało lewituje. Na schodach
zobaczył jeszcze dziwniejszy widok. Nagle wleciały tam dwa
nietoperze, które momentalnie zamieniły się w dwóch elfów. Jeden
wyciągnął miecz, i natychmiastowo zaatakował bestię. Ellifane,
nieco uspokojony rozejrzał się. Koło niego lewitował, znany mu
całkiem nieźle, Arten.
- Witaj chłopcze, dobrze cię widzieć - uśmiechnął się czarodziej.
Spadamy stąd, robi się nieprzyjemnie - rzekł szybko, gdy nagle
Lyunda odciął stworowi jedną z głów, a na jej miejscu po chwili
wyrosły dwie nowe. Teleportujemy się. Pomóż mi i skoncentruj obraz
w glowie na bramie do Alliel. To będzie dobra
_________________ Miejsce na Twoją stronę -> Katalog Fantasy
Też piszesz do szuflady? Zapraszamy na portal twórczości amatorskiej - Szuflada