Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.
Poddaję głowę pod topór waszej krytyki po raz pierwszy. Mam nadzieję, że nie ostatni
WSPOMNIENIA
Stała pod drzewem z zamkniętymi oczyma. Ciepły, wiosenny wiatr owiewał łagodnymi podmuchami jej twarz. Czuła miękkość trawy pod stopami, dotyk promieni słońca, którego promienie przedzierały się przez korony drzew. Był ranek, jej ulubiona pora dnia. Na pajęczynach, rozpiętych pomiędzy krzewami i gałęziami drzew perliła się rosa, mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy. Na jej ramieniu przysiadła biedronka, ale zaraz poderwała się ponownie do lotu. Dziewczyna znów była szczęśliwa. Tak jak wtedy, przed laty, w Neveryonie. W jego lasach pachnących tak cudownie, skrzących się tak niezwykłym blaskiem. Otworzyła oczy. Widziała ich. Widziała elfów, promieniejących tym nieziemskim blaskiem. Oni pamiętali dni, gdy świat był jeszcze młody i bogini przechadzała się po neveryońskich lasach.
Podeszła do jednego z nich. Wyciągnęła rękę, ale bała się. Bała się go dotknąć. Obawiała się, że piękny elf okaże się wizją, ułudą zbyt piękną, by mogła być prawdziwa. Już, już miała cofnąć dłoń, gdy on odwrócił się nagle. Był tak piękny, że zabrakło jej słów, by go opisać. łzy wzruszenia napłynęły jej do oczu.
- Ludzkie dziecko… - odezwał się elf w pięknym, melodyjnym języku. W języku, którego już prawie zapomniała, tak jej się przynajmniej wydawało. Ale gdy usłyszała te dwa krótkie słowa, przypomniała go sobie. I przypomniała sobie te dni, gdy sama nim mówiła.
Ludzkie dziecko… Właściwie nie była ani dzieckiem, ani kobietą. Ale elf użył tych, a nie innych słów. Ludzkie dziecko w świecie, w którym zatrzymał się czas, pośród elfów. Jedyne. Obce. Obce dla nich, bo dla niej Neveryon zawsze był domem. Jedynym, jaki kiedykolwiek miała.
Intruz. Świętokradca. Te słowa przelatywały jej przez myśli, gdy patrzyła na obraz nieskończonego piękna. Wydawało jej się, że sama jej obecność plami to, co winno być czyste i święte. Takie właśnie wydawało jej się zawsze obcowanie z elfami. Czuła, że jest tu zbędna, że jej obecność jest jedynie zawadą.
Ale elf uśmiechnął się. A uśmiechając się podał jej dłoń. Ujęła ją, nie śmiejąc spojrzeć mu w oczy. On jednak uniósł jej podbródek i sprawił, że spojrzała mu w oczy, głębokie, jak studnie bez dna. A później poprowadził ją w świat, o którym nigdy nie zapomniała. W świat, który był jej jedynym domem. W świat, który utraciła na zawsze.
Po jej policzku spłynęła jedna łza, a później następna. Otworzyła oczy, tym razem naprawdę. Nie widziała wokół siebie lasów Neveryonu, tylko błękitne, spokojne morze i czerwoną kulę chowającą się za horyzont. Znów śniła na jawie…
Ylsę wyrwał z zamyślenia szorstki głos Bregona.
- Przyjdziesz tu wreszcie, czy mam cię tak jeszcze wołać? – zapytał. Mówił dialektem z Wysp Erie, prawie niezrozumiałym dla mieszkańców kontynentu. Lata izolacji od stałego lądu spowodowały, że wśród mieszkańców wysp rozwinął się specyficzny dialekt, o wiele bardziej twardy i szorstki od wspólnej mowy używanej w Arvonie i innych królestwach. Wraz z upływem lat coraz bardziej odbiegał od wspólnej mowy z kontynentu, aż wreszcie zmienił się w zupełnie inny język.
Ylsa otuliła się szczelniej płaszczem, który i tak nie dawał jej dostatecznej ochrony przed lodowatym wiatrem wiejącym od morza i niechętnie powlokła się w stronę domu. Przed chatą czekał na nią wysoki, postawny mężczyzna o jasnych włosach, niebieskich oczach, noszący brodę i długie wąsy, jak prawie wszyscy wyspiarze.
- Co się z tobą znowu dzieje? – zapytał gniewnym głosem.
- Przepraszam – odparła Ylsa, spuszczając wzrok. – To się więcej nie powtórzy.
- Przygotuj strawę na wieczór – rzucił jeszcze po czym odszedł, by dopilnować wyciągania sieci.
Bregon był zarządcą jednej z Wysp Erie, przywódcą klanu. Do jego obowiązków należało dostarczenie ludności dostatecznej ilości pożywienia oraz ochrona wyspy. Miał pod sobą dwudziestoosobowy oddział zaprawionych w bojach wyspiarzy, którzy zapewniali ludziom żyjącym na wyspie bezpieczeństwo. Oprócz tego był sędzią w sporach pomiędzy mieszkańcami wyspy.
Właściwie jedynym, czego musieli się obawiać wyspiarze byli piraci, plądrujący bez ustanku wybrzeża kontynentu. Nie oszczędzali oni także wysp, chyba, że liczyli na zysk. Wtedy handlowali, najczęściej żywym towarem. W taki właśnie sposób Ylsa dostała się na Wyspy Erie.
Dziewczyna nigdy nie znała swych rodziców. Jako niemowlę została porzucona w neveryońskim lesie. Tam znalazła ją Alasiel, żona jednego z elfich szlachciców. Nadano jej imię Nimue, co w szlachetnej mowie elfów oznacza: Czysta. Wychowywała się razem z synem Alasiel, Alessanem. Była jego mleczną siostrą, jako że chłopiec urodził się mniej więcej w tym samym czasie, co Ylsa i oboje byli karmieni przez Alasiel. Elfie dzieci osiągają dojrzałość tak szybko jak ludzie, po czym czas się dla nich zatrzymuje, więc dziewczyna dorastała wraz z Alessanem, znajdując w nim towarzysza zabaw i przyjaciela.
Nieszczęście zdarzyło się, kiedy miała dziewiętnaście lat. Przebywała wraz z przybranym bratem na wybrzeżu, gdy napadli na nie piraci. Alessanowi udało się ujść wolno, lecz Ylsa trafiła do niewoli. Pamiętała odór niemytych ciał piratów i współwięźniów, gdy przez długie dni siedziała w ciemnej ładowni pod pokładem, cierpiąc z głodu i pragnienia, skrępowana więzami wpijającymi się boleśnie w nadgarstki i obcierającymi do żywego mięsa kostki, bita, gwałcona i poniżana.
Została sprzedana właśnie Bregonowi, który jako człowiek dość zamożny, przynajmniej jak na wyspiarza, mógł pozwolić sobie na kupno niewolnicy. Popadła z jednej niewoli w drugą, z dala od domu, który tak bardzo ukochała, od elfów, którzy zastąpili jej rodzinę, od Neveryonu, cudownej krainy, w której zatrzymał się czas.
Musiała ciężko pracować, nauczyć się brzydkiej, niemelodyjnej mowy wyspiarzy, tak różnej od śpiewnego języka elfów, którym posługiwała się w domu Alasiel i wspólnej mowy mieszkańców kontynentu. Nadano jej też inne imię – Ylsa, jako że mieszkańcy wyspy nie potrafili wymówić w swym szorstkim języku imienia Nimue. Z początku nienawidziła swego nowego miana, jednak z biegiem czasu przyzwyczaiła się do niego.
Ylsa spojrzała na swe spracowane, pokryte odciskami dłonie. Była tu już pięć długich lat. O pięć lat za dużo. Każdej nocy śniła o białym korabiu elfów, który przypływa na wyspę i zabiera ją stamtąd. Ale każdego rana budziła się i wiedziała, że żaden elficki statek nie przypłynie ani dziś, ani nigdy.
Elfowie rzadko zapuszczali się w rejon Wysp Erie. Po pierwsze z racji tego, iż nie mogli porozumieć się z wyspiarzami. Po drugie zaś, nie mieli tam żadnego interesu. Towary elfich kupców były zbyt drogie dla mieszkańców wysp, żyjących w ciężkich warunkach, zmuszonych przez życie do ciężkiej pracy. Nie mieli dość pieniędzy, by kupować oferowane przez elfów wyroby. Nie były im potrzebne bele jedwabiu najlepszej jakości, złote i srebrne talerze, przepiękne kobierce, biżuteria wysadzana klejnotami, kielichy z kryształu i tym podobne rzeczy. Ich jedynym pragnieniem było, aby śledzie i dorsze brały, tak, by nie zabrakło im jedzenia na zimę i by mieli wystarczająco dużo wełny na ciepłe ubrania. Nie potrzebowali zbytkownych rzeczy. Jedli z drewnianych talerzy, posługiwali się stalowymi sztućcami, pili z drewnianych lub cynowych kubków.
- Nimue… - wyszeptała do siebie, próbując przywrócić szczęśliwe wspomnienia. Jednak szybko została sprowadzona na ziemię.
- Ylso! – W drzwiach domostwa pojawiła się młoda, wysoka i niebieskooka blondynka. – Długo będziesz jeszcze tak stać i bezmyślnie się gapić?! Chodźże tu i pomóż mi z kolacją, bezużyteczna dziewko!
- Przepraszam, Griet – odpowiedziała Ylsa, pospiesznie idąc do domu. – Zamyśliłam się.
- Ty nie jesteś w tym domu od myślenia, tylko od roboty! – rzekła gniewnie Griet.
Była najstarszą córką Bregona i w niedługim czasie miała wyjść za mąż. Miała już siedemnaście lat, więc czas był na nią najwyższy. Inne dziewczęta w jej wieku dawno już były mężatkami i wychowywały dzieci. Jej nie spieszyło się do zamążpójścia. Kiedy jednak zaczęła rzucać powłóczyste spojrzenia każdemu napotkanemu mężczyźnie, w tym i parobkom w gospodarstwie, ojciec zdecydował, że musi wydać ją za mąż. Padło na jednego z ludzi Bregona, trzydziestoletniego Haina.
- Chodźże, ślamazaro! – ponagliła jeszcze Ylsę i zniknęła w środku.
Dziewczyna weszła do chaty z zdjęła chustę. Ciepło paleniska ogrzewało domostwo zarządcy. Nad nim wisiał na żelaznym trójnogu kociołek z zupą rybną. Ylsa, znająca swoje obowiązki, zamieszała gęstą, zawiesistą polewkę i położyła na stole siedem drewnianych, głębokich misek i łyżek. Przeznaczone one były dla Bregona, jego żony Rheis oraz piątki dzieci: dwóch synów, Calufa i Meldryna oraz córek, Griet, Brithis i Twilli.
Twilla była najmłodszą wśród dzieci Bregona, miała dopiero siedem lat. Rozpieszczana przez ojca do granic możliwości, stała się grymaśna i Ylsa nigdy nie mogła dać sobie z nią rady. Wiedziała jednak, że nie powinna skarżyć się Bregonowi na małą.
- Oddawaj! – usłyszała krzyk rozzłoszczonej Twilli, gdy ta wbiegła do największej izby. – Oddawaj moją lalkę! Ylso, Brithis nie chce mi oddać lalki! Powiedz jej coś! Griet!!!
- Możesz się na chwilę uspokoić, ty nieznośny bachorze?! – ofuknęła ją najstarsza siostra, wchodząc szybkim krokiem z przyległego pokoju. – Własnych myśli przez ciebie nie słychać!
Dom Bregona był duży, składał się z czterech izb: w jednej znajdował się piec i palenisko, a także duży stół przy którym spożywano posiłki, w drugiej spali Bregon i Rheis, w trzeciej ich dzieci, w czwartej zaś spała i jadła służba: dwóch parobków, jedna dziewka służebna i Ylsa.
- Brithis, oddaj lalkę Twilli – odparła spokojnie Ylsa, nie przerywając swych zajęć. Nalewała właśnie piwa do drewnianych kubków, uważając, by przypadkiem nic nie wylało się na mytą przez nią tego ranka podłogę. To był kolejny zbytek w domu Bregona. Miał drewnianą podłogę, a nie, jak inni, klepisko.
- Oddawaj!!! – krzyknęła Twilla, rzucając się na siostrę z pięściami. – Bo powiem tacie!
- Oddaj jej lalkę, Brithis – powtórzyła Ylsa. – Masz już czternaście lat. Nie przystoi ci takie zachowanie.
Ostatecznie spór rozwiązało pojawienie się w izbie Bregona. Brithis szybko oddała szmacianą lalkę Twilli i wyszła.
- Siadaj, panie – powiedziała Ylsa, wskazując mu miejsce przy stole. Jako wykształcona na dworze szlachcica nigdy nie używała śmiesznej i prostackiej formy „wy”, w jakiej prosty lud zwykł się zwracać do innych. – Wieczerza już prawie gotowa. Gdzie są twoi synowie?
- Kończą składać sieci – odparł Bregon, rozpierając się na krześle. – Był obfity połów. Miejmy nadzieję, że wkrótce przybędą do nas handlarze z kontynentu. Będziemy mogli sprzedać ryby. Ale idzie sztorm… I to duży. Za jakieś dwa, trzy dni nie będziemy już mogli wypłynąć.
Ylsa wiedziała, co to dla niej oznacza. Przynajmniej dwa tygodnie pod lepkimi spojrzeniami synów Bregona. O ile Meldryna mogła jeszcze znieść, o tyle natarczywość Calufa była nie do zniesienia. Dla mężczyzn była interesująca, ponieważ zupełnie odmienna od kobiet z Wysp Erie, o jasnej cerze, niebieskich oczach i blond włosach. Miała ciemne, długie włosy, piwne oczy o złocistych refleksach i oliwkową karnację.
Dziewczyna poczuła na sobie czyjś wzrok. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że to Caluf. Nikt inny nie patrzył na nią w ten sposób, w jaki jastrząb patrzy na swoją ofiarę. Po chwili w izbie pojawił się tez Meldryn, a po nim Rheis. Ylsa nalała każdemu z domowników zupy i już miała odejść, gdy Rheis ją zatrzymała. Nie była już pierwszej młodości w jej włosach widoczne były nitki siwizny, twarz pokrywała siateczka dość płytkich jeszcze zmarszczek, a oczy straciły swój blask. Po urodzeniu piątki dzieci opuściły ją siły, więc większość czasu spędzała w domu, szyjąc, tkając i przędąc wełnę. Jej obowiązki w gospodarstwie przeszły na Ylsę.
- Zaśpiewaj nam, dziecko – powiedziała łagodnie, uśmiechając się. – Masz taki piękny głos, a my już tak dawno cię nie słyszeliśmy.
Ylsa usiadła na drewnianym zydlu w pobliżu ognia i zaczęła śpiewać w szlachetnej mowie elfów ich pieśni. Śpiewała o lasach Neveryonu, które przyszło jej utracić, o białych statkach płynących poprzez morze, o wschodzie słońca nad górami. W jej oczach pojawiły się łzy. Odwróciła się i wyszła pospiesznie, tak, by Rheis nie zauważyła słonych kropli spływających jej po policzkach.
W izbie dla służby było cicho i spokojnie. Parobkowie pracowali jeszcze w polu, dziewka doiła krowy w oborze. Ylsa była zadowolona, że większość czasu spędzała przy domu. Gdy jednak nadchodziło lato, musiała jak wszyscy pracować w polu. Ta ciężka praca nie omijała nawet Twilli.
- Gdzie ona jest? – usłyszała donośny głos Calufa. – Gdzie, do czorta, jest ta przeklęta dziewka?!
- Ucisz się wreszcie! – Rheis podniosła głos. – Czego od niej chcesz?
- Chcę, żeby mi zaszyła ubranie. Co z niej za niewolnica, skoro słucha tylko samej siebie? Ylsa! – zawołał. Dziewczyna nie mogła już udawać, że nie słyszy. – Piwa! – zażądał.
Ylsa poszła posłusznie po następny dzbanek. Kiedy wróciła, w izbie siedzieli już tylko Meldryn i Caluf. Bez słowa postawiła przed nimi dzban i chciała odejść.
- Chcę czegoś jeszcze – powiedział Caluf.
- Tak, wiem, zaszyję ci ubranie – odpowiedziała dziewczyna. Kątem oka zauważyła, jak Meldryn wstaje od stołu i wychodzi na dwór.
„Nie! – chciała krzyczeć, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. – Nie odchodź!”
- Nie chodzi o ubranie – odrzekł Caluf, mierząc ją wzrokiem.
- A o co? – zapytała. Tak bardzo chciała, by jej głos nie drżał, lecz na próżno.
- O ciebie, mała suko… O ciebie. Wiem, jak cię przećwiczyli piraci – powiedział ze wstrętnym uśmiechem. – No, chodź tu! Już!
- Nie – odparła Ylsa. Sama dziwiła się stanowczości w swoim głosie. Calufa zdziwiło to nie mniej niż ją samą. Na jego twarzy pojawił się wyraz zaciętości. Podszedł do niej i boleśnie wykręcił jej rękę.
- Co to znaczy: „nie”?! – zapytał, wpijając jej palce w ramię. Dziewczyna wiedziała, że przez długie tygodnie pozostaną tam ciemne siniaki. – Już ja ci pokażę! Nie chciałaś po dobroci to będzie po złości!
Pchnął ją na stół.
„Meldryn! – wołała bezgłośnie Ylsa. – Meldryn, proszę, wejdź tu!”
Wiedziała, że młodszy z braci by na to nie pozwolił. Gdyby tylko tu był.
„Słodka Bogini! Astro, proszę! Zlituj się nade mną! – błagała w myślach. – Proszę!”
Ylsa broniła się zaciekle, drapała, gryzła i kopała, ale mężczyzna górował nad nią wzrostem i był od niej o wiele silniejszy.
Nagle do izby wszedł Bregon. Zatrzymał się raptownie, zszokowany tym, co zobaczył.
- Caluf! – krzyknął. – Pod moim dachem… Pod moim dachem… - powtarzał z pobladłą twarzą. – W moim domu dzieją się takie bezeceństwa! Precz! Nie chcę cię tu dzisiaj widzieć! Precz, powiedziałem! A ty… idź do siebie. Już!
Dwa dni później, dokładnie tak jak przewidywał Bregon, rozpoczął się sztorm. Ylsa pracowała właśnie w polu, pieląc zawzięcie warzywa, które usiłowały rosnąć na skalistej, nieurodzajnej ziemi. Od czasu wieczornego zajścia Caluf mało przebywał w domu. Wieczorami włóczył się po wyspie z przyjaciółmi i wracał do domu późną nocą.
Czarne chmury zwiastujące ulewę przetaczały się przez niebo, zasnuwając je mrokiem. Od morza powiał zimny wiatr i Ylsa skuliła się, czując na ciele gęsią skórkę. Dni były jeszcze ciepłe, wszak był to dopiero początek września, lecz wieczory chłodne. Teraz zaś, w środku dnia, było zimno jak w nocy.
Dziewczyna szybko porzuciła swoje zajęcie i pobiegła czym prędzej do domu. Zamykając okna myślała o tych wszystkich nieszczęśnikach, których sztorm zastanie na morzu. Iluż takich wyrzucały fale w kilka dni po ustaniu nawałnicy! Wszyscy byli martwi. Wyspiarze urządzali im pogrzeby, chowali ofiary morza w bezimiennych mogiłach, pozbawiając ich wcześniej wszystkich kosztowności, których nie zdążyły zabrać zachłanne fale.
Pierwsze krople uderzyły o szyby. Burza… Dziewczyna miała jedno szczególne wspomnienie. To zdarzyło się dwa lata przed porwaniem. Ylsa usiadła ciężko na stołku i zapatrzyła się w ogień płonący na palenisku…
- Nimue! – Ciemnowłosa elfka rozglądała się nerwowo, szukając wzrokiem dziewczyny. – Alessanie, czy wiesz, gdzie jest Nimue?
Złotowłosy, siedemnastoletni elf zwrócił na piastunkę swe szafirowe oczy. Miał minę niewiniątka, ale Jora nie dała się zwieść. Zbyt często widziała ten wyraz twarzy u swego wychowanka.
- Alessanie, powiedz natychmiast, gdzie jest Nimue! Zaraz nadciągnie burza!
- Przecież wiesz, że ona nie boi się burzy – odparł spokojnie młodzieniec. – A ja naprawdę nie mam pojęcia, gdzie ona jest. Przecież gdybym wiedział, nie ukrywałbym tego!
Widząc niepokój Jory, Alessan starał się ukrywać własny strach o przybraną siostrę. Nie wiedział, gdzie się podziała, rozstali się przed lekcją fechtunku i od tej pory jej nie widział.
Nadciągała burza. Niebo na północy pociemniało, przybrało złowróżbny grafitowy kolor, chmury z każdą chwilą zbliżały się coraz bardziej. W jednej chwili zerwał się wiatr i lunęło. Niebo przecięła błyskawica. Pierwszy grzmot przetoczył się nad okolicą.
- Nimue! – wołała Jora, bezskutecznie próbując odnaleźć powierzoną jej pieczy dziewczynę.
- Nimue! – zawtórował jej Alessan, choć wiedział, że to bezsensowne. – Konia! – krzyknął do sług.
- Alessanie, nie! – zaprotestowała gwałtownie Alasiel, wybiegając na deszcz. Ona także martwiła się zniknięciem przybranej córki, lecz rodzony syn był jej równie drogi. – Zabraniam ci wyjeżdżać w taką pogodę!
- Mamo… - szepnął Alessan, przytulając Alasiel. – Wrócę, obiecuję. I znajdę Nimue.
Lało jak z cebra. Nimue bezskutecznie usiłowała znaleźć drogę powrotną do domu. Teraz żałowała, że była tak beztroska i mimo zbliżającego się deszczu wyszła z domu. Wydawało jej się, że zna tu każdy kamień, każde drzewo, a jednak gdy przyszła ulewa, zgubiła się w strugach deszczu.
Było jej zimno, przemokła do suchej nitki, cienka, jedwabna suknia kleiła jej się do ciała, z włosów kapała woda. Zagrzmiało. Nimue, mimo iż nie bała się burzy, skuliła się.
„Muszę szybko znaleźć jakąś kryjówkę” – myślała gorączkowo.
Nie była na tyle nierozsądna, by chować się pod drzewem. Wiedziała, że mógłby ją trafić piorun.
„Słodka Bogini, jak zimno…”
Moment nieuwagi wystarczył, by potknęła się i sturlała z niewielkiego pagórka. Na szczęście była cała. Bolała ją nieco noga, ale była w stanie iść, utykając tylko lekko.
- Gdzie ja jestem?! – zawołała sama do siebie. Odpowiedziało jej echo, odbijające się od skał. Ale powtórzyło tylko jej słowa.
Nie mogła zajść zbyt daleko, na pewno nie przekroczyła granicy ziem Vanthorisa, ojca Alessana. Niemniej jednak nie znała miejsca, w którym się znalazła.
„ Astro, jak mi zimno… Bogini, zlituj się, spraw, żebym znalazła jakąś grotę, w której mogłabym się schronić przed zimnem. Niech mnie ktoś znajdzie!”
Jej prośbom stało się zadość, przynajmniej po części. Błąkając się, natrafiła na opuszczoną grotę. Początkowo bała się, że może w niej być niedźwiedź, ale gdy przyjrzała się jej dokładnie stwierdziła, że nie zmieściłby się tam nawet najmniejszy z tych zwierząt. Jaskinia była tak mała, że dziewczyna ledwie się tam zmieściła. Skuliła się w najdalszym od wejścia kącie, który dawał osłonę przed siekącym deszczem i zimnym wiatrem.
Chłód i wyczerpanie zrobiły swoje. Nimue zaczęła zasypiać, choć wiedziała, że nie wolno jej tego robić, bo już się nie obudzi. Za każdym razem, kiedy już, już miała pogrążyć się w otchłań snu, uderzała się w policzek, by oprzytomnieć choć na chwilę. Powieki ciążyły jej z każdą chwilą coraz bardziej, wreszcie nie miała już siły by podnieść rękę i uderzyć się w twarz.
-…mue! – usłyszała nagle. Czy to wyobraźnia spłatała jej figla? Czy to echo tak ją zwodziło?
- Nimue! – wołanie powtórzyło się po raz kolejny, tym razem wyraźniej. – Nimue!
„Nie mam siły – pomyślała. – Nie mam siły, by mu odpowiedzieć… Chcę spać. Tak, spać.”
- Nimue, odezwij się! – krzyk niósł się coraz głośniej.
- …odezwij się… ezwij się… ezwij się… - powtarzało echo.
„Woła mnie. Chce, żebym mu odpowiedziała – myślała dziewczyna. – Ale ja chcę spać. Tak, spać…”
- Nimue!!! – głos był coraz wyraźniejszy. Dziewczyna powoli rozpoznawała krzyczącego.
„Alessan! – ucieszyła się, wciąż balansując na granicy dwóch światów. – To on! Muszę mu odpowiedzieć! – mówiło coś w jej duszy. – Ale tak bardzo chcę spać – odpowiadało jej ciało. – Tak bardzo…”
- Alessan! – krzyknęła wreszcie. – Tu jestem… Tu… - głos jej ścichł, aż wreszcie zamilkła zupełnie.
Zziębniętą, siną z zimna i drżącą znalazł ją wreszcie Alessan. Jej ciało było rozpalone żarem gorączki.
- Wytrzymaj, Gr??nn?Š – szepnął, nazywając ją pieszczotliwie siostrzyczką. – Wytrzymaj…
Jechał najszybciej jak mógł. Deszcz spływał mu strugami po twarzy, widział jak przez mgłę. Gdy wreszcie dopadł bramy posiadłości, złożył nieprzytomną Nimue na ręce jednego ze sług, a sam zeskoczył z konia, dysząc ciężko.
- Zabierz ją do dworu! – rozkazał. – Szybko!
Następne tygodnie były dla Nimue pasmem majaków, obrazów tak nierealnych, że to mogły być tylko rojenia. Rzucała się niespokojnie, bredząc w malignie, patrzyła na pielęgnującą ją Alasiel i czuwającą przy niej Jorę nieprzytomnymi oczyma. Nie widziała, to, co przesuwało się przed jej oczami było tylko plątaniną bezsensownych obrazów, których umysł nie był w stanie połączyć w logiczną całość, ale słyszała wszystko, co mówiło się przy jej łóżku.
- Gdyby twój syn, pani, jej wtedy nie znalazł, nie byłoby jej tu dziś z nami – mówił zatroskany medyk. – To bardzo ciężkie zapalenie płuc. Gdyby jeszcze trochę posiedziała w tym zimnie, dostałaby zapalenia mózgu, a stąd już prosta droga do śmierci. Gdyby była elfką, udałoby się ją uratować, ale człowiek nie ma szans w walce z tą chorobą…
- Ylso! – podniesiony głos Bregona wyrwał ją z zadumy. – Gdzie jest Twilla?!
- Nie ma jej? – zapytała zdumiona dziewczyna. – Przecież była z Brithis!
- Brithis już dawno wróciła do domu, a Twilli jeszcze nie ma! Tak pilnujesz dziecka?! – Bregon po raz pierwszy w życiu uderzył ją w twarz.
„Nie, dobra bogini, nie! – myślała. – Niech ten koszmar się nie powtarza!”
- Byłam w polu – odparła Ylsa, przykładając chłodną dłoń do pulsującego bólem policzka. – Brithis miała opiekować się Twillą.
- Idź jej szukać! Natychmiast!
Dziewczyna wyszła na ulewę. Silny wiatr od morza prawie zwalił ją z nóg. Wystarczyło kilka chwil krótkich jak uderzenie serca, by Ylsa była przemoknięta do suchej nitki.
- Twillo! – wołała. – Twillo!!!
Nie było widać żywej duszy. Nawet psy pochowały się do swoich legowisk. Na niebie pojawiła się następna błyskawica, a po niej grom.
- Twillo! – krzyczała raz po raz.
Wiedziała aż za dobrze, jak czuje się samotna dziewczynka zagubiona w czasie burzy. Wydawało jej się, że córka Bregona nie mogła odejść zbyt daleko.
- Twillo!
„Dobra bogini, a jeżeli ona… - pomyślała Ylsa, ogarnięta dziką paniką. – Nie, to niemożliwe!”
- Twillo!!!
Tknięta złym przeczuciem pobiegła w stronę brzegu. Linia brzegowa była tu zdradliwa, skaliste wybrzeże stawało się śmiertelnie groźne podczas deszczów. Już z daleka zobaczyła małą sylwetkę dziewczynki. Mała biegła na oślep, wprost w ramiona kipieli.
- Twilla, nie!!! – krzyknęła Ylsa, wkładając w ten krzyk wszystkie swoje siły. – Zawracaj, Twilla!!! Zawracaj!!! Nieeee!!!
W ostatniej chwili uchwyciła małą za rękę i wciągnęła z powrotem na bezpieczny grunt. Tuliła dziewczynkę do piersi, a po twarzy spływały jej nie tylko krople deszczu, ale też słone krople łez.
Szybko! – Do domu Bregona wpadł jeden z rybaków. – Szybko, chodźcie, panie! Statek!
- Statek? – powtórzył Bregon. – Jaki statek? O co chodzi?
- Biały, z białym żaglem! Rozbił się!
- Elfowie… - wyszeptała Ylsa z pobladłą twarzą. – Czy na żaglu jest zielone drzewo? Czy jest tam zielone drzewo?! - dopytywała się.
- Nie wiem – odparł rybak. – Nie patrzyłem. Może i jest.
Dziewczyna wybiegła z chaty, na przekór wichrowi, który dął nieprzerwanie od północy i pobiegła na brzeg.
Statek rozbił się o skały jeżące się przy brzegu, czyhające na nieostrożnych sterników. Teraz wyspiarze ratowali rozbitków. Nie było ich wielu, może piętnastu. Większość straciła życie tonąc lub uderzając o skały. Na brzegu leżało już ponad trzydzieści ciał. Smukłych, o szlachetnych rysach twarzy, majestatycznych, niewypowiedzianie pięknych nawet po śmierci. Ci elfowie nie wyglądali, jakby umarli. Wydawało się, że tylko śpią i lada chwila otworzą oczy. Ale Ylsa, tak samo jak inni stojący przy brzegu, wiedziała, że nigdy już tego nie zrobią.
Rybacy właśnie wyławiali kolejnego rozbitka. Był nieprzytomny, a na jego skroni widniała krwawiąca rana. Czerwona posoka sklejała elfowi złociste włosy. Gdy dziewczyna zobaczyła twarz nieszczęśnika, serce podskoczyło jej do gardła. Mimo iż minęło pięć lat, tę twarz rozpoznałaby wszędzie.
- Alessan! – krzyknęła zdławionym głosem. – Szybko, nieście go do domu Bregona!
Nie czekała, aż skończą wyławiać pozostałych, tylko pobiegła za Alessanem. Nie mogła uwierzyć, że oto to, o czym zawsze marzyła, staje się prawdą.
- Połóżcie go! Ostrożnie! Tutaj – mówiła, wskazując na swoje łóżko.
Kiedy mężczyźni wyszli, Ylsa nalała szybko wody do misy i zaczęła opatrywać młodzieńca. Wciąż był nieprzytomny.
- Alessanie – szepnęła dziewczyna, nachylając się nad nim. – Alessanie, ocknij się.
Przemawiała w języku elfów, licząc na to, że przywoła go swym głosem z otchłani nieświadomości, w której się znajdował. On jednak nie otwierał oczu.
- Alessanie – rzekła raz jeszcze. Elf nawet się nie poruszył.
Ylsa usłyszała odgłos otwieranych drzwi i po chwili stanął za nią Bregon, patrząc na nieprzytomnego. Tylko słabe światło kaganka stojącego przy łóżku oświetlało ciemną izbę. W jego łunie twarz Alessana wydawała się nienaturalnie blada, tchnęła nieziemskim spokojem. Zarządca przypatrzył mu się uważnie.
- Kim on jest? – zażądał wyjaśnień.
- Moim bratem – odparła Ylsa. Ku jej zdziwieniu, Bregon wybuchnął śmiechem.
- Przecież on jest elfem, a ty człowiekiem! – wykrzyknął.
- On jest moim przyrodnim bratem – wyjaśniła spokojnie. – Wychowała mnie jego matka. Co z innymi?
- Chyba jakoś się wyliżą. To elfowie, wyjdą z tego. Jakie licho zaniosło ich na te wody? – Bregon pokręcił głową patrząc na leżącą nieruchomo postać.
- Pewnie sztorm – zgadywała Ylsa.
- Sztorm zniósł ich statek tutaj, na nasze wyspy, ale musieli być w tych okolicach. To osobliwe, bo zwykle nie zapuszczają się w naszą stronę.
- Mogę przy nim siedzieć? – zapytała dziewczyna, ocierając mokrą szmatką spocone czoło Alessana. – Mogę go pielęgnować?
- Możesz – odparł Bregon. Ylsa pomyślała w tamtym momencie, że jednak nie jest takim złym panem. – Gorta będzie pracować za ciebie w polu. Pamiętaj tylko, że dom na być oporządzony jak należy.
- Oczywiście, panie. – Ylsa uśmiechnęła się do Bregona. – Dziękuję.
- Nie zanosi się, by prędko opuścili wyspy. Sztorm będzie trzymał jeszcze długo, a później muszą naprawić statek.
- Przecież nie ma nawet co naprawiać! – wykrzyknęła dziewczyna, ale zaraz zakryła dłonią usta w obawie, by nie obudzić śpiącego. – To same drzazgi. Czy ludzie wyłowili coś z morza?
- Jest zbyt wzburzone, żeby wypłynęli. Nie ma nic prócz tego co fale same wyrzuciły na brzeg. Głównie deski, trochę płótna. Niewiele mają kosztownych rzeczy. Większość poszła na dno. Ty żyłaś wśród nich. Umiesz mówić ich językiem?
- Tak – odpowiedziała Ylsa. – Choć tak wiele czasu upłynęło, odkąd ostatni raz się nim posługiwałam…
- Nie oddalaj się tylko zbytnio – powiedział Alessan, gdy Nimue obwieściła mu, że idzie na targ.
Po raz pierwszy wybrali się w tak daleką podróż bez żadnego z rodziców. Owszem, wyjeżdżali dość daleko, do samej stolicy i nawet na północ, ale zawsze czuwała nad nimi Alasiel lub Vanthoris. Tym razem jednak żadne z nich nie mogło im towarzyszyć w podróży do starszej siostry Alessana, Seriel, która urodziła swe pierwsze dziecko.
- Nie martw się, braciszku. – Nimue uśmiechnęła się figlarnie. – To w końcu Aedren!
- I właśnie dlatego się obawiam. To przecież nasz największy port. Kręcą się tu różni ludzie. Nie zawsze są przyjaźni. Obiecaj mi, że będziesz na siebie uważać. Ja naprawdę nie mogę dzisiaj z tobą pójść, a już jutro wyjeżdżamy.
- Och, nie przejmuj się! Co tu może być gorszego od ciebie? – rzuciła zaczepnie, śmiejąc się głośno.
- Tylko ty! – odgryzł się Alessan. – No idź już, idź.
Nimue otworzyła drzwi i już miała wyjść, gdy dobiegły ją ostatnie słowa Alessana:
- Gr??nn?Š, uważaj na siebie…
Nimue szła powoli przez uliczki miasta. Aedren było drugim co do wielkości portem na całym kontynencie. Wielkością ustępowało tylko Wolnemu Miastu Verden, grodowi czarodziejów.
Cały plac targowy zastawiony był straganami, przy których nie tylko elfowie, ale także ludzie i przedstawiciele Plemion oferowali swoje towary. Zewsząd słychać było nawoływania przekupek, zachwalających malowane talerze, barwioną na wiele kolorów wełnę i jedwabne tasiemki. Kuglarze, aktorzy i akrobaci popisywali się swymi sztuczkami przed zachwyconą gawiedzią. Tu i ówdzie widać było mocno podchmielonych mieszczan. Nimue zrozumiała wreszcie, dlaczego Alessan tak bardzo się o nią niepokoił. Do tej pory, gdy wychodziła na miasto, zawsze towarzyszyło jej dwóch zbrojnych lub przybrany brat, teraz zaś została sama. Była łatwym łupem dla złodziei. W ciągu kilku minut dwa razy omal nie straciła sakiewki z pieniędzmi.
Chciała kupić coś dla malutkiej córeczki Seriel, marzył jej się długi haftowany szal, który mała mogłaby nosić w chłodniejsze dni. Dostrzegła taki na jednym ze straganów. Jego właścicielka była kobietą z Plemion w średnim wieku, najprawdopodobniej Toranką. Jak wszyscy pochodzący z bagien Toru, była niska i bardzo smagła, miała trójkątną twarz o ostrych rysach twarzy, małe usta i duże, ciemne, lekko skośne oczy.
- Ile za niego chcesz? – zapytała we wspólnej mowie. Toranka przyjrzała jej się uważnie. Oceniała, ile mogłaby wziąć od tak bogato odzianej dziewczyny. – Ile? – powtórzyła Nimue, potrząsając szalem.
- Dziesięć sztuk srebra – odparła Toranka.
- Ile?! – zdołała wykrztusić, zaskoczona doszczętnie ceną podaną przez handlarkę.
- Dziesięć – powtórzyła niewzruszenie kobieta.
- Za tyle mogłabym kupić całą suknię, a nie szal! Nie dam ci więcej niż trzy.
- Osiem.
- Cztery.
- Siedem i ani miedziaka mniej.
- Pięć. To moje ostatnie słowo – powiedziała twardo Nimue. Wiedziała, że więcej nie utarguje.
- Sześć.
- Powiedziałam pięć.
- Niech wam będzie, pani – westchnęła ciężko handlarka. – Niechaj stracę.
Dziewczyna odliczyła z sakiewki pięć srebrnych monet. Na awersie widniało drzewo, godło Neveryonu, na rewersie zaś trzy gwiazdy, które również były w herbie królestwa elfów. Podała je przekupce, a ta wręczyła jej szal.
Nimue pokręciła się jeszcze trochę po targu, kupiła nieco trudno dostępnych, bardzo drogich przypraw, srebrną tasiemkę do obszycia swojej nowej sukni i kilka kłębków nici do haftowania. Było jej duszno, ciżba ludzi kłębiła się pomiędzy straganami, przepychając się łokciami, klnąc i narzekając na zbyt wysokie ceny. Chciała jak najszybciej odejść. Szła szybko z kierunku portu, stamtąd bowiem prowadziła najkrótsza droga do domu Seriel, gdy usłyszała krzyki ludzi, uciekających w panice. Nie wiedziała, co się dzieje, ludzie tratowali się wzajemnie, nie patrząc na drogę, uciekając na oślep, byle dalej od niebezpieczeństwa.
- Piraci!!! – krzyknął ktoś z tłumu, przebiegając obok zmartwiałej z przerażenia Nimue. – Ratujcie się, ludzie!!! Piraci!!!
„Uciekaj!!! Uciekaj, głupia!!! – krzyczał jej umysł. – Ratuj się!!!”
Ale jej ciało nie było zdolne wykonać żadnego ruchu. Stała jak skamieniała, ktoś pociągnął ją za rękaw, ale tylko go rozdarł. Dziewczyna stała bez ruchu. Poruszyła się dopiero, gdy jeden z korsarzy chwycił ją za włosy i zaczął wlec po ziemi. Ostatnim, co pamiętała, był ból, kiedy uderzyła skronią o kamień przy drodze. Później w jej głowie kołatały się tylko ostatnie słowa Alessana: „Gr??nn?Š, uważaj na siebie…” Siostrzyczko…
- Gr??nn?Š…
To był szept czy tylko wspomnienie, jedno z wielu? Nie wiedziała.
- Gr??nn?Š… Siostrzyczko…
Ylsa popatrzyła na Alessana. Miał otwarte oczy. Mówienie sprawiało mu widoczną trudność, jego wargi były spieczone i popękane od gorączki. Ale żył i był przytomny. Serce dziewczyny zabiło szybciej.
Ile czasu tak siedziała, oddając się rozmyślaniom? Długo musiała być pogrążona w zadumie, skoro za oknem było już zupełnie ciemno i to od dawna, bo świece wypaliły się już do połowy. Kto je zapalił? Ona sama? Jeżeli tak, to tego nie pamiętała.
- Wody – szepnął elf. Ylsa podała mu szybko kubek, nie mogąc wykrztusić ani słowa.
- Alessan! – wykrzyknęła wreszcie, a w jej oczach pojawiły się łzy.
- Gr??nn?Š… - powtórzył raz jeszcze. – Czy jesteś snem? Czy jesteś tylko ułudą, moja siostrzyczko?
- Nie… Jestem prawdziwa – odrzekła, siadając obok niego, ciało przy ciele. – Popatrz. Dotknij, przekonaj się, że jestem z krwi i kości – mówiła w języku elfów, tak jak o tym marzyła przez cały czas od porwania.
Alessan powoli podniósł rękę i próbował się unieść, ale, zamroczony bólem, zaraz opadł na poduszkę.
- Odpoczywaj… - Ylsa przemawiała miękkim głosem, jakim się mówi do chorego dziecka.
Wyglądał tak niewinnie… Nie zmienił się od ich ostatniego spotkania ani trochę, tylko jego oczy zdradzały, że przeżył jakąś wielką tragedię.
„Oczy są zwierciadłem duszy.” – Ylsa przypomniała sobie nauki kapłanek Astry ze świętej wyspy Amarii.
A co było w oczach Alessana? Smutek, bezbrzeżny smutek i ból.
Powoli wracał do zdrowia. Kiedy minęły dni niepokoju, podczas których rzucał się niespokojnie po barłogu, bredząc w malignie, Ylsa mogła wreszcie odetchnąć.
Z izby dzieci dobiegły ją odgłosy kłótni. Przędła właśnie, siedząc przy palenisku. Pod jej zwinnymi palcami kołowrotek śmigał szybko, a nitka była równa i gładka.
- Zostaw! – usłyszała głos Griet. – Zostaw to natychmiast!
- Nie! – to był głos Brithis. – Nie oddam! To moje! Znalazłam!
Ylsa wstała od kołowrotka i weszła do sąsiedniego pomieszczenia. Brithis trzymała w dłoniach coś, co Griet starała się jej wydrzeć za wszelką cenę. Szamotały się, ale żadna z nich nie miała zamiaru ustąpić.
- O co chodzi? – zapytała ostro Ylsa.
Brithis pokazała jej trzymany w ręku przedmiot. Był to pierścień Alessana, wykonany ze złota, z ogromnym szafirem.
- Oddaj mi to – rzekła stanowczo do dziewczynki. – To nie należy do żadnej z was. Wiem, czyja to własność i postaram się, by pierścień wrócił do właściciela. Kiedy mu go zabrałaś, Brithis? Kiedy był nieprzytomny, a mnie przy nim nie było? Powinnaś się wstydzić. To nie licuje z twoim wiekiem. Za duża już jesteś na to, żeby cię usprawiedliwiać. Zasłużyłaś na karę.
- Nie! – Usta Brithis wygięły się w podkówkę.
- Pogwałciłaś święte prawo gościnności, które tak szanuje wasz lud. Wiesz, że nie wolno ci było zabrać nic co należy do waszego gościa, chyba że sam by ci to dał. Ale nie mnie cię łajać. Powiem o tym Bregonowi i on zastanowi się nad stosowną karą dla ciebie. A teraz cicho, bo obudzicie Alessana!
- Mam tego dość! – krzyknęła Griet, wychodząc szybkim krokiem z izby. – Tego nie rób, tamtego nie rusz! Nie jestem panią we własnym domu!
- Ucisz się, dziecko! – odrzekł gniewnie Bregon, pojawiając się w drzwiach. – On jest naszym gościem. I jest chory.
Griet popatrzyła z wyrzutem na ojca i wyszła, złorzecząc pod nosem.
Alessan tymczasem budził się powoli.
- Nimue – szepnął, przywołując ją do siebie. Był już zupełnie przytomny. – Zmieniłaś się…
- życie mnie zmieniło.
- Przez cały ten czas… ciągle cię szukałem. Przebyłem wiele mil, by cię odnaleźć. Opłynąłem całe wybrzeże kontynentu, byłem we wszystkich miastach i miasteczkach, we wszystkich wioskach na całym wybrzeżu. Ale ciebie nigdzie nie było. Pięć długich lat.
- Jak się dowiedziałeś, co się ze mną stało?
- Nietrudno było się domyślić. Poza tym widział cię jeden ze znajomych Seriel, ten, którego spotkaliśmy w jej domu. Powiedział, że widział cię w rękach piratów. Nikt nie wiedział, dokąd oni popłynęli. Szukałem więc wszędzie, gdzie to było możliwe. Matka wspierała mnie przez cały czas, bo w głębi duszy też miała nadzieję, że kiedyś cię odnajdę.
- I znalazłeś, braciszku. Znalazłeś…
- Zabiorę cię do domu.
- To niemożliwe – odparła Ylsa ze łzami w oczach. – Nie jestem wolna. A Bregon mnie nie odeśle. Nie pozwoli mi odejść.
- Więc przypłynę tu ponownie, z pieniędzmi.
- To nic nie da, wierz mi. On się nie zgodzi.
- Więc uciekniesz.
- Nie, to się nie uda. Zrozum, ja jestem jego własnością i jego decyzje są dla mnie rozkazami.
- Musi być jakiś sposób!
- Może uda się przekupić go pieniędzmi. Może da się przekonać, jeżeli przywieziesz mu inną niewolnicę zamiast mnie. Ale do tej pory ja będę musiała tu pozostać. Ty również prędko stąd nie odpłyniesz. Rana goi się dobrze, ale musisz tu zostać, aż całkiem nie wydobrzejesz. Powiem ci coś, co musisz wiedzieć, jeżeli masz tu pozostać przez jakiś czas. Wyspiarze wielką wagę przykładają do gościnności. To rzecz prawie święta w ich domach. Ale musisz wiedzieć, że łatwo jest ich urazić, a wtedy wpadają w straszliwy gniew. Jeżeli Bregon zaproponuje ci niewolnicę, musisz ją przyjąć, inaczej będzie to obraza dla niego i całej jego rodziny.
- Ale…
- Robią to, ponieważ ich własne córki są im zbyt drogie. Tutaj żadna dziewczyna, która nie jest nieskalanie czysta nie ma szans wyjść za mąż. Oni przykładają do dziewictwa ogromną wagę, a jakiekolwiek skalanie czystości karane jest śmiercią. Pamiętaj o tym.
- A co jeżeli… - zawahał się. – Ile Bregon ma niewolnic?
- Dwie – odparła Ylsa. – Mnie i Gortę.
- Ale ty jesteś przecież moją siostrą! Nie mógłbym…
- Wiem, ale Bregon nie zdaje sobie z tego sprawy. Dla niego jestem tylko twoją przybraną siostrą, a więc nie rodziną. Jeżeli tak się stanie, przyjmij jego wolę.
Zauważyła, że Alessan przypatruje jej się uważnie. Inaczej niż zwykle, choć jego spojrzenie w niczym nie było podobne do lepkiego wzroku Calufa. Czyżby poruszyła w nim jakąś strunę? Czy otworzyła mu oczy na to, czego wcześniej nie widział?
- Wyrosłaś, Gr??nn?Š, wypiękniałaś jeszcze bardziej… - powiedział. – Kto by teraz pomyślał, że nie należysz do mojego ludu lub chociaż do Plemion… Zmieniłaś się.
- Ty za to ani trochę się nie zmieniłeś. Wciąż wyglądasz tak samo. Tak świeżo i niewinnie. Ale ja nie jestem już niewinna. O nie… - odrzekła z zamkniętymi oczyma.
- Ktoś cię skrzywdził, siostrzyczko? – zapytał Alessan, zaciskając pięści.
- Piraci, wtedy na statku – odpowiedziała. – Później już nikt.
Do izby weszła Rheis.
- Zapytaj go, czy będzie jadł dziś z nami – powiedziała.
- Rheis pyta, czy czujesz się na siłach, by zjeść przy stole – przetłumaczyła.
- Myślę, że tak – odparł i kiwnął głową w stronę Rheis, na znak zgody.
Przy stole zgromadziła się cała rodzina. Nie zabrakło nawet Calufa. W milczeniu jedli kaszę ze skwarkami i popijali ją piwem.
- Zapytaj naszego gościa, czy dobrze się czuje – powiedział wreszcie Bregon. Ylsa przetłumaczyła.
- Powiedz mu, że czuję się z każdym dniem coraz lepiej, bowiem niczego mi tu nie brakuje.
Kiedy Ylsa przełożyła odpowiedź Alessana na język wyspiarzy, Bregon uśmiechnął się dobrotliwie.
- No, chyba jednak to nie wszystko, co mu jest do szczęścia potrzebne. Ty nie jesteś jego rodzoną siostrą, prawda? – zapytał, choć dobrze znał odpowiedź.
- Nie, nie jestem – odpowiedziała Ylsa drżącym głosem. Oto spełniły się jej najczarniejsze myśli.
- Powiedz mu, że daję mu ciebie na tę noc. Gorta jest brzydka i ma blizny, a ty jesteś młoda i piękna, na pewno będzie z ciebie pożytek.
Ylsa przetłumaczyła to łamiącym się głosem. Alessan popatrzył na nią z powagą i powiedział:
- Nie martw się, Nimue. Wszystko będzie dobrze.
Nie powiedział „siostrzyczko”, ale „Nimue”. Zazwyczaj nie zwracał się do niej po imieniu. Czyżby więc nagle przestał ją traktować jak siostrę, a zaczął jak kobietę? Ta myśl jednocześnie radowała ją i przerażała. Zbyt przyzwyczaiła się do myśli, że Alessan jest jej bratem, ale zawsze w marzeniach o powrocie do Neveryonu twarz elfa – przewodnika była twarzą Alessana. I zawsze jej marzenia kończyły się tak samo. Tak, jak teraz miał się skończyć ten wieczór.
Gdy wstawali od stołu, odprowadzały ich spojrzenia wszystkich. Ylsa zamknęła za nimi drzwi. Na tę noc Gorta i parobkowie przenieśli się do stajni.
- Chyba nadszedł czas, bym przestał traktować cię jak siostrę. Tyle lat żyłaś obok mnie, a ja nie zauważyłem, że jesteś kobietą. Te pięć lat zmieniło wiele.
- Zbyt wiele…
- Nie… - Podszedł do niej i ujął jej dłonie w swoje ręce. – Tak ci się tylko wydaje.
Przyciągnął ją do siebie, a później, jak w jej marzeniach, uniósł jej głowę, chwytając za podbródek i pocałował.
- Alessanie… - wyszeptała Ylsa. Położył jej palec na ustach.
- Nic nie mów. Dziś nie jesteśmy bratem i siostrą. Jesteśmy tylko dziećmi Bogini, jak podczas Nocy Przesilenia.
Później świat Ylsy zamienił się w plątaninę wrażeń i emocji, zbyt silnych by je pohamować i zbyt jej obcych, by przyjmować je ze spokojem. Widziała jak przez mgłę, czując tylko miękkość idealnie gładkiej, jak u wszystkich elfów skóry Alessana, dotykając jego złocistych włosów i szlachetnej twarzy. Nigdy nawet nie podejrzewała, że może być tak. Wśród piratów poznała tylko ból i upokorzenie, wstyd i ohydę. Teraz poznawała całą rozkosz i słodycz tych kilku chwil zaklętych w czasie. I nie chciała, by te chwile się skończyły.
- Nimue… - wyszeptał Alessan, leżąc obok niej, ciało przy ciele. – Szukałem tak daleko to, co miałem tak blisko. Byłem ślepy do chwili, gdy cię straciłem. Później zaś, gdy przejrzałem na oczy, było już za późno. Może brzmi to jak wyświechtany frazes, ale ci, którzy darzą pogardą frazesy nawet nie wiedzą, jak wiele w nich jest prawdy.
- Alessanie, gdyby przyszło mi stracić cię po raz kolejny…
- Nie – uciszył ją gestem dłoni. – Nie mów o tym. Jest tylko „dziś”, nie ma „jutro” ani „wczoraj”. A dziś jesteśmy dziećmi Bogini.
Kiedy statek zniknął na horyzoncie, Ylsa zamknęła oczy. Tak bardzo nie chciała płakać, ale mimo to spod jej powiek wypłynęła łza. Jedna, druga, całe morze… Poczuła słony smak w ustach. Słony jak morze, które po raz drugi odebrało jej tego, którego kochała, najpierw miłością siostrzaną, później zaś miłością kobiety.
Alessan obiecał pojawić się z powrotem wraz z pieniędzmi i nową niewolnicą. Ale Ylsa przeczuwała, że już nigdy biały statek z zielonym drzewem na żaglu nie przybije do tych brzegów. Wiedziała o tym i serce krwawiło jej z rozpaczy. Czy oto miała po raz drugi utracić coś, co było jej najdroższe na świecie?
Gdy znaleziono ją pewnego chłodnego listopadowego ranka, była martwa. Ale na jej twarzy widniał uśmiech, jak gdyby umierając czuła radość, nie smutek. Wszyscy, którzy ją widzieli mówili, że nigdy za życia nie była tak piękna, jak w tamtej chwili. Wyglądała jakby spała, śniąc o czymś, co kochała. O swoim domu. O Neveryonie.
Nikt nie wiedział, w jaki sposób umarła. Nie było na jej ciele żadnych ran, nie powiesiła się ani nie otruła. Tylko Bogini wiedziała, że z żałości pękło jej serce.
Gdy kilka dni później do brzegów wyspy przybił elficki statek, Alessan mógł ją już tylko opłakiwać. Zabrał jej ciało do domu i pochował ją w miejscu, które tak bardzo ukochała. Spoczęła pośród zielonych lasów Neveryonu.
_________________ Na b??d l?n pant laur e gw?Šn…
-----------
http://www.forum-arda.prv.pl/ <--- Elves in Black czekają...
Joined: 12 Sep 2004 Posts: 296 Location: Mszana Dolna
Posted: Mon May 09, 2005 1:50 pm
Bardzo śliczne opowiadanie i wzruszające.
_________________ Nie gardź jednak legendami, dziedzictwem odległych wieków, często bowiem się zdarza, iż stare niańki przechowują w pamięci wiadomości, które niegdyś największym nawet Mędrcom oddały usługi."
Piękne to opowiadanie...naprawde...jestem pod wielkim wrażeniem...
_________________ Dziwna rzecz z tymi rzekami i drogami.Widzi się je jak pędzą w nieznane i nagle nabiera się strasznej ochoty,żeby samemu też znaleźć się gdzie indziej,żeby pobiec za nimi i zobaczyć,gdzie się kończą...
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum You can attach files in this forum You can download files in this forum