Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.
Joined: 12 Aug 2003 Posts: 820 Location: z miasta artystow...
Posted: Tue Aug 12, 2003 12:10 pm (O) Ostrze
Ostrze
Zapach siarki momentalnie przeszył powietrze, gdy strumień ognia wystrzelony przez młodego chłopaka trafił w drzewo - piękną topolę znajdującą się na obrzeżach ogodu, oplatającego niezwykłą posiadłośc ze wszystkich stron, która natychmiast stanęła w płomieniach. Stojący koło niego starszy czarodziej, najszybciej jak potrafił zaczął snuć inkantację, i po chwili z jego dłoni wystrzelił spory strumien wody, który mimo iż był magiczny, nie zgasił pożogi która ogarnęła już całą roslinę. Przeklinając pod nosem mag znów wykonał kilka gestów dłońmi i zanucił kilka słów. Nad głowami elfów zagrzmiało. Pierwsze krople deszczu spadły z nieba, powodując syk płomieni na resztkach całkowicie już spalonego drzewa.
- W kamień mówiłem nie w drzewo - krzyknął starszy czarodziej na swojego ucznia. Czy ty naprawde zawsze musisz robić to na co masz ochotę, Ellifane?
- Celowałem w kamień - odpowiedział łobuzersko młody elf.
- To nie pierwszy raz - ciągnął mag.
- Dobrze Nidorilu - westchnął elf. Czemu ty zawsze musisz robić mi wyrzuty? Za chwile zasadzisz takie samo i jutro będzie wyglądało tak jak to - rzucił młody czarodziej.
- Tak - zgodził się starszy elf. Dobrze, Ellifane, teraz odejdź, chcę odpocząć,
Młody elf odwrócił się, i pobiegł w kierunku posiadłości.
- Co ja mam z nim zrobić - westchnął Nidoril, patrząc jak chłopak wchodzi do domui, po czym odwrócił sie i ruszył w kierunku tej części ogrodu, w której spędzał najwięcej czasu - przeważnie na naukę i odpoczynek.
W Alliel, stolicy elfów, życie toczyło sie powoli i spokojnie. Liczni kupcy stali na bazarch, z karczm dobiegały wesołe śpiewy, odgłosy udeżających o siebie kufli z miodem, a na placu bawiły się dzieci. Ellifane, mający na sobie ciemny płaszcz i brązowe spodnie, stanął pod jedna z licznych tawern i rozejrzał się dokoła. Mimo tego wszyskiego, czuł się tutaj nieswój, jakby przytłoczony wszystkim co tu sie działo. Ze znudzonym wyrazem twarzy, młody elf odwrócił się i wszedł do stojącej za nim "Pijanej wiwerny" - cieszącej się najgorszą opinia w mieście karczmy. Każdy złodziej, czy ukrywający się przestępca w Alliel - choc nie było ich wielu, chodził tutaj. Dzisiaj w środku nie było wiele osób. Przy jednym stoliku siedziało troje ludzi, popijając korzenne piwo i straszliwie głośno spiewając sprośne piosenki. Dwa inne stoliki były zajęte przez małe grupki elfów. Przy szynku stał wysoki, starszy pół-elf. Miał długie, siwe włosy, a znamie czasu, wyraźnie odcisnęło się na jego twarzy. Jednak na widok Ellifane'a, od razu się usmiechnął.
- Masz? - zapytał szybko młody elf.
- Co tak prędko - zaśmiał się szynkarz. Napijesz się czegoś?
- Nie - odrzekł wyraźnie zniecierpliwiony Ellifane, po czym wyciągnął spory mieszek i rzucił nim na lade, co spowodowało wysypanie sie licznych złotych monet. 150 sztuk złota, tak jak sie umawialiśmy - ciągnął. Teraz dawaj broń.
Karczmarz uśmiechnął się szeroko i poszedł na zaplecze. Młody elf rozejrzał sie. Nikt się nim nie interesował, ludzie wciąż pili swój miód, a pozostałe elfy rozmawiały o czymś cicho. Nagłe uderzenie czymś ciężkim o ladę, przerwało chwilę zadumy adepta.
- Prosze - rzekł szynkarz. Pierwszorzędne ostrze z samego Kahr-dum jak sądze.
Ellifane natychmiast podniósł broń i lekko wyciągnął klingę. Miecz był faktycznie pierwszorzędnej jakości. Bardzo dobrze wyważony, z licznym runami.
- Nie wnikam, jak go zdobyleś - uśmiechnął się młody elf. Ale dziękuje ci, złoto jest twoje - dodał.
Ellifane przypiął miecz do pasa i szybkim krokiem wyszedł z tawerny. Karczmarz z wyraźnym zadowolniem wziął mieszek, i schowal go do jednej z licznych kieszeni płaszcza..
Ellifane szybko wybiegł poza miasto, zmierzając w kierunku lasu. Miał zamiar trochę przećwiczyć się w używaniu nowego miecza. Nie wyciągał go jeszcze - w pobliżu wciąż było wiele innych elfów. Ellifane biegł chwilę brzegiem jeziora, nad którym leżalo Alliel, a po chwili, zagłębił się Nieprzebytą Puszczę.Od razu wyciagnął swoją piękną broń. Jego klinga zalśniła w oświetlanym jedynie niewielkimi strumieniami światła w lesie. Młody elf poczuł magiczną energię przepływającą przez swoje ciało. Zamachnął się, tnąc od dołu drzewo, która natychmiast zapłonęło błękitnym płomieniem. Ellifane odskoczył zdziwiony tym, co się stało. Popatrzył znowu na swój miecz i runy na nim.
- Niezłą rzecz mi sprzedałeś - powiedział cicho elf.
Ellifane odsunął broń od twarzy. Wyprostował się, i zaczął nasłuchiwać odgosów dobiegających z lasu. Nagle, młody elf zobaczył sarnę, biegnącą nieco mniej niż stajanie od niego. Ellifane zaczął się skradać powoli w kierunku zwierzęcia. Gdy był już blisko celu, sarna, wyczuwszy jego obecność, zaczęła uciekać. Elfy były szybkie, ale nie dość, aby przegonić sarnę, jednak Ellifane zaczął ją gonić. Niezwykle szybko dobiegł do zwierzęcia i nie będąc świadomym co robi zamachnął się na wystraszone zwierze. Przerażający skowyt rozległ się po całym lesie, gdy klinga przebiła skórę sarny, zagłębiając się w jej ciało. Miecz zalśnił czerwonym światłem, wyraźnie ciesząc się - jakby był świadomym, ze zdobyczy. Mody elf nagle uświadomił sobie co uczynił. Zobaczył krew a swoich rękach - krew niewinnego zwierzęcia, zabitego bez powodu. Ellifane chciał krzyknąć, lecz powstrzymał się. Natychmiast wyciągnął miecz, który w całej swej okazałości zalśnił oślepiającym, czerwonym blaskiem. Szybko schował broń do pochwy, i zaczął uciekać w stronę miasta.
Ellifane wbiegł szybko do posiadłości Nidorila. Przeleciał przez wszystkie pomiesczenia najszybciej jak potrafił, aż w końcu wpadł do swojego pokoju. Pomieszczenie to miało niezwykły, magiczny wygląd. W dzień jego ściany miały kolor ciemnej czerni, lecz mimo to w pokoju było jasno, natomiast w nocy, owa czerń lekko świeciła, tworząc w pokoju półmrok. Elf szybko odpiął miecz i wsadził go do przygotowanego wcześniej schowka - drugiego dna w dużej czarnej szafie, w której trzymał swoje szaty.
- Mam nadzieje, że Nidoril nie znajdzie tego miecza - westchnął cicho Ellifane, po czym położył się na łózku i zamknął oczy pogrążając się w błoguim śnie. Nie wiedział, co to za starożytny artefakt, trzymał w swojej szafie.
Elfowi sniły się dziwne rzeczy. Był jakoby świadkiem wszystkich wydarzeń, ale obserwował je zza dziwnej bariery, której nie mógł przekroczyć. Ujrzał postać w kapturze, biegnącą przez miasto. Ellifane przypatrywał się wszystkiemu, jednak nie mógł się nawet poruszyć. Na ulicach pogrążonego w mroku Allliel nie było prawie nikogo. Zakapturzony osobnik wypatrzył jednak kogoś - młodą elfkę, idącą spiesznie, najwyraźniej w stronę swego domu. Uwięziony we własnym śnie elf, patrzył bezradnie, jak poruszający się bezszelestnie nieznajomy w kapturze podbiegł do młodej dziewczyny, i wyciągnąwszy ręce, złamał jej kark, po czym zaczął rozrywać jej ciało, niczym dzikie zwierze. Ellifane próbował zamknąć oczy, aby nie patrzeć na tą masakrę, lecz nie potrafił. Nie mógł nic zrobić. Morderca wstał, podniósł wysoko ociekające krwią ręce, po czym wydał z siebie przerażający skowyt, niepodobny do niczego, co młody elf kiedykolwiek słyszał. Nie wiedział co ma dalej robić, nie mogąc ruszać się, lecz nagle dziwna błogość preszyła jego ciało, i po chwili zasnął.
Słońce nie wzeszło jeszcze nad Alliel - stolicę elfów, aczkolwiek było jasno. Niektórzy kupcy, już byli na nogach. Spieszyli się, aby zająć jak najlepsze miejsce na rynku. Jednak reszta mieszkańców ciągle smacznie spała. Jednak błogi sen elfów, został momentalnie przerwany, przez przeraźliwy krzyk, dobiegający z głównego placu miasta. Po chwili, zaroiło się tam od strażników. Choć niektórzy wciąż byli nie do końca przebudzeni, to co zobaczyli, zadziałało momentalnie i zmyło sen z powiek elfów. Na północnym krańcu rynku leżało pocięte niezidentyfikowane ciało. Wokół niego było pełno krwi, a obok leżała kobieta, elfka, która to wyraźnie przeraźliwie krzyknęła na widok zmasakrowanego ciała budząc mieszkańców okolic centrum Alliel. Casten, doświadczony przywódca strażników podszedł z wyraźną trwogą do martwego ciała. Martwego ciała, które okazało się młodą elfką. Miała ona rozszarpane gardło, a na reszcie ciała widać było bardzo liczne ślady pazurów. Casten momentalnie rozkazał strażnikom, aby otoczyli i zabezpieczyli zwłoki, oraz rozpędzili gapiów, którzy powoli zbiżali się, aby zobaczyć, co było powodem krzyku, i interwencji straży. Dowódca szybkim krokiem zmierzył w kierunku ratusza, musiał jak najszybciej zameldować odpowiednim osobom o tym wydarzeniu.
Doświadczony elf w całej swojej długiej karierze, nigdy nie widział czegoś takiego. Minął zabytkową kamienicę i znów przyspieszył swój chód na widok okazałego, pieknego ratusza - wyjątkowego budynku chronionego potężnymi czarami. Budynku, w którym znajdowały się siedziba rady czarodziejów, oraz królowej państwa - Indaviel, która jej przewodziła. Casten szybko wbiegł po schodach. Magowie bitewni strzegący wejścia, nie zatrzymali go, gdyż wiedzieli kim on jest. Dowódca straży wiedział, że Indaviel jest osobą która jako pierwsza powinna się dowiedzieć o drastycznym morderstwie tej młodej dziewczyny.
Dla dowódcy, który bywał tu często, nie było to niczym nowym, ale dla przypadkowego przechodnia, wnętrze ratusza zaparło by dech w pierściach. Biegnące z obu stron korytarza do komnat Indaviel statuy przedstawiające poprzednich przywódców elfów, od czasów Bitwy pod Jeziorem, która spowodowała rozłam krajów, wielkie straty, ale jednak zwycięstwo, nad hordami orków, oraz ich szamanami i magami(gramatyka?), którzy przywołali wielkie, demoniczne istoty z innych światów. Bitwy, mimo iż upłynęło od niej już blisko 500 lat, której efekt spustoszenia wciąż można dostrzec w krajobrazach kraju. Bitwy, która spusztoszyła prawie połowe krajów elfów i część ziem ludzkich, którzy również przyczynili się do złamania inwazji potęg chaosu. Chwilę zadumy przerwał Castenowi odgłos otwieranych drzwi. Z komnat przywódczyni wyszedł Nidoril - członek rady czarodziejów. Miał wyraznie zaniepokojoną minę. Szybkim krokiem minął dowódcę straży, po czym skręcił w jeden z korytarzy. Elf domyśłił sie, że mag przybył tu w tej samej sprawie, lecz mimo to zdecydował się na wejście do siedziby Indaviel.
Ellifane zbudził się gwałtownie. Nie pamiętał swojego snu. Usiadł na skraju łóżka i przez chwile nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. Z okna biegły ślady ubłoconych stóp - prosto do jego łóżka. Jednak gdy spojrzał na swe ręce o mało co nie krzyknął. Były pokryte zakrzepniętą krwię. Na twarzy elfa malowało się głębokie przerażenie tym co zobaczył. Przesiedział kilka chwil na łóżku nie wiedząc co robić.
- Co to wszystko znaczy - powiedział do siebie cicho. Co ja takiego zrobiłem w nocy -westchnął, po czym szybko doskoczył do szafy, aby sprawdzić swój miecz. Ku uldze młodego adepta leżał na miejscu i od razu zalśnił niebieskim światłem w promieniach słónca. Nie było na nim śladu krwi. Ellifane znów spojrzał na swoje dłonie i słady na podłodze.
- Nikt się o tym nie dowie - rzekł do siebie, po czym zaczął powoli snuć czar. W pokoju wybuchnęło błękitne śwaitło, po czym ku przerażeniu elfa, cały pokój zmienił swoje barwy. Ściany były zielone, a łózko niebiesko-zółte.
Ellifane zaklął cicho pod nosem, po czym zaczął powoli i dokładnie snuć inkantacje, aby rozproszyc rzucony czar. Ku swojej uldze, po kolejnym wybuchu jasnego światła, pokój przybrał swoje normalne barwy. Młody adept otarł pot z czoła i skupiając się, pomału wykonał kilka gestów dłonmi - magiczny znak Woth. Zmęczenie momenatalnie uleciało ze zdenerwowanego elfa.
- A teraz czar musi mi wyjść - mruknął z determinacją Ellifane, po czym znów zaśpiewał cicho, wykonując przy tym skomplikowane ruchy dłońmi. Tym razem efekt był odpowiedni. Plamy z podłogi zniknęły, a na rękach czarodzieja nie było śladu krwi.
Elf wyjrzał przez okno. Było już południe, i słońce świeciło wysoko nad nieboskłonem oświetlając całe Alliel, nad którym górowała wieża ratusza, która służyła za komnaty królowej. Młody adept szybko zarzucił na siebie coś odpowiedniejszego - zielone, skórzane spodnie, oraz lekką, białą koszulę. Następnie wyciągnął z szafy miecz, i przypiąwzy go sobie do pasa, oraz zarzuciwszy na plecy ciemny płaszcz, wyskoczył przez okno, i pobiegł w stronę miasta.
Mijając przedmieścia Alliel - niedawno wybudowane, biało - niebieskie budynki z rozmaitymi wieżyczkami, czy pokręconymi oknami, Ellifane spostrzegł, że wszyscy są wyraznie czymś zaaferowani. Kupcy zamiast sprzedawać towary, dyskutowali z przechodniami, mając wyraźnie zaniepokojony wyraz twarzy. Elf spostrzegł też, że po ulicy nie biegają - jak zwykły to czynić, dzieci. Nie wiedząc co o tym wszystkim sądzić, zaniepokojony młody adept, przemykając się zaułkami, zmierzył ku głównemu placu.
Nie minęło wiele czasu, gdy elf spostrzegł pierwszych strażników, którzy byli jednak wyraźnie zdenerwowani. Ellifane zwolnił swój bieg. Pierwsze spojrzenie na plac, od razu powiedziało mu, że rzeczywiście jest coś nie tak. Większa część targu, była otoczona przez czarne pole siłowe, które nie pozwalało nawet spojrzeć, na to, co działo się wewnątrz. Młody adept próbował ją przejrzeć, jednak nie udało mu sie to. Poczuł natomiast na swoim ramieniu czyjąś rękę. Obrócił się gwałtownie, i zobaczył, iż osobą, która go dotnęła był jego mistrz - Nidoril.
- Idź stąd Ellifane, nic tu po tobie - rzekł półgłosem czarodziej.
Młody elf nie miał zamiaru stąd odchodzić, jednak wiedział, że nie warto sie sprzeciwieć staremu czrodziejowi.
- Być może, że powiem ci potem, co tu się zdarzyło, ale teraz proszę - odejdż - dodał spokojnym głosem mistrz.
- Dobrze - rzucił niedbale elf, po czym szybkim krokiem zaczął oddalać się od placu.
Co tam było? - zastanawiał się młody czarodziej. Dlaczego Nidoril mnie nie wpuścił do środka powłoki? Elf nie wiedział co o tym wszystkim sądzić. Doszedł już do końca placu, gdy nagle przypomniał sobie, jak przejrzeć magiczną barierę - wystarczyło zwykły kawałek szkła.
- Muszę wiedzieć, co tam się stało - powiedział cicho do siebie Ellifane. I dowiem się - dodał z determinacją, po czym zawrócił z powrotem w kierunku miejsca tajemniczego zdarzenia.
Caston zapukał do drzwi, prowadzących do prywatnych komnat pani Indaviel. Odczekał chwile, jednak nie dostał odpowiedzi. Już chciał zapukać ponownie w piękne, srebrne drzwi, że stalowymi okuciami, jednak one momentalnie się otworzyły. Stanął w nich znany wszystkim doskonale, weteran wielu bitew, doradca i przyjaciel królowej Lyunda, zwany także "Srebrnookim", a to z powodu magicznego lewego oka, które emanowało lekkim srebrnym blaskiem. Stracił je podczas jednej z bitew z orkami, dawno temu, w Czasach Zawieruchy, tuż po Bitwie pod Jeziorem. Był już bardzo stary, nawet jak na elfa, jednak wciąż pełny sił.
- Pani cię oczekuje - rzekł spokojnie elf. Możesz wejść.
Caston skinął głową z godnością, i wszedł do środka.
- Królowa jest w pokoju gościnnym, drugie drzwi na lewo - powiedział Lyunda, po czym odszedł w kierunku swoich własnych pokoi, zapewne aby odpocząć.
Dowódca straży, poszedł we wskazane miejsce i chwyciwszy za inkustrowaną złotem kołatkę, zapukał. Wejdź - usłyszał cichy, delikatny głos.
Caston, nie zawachawszy się, zaczął powoli wchodzić do komnaty. Lekko zamknął drzwi i stanął tuż przy nich, czekając na reakcje pani Indaviel. Dowódca znów stanął zafascynowany niesamowitym pięknem tego pomieszczenia, które wykraczało poza wszystko. Jego bogactwo i prostota jednocześnie, były po prostu olśniewające.
- Witaj - powiedziała melodyjnie pani, patrząc wciąż przez okno. O co chodzi? Czy przybywasz do mnie w sprawie tego.. - zawiesiła na chwile głos, w zadumie, po czym skończyła szeptem - ...wydarzenia na placu?
Dowódca zafascynowany, pięknem gosu pani, którą widział dopiero trzeci raz w życiu, dopiero po chwili zdał sobie sprawe z tego, że dostojna elfka patrzy na niego swoim spokojnym wzrokiem, wyraźnie oczekując odpowiedzi. Caston otworzył usta, chciał potwierdzić, jednak Indviel rzekła:
- Wiem, że tak - westchnęła odwracając wzrok. Cóż, nie wiem dokładnie kto był sprawcą
tego incydentu. Gdy tylko sie dowiem, od razu sie dowiesz. Na razie, rozkaż swoim ludziom, aby podwoili patrole, nie podawaj mieszkańcom żadnych iformacji. Nie chcemy wzbudzić paniki - dodała z lekkim uśmiechem. Teraz idź, i zrób co powiedziałam.Mam wiele do przemyślenia.
Dowódca znów, dopiero po chwili spostrzegł, że jego pani się w niego wpatruje. Nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, Caston tylko ukłonił się, i wyszedł, nie mogąc pozbierać myśłi. Pani Indaviel, spojrzała smutnym wzrokiem przez okno na ścianę domu Nidorila.
Srebrzysty księżyc, razem ze świecącymi gwiazdami, pojawił się nad głowami mieszkańców Alliel. Powoli zapadała noc, lecz mimo ty, wszyscy wciąż mówili o morderstwie ostatniej nocy. Wszyscy pozmykali sie w swoich domach, jedynie strażnicy patrolowali ulice. Jedank nie wiedzieli, że był tam ktoś jeszcze...
Ellifane, zasłonił głowę kapturem, i powoli wyłonił się z zaułku, przy wąskiej ścieżce, tuż przy placu, spojrzał w jego strone, w miejsce zdarzenia ostatniej nocy. Czarna sfera ciągle się tam znajdowała, a wokół niej krążyło wielu strażników. Dzięki lampom, młody elf widział wszystko dokładnie, i ze smutkiem stwierdził w myslach, że jest ona zbyt dobrze strzeżona, aby mógł on zobaczyć, co tak naprawde się zdarzyło. Westchnął i spojrzał w górę, na granatowo - czarne niebo. Nagle, przez jego głowę przebiegła szalona myśl. Nie wyłaniając sie za bardzo, spojrzał na ułożenie dachów. Choć były dość strome, to jednak możliwe było przejście po nich, aż pod samo strzeżone miejsce. Ellifane się usmiechnął, jednak pomimo genialności jego planu, westchnął ze zrezygnowaniem. Nie miał liny, a w żaden inny sposób nie mógłby się dostać na jakikolwiek dach. Cofnął się o krok, i potknąwszy się o coś, z łoskotem runął na ziemie. Pozostał chwile w bezruchu, nasłuchując, czy czasem żaden strażnik się nie zaintersował tm odgłosem, jednak po dłuższej chwili, gdy nie usłyszał żadnych odgosów, świadczących o obecności kogoś poza nim, spojrzał, co było przyczyną jego upadku. U jego stóp, leżała gruba, stara lina. Elf uśmiechnął się, świadomy swojego szczęścia, wstał, i podniósł ją. Choć miała już swoje lata, była dość mocna. Młody elf chwycił ją i zawiązał w lasso. Spojrzał w górę, na szczyt dachu, gdzie stała dość duż wieżyczka, zakończona ostrym, metalowym szpikulcem. To będzie idealne miejsce - pomyślał Ellifane, i po chwili namysłu rzucił liną, która jedynie wzniosła się na poziom dachu, i od razu spadła elfowi na głowę, pozbawiając go na chwile zmysłu równowagi i powalając na ziemię. Młody elf wstał, przeklinając pod nosem i spróbował jeszcze raz. Lina znów spadła, jednak tym razem, Ellifane w porę odszkoczył. Uśmiechnął się łobuzersko, i uparcie rzucił jeszcze raz. Tym razem ciężka lina idealnie zawiązała się wokół szczytu wierzyczki, umożliwiając elfowi wejsćie na dach. Młody adept zaczął powoli wspinać się po niej. Wyszedł na poziom pierwszego piętra, i z ciekawością spojrzał przez okno, aby ujrzeć śpiącego człowieka, wydającego wyjątkowo głośne odgłosy chrapania. Ellifane wspinał się dalej, i znów spojrzał przez okno następnego piętra, uśmiechając sie łobuzersko. Tym razem ujrzał dwie postacie, baraszkujące na łózku. Elf ledwo mógł powstrzymać się od śmiechu, gdy pomyślał, co by się stało, gdyby go zobaczyli. Z nieustającym chichotem, adept wspiął się na dach. Był on dość stromy, pokryty niebieskawym kamieniem.Młody elf spokojnie i powoli przeszedl po nim, i przeskoczył na następny. Był już coraz bliżej, kiedy nagle poślizgnął się, i zaczął zjedżać w dół, do 5 metrowego spadku i strażników, jednak w rozpaczliwym ruchu, Ellifane chwycił się brzegu dachu. Zwisająca z dachu postać szybko przykuła uwagę strażników. Adept westchnął ze smutkiem, kiedy zobaczył biegnące w jego stronę patrole. Szybko znalazł się tam też jeden czarodziej, który bezpiecznie sprowadził młodego elfa na ziemie. Strażnicy szybko odbiegli do Ellifane i ściągnęli mu kaptur.
- Kim jesteś i co tam robiłeś - zapytał jeden z dowódców patroli.
Młody elf uśmiechnął się i rzekł:
- Jestem Ellifane, co jest powodem waszej napaści na mnie?
- Napaści? - zdziwił się strażnik. Chyba chodzenie po dachach w nocy jest czymś normalym, co? - zapytał z usmiechem, po czym skinął na strażników. Zabrać go do więzienia, aż do wyjaśnienia. I wracać na swoje stanowiska.
Młody adept ze smutkiem, i czubkiem włóczni przy plecach, ruszył w stronę miejskiego aresztu.
Młody elf, z łoskotem wpadł do jednej z cel. Oprócz niego siedział tam inny, stary, elf. Gdy srażnicy odeszli, podszedł do adepta i zapytał:
- Za co cie przymknęłi, hę? Ja jestem podejrzany o to morderstwo na placu.
- Jakie morderstwo? - zdziwił się Ellifane.
Więzień popatrzył na niego z niedowierzaniem.
- Nie mów, że nie wiesz o morderstwie! - rzekł zdzwiony. Myślisz, że dlaczego dali tam tą czarną kulę, i tyle straży? Wczoraj rano znaleźli tam poszarpane ciało jakiejś dziewczyny. I podejrzewają mnie - dodał zirytowany. A ja tylko tamtędy przechodziłem, i zobaczyłem ją, i krzyczącą kobietę. I wtedy przybiegli strażnicy i mnie zamknęli.
- A zabiłeś ją? - zpytał młody adept ze strachem w głosie.
Starszy elf popatrzył na niego z niedowierzaniem.
- Oczywiście, że nie - odrzedł. Po co miałbym?
Ellifane westchnął i położył się nie pryczy. Szybko zasnął, ze zmęczenia, i z nudów.
Nie minęło wiele czasu, kiedy kubeł zimnej wody, szybko zbudził młodego elfa. Strażnik usmiechnął się i rzekł:
- Wychodzisz. Sama pani Indaviel chce się z tobą widzieć - dodał ze zdziwieniem. Ciekawe po co... - mruknął jeszcze, gdy Ellifane odchodził.
Pani Indaviel siedziała w swojej komnacie, patrząc przez okno na gwiazdy. Zamyśliła się patrząc na ich piękno i blask. Nagle w komnacie rozległo się pukanie, wyciągając Indaviel z zadumy. Do pomieszczenia wszedł Lyunda.
- Witaj o pani, przybył ten, kogo oczekiwałaś - rzekł spokojnym głosem, po czym wyszedl, zostawiając uchylone drzwi, w których po chwili pojawił się młody elf.
Ellifane rozejrzał się po pomieszczeniu, zachwycony jednak jego wzroku utwkił na postaci, siedziącej przy oknie, odwróconej plecami do niego elfce.
- Usiądź - powiedziała spokojnie.
Młody adept bez chwili zastanowienia, usiadł na krześl stojącym tuż przy wejściu.
- Dlaczego mnie pani wezwała? - zapytał zaciekawionym głosem elf.
Pani Indaviel odwróciła się w jego stronę, z wypisanym na twarzy smutkiem.
- Zastanawiałeś się kiedyś, czym są gwiazdy? Czym jest księżyc? - zapytała, wpatrując się w Ellifane'a.
- Nie - odpowiedział szybko elf. Nigdy mnie to nie zastanawiało - dodał zaciekawionym gosem.
Pani Indaviel uśmiechnęła się i odwróciła znów w stronę okna.
- Podejdź tutaj - rzekła. I spójrz na nie, czyż nie są piękne? - zapytała adepta, który podszedł do okna.
- Są - prztaknął elf. Bardzo.
- Widzisz, chłopcze, gwiazdy - zaczęła, to dusze ludzi, elfów i innych istot, które wpłynęły na losy świata. Te które świecą najjaśniej, to najwięksi bohaterowie tego świata, walczący o dobro i prawość na tym świecie. Te co świecą słabiej, to inni którzy również w jakiś sposób wpłynęłi na nasze losy. Bo widzisz - ciągnęła, odrwóciwszy się w stronę Ellifane'a. Każdy kształtuje sobą otaczającą go rzeczywistość. Każdy wpływa na losy świata. Bez wyjątków. Ty także wpłyniesz, i to bardzo, choć może jeszcze o tym nie wiesz. Widzę to w twoich oczach - dodała z uśmiechem.
- Oczywiście z tymi duszami to bajka dla małych dzieci - powiedziała spokojnie Pani. A teraz spójrz na księżyc- rzekła, znów odwracając głowę.
Młody elf spojrzał na świecący jasnym blaskiem księżyc. Nie mógł oderwać od niego wzroku, wydawał mu się taki piękny. Po chwili, poczuł się wyjątkowo dziwnie, jak zeszłej nocy. Powoli tracił świadomość, znów pojawiała się w nim ta dziwna siła.
- Walcz z tym - usłyszał cichy, odległy głos, jednak nie zwracał na to uwagi.
Pani Indaviel nie mogła nic zrobić, tylko patrzeć, jak młody adept, z płonącymi czerwienią oczami, wyskakuje przez okno, i znika w czerni nocy.
- Lyunda, zwołaj Radę - poleciła stojącemu już w drzwiach staremu elfowi.
Sala w kształcie pięciokąta o równych bokach, zdobionych obrazami poprzednich władców, z dachem pod postacią kopuły, powoli zapełniała się wszystkimi, potężniejszymi, elfimi czarodziejami, radą Magów Zielonego Liścia, z panią Indaviel na czele. Decydowali oni o wszystkich sprawach w mieście, i kraju. Rada zwoływana była na czas wojny, oraz aby osądzić kogoś oskarżonego o jakąś zbrodnie. Wszyscy starsie eflowie usiedli już na swoich inkustrowanych srebrem i szmaragdami fotelach, oczekując na ostatniego jej członka, Indaviel.
Władczyni wkroczyła po chwili do szaty, z dumnie wyprostowaną głową, i twarzą nie ukazującą żadnych emocji. Jej jasne włosy powiewały, przy każdym kroku, natomiast jej zielono - biała szata, bezszelestnie ciągnęła się za nią po ziemi. żaden z pozostałych członków Rady nie wyraził widocznie swojego zachwytu, jednak wszyscy zgodnie twierdzili w myśłach, że ich pani jest wyjątkowo piękną istotą.
- Witajcie - rzekła Indaviel spokojnym głosem, siadając na swoim miejscu. Chyba wszyscy wiecie, dlaczego tu jesteśmy.
- Ellifane - rzekł jeden z magów.
- Tak, Nidorilu, chodzi o twojego wychowanka - skinęła pani. Nie wiem czy wiesz, ale ten młody adept wszedł w posiadanie dziwnego ostrza, i wydaje mi się, że to właśnie ono sprawiło, że zabił on tą kobietę, i przed chwilą znów uciekł.
- Musimy go złapać, zanim wyrządzi więcej szkód - szybko powiedział jeden z najmłodszych obecnych tam magów, z długimi, czarnymi włosami, obadającymi wzdłuż pleców.
- Tak, Arten, owszem musimy, ale najpierw zdecydujmy, co z nim zrobimy - odrzekł Nidoril. Z nim, i z tym mieczem.
- To nie jest jego wina - rzekła z kamienną twarzą Indaviel. Jednak nie może uniknąć kary, a co do miecza... - zawiesiła na chwile głos, zastanawiając się. Lyunda umieści go w bezpiecznym miejscu - powiedziała patrząc na stojącego przy wejściu wojownika.
- Dobrze, ja się zgadzam, a reszta? - zapytał entuzjastycznie siedzący na lewo od Nidorila elf, z jasnymi włosami.
Wszyscy zgodnie skinęli głowami.
- Nidoril, Arten, Lyunda, idźcie po niego, i odbierzcie mu to niebezpieczne ostrze - zakończyła pani Indaviel, i skniąwszy na doświadczonego wojownika, wyszła z komnaty.
Reszta Rady szybko rozeszła się, a na sali po chwili pozostało tylko trzech elfów, którzy mieli zająć się - zagrażającemu mieszkańcom - Ellifanem.
Mgła, bezradność, znowu te rzeczy były jedynymi, które Ellifane pamiętał po przebudzeniu. Gdy próbował wstać, poranna rosa ściekła mu po twarzy, całkowicie przywracając mu świadomość. Elf rozejrzał się, chciał zobaczyć, gdzie tym razem trafił. Dokoła tylko szumiał stary las. Młody adept, szybko spojrzal na swoje ubranie, lecz nie miało ono na sobie żadnych śładów krwi, bylo tylko całkiem przemoczone.
- Ciekawe gdzie jestem - mruknął pod nosem Ellifane patrząc w doł wzgórza, na którego szczycie się znajdował.
- W lesie N'deailon, Nieprzebranej Puszczy - odezwał się piskliwy głos zza pleców elfa.
Młody adept z krzykiem zaskoczenia odwrócił się, i cofnął o krok. Niestety, o krok za nim, był korzeń drzewa. Ellifane z łoskotem przewrócił się, i zaczął staczać ze zbocza porośniętego zielono - brunatnym mchem i paprociami. Po dłuższej chwili, droga elfa zakończyła się w rwącym potoku, zatrzymując poobijanego, zdezorientowanego adepta.
- Spokojnie elfie, ja nie gryze, przynajmniej nie takich wielkoludów - zaśmiał się ktoś.
- Kim jest... - zaczął Ellifane, jednak nie skończył, gdyż ból w całym ciele był zbyt silny.
- Dowiesz sie w swoim czasie - znów zaśmiał się dziwny głosik.
Młody adept usłyszał tylko cichy trzask, po czym zapadł w błogi sen.
Słońce powoli wschodziło nad Alliel, gdy trzech elfów przeszło obok ostatnich zabudowań miasta, i weszło na gościniec, biegnący wzdłuż wielkiego lasu i brzegu jeziora E'leiteal, jeziora Snów. Jeden z nich, ubrany w lekką skórzaną zbroję, i czarny płaszcz zatrzymał się na chwile, i spojrzał na skraj traktu.
- Ślady biegną do lasu - powiedział.
- Jesteś pewien Lyunda, że to on? - zapytał ubrany elf w brązowo - zieloną szatę, z ciemnymi włosami.
- Nie - odrzekł spokojnym włosem, doświadczony wojownik. Jednak trop wskazuje na to, że ten ktoś, biegł, i to w dodatku dość chaotycznie stawiał kroki. Powinniśmy zaryzkować, i podąrzyć za nimi - dodał.
- Skoro nie mamy innego wyjścia - westchnął Arten. Bo nasze czary skaningowe niczego, o dziwo, niezwykłego nie wskazały, oprócz zwykłych istot zamieszkujących N'deailon.
- Więc nie traćmy czasu, chodźmy - rzekł Nidoril. A co do czarów, to zapewne dlatego, że leśne skrzaty, albo inne magiczne stworzenia go już go dorwały. Albo juz nie żyje - dodał szeptem.
Wszyscy weszli pospiesznie do lasu.
Ellifane ocknął się. Czuł, że leży na czymś zimnym i twardym. Kucnął i rozejrzał się, a to co zobaczył, rozbudziło strach i bezradność w jego mózgu. Znajdował się w zardzewiałej klatce, zawieszonej na łańcuchach, a z każdej strony widział tylko czarną pustkę. Młody elf wstał. Gdzie ja, do cholery, jestem? - zastanawiał się adept.
- Pomocy - krzyknął elf. Jest tu kto?
Jedyną odpowiedzią, było głuche echo, powtarzające się dziesiątki razy. Ellifane krzyczał, i krzyczał, jednak nikt nie odpowiadał. Może by tak spróbować magii - pomysłał adept. Tak to będzie dobry pomysł, tylko jakiego by tu czaru użyć - myślał dalej elf. Najpierw rozświetle całe to pomieszczenie, zobacze co tu jest ciekawego - wyszeptał z łobuzerskim uśmieszkiem Ellifane.
Młody elf zaczął recytować inkantacje, jednak po chwili zamieniło się to w krzyk bólu, gdy jego dłonie przeszył ból, jakby któs wsadził mu ręce do pieca hutniczego. Ledwo trzymając się na nogach z bólu, który jednak już przechodził, spojrzał na swoje dłonię. Jego przedramiona, owinięte były dziwnym, zielono, czarnym czymś, co przypominało kształtem gałązki klonu, i co z pewnością było magicznie zaklęte, aby uniemożliwić użycie magii. Adept zaklął pod nosem nad wyraz pospolicie i wulgarnie.
- Nie ładnie jest tak mówić - zaśmiał się znajomy, piskliwy głosik.
Ellifane odwrócił się gwałtownie, szukając wzrokiem tego, kto to powiedział.
- Tutaj - odezwał się znów.
Młody elf wyraźnie zirytowany odwrócił się. Na podłodze klatki, stał mierzący około jednego łokcia, ubrany w strój o wyjątkowo krzykliwych barwach ktoś.
- Leśny skrzat, Eal Tith - mruknął pod nosem adept.
- Mów mi prosze po imieniu, nazywam się C'agdof'd'angerdoe'dePardo Angor'abil'Marteus - wyrecytował szybko, z ciągłym uśmieszkiem. Dla przyjaciół Marti - dodał widząc zażenowanie na twarzy Ellifane. Tak się możesz do mnie zwracać.
- Dobrze.... - zawachał się elf. Marti...., po co tu jestem, czego ode mnie chcesz, lub chcecie, jeżeli jest was więcej.
- Otóż widzisz - zaczął skrzat. Pewnie zauważyłeś brak Twojego miecza. A raczej naszego, tyle że skradzionego przez niewiadomą nam osobę, skoro ty go masz, znaczy, że ty go skradłeś. Musisz ponieść karę. Zostaniesz....
- Nie ja go ukradłem! Ja... - przerwał adept.
- Nieważne - syknął Marti. Ty go miałeś, więc wszystko wskazuje na to, że TY go ukradłeś. Zrzucimy Cię do labiryntu, nad którym się właśnie znajdujemy. Dostarczysz nam rozrywki, jeżeli przeżyjesz, i dojdziesz do końca, wypuścimy Cię.
- Pa - dodał skrzat, pstrykając palcami.
Dół klatki otworzył się, a Ellifane, z wyrazem przerażenia na twarzy zaczął spadać...
Zza drzew wyskoczył ciemny kształt, atakując niepostrzeżenie. Ale elf, którego odwarzył się zaatakować, byl doświadczony, wiedział, że tam, w mroku coś się czaiło. Wykonał unik, unikając ciosu, bezbłędnie wymierzonego w krtań, i ciał stworzenie na odlew, przez grzbiet. Stwór rzucił się w bok, jednak ostrze miecza przejechało mu po plecach, tworząc paskudną ranę, jednak nie zabijając napastnika. Istota rzuciła się do panicznej ucieczki, wyskoczyła w górę w stronę drzew, jednak czekał już tam na nią miecz elfa, który wbił się głęboko w brzuch stworzenia. Ostatnim dżwiękiem jakie wydała poczwara, był syk, połączony z bulgotem krwi w gardle. Lyunda kopniakiem zrzucił stworzenie z miecza.
- Straten - mruknął, patrząc na leżące na ziemi ścierwo, mającego, cztery długie odnóża zakończone morderczymi pazurami, i gęsto uzębioną szczęke, i ciało pokryte grubą, chitynową łuską stwora. Dobrze, że go wcześniej zauważyłem - mruknął do wyłaniających się z cienia z mroku za nim, Nidorila i Artena.
- Nie traćmy czasu - mruknął czarno-włosy, młodszy czarodziej. Ruszajmy. Widzisz cały czas ślady, Lyunda?
- Tak, powiem więcej, są coraz bardziej równe, sądze że już niedaleko, do miejsca w którym przestał być pod działaniem swojego miecza.
Wszyscy trzej, równym krokiem ruszyli dalej.
Młody elf spadał, spadał i spadał. Wokół widział tylko ciemność, albo urywki skał. Jego upadek zamortyzowała dziwna roślina, mająca kształt grzyba z bardzo dużym kapeluszem. Ellifane ześlizgnął się po nim na podłoge, już nie tak miękką, tylko twardą i kamienistą. Zaczął wymiotować w konwulsyjnych drgawkach, po czym przewrócił się na plecy, powoli odzyskując świadomość.
- Wokół masz dość uzbrojenia, aby wybrać coś dla siebie - rozbrzmiał głos. Jeżeli dojdziesz do końca i przeżyjesz, będziesz wolny.
Adept westchnął. Nie powiedział nic, wiedział, że jakiekolwiek krzyki i protesty są bezsensowne. Spojrzał na swoje ręce, i z ulgą stwierdził, że nie ma już na nich tej dziwnej, palącej rośliny. Elf wstał i rozjerzał się po pomieszczeniu, wyglądającemu jak spora jaskinia. Przy jednej ze ścian, stały oparte wszelkie rodzaje broni. Były zakurzone, brudne, bez wątpienia bardzo stare, ale chyba nadające się do użytku. Ellifane znów westchnął i podszedł do uzbrojenia. Wziął do ręki stary jednoręczny miecz. Wywinął nim kilka młynków i z zadowoleniem stwierdził, że jest wcale nieźle wywarzony. Wsadził go do pochwy, pozostalej po poprzedniej broni i podniósł mały sztylecik, z niewyraźnie wygrawerowanym wilkiem na rękojeści. Elf przyjrzał mu się i przejechał delikatnie palcem po krawędzi. Na jego palcu pojawiło się delikatne przecięcie, z którego momentalnie pociekła mała strużka krwi. Adept uśmiechnął się i schował broń za pas.
Jaskinia oprócz owego grzyba, i broni ustawionej przy ścianie, miała tylko pochodnie porozstawiane blisko siebie wokół pomieszczenia. Ellifane wziął jedną, i wyciągnął miecz. Pierwsze, szybkie uderzenie o ściane wykrzesało iskrę, jednak, pochodnie nie zapaliła się. Adpet spróbował jeszcze raz, tym razem niewielki płomień pojawił się na brzegu pochodni, jednak szybko zgasł. Młode elf westchnął i rozejrzał się znów po jaskini. Dopiero teraz zauważył stojący przy wyjściu mały, ołowiany kociołek. Podszedł do niego, trzymając pochodnie w ręce i po zapachu poznał, że zawiera sporo oliwy.
Nagle Ellifane usłyszał cichy syk, i po chwili, poczuł, jak coś ostrego przecina jego spodnie i zagłębia się delikatnie w jego nogę. Młody adpet momentalnie cofnął się, niestety potykając się o znajdujące się za nim wyżłobienie na ziemi. Po całej sali rozległ się dziwny chichot, a elf po chwili poczuł jak cos dziwnego wgryza się w jego but. Ellifane kopnął stworzenie, które było powodem poszarpanego już czubka buta. Adpet zobaczył, jak mały stwór ze skrzydłami i dwoma wielkimi zębami wystającymi z obu stron szczęki odleciało na kilka metrów, przeturlało się, i wstało, powarkując cicho. Młody elf był przygotowany na nastepny atak. Kiedy tylko małe stworzenie skoczyło, chcąc zapewne znów wgryźć się w nogę Ellifane'a, on uskoczył w bok, i potraktował lecącą poczware kopniakiem. Dziwne istota uderzyła o ściane, po czym spadła na ziemie i znieruchomiała. Adept z wyciągniętym mieczem zaczął powoli iść w stronę nieruchomego stwora. Po chwili stworzenia poruszyło się, zapewne próbując wstać, jednak młody elf szybko zamachnął swym ostrzem, tnąc w poprzek, niemal przecinając małe stworzonko na pół. Po chwili wokół ścierwa rozprzestrzenił się tak okropny odór, że Ellifane ledwo powstrzymał się od ponownego zwymiotowania, i szybko odszedł jak najdalej od niego.
- Ciekawego ile tego się jeszcze tutaj czai - westchnął zrezygnowany.
Młody elf podszedł do leżącej pochodni, i zręcznym ruchem nogi podrzucił ją, po czym złapał z uśmieszkiem na twarzy. Podszedł do oliwy i zanurzył w niej jej koniec. Po chwili wyciągnął ją i kolejnym, zręcznym uderzeniem miecza o ściane, wykrzesana iskra zapaliła pochodnie. Ellifane cały czas uśmiechał się, pełen nadzieji.
Trzej wędrowcy przedzierali się przez puszcze N'deailon, uważnie idąc po śladach. Prowadzący, starszy elf z mieczem, zatrzymał się na szczycie delikatnego wzniesienia, które z przeciwnej strony opadało do rzeki.
- Tutaj kończą się ślady stóp - rzekł spokojnie Lyunda. Nasz zaginiony potknął się o ten korzeń i zjechał prosto do tamtego strumyka.
- Więc chodźmy tam i szukajmy następnych śladów - rzekł sfrustrowany poszukiwaniami Arten. Mam już dość tego szukania.
Elfowie zeszli uważnie po zboczu, omijając śliskie kamienie, korzenie, dziury i inne potencjalnie niebezpieczne przeszkody. Lyunda kucnął i przyjrzał się okolicy.
- Sturlał się tutaj - rzekł zdziwiony. A dalszych śladów nie widze. Jakby zniknął - dodał zaniepokojony.
- Jak to? - krzyknął Arten, wyraźnie zdenerwowany. Co się z nim stało? Nie mógł tak po prostu wyparować!
- Cicho - zganił go Nidoril. Nie wyczuwasz w tym miejscu słabnących już, ale ciągle obecnych wibracji energii? Ktoś tu nieźle używa magii, najprawdopodobnie Ellifane został przeteleportowany, albo gdzieś przelewitował, i to bynajmniej zapewne z własnej woli.
- Faktycznie coś w tym jest - przytaknął młodszy czarodziej. Więc co robimy?
- To była lewitacja - odrzekł po chwili skupienia siwowłosy mag. Więc wystarczy magiczne śledzenie, i będziemy wiedzieli, dokąd udał się nas milusiński- dodał sarkastycznym tonem.
- Chyba jedynie Eal Tith, ze stworzeń, które tutaj żyją, są zdolne do użycia tak zaawansowanej magii, prawda? - zapytał Lyunda.
- Nie tylko - rzekł Nidoril. Ale módlmy się, żeby to była leśne skrzaty, bo inaczej nasz młody elf już raczej nie żyje, albo właśnie umiera - dodał cicho.
Arten wykonał kilka gestów dłońmi, wymruczał wiązankę słów, i po chwili w powietrzu rozbłysła, oznaczona czerwoną mgła droga
- Chodźmy - powiedział ochoczo wojownik, po czym trzech elfów wyruszyło w dalszą drogę.
Pochodnia rozświetliła wszystkie zakątki tunelu wychodzącego z pierwszej jaskini. Ellifane ostrożnym krokiem, z wyciągniętym mieczem, zmierzył na jego drugi koniec. Młody adept rozglądał się uważnie, nie chciał kolejnego niespodziewanego ataku.
- Ciekawe jak duży jest ten cały labirynt - mruknął pod nosem niepewnie, patrząc na podnoszący się sufit.
Tunel powoli rozszerzał się, zaczynała się kolejna jaskinia. Młody elf, stąpając delikatnie i czujnie, wszedł do kolejnej kondygnacji labiryntu. Pomieszczenie wydawało się całkiem puste, jednak adpet był pewien, że za licznymi stalagmitami i stalaktytami wystającymi z ziemi z pewnością coś się kryło. Na jego środku znajdowała się jednak ogormna, kamienna płyta, z wyrytymi napisami. Ellifane podszedł niej, i rozpoznał, że są na niej zapisane słowa w Nea Tidilith, języku Eal Tith, jednak młody adept, nie miał zielonego pojęcia co tam pisze, niewielu elfów w ogule by potrafiło to rozszyfrować. Cóż leśne skrzaty mają wyjątkowe upodobania, do bardzo długich wyrazów. Elf minął skałę, i nie zmniejszając czujności, przeszedł na drógi koniec jaskini.
Tym razem prowadziły z niej dwa tunele. Ellifane westchnął niezdecydowanie, i po chwili zastanowienia, wszedł do wschodniej odnogi. Ten tunel nie różnił się zbytnio od poprzedniego, skały, skały, i jeszcze raz skały, a oprócz tego prosta droga. Adept spojrzał najpierw na płonącą pochodnię, a potem na jej płomienie odbijające się w ostrzu miecza. Jedynie to pozwalało elfowi zachować nadzieje, dodawało mu otuchy. Adept, spokojnym krokiem ruszył. Wokół niego, tańczyły niespokojne cienie, wywołane światłem pochodni, przez które Ellifane cały czas niespokojnie rozglądał się, czy żadna poczwara nie czai się w mroku za, lub obok niego. Młody elf zauważył, że zbliża się następna jaskinia, tunal się rozszerzał. Adept stanął przy wyjściu, i ledwo powstrzymał się krzyku.
Lyunda kucnął na brzegu sporej polany, wpatrując się w smugę czerwonego dymu, biegnącą w stronę wielkiego dębu, stojącego na jej środku. Za nim w cieniach drzew stanęło dwóch magów.
- No to już wiemy, gdzie jest nasz zaginiony - mruknął Nidoril. W samym środku królestwa Eal Tith.
- Chyba nie mamy wyjścia, musimy spróbować negocjować - odrzekł Arten. Za dużo tego tutaj jest, nawet jak dla nas, czyż nie?
- Chce uniknąć rozlewu krwi, a poza tym faktycznie, jest ich za dużo - przytaknął starszy czarodziej.
- Na pewno wiedzą, ze tu jesteśmy - dodał. Chodźmy więc po Ellifane'a, byle prędko, nie wiadomo, co oni z nim właśnie robią.
Trzej wędrowcy wyszli na polanę, i zmierzyli w stronę wielkiego drzewa. Słońce rozkosznie ogrzało ich twarze, dostarczając przyejmnego uczucia ciepła. Nie minęło wiele czasu, jak wokół elfów pojawiła się błękitna sieć, oplatając ich ze wszystkich stron. Nidoril wykonał szybki ruch dłonią, wypowiedział kilka słów. Błysnęło jasne światło, i magiczna siatka zniknęła.
- Nie chcemy walki - rzekł Arten. Szukamy pewnego młodego elfa, który znajduje się w waszej niewoli. Oddajcie go nam, a obejdzie się bez niepotrzebnych ofiar.
Po polanie rozległ się cichy chichot.
- Elfa młodego szukacie - odezwał się piskliwy głosik, za plecami poszukiwaczy. Chodźcie za mną, zaprowadze was do niego - dodał, pojawiając się nagle w swej niewielkiej postaci przed wędrowcami, po czym ruszył szybkim krokiem, w stronę dębu, ledwie widoczny pośród traw i wrzosów.
W całej jaskini czuć było odór rozkładu, na samym jej środku leżały szczątki różnych stworzeń. Ellifane z przerażeniem zauważył, że było tam również kilku martwych ludzi i elfów. Ze wschodniej strony, adept usłyszał dziwny syk. Młody elf obrócił się gwałtownie. Kolejny raz, język stanął mu w gardle ze strachu. Z zakończonym kolcem ogonem, gigantyczny skorpion, przynajmniej pięc razy większy od Ellifane'a, szedł w jego strone, na swoich sześciu ochydnych odnóżach, podczas gdy następna ich para, zakończona wielkimi szczypcami, była wyciągnięta w jego strone. Olbrzymie szybkim krokiem podchodzilo coraz bliżej, a elf z przerażenia nie mógł zrobić ani kroku. Po chwili, gdy poczwara była nie dalej niż pół stajania od niego, elf przemógł się, i rzucił do panicznej ucieczki, w stronę drugiego wyjścia z jaskini. Skorpion, niezwykle szybko, podążył za nim, nieprzerwalnie szczękając szczypcami. Strach dodaje skrzydeł - pomyślał Ellifane, co było prawdą, gdyż adept normalnie, nigdy chyba nie osiągnąłby takiego czasu na setkę, w jakim dobiegł do wyjścia z leża skorpiona. Jednak poczwara ciągle zmierzał za nim. Młody elf pozbierał myśli, wyciągnął drżącymi dłońmi grot strzały z kieszeni, i wyszeptał kilka słów. Nagle przed nim pojawiła się płonąca strzała, która z ogromnym impetem poleciała w stronę stwora, wbijając mu się głęboko w ciało, nieco pod czymś, co możnaby nazwać głową. Skorpion zasyczał, i zatrzymał się. Na chwile w jaskini zapanowała cisza, przerywana jedynie szybkim oddechem Ellifane'a. Poczwara zasyczała po raz ostatni, po czym przewróciła się na bok, i znieruchomiała.
- W samo serce - krzyknął rozradowany, jednak wciąż dygoczący ze strachu elf. No prosze jak ładnie! Fortuna mi dzisiaj sprzyja - dodał z łobuzerskim uśmiechem na ustach.
Młody adept rozjerzał się jeszcze raz po tym przerażającym pomieszczeniu, pełnym odoru śmierci, po czym wszedł w tunel. Tym razem nie musiał wybierać, był tylko jeden. Udało mu się opanować drżenie rąk, jednak idąc przed siebie, kolejna rzeczw wzbudziła w nim strach. Pochodnia ledwo się już paliła. Może jednak nie mam aż tak wiele szczęścia - westchnął elf przyspieszając kroku. Po kilkunastu minutach marszu długim tunelem, wśród niespokojnych cienie na ścianach, przy zrezygnowanym westchnieniu, pochodnia zgasła, a ciemność ogarnęła całą przestrzeń. No to pięknie - mruknął elf, rzucając pochodnią ze złością przed siebie. Po kolejnych kilku minutach, tym razem wyjątkowo wolnego kroku, i ciągłego nasłuchiwania, czy żadna poczwara za nim nie idzie,
Młody adept usłyszał kapanie, które po jakmiś czasie przerodził się w szum wody, spadającej z dużej wysokości. Czyżby wodospad - zdziwił się Ellifane. Po następnych kilku krokach, elf zauważył, że gdzieś w oddali, na końcu drogi, jest coraz jaśniej. Adept nie zaniechawszy ostrożności, znów przyspieszył chód. Światło było coraz bliżej. Wreszcie Ellifane zauważył, że cała następna jaskninia, ogromna jaskinia, jest oświetlona dziwnym światłem, pochodzącym od fosforyzujących liści, wyrastających z pnącz biegnących po ścianach. Przez środek pomieszczenia biegł strumień. Młody elf wszedł do jaskini i odetchnął z ulgą. Nie zauważył jak na razie żadnego innego stworzenia, a ze wschodniej strony pomieszczenia, znajdował się wielki wodospad, z którego zlatywała krystalicznie czysta woda. Całe pomieszczenie było oplecione tą dziwną świecącą rośliną, dzięki której było całkiem jasno. To wszystko jest zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, w dodatku w takim miejscu - pomyślał. Jednak szybko odegnał tę myśl, pragnienie było zbyt wielkie. Adept rzucił się w stronę rzeki, padł na kolana, odrzucił miecz i wziął trochę cieczy między ręce. Była lodowato zimna, na pewno pyszna. Ellifane prawie zanużył w niej usta, kiedy nagle usłyszał cichy głos.
- Nie... nie pij... ona jest zatruta - mówił ktoś bardzo cicho.
Elf momentalnie wstał i pomimo, iż ktoś go ostrzegał, rzucil się po miecz. Dopiero teraz adept zauważył skuloną przy ścianie, z przeciwnej strony do wodospadu, poruszającą się lekko postać. Zauważył też inne, nieruchome.
- Kim jesteś - zapytał podchodząc powoli do ciemnej sylwetki.
- Nazyw... nazywam się... - rzekła cicho, ze słyszalnym wysiłkiem. Vilineth.... te Eal Tith... skrzaty, wrzuciły mnie tu chyba już dwa dni temu... Pomóż mi....
Ellifane wyraźnie zaintrygowany podszedł do niej. Ku jego zdumieniu, spod płaszcza wystawały jej oprócz dłoni i nóg, fosforyzujące pnącza, biegnąca aż do ściany, i łączące się z innymi.
- Ta..... ta roślina... - przerwała, kaszląc cicho. Gdy podeszłam... oplątała mnie, wszczepiła się... ona żywi się duchową energią, uwolnij mnie... nagrodzę cię...
Młody adept, stojący już tuż przy niej, zmachnął się, i zwinnym ruchem miecza przeciął pnącza. Niespodziewanie, po odcięciu, roślina zaatakowała, i zaczęła oplątywać się wokół jego ręki, w której trzymał miecz. Elf bez zastanowienia wysarpanął sztylet zza pasa, i odciął kolejne pnącze. Szybko chwycił napotkaną osobę za rękę i odciągnął ją na bezpieczną odległość, niedaleko rzeki. Po chwili tajemnicza postać kucnęła, mając wciąż spuszczoną głowę.
- Już mi lepiej - rzekła ucieszonym głosem. Dzięki.
- Nie ma za co - rzucił się adept. To jak będzię za tą nagrodą - zapytał uśmiechając się.
Ellifane nawet nie zdążył mrugnąć, kiedy nagle kobieta wstała, zrzucając kaptur, i pokazując wcale ładną twarz, ciemne włosy, i lekko szpiczaste uszy, i niespodziewanie przykładając mu sztylet do szyi. Uśmiechnęła się szeroko.
- W nagrode, może pozwole ci żyć - rzekła, lekko przejeżdżając mu bronią po skórze, po czym kopnęła go, tak, że z impetem poleciał do tyłu, ledwo utrzymując równowagę.
- Dzięki za łaske i wdzięczność - warknął. Nie próbuj tego więcej, bo nie ręcze za siebie - rzucił, wkładając z powrotem sztylet za pas.
Vilineth spojrzał na niego groźnym wzrokiem, po czym odwróciła się, i lekkim krokiem ruszył w stronę, rozdwajającego się tunelu.
- Jeżeli chcesz przeżyć, to chodź, a nie stój tak, jak jakaś niemota - warknęła.
Młody elf westchnął, kiwnął z niedowierzaniem głową i szybkim krokiem ruszył za tą nową, dziwną towarzyszką.
Mały Eal Tith, stanął przed wielkim dębem. Puknął trzy razy, szybko, w jego korę, następnie po chwili raz, delikatnie, i znów dwa razy szybko i mocno. Przed skrzatem i trzema wędrowcami, których prowadził, pojawił się owalny portal.
- Chodźcie za mną - powiedział uśmiechając się. Tam jest wasz zaginiony, tam go znajdziecie, chodźcie, chodźcie.
Lyunda zrobił krok do przodu, i podszedł do migoczącego, okrągłego portalu.
- Nie Lyunda, poczekaj. Nie wchodź tam - rzekł szybko Nidoril. Ty skrzacie idź pierwszy.
- Nie, nie. Panowie elfowie pierwsi - odpowiedział, cały czas uśmiechając się.
- Albo wejdziesz pierwszy, albo zostaniesz pokarmem dla robaków - warknął Arten. A z tego drzewa zostanie kupka popiołu.
łobuzerski uśmieszek zszedł z twarzy małego Eal Tith, jego miejsce zastąpiła nieukrywana złość i nienawiść. Skrzat cofnął się o krok. Wędrowcy usłyszeli tylko cichy trzask, a w miejscu gdzie przed chwilą stał Eal Tith, została tylko szara mgiełka, którą szybko rozwiał wiatr, a po polanie rozległ się głos skrzata "Nigdy go nie dostaniecie. Zginie i dostarczy nam rozrywki". Nidoril westchnął. Nie wchodziło w grę niszczenie starożytnego drzewa. Trzeba było znaleźć inny sposób. Portal cały czas migotał. Starszy mag popatrzył na Artena, po czym skupił wzrok na portalu. Po chwili ciszy, Nidoril zdecydowanie do niego wkroczył. Lyunda i czarnowłosy mag poszli za nim. Słońce znikło za chmurami, a wiatr zawiał mocniej, trzepocąc liściami starożytnego dębu.
Ellifane niemal biegł, aby dotrzymać kroku swej nowej towarzyszce. Vilineth nie zwracając uwagi na potencjalne niebezpieczeństwo, szła przed siebie bez jakiegokolwiek uzbrojenia w rękach, wśród mroku, jakby doskonale znała drogę. Młody elf co chwile się potykał o liczne kamienie leżące na ziemi. Wydawało mu się, że słyszy co chwile cichy, szyderczy śmiech.
- Zwolnij - powiedział, potykając się znów, i ledwo utrzymując równowagę. Gdzie tak ci śpieszno? I jak ty to robisz z tymi kamieniami - dodał zirytowany, potykając się znów.
- Zamknij się i idź - rzuciła krótko. I nie hałasuj tak.
Adept zamilkł momentalnie, świadom, że do niczego to nie doprowadzi. Elf ciągle potykał się o liczne, niezauważone kamienie. Nagle w jego głowie pojawiła się genialna myśl. Ellifane sięgnął do jednej ze swych kieszeni, i wyciągnął odrobine żółtego pyłu. Całe szczęście, że troche mi tego zostało - pomyślał i uśmiechnął się, patrząc, jak po kilku wyszeptanych słowach, na miejscu siarki na jego dłoni, powstał niewielki, świecący, niebieski płomień. Jednak wystarczył, aby mijać denerwujące skały.
- Czarodziej za trzy grosze - mruknęła Vilineth, na tyle głośno, aby młody adept usłyszał kąśliwą uwagę.
Ellifane, puściwszy obelgę mimo uszu, przyspieszył kroku, nie zostawając już w tyle za swoją towarzyszką. Chwile potem, elf zauważył, że zbliża się kolejna jaskinia, mniejsza od poprzedniej, jednak dokoła niej, porozwieszane były znów, świecące tym razem, pochodnie. Elfka spowolniła kroku, i przywarła plecami do ściany.Młody adept wyciągnął swój miecz. Klinga zalśniła na czerwono, odbijając światło pochodni. Vilineth, weszła do pomieszczenia, bacznie się rozglądając. Nagle po sali rozległ się stukot podkutych nóg uderzających z impetem u ziemię. Vilineth spojrzała z czystym przerażeniem na Ellifane'a, po czym zaczął biec do dtugiego wyjścia. Młody adpet zrozumiał o co jej chodziło. Też zaczął biec, a po chwili zobaczył, co było powodem jej strachu. Wysoki na prawie trzy metry, z ogromnym, czarnym toporem, w stronę Vilineth, biegł minotaur. Elf słyszał o takich stworzeniach, jednak nie wierzyl że coś takiego w ogule może istnieć. Adpet pozbiera myśli, zatrzymał się, kucnął i wziął w dłoń garść pyłu z ziemi.
- Ejj, poczwaro, tutaj - krzyknął na cały głos Ellifane, wymachując mieczem. Mam coś dla ciebie.
Potwór zatrzymał się i spojrzał na elfa. Uniósł topór do góry, i zaczął biec w jego stronę, rycząc dziko. Vilineth zatrzymała się zdziwiona. On oszalał - mruknęła pod nosem, patrząc, jak minotaur zbliża się do adepta.
- Jak mi to nie wyjdzie, to będzie nieciekawie - szepnął Ellifane, po czym wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kawałek szkła, i zanucił kilka słów. Ku jego uldze, niecałe 10 metrów od niego, pojawiła się dokładna jego kopia. Nigdy mi to dobrze nie wychodziło - mruknął zadowolony z siebie. Elf wziłął między dłonie podniesiony pył, i gdy minotaur był już nie dalej niż 5 metrów, wypowiedział kilka slów. Nagle zawiał silny wiatr, a wokól stwora podniósł się piach, tworząc swego rodzaju burzę piaskową wokół niego. Adept niemal krzyknął z radości. Ale to jeszcze nie był koniec, młody elf zaczął okrążać szamoczącego się minotaura, i biec w stronę wyjścia, gdzie stała przyglądająca się wszystkiemu Vilineth. Zdezorientowany stwór wybiegł z nawałnicy, akurat przed stojącą iluzją Ellifane'a. Minotaur zamachnął się toporem. Ostrze przecięło kopię, a poczwara ryknęła dziko, rykiem triumfu. Młody adept z uśmiechem na ustach dobiegł do opierającej się o ścianę elfki.
- Uciekajmy, póki nas nie zauważył - powiedzial do niej szybko, po czym wbiegł do tunelu. Vilineth zaklęła pod nosem. Zabrzmiało to, jakby wolała, żeby minotaur przeciął jego, a nie iluzje. Po chwili namysłu elfka podąrzyła za młodym adpetem, znikającym w mroku korytarza.
Po kolei, jeden po drugim, trzech wędrowców spadło na sam dół przepaści, aż na kapelusz wielkiego, brąowego grzyba. Lyunda, po ześlizgnięciu się na ziemię, momentalnie wyciągnął miecz i przeturlał się, rozglądając się po okolicy, czy w pobliżu nie ma żadnego zagrożenia. Jednak jaskinia wydawała się pusta. Dwójka magów stanęła za nim, również bacznie rozglądając się. Arten wyszeptał parę słów, i przed elfami pojawiła się całkiem spora, świecąca sfera, rozjaśniająca nawet najdalsze zakątki pomieszczenia.
- Był tutaj - mruknął Lyunda. Widzę jego ślad. Chyba musimy za nimi iść, mając nadzieje, że nic go jeszcze nie zabiło.
- Nie mamy czasu na spacerek - odrzekł szybko Nidoril. Mam plan. Arten, pomóż mi. Rzucamy polimorfię. Nietoperze.
Młodszy elf uśmiechnął się delikatnie wyciągnął z kieszeni mały woreczek. Podczas gdy siwowłosy czarodziej koncentrowal się do rzucenia tego skomplikowanego czaru, Arten odszedł na kilka metrów i wziął garść srebrzystego pyłu z worka. Złożył ręce i wypowiedział szybko kilka słów, wyrzucając jednocześnie srebrny substytut w powietrze. Bardzo jasne światło wybuchło przed czarnowłosym magiem, a po chwili na ziemi pojawiły się trzy szare, magiczne okręgi otoczone runami i rozmaitymi znakami. Lyunda zobaczywszy, że Arten staje w jednym z nich, momentalnie zrozumiał o co chodzi i wszedł do sąsiedniego. Nidoril delikatnie wstał i stanął na ostatnim miejscu. Starszy mag wyciągnął przed siebie ręce i zaczął zaśpiew inikantacji, wykonując dłońmi różne gesty. Arten wspomagał maga swoją mocą, również snując czar. Wojownik przyglądał się zafascynowany, jak pomiędzy dłońmi czarodziejow pojawiła się rożnobarwna kula, która po chwili rozszczepiła się na trzy mniejsze. Nagle Nidoril podniósł głos i wyciągnął ręce do góry. Młodszy mag zrobił to samo, i momentalnie trzy kule wleciały w elfów. Wszystkie glosy ucichły. Wędrowcy zniknęli. Na środku jaskini latały trzy nietoperze. Największy z nich, szaro-czarny, błyskawicznie ruszył przez jedyny wychodzący z pomieszczenia korytarz, a pozostałe dwa poleciały za nim. W jaskini rozległy się odgłosy śmiechu Eal Tith
Ellifane potknąwszy się o kolejny głaz, zaklął pod nosem ze złości, i wyciągnął z kieszeni kolejną szczyptę siarki. Zanucił kilka slów, i na jego dłoni pojawił się mały plomyk, akurat, żeby oświetlić elfowi kolejny kamień stojący mu na drodze, który adept zręcznie przeskoczył. Tunel schodził stromo w dół, toteż Ellifane zwolnił nieco kroku. Po chwili drogi mlody elf poczuł zapach siarki, który nieprzyjemnie drażnił jego nozdrza. Tunel zakręcał, i młody adpet zatrzymał się. Niedługo potem, koło niego stanęła również Vlilneth.
- Siarka - mruknął elf. Pewnie lawa albo coś...
- Poczułam - warknęła. Miejmy nadzieje. że nie coś. Teraz chodź, tylko ostrożnie i powoli - dodała szeptem. Nie chcę zginąć przez twoją nieuwagę.
- To ja nas uratowalem przed tym minotaurem, nie ty - odrzekł butnie, jednak elfka Vilineth nie zwróicła na to uwagi, i zaczęła pomału schodzić w dół tunelu.
Elfka stanęła tuż przy ścianie, zaraz przed osrym zakrętem. Zapach siarki był coraz silniejszy, a temperatura coraz wyższa. Kropelki słonego potu pomału ściekały po aksamitnej skórze Vilineth. Ellifane szedł za nią krok w krok, z wyciągniętym mieczem. Zgasił płomyk, nie był on już potrzebny. Droga była lekko rozświetlona czymś, co najpewniej było w następnym tunelu. Elfka przetarła czoło i wyprostowała się. Kilkoma szybkimi krokami przebiegła do przeciwległej ściany i znów przykucnęła, wpatrując się w następną jasknię. Młody adept stanął w na yle wysuniętym miejscu, aby mógł zobaczyć zawartość następnego pomieszczenia. Było całe rozświetlone na czerwono, z powodu lawy otaczającej małą wyspekę na środku jaskini, z której biegło jedno wyjście, z przeciwnej strony. Wydawało się jednak tak odległe. Jak na razie, po paru krokach elfa, żaden skorpion, minotaur, czy inna poczwara się nie pojawiła w zasięgu jego wzroku. Vilineth stanęła tuż przed wejściem, przed długimi, czarnymi schodami, prowadzącymi na sam dół, aż do owej małej wyspy, z dziwnym posągiem na środku. Młody adept powoli podszedł do swojej towarzyszki.
- Wkurza mnie ten zapach siarki - mruknęła, pociągnąwszy nosem. To wszystko jest jakieś podejrzane. Za spokojnie tutaj. Chodź, tylko uważaj, żeby nie sprowadzić na nas jakiegoś stwora - dodała, po czym znów otarła czoło z licznych kropelek potu.
Ellifane spokojnie, bez prostestów ruszył, za schodzącą po schodach elfką. Młody adept nie mógł powstrzymać ciekawości i dotknął owego dziwnego czarnego tworzywa, z którego zrobione były schody. Był całkiem zimny. Elf uśmiechnął się zaciekawiony. Po chwili namysłu wstał, i ruszył za Vilineth, która już prawie była na samym dole, przy wysepce. Ellifane przyspieszył kroku, niemal zbiegał. Elfka podeszła do posągu. Czarnego posągu. Przedstawiał on dziwne stworzenie o kilku głowach, z bogato uzębuionymi szczękami, i długim ogonem, zakończonym kilkoma kolcami, na kształt maczugi. Vilineth, rownież zaciekawiona dotknęła posągu, całkiem zimnego posągu. Nagle wokół stworzenia pojawiła się dziwna, czerwona, świecąca, otoczka. Elfka nie wiedziała co zrobiła, jednak jedynym sensownym wyjściem w tej sytuacji, była ucieczka. Vilineth zaczęła biec do wyjścia, znów zostawiając młodego adepta sam na sam z materializującą się właśnie u stóp schodów bestią. Stwór zamachnął długim ogonem rozwalając posąg, który pomimo pojawienia się stworzenie wciąż stał. Długie czarne kolca z łatwością skruszyło skałę, całkiem niszcząc dzieło.
Ellifane tym razem całkowicie nie wiedział co ma zrobić. Ręce trząsły mu się niekontrolowalnie, gdy patrzył na machającą ogonem, pięciogłową, blisko siedmio metrową kreaturę. Młody elf wiedział, że to hydra. Młody elf wiedział, że nie ma szans na przeżycie. Vilineth schowała się w cieniu tunelu, i patrzyła na poczynania adpeta, ktory jak na razie stał bez ruchu i wpatrywał się w bestię przerażonymi oczami. Hydra po chwili furii napotkała wzrokiem jednej z głów, Ellifane. Młody elf tylko patrzył, jak monstrualny potwór wyszczerza zęby w jego stronę, i zaczyna iść w jego stronę. Schody, aż zatrzęsły się pod ciężarem bestii.
Uciec stąd - to była jedyna myśl jaka latała po głowie adepta, jednak nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Bestia biegła coraz szybciej, była coraz bliżej. Ellifane odzyskał po chwili władzę w członkach, jednak jego umysł przepełniony był strachem i przerażeniem. Schody drgały, gdy hydra stawiała nstępne kroki. Była już niewiele więcej niż pięć metrów od wciąż nieruchomego elfa, gdy on wrescie uszył swoimi nogami, i zaczął uciekać w górę, potykając się o stopnie. Bestia zaciekawiona małym, drżącym stworzeniem machnęła ogonem, krusząc kawałek schodów, i podąrzyła za nim szybkim krokiem. Młody adept nie miał szans. Pomimo tego, iż uciekał, hydra byla coraz bliżej. Nagle jedna z jej głów wystrzeliła w stronę pleców Ellifane'a, jednak ten świadom niebezpieczeństwa odwrócił glowę i w ostatniej chwili, na widok kłów zmierzających w jego stronę uskoczył w bok, i boleśnie przeturlał się. Hydra momentalnie doskoczyła do leżącego elfa, i stanęła nad nim w całej swej okazałości. Więc to jo jest koniec - pomyślał młody adept. Tak zginę. Przynajmniej chwalebnie. Ellifane zamknął oczy. Nie mógł opanować drżenia. Nie chciał widzieć jak umiera. Jednak zamiast uczucia bólu, kłów rozszarpujących jego ciało, własnej krwi na rękach, poczuł przepływ energii przez swoje ciało, i usłyszał ryki protestu hydry. Nieco niezdecydowany, elf otworzyl oczy. Zobaczył, że jego ciało lewituje. Na schodach zobaczył jeszcze dziwniejszy widok. Nagle wleciały tam dwa nietoperze, które momentalnie zamieniły się w dwóch elfów. Jeden wyciągnął miecz, i natychmiastowo zaatakował bestię. Ellifane, nieco uspokojony rozejrzał się. Koło niego lewitował, znany mu całkiem nieźle, Arten.
- Witaj chłopcze, dobrze cię widzieć - uśmiechnął się czarodziej. Spadamy stąd, robi się nieprzyjemnie - rzekł szybko, gdy nagle Lyunda odciął stworowi jedną z głów, a na jej miejscu po chwili wyrosły dwie nowe. Teleportujemy się. Pomóż mi i skoncentruj obraz w glowie na bramie do Alliel. To będzie dobra lekcja, a przy okazja, nie chciałbym być w Twojej skórze, jak to wszystko się skończy - dodał z wrednym uśmiechem.
Ellifane odetchnął z ulgą, jednak faktycznie, to ostatnie napomnknienie maga, zostawiło w nim iskierkę strachu, Jednak mlody adpet przestał o tym myśleć, tylko skoncentrował się na Alliel. Po chwili poczuł lekkie mrowienie, i uczucie, jakby wciągał go wir morski.
Darren Hondelteck, sławny kupiec nigdy nie lubił magów. Uważał ich wszystkiach za oszustów i demagogów. Lubił za to ich sakwy, zawsze pełne złota. Wiedział, że w Alliel obłowi się. Jak zwykle z resztą, jak w każdym elfim mieście. Sprzedam to co mam, i wrócę wreszcie do Marien, mojego ukochanego miasta - pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. Do ukochanego domu i do Dily, mojej kochanki. Na myśl o niej zrobiło mu się cieplo. Kupię jej coś ładnego, powiedzmy... - nagle słodkie rozmyślania przerwał mu ktoś, lub coś, co spadło z nieba, i połamało mu dach karety, i spadło nie ziemię.
Ellifane z jękiem bólu zleciał na coś twardego, co załamało się momentalnie pod nim, po czym spadł na coś, co niewątpliwie było ziemią. Gdzie indziej w końcu rośnie trawa. Nagle wstrząsnęły nim konwulsje i elf zwymiotował, a po chwili drgawek stracił przytomność.
- Dobra, jest bezpieczny - mruknął Arten stojący koło niego, patrząc kątem oka na zdziwionego, wystraszonego, starszego czlowieka wyglądającego ze zniszczonego pojazdu Teraz chyba wrócę im pomóc - dodał, i po chwili koncentracji zniknął.
Hydra zamachnęła się ogonem, nie trafiając jednak w cel, i gruchocząc czarne, zniszczone już schody jeszcze bardziej. Lyunda zrobił unik, przeskoczył nad lecącymi w jego stronę kolcami, i zamachnął się mieczem, nadcinając jedną z dwóch pozostałych głow. Po chwili stwór zatakował znów, ale elf zablokował mieczem wygłodniałą paszczę, jednak impet odrzucił go w tył. Niedawno draśnięta przez martwą już głowę noga, bolała piekielnie. Pomimo bólu wojownik natychmiast uskoczył na bezpieczną odległość. W stronę potwora poleciała spora, niebieska kula, trafiając go w tułów, i zamrażając mu go na kilka sekund, gdyż chwile potem, temperatura stwora stopiła lód. Jednak Lyunda wykorzystał tą chwilę, i doskoczył do cieknącej obficie krwią szyi i odciął ją. Natychmiast potem następna kula trafiła w hydrę, zmrażając pozostały po odcięciu fragment karku. Głowa nie odrosła, więc została tylko jedna. Hydra zamachnęła się znow ogonem. Ucieszony małym zwycięstwem Lyunda nie uskoczył w porę. Jeden z kolców wbił mu się boleśnie w łydkę, a siła ciosu wyrzuciła elfa w powietrze. Doświadczony weteran po chwili spadł boleśnie na ziemię, tuż koło Nidorila. Widział że ma połamane kilka żeber, a nogę będzie kurował co najmniej miesiąc. Chciał pomóc, jednak nie mógł. Kolejna fala bólu przeszyła jego ciało, niemal pozbawiając go przytomności. Następna kula zimna dotkliwie ugodziła bestię, niemal pozbawiając zmaltretowanego stwora równowagi. Hydra zaczęła powoli iść w stronę snującego ostatnią, przynajmniej tak przypuszczał rzucający, czarodzieja. Nidoril już kończył inkantację, gdy nagle bestia zatrzymała się i wykrzywiła z bólu ostatnią szczękę, po czym padła na ziemię i zamarła. Stojący parę metrów za nią Arten uśmiechnął się. Starszy czarodziej dokończył czar, a z jego rąk wystrzeliła prawdziwa zamieć śnieżna, ogarniając całą bestię i pokrywając ją lodem. Czarnowłosy mag szybko podbiegł do swych towarzyszy.
- Arten, szybko, weź go do świątyni, ja idę zobaczyć co z Ellifanem - rzekł Nidoril.
Młodszy mag posłusznie podszedł do wojownika, i zaczął snuć czar teleportacyjny.
- Aha, dobra robota - dodał z uśmiechem Nidoril, po czym zniknął w szarej chmurze energii. Po paru sekundach dwóch pozostałych elfów również zniknęło. Po sali rozległ się głośny, zlośliwy śmiech Eal Tith. Arten nie zauważył biegnącej w ich stronę elfki.
- Jak to dwa miesiące - krzyknął Ellifane na stojącego obok niego Nidorila. Dwa miesiące sprzątania i przycinania żywopłotu?! Nie ma mowy, co ja takiego zrobiłem że tak mnie chcesz ukarać? To nie moja wina była!
Nidoril ze srogim wyrazem twarzy usiadł na kamieniu w ogrodzie za swoją rezydencją.
- Albo zrobisz co każę, alb
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
Joined: 12 Aug 2003 Posts: 820 Location: z miasta artystow...
Posted: Tue Aug 12, 2003 12:13 pm Ucielo!!
Jak to dwa miesiące - krzyknął Ellifane na stojącego obok niego Nidorila. Dwa miesiące sprzątania i przycinania żywopłotu?! Nie ma mowy, co ja takiego zrobiłem że tak mnie chcesz ukarać? To nie moja wina była!
Nidoril ze srogim wyrazem twarzy usiadł na kamieniu w ogrodzie za swoją rezydencją.
- Albo zrobisz co każę, albo nie dostaniesz jedzenia, założę ci Sabathowe opaski, więc nie masz co liczyć na czarowanie, i wrócisz do labiryntu! Zrozumiano - starszy mag niemal krzyknął, jednak wiedział, że te słowa przekonają niesfornego adepta.
- No to może chociaż miesiąc - zapytał błagalnym tonem.
- Przez miesiąc, to Lyunda będzie leczył swoją nogę, zranioną w probie ratowania twojego życia! Bez dyskusji. Bierz teraz miotłę i idź do mojej pracowni. Strasznie dużo tam kurzu, posprzątaj.
Młody elf westchnął zrezygnowany i ruszył w stronę domu.
- Wapniak - mruknął pod nosem odchodząc.
- Słyszałem - krzyknął zdenerwowany mag. Dwa miesiące i jeszcze tydzień - dodał mściwym tonem
Młody elf znów westchnął, i powoli zmierzył w stronę rezydencji, przygotowywując się na dwa miesiące i jeden tydzień ciężkiej harówki.
Ucielo koncowke, pewnie za dlugie:) DObra, komu sie chce niech czyta i recenzuje...
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
Joined: 06 May 2005 Posts: 195 Location: sam nie wiem
Posted: Wed Sep 28, 2005 3:06 pm
Czytanie zajęło mi trochę ponad godzinkę ale opłacało się. Ciekawie napisane. Dobre przejścia, klimat zbliżony trochę do mrocznego. Ogólnie 8 na 10. Pisz dalej brawo.
_________________ "Tak naprawdę ważna jest tylko chwila"
"Człowiek jest lepszy gdy się śmieje"
No Ozz, wciągnnęło mnie A to pierwszy stopień do doskonałości- czytelnika trzeba zainteresować,a tobie się to udaje.bravo Tylko całość rzczeczywiście psują powtórzenia. Np. słowo I jeszcze jedna rzecz- za bardzo się starsz żeby całe zdanie zawsze było hmm. jakby to powiedzieć- logicznie poprawne. W dobrej powieści- niektóre zdania muszą być ciut- "niedorobione" muszą mieć trochę niedopowiedzenia. poza tym twój styl pisarstwa- jest w stylu- Sapkowksiego, przynajmniej dla mnie, ale to portaktuj jak duży komplement.
_________________ Uśmiech jest majestatem wszechświata
Joined: 12 Aug 2003 Posts: 820 Location: z miasta artystow...
Posted: Sun Oct 02, 2005 7:34 pm
Moje ego rośnie
Jezu, jak ja bym chciał wrocic do pisania... Ale wena mi puffff wyparowała. Nie wiem, czy jestem w stanie sobie postanowić, że powiedzmy co 2 dni bede pisał jedną stronę... Od czasu Ostrza napisałem jeszcze 2 teksty, jeden jest tutaj na forum w tym dziale, a drugi u mnie na dysku, niedokonczony, z fabułą prostą jak wałek do ciasta, słuzacy jedynie temu, zeby dopracować styl... Daje to ponad 30 str, ale jak na poltora roku to zdecydowanie za mało. No nic, w kazdym badz razie fajnie jest przeczytać cos miłego o tym co sie pisze Dzieki
Pozdrawiam.
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
Joined: 02 Jun 2003 Posts: 2611 Location: z Carreras
Posted: Sun Oct 02, 2005 9:13 pm
Ze mnie leń. Nie chce mi się czytać Ale po 2 pierwszych zdaniach juz widac, jaki jest jeden z twoich grzechów, ktory czasem daje o sobie znac - dłuuuugie, bardzo rozbudowane zdania. A to pierwszy krok do mieszania podmiotów z dopełnieniami
Ze znudzonym wyrazem twarzy, młody elf odwrócił się i wszedł do stojącej za nim "Pijanej wiwerny" - cieszącej się najgorszą opinia w mieście karczmy
To zdanie jest zabawne. "Stojąca za nim" uzywa się bardziej do ludzi za kims Wyobrazajac sobie to zdanie widzę pijanego potwora za plecami bohatera
No i niektóre spójniki są zbyt wypracowaniowe Np. takie aczkolwiek
Na pewno masz zdolnosci do wymyslania fabuły, tylko nie zawsze trafnie ubierasz ją w słowa A od ciebie wymagam ze jak juz piszesz to ma byc super Wiem,z e to starszy tekst, wiec sie nie czepiam
_________________ Lubię szeptać ci słowa, które nic nie znaczą -
Prócz tego, że się garną do twego uśmiechu. B. Leśmian
A propos weny, to myślałam, że tylko ja mam ten problem. wstyd- bo jako dzieciak - tzn. do 16 roku życia włącznie napisałam 2 książki przygodowe( oczywiście do szuflady), a teraz męczę się z jedną książką, zaczęłam pisać w czerwcu- mam do tej pory 10 stron. Co jest ze mną nie tak? Nie wiem, czy coś się stało z moją wrażliwością, czy po prostu nie powinnam pisać. Obiecywałam sobie metodę "małych kroków" codziennie jedna strona, ale nic z tego nie wyszło.Help! Co za bieda!
_________________ Uśmiech jest majestatem wszechświata
Joined: 03 Aug 2005 Posts: 508 Location: a kto to wie ;p
Posted: Wed Oct 05, 2005 12:33 pm
Powiem jak ja mam, może komuś to pomoże
Zmuszać się do zaczęcia! Po prostu na siłę przywiązywać się do klawiatury, albo kartki, co kto tam woli i pisać! O, tak po prostu pisać.
Ja się usadzam przy komputerze, biorę kawę w jedną łapę, wenę, której nie ma, w drugą i zaczynam. Napiszę 4 zdania (napisze... wolne żarty, wymęczę!), a potem jakoś już leci
_________________ I po tym wszystkim przybywają jacyś nędzni nowocześni Amerykanie (...) i rzucają mu puszkę na głowę! To nie do zniesienia, żaden upiór w dziejach nie został w ten sposób potraktowany!
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum You can attach files in this forum You can download files in this forum