Władca Pierścieni / Tajne Forum Fantasy Forum Index
Główna: Władca Pierścieni, Hobbit, Zwiastuny
Katalog: Strony fantasy
Polecane: Opowieści z Narnii, Wiersze miłosne, NLP
Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy
Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.

FAQFAQ  SearchSearch  MemberlistMemberlist  UsergroupsUsergroups  StatisticsStatistics
RegisterRegister  Log inLog in  AlbumAlbum  Chat

Previous topic «» Next topic
[O] Lorelay
Author Message
Lorelay
Czarna Otchłań Morii


Joined: 09 Jan 2004
Posts: 159
Location: wysłanniczka Gwiazd
Posted: Thu Jan 15, 2004 2:01 pm   [O] Lorelay

Lorelay
Autor: Lorelay


- Co widzisz ?
Pytanie padło z zewnątrz. Oboje usłyszeli je, lecz nie widzieli ani nawet nie wyczuwali obecności Tego, który je zadał.
- Wojnę!
Przed oczami Elenmira rozpostarł się nagle przerażający obraz. Tony trupów, morza krwi, uciekające w popłochu kobiety, ścigane przez złowrogi świst strzał, zapłakane dzieci wołające do swoich matek, które nie mogły już nic usłyszeć, wbite na pale głowy o otwartych oczach, wpatrujących się w niego przeszywającm, martwym wzrokiem, jakby czytały jego najskrytsze myśli, porozrzucane nagie kości i odrąbane kończyny. Widział niedobitków armii mężów niewiarygodnej urody, odzianych w lśniące zbroje, dzierżących jeszcze miecze w dłoniach, ostatkiem sił stawiających opór do końca przeciw hordzie czarnych, zakapturzonych postaci na ciężko okutych koniach, rąbiących wszystko co tylko udało im się doścignąć. Potem ruiny miast, płonące domy, a w nich żywcem palone matki z niemowlętami w ramionach, starców, młode dziewczęta, wyciągane siłą z domów i gwałcone na własnych podwórzach, wymarłe pustkowia, martwe lasy... Słyszał wyraźnie szczęk oręża i rozdzierające krzyki konających, płacz dzieci, lament żon i matek opłakujących poległych.
- Tam jest twoje miejsce!- znów zagrzmiał Głos, a obraz rozwiał się nagle jakby rozproszony podmuchem gwałtownego wiatru.
Elennmir zadrżał. Hodowana w jego sercu od dawna żądza walki, nieprzeparta chęć bycia obrońcą słabych i uciśnionych okazały się jednak silniejsze od strachu. Kolana ugięły się pod nim, a w oczach pełnych lęku na krótką chwilę pojawiły się łzy. W głębi serca był jednak szczęśliwy, spełniło się jego najgłębsze, najskrytsze marzenie - walczyć.
Lorelay znała najgłębsze jego tajemnice i czytała w najgłębiej skrywanych myślach. Nie wiedziała, kim jest Ten, który do nich przemawiał, zdawała sobie jednak sprawę z tego, że z Jego potęgą ona nie może się równać. Jeszcze raz spojrzała w oczy Elenmira i była już gotowa. Czekała tylko na chwilę, w której będzie musiała powiedzieć - NIE. Choćby miało ją to kosztować życie, choćby całą wieczność miała płacić cenę, nie pozwoli!
Lecz Ten, który do nich mówił, znał myśli ich obojga, bez trudu przebił się przez mur i zasłonę postawione przez Lorelay. Zaśmiał się więc szyderczo i znów zwrócil do Elenmira:
- Nie łudź się. Nie będziesz walczył. Nie po to cię tam posyłam. To byłoby zbyt proste. Przecież tego właśnie pragniesz, a ja nie jestem po to, by dogadzać kaprysom śmiertelników. Znajdziesz się wśród wiru wojny, wiecznej wojny, ale nie będzie ci dane walczyć - oto twoje przekleństwo!
Zanim Elenmir zdążył nawet pomyśleć cokolwiek, Lorelay od samego początku trapiona złymi przeczuciami i przygotowana na najgorsze, rozłożywszy ręce, zrzuciwszy z głowy czarny kaptur, ukazując widniejącą na jej czole lśniącą, srebrną gwiazdę, krzyknęła tak głośno i z taką mocą, że Elenmir upadł na ziemię, która jakby zatrzęsła się pod jego stopami:
- Kim jesteś i czego chcesz!
Zamiast odpowiedzi usłyszała złowieszczy, demoniczny śmiech. W tej samej chwili niebo nagle pociemniało, po czym rozdarte zostało błyskawicą, której towarzyszył ogłuszający grzmot. Nastała ciemność.
* * * * * * * * *
Lorelay ogłuszona grzmotem, oślepiona blaskiem błyskawicy, powalona na ziemię, która przez chwilę jeszcze trzęsła się w posadach, próbowała podnieść się i stanąć na nogi. Czuła, że jakaś złowroga siła paraliżuje całe jej ciało. Wytężając całą siłę woli pokonała nieznaną siłę i wstała. Gwiazda na jej czole świeciła jasno, nie tak jasno jednak, by rozproszyć ciemności. Ciemność była tak silna i tak potężna że nawet bystre, widzące w zwyczajnych ciemnościach oczy Lorelay nie mogły przebić się przez kaleczącą zmysły czarną mgłę. Z trudem poruszała się naprzód, szła po omacku, jedno wiedząc na pewno: Musi znaleźć Elenmira.
W pewnej chwili poczuła opór pod nogami. Potknęła się o coś i runęła na kolana. Poczuła znajome ciepło, wyciągnęła rękę...
* * * * * * * * *
Gdy Lorelay otworzyła oczy, ujrzała ugwieżdżone, nocne niebo. Leżeli obok siebie, trzymając się za ręce.
Nagle nad sobą zobaczyła czarną postać z długą włócznią w dłoni. Nie mogła się poruszyć. Czuła smrodliwy, stęchły oddech na swojej twarzy, a czarna włócznia była coraz bliżej i bliżej, o kilka centymetrów , bezpośrednio nad jej sercem bijącym wciąż szybciej i mocniej.
Elenmir otworzył oczy. Leżał tak przez chwilę wpatrzony w gwiazdy, które przypominały mu blask Lorelay. Wtedy wydało mu się, że czuje jej ciepło tuż obok siebie... Odwrócił głowę. Była obok. Spojrzał w jej błyszczące światłem księżyca oczy. Ale oto w nich poraz pierwszy ujrzał strach. Dostrzegł nagle czarną włócznię oddaloną o kilka zaledwie milimetrów od serca Lorelay. Zebrał z trudem resztki sił, by dobyć miecza. W ostatniej chwili , jednym ruchem odciął dłoń trzymającą włócznię. Czarna, śmierdząca krew popłynęła z odciętej kończyny postaci.Kilka kropel spadło na wyciągniętą dłoń Elenmira. Krople te paliły jak ogień. W powietrzu unosiła się mgła duszącego dymu.
Lorelay zerwała się na równe nogi. Zdążyła zdjąć z pleców łuk, ujęła dłoń Elenmira i delikatnie podniosła go z ziemi. Napięła łuk i wypuściła dwie strzały, po czym pociągnąwszy mężczyznę za sobą zaczęła biec przed siebie, przeciskając się przez grozę czającej się w każdym zakątku wojny.
* * * * * * * * * * *
Zmęczeni, wycieńczeni do szczętu i głodni upadli na ziemię, wciąż trzymając się za ręce. Elenmir chciał o coś zapytać, nie zdążył jednak nawet otworzyć ust, gdy Lorelay, która potrafiła wyczytać każdą jego myśl, odezwała się pierwsza, właściwym sobie władczym, wyniosłym tonem:
- Nie wiem kto to był i nie wiem, gdzie jesteśmy teraz i dlaczego. Mam jednak dziwne przeczucie, więc dam ci jedną radę - nie zadawaj zbyt wielu pytań, to do niczego nie prowadzi. Odpowiedź i tak przyjdzie sama w odpowiednim dla siebie czasie.
Nic nie rozumiał. Komu miał jednak zaufać, jeśli nie jej.
- Elenwen, Gwiazdo świecąca w ciemności...- wyszeptał i zasnął.
Dotknęła delikatnie jego twarzy, ucałowała poparzoną dłoń, pocałunkiem gojącym rany i łagodzącym wszelki ból.
- Annamel, Darze Miłości, największy spośród synów ludzkich,z którym nikt z mojego ludu nie może równać się odwagą i męstwem, niech spłynie na ciebie błogosławieństwo rodu Elnara Telperiona.
* * * * * * * * * * *
Anardil i Galdir, synowie Naringa Wethrima, odcięci od oddziału elfów z północy tułali się po pustkowiach szukając drogi do Andunimar - Doliny Wschodzącego Słońca, ostatniego azylu. Nie wiedzieli, że są jedynymi ocalałymi z pogromu elfów na Polach Middereb. Mieli jeszcze nadzieję, że w azylu spotkają pozostawione tam wiele miesięcy temu matkę i siostrę.
Przemierzając tak opustoszałe tereny dzielące wschód od zachodu, zauważyli pod Wielkim Kamieniem, niedaleko Kurchanu Ostatnich Pogrzebanych, dwie postacie: śpiącego mężczyznę w lśniącej zbroi i pochyloną nad nim zakapturzoną postać, odzianą w czarny płaszcz, haftowany srebrną nicią (sądząc po postawie najprawdopodobniej elf).
Gdy podeszli bliżej, zakapturzona postać zerwała się gwałtownie i zdejmując z pleców łuk wymierzyła prosto w pierś Anardila.
Bracia wyciągnęli przed siebie dłonie w geście pokoju. Postać bardzo powoli i ostrożnie opuściła łuk.
- Kim jesteście i co was sprowadza? - zapytała w szlachetnym języku elfów odrzucając kaptur.
Oczom elfów ukazała się niezwykle piękna, nawet jak na elfa, kobieta o ciemnych włosach i oczach. Na jej czole widniała oślepiająca blaskiem gwiazda.
- Pozdrawiają cię, pani, synowie Naringa z północy. Walcząc na Polach Middereb odcięci zostaliśmy od naszego oddziału. Teraz błądzimy po pustkowiach w poszukiwaniu Andunimar- zabrał głos Anardil.
- Czy mógłbyś wyjaśnić mi, gdzie poniósł mnie los, bo właśnie z moim towarzyszem zbłądziliśmy w tym dzikim, nieznanym kraju. - zapytała nieznajoma.
- Nic dziwnego, żeście zbłądzili, pustkowia te od dawna są wymarłe i opuszczone. Dzielą one wschód i zachód, a jedyne zamieszkałe tutaj miejsce to Andunimar -ostatni azyl. Zdążamy tam właśnie, więc jeśli nie chcesz, pani, umrzeć tu z głodu i pragnienia, radziłbym zbudzić towarzysza i zdać się na moje i brata przewodnictwo - zaproponował Galdir.
- Zdaje mi sie jednak, że nie znamy jeszcze nawet twojego imienia. - wtrącił uprzejmie, acz znacząco Anardil.
- Wybaczcie jeśli okażę się nieuprzejma, jednak Lorelay powinno na razie wystarczyć.
- Nie miej memu bratu za złe, jeśli uraził cię niedyskrecją. Nic więcej wiedzieć nam nie trzeba, jeśli tego sobie nie życzysz, chcieliśmy wszak wiedzieć, jak do ciebie mówić, skoro będziemy dalej podróżować razem - sprostował Galdir.
Lorelay delikatnie ujęła dłoń leżącego obok Elenmira, po czym czule ucałowała jego czoło.
Otworzył oczy. Podniósł wzrok, a gdy zobaczył siedzących przed nim dwóch elfów usiadł pospiesznie i nie ukrywając lęku sięgnął do pochwy i zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Lorelay delikatnie otworzyła jego dłoń chcąc tym gestem przekazać, że nieznajomi są tu w pokojowych zamiarach. Elenmir zrozumiał, był spokojniejszy, lecz wciąż zbyt oszołomiony, by się odezwać.
- Wybacz, ale nie chcieliśmy cię budzić. Witają cię synowie Naringa z północy. Bardzo jesteśmy radzi, że będziesz nam towarzyszył w dalszej drodze - z uśmiechem oświadczył Galdir.
* * * * * * * * *
- Przed nami las, który jest bramą azylu, chroniony zaklęciem, którego jak dotąd nie udało się złamać siłom ciemności - oświadczył Anardil.
Lorelay wytężyła wzrok.Chciała krzyknąć, ale Anardil wyprzedził jej myśli:
- Andunimar płonie!!!
W tym samym momencie usłyszeli krzyk Galdira, który został wraz z Elenmirem przy rozbitym przez nich na noc obozie. Oboje puścili się pędem w tamtą stronę, Lorelay napinając w biegu łuk do strzału, Anardil zaś z obnażonym mieczem w dłoni.
Krzyk umilkł, zanim zdążyli przybliżyć się na odległość strzału. Galdir, a raczej to, co po nim zostało, leżał pośrodku pola walki (tak zmasakrowanych zwłok Lorelay jeszcze nie widziała). Elenmir sam jeden ostatkiem sił odpierał atak czterech czarnych postaci, takich jakie spotkali już wcześniej. Dwie inne leżały pokonane na ziemi. Lorelay wypuściła strzałę. Anardil zbladł zobaczywszy zwłoki brata i jak oszalaly rzucił się w sam środek toczącej się walki. Zaślepiony szaloną złością i bólem po stracie brata, postąpił nierozważnie i w chwilę póżniej osunął się na ziemię. Upadając zdążył jeszcze krzyknąć do pozostałych przy życiu towarzyszy:
- Azylu już nie ma! Naastało panowanie ciemności! Nie ma już nadziei!
Lorelay chciała podbiec do umierającego ale nie zdążyła. Wszystko działo się tak szybko... Anardil wraz z ostatnim tchnieniem wyszeptał ledwie dosłyszalnie nawet dla uszu elfa:
- Uciekajcie...
Lorelay, wytężając całą siłę woli, powtarzała najpierw szeptem, potem coraz głośniej i głośniej słowa zaklęcia.
Wszystkich otoczyła gęsta mgła.Lorelay zdążyła jeszcze złapać dłoń Elenmira i zaczęła biec prosto przed siebie ciągnąc go za sobą.
* * * * * * * * *
Lorelay upadła na ziemię. Mgła zdążyła już się rozproszyć, a czarne postacie zniknęły. Obok niej leżał Elenmir. Krwawił. Nie osłoniętą hełmem głowę miał całą we krwi. Lorelay obejrzała ranę... była poważna... bardzo poważna. Elenmir mętnym, nieprzytomnym wzrokiem raz jeszcze spojrzał na elfkę i zamknął oczy. Lorelay wstrzymała oddech, zadrżała na całym ciele. żył jeszcze. Próbowała pozbierać myśli.
"łzy elfa i krew kogoś, kto naprawdę kocha, wyrwać potrafi z sideł śmierci"- przypomniała sobie nagle słowa Anardis- swojej ciotki, potężnej uzdrowicielki.
Bez chwili wahania sięgnęła po miecz Elenmira, którego ostrzem dotknęła swojego ramiena. Zawahała się przez chwilę, ale zacisnęła wargi i ze łzami w oczach, drżącą ręką rozcięła sobie ramię niemalże do samej kości. Zakręciło jej się w głowie, ale za wszelką cenę starała się zachować trzeżwość umysłu. Zanurzyła dłońvw swojej krwi, a póżniej dotknęła nią rany Elenmira. Przestała się powstrzymywać od płaczu, pozwoliła łzom płynąć wprost w głąb jego rany. Ramię bolało ją niesamowicie, a w głowie kręciło jej się tak , jakby za chwilę miała stracić przytomność.
Elenmir otworzył oczy i nieprzytomnym wzrokiem rozglądał się wokół siebie.
- Lorelay... - wyszeptał i dotnął jej dłoni.
* * * * * * * * * * *
Elenmir siedział nieruchomo i wpatrywał się w niebo, które stawało się coraz ciemniejsze. Z każdą chwilą nowa powłoka cienia napływała od wschodu, zasłaniając słońce, które świeciło coraz słabiej i słabiej.
- Pomrzemy tutaj, Lorelay - przebudził się z głębokiego zamyślenia - Anardil miał rację, nie ma już nadziei...
Lorelay spojrzała prosto w jego oczy swoimi zawsze spokojnymi, ciemnymi oczyma. Zdawała się nie czuć strachu, emanowała spokojem i opanowaniem. Po dłuższej chwili spuściła wzrok i odpowiedziała:
- Stanie się to co ma się stać. Zawsze jest nadzieja.
* * * * * * * * * * * *
Elenmira obudził krzyk Lorelay. Zerwał się na równe nogi.
Siedziała obok niego, niespokojnie rozglądając się wokół siebie. W jej oczach malowało się prawdziwe przerażenie, jakiego nigdy jeszcze w nich nie widział. Objął ją silnym ramieniem i przytulił do siebie.
- Ten świat jest umarły. - Lorelay z trudem złapała oddech - Nic już nie ma. Nic! - jej głos był dziwnie zmieniony i obcy - Wschód i zachód... nie ma już ani jednego człowieka na wschodzie, ani jednego elfa na zachodzie. Tylko ciemność... ciemnosć i śmierć... Nastały rządy ciemności! - mówiła jak w transie.
Kiedy skończyła, osunęła się bez sił na płaszcze służące im za posłanie. Elenmir położył się obok niej. Niewiele z tego rozumiał. Ujął delikatnie jej dłoń i ucałował ją. Lorelay spojrzała mu głęboko w oczy, jakby chciała wejrzeć w głąb jego duszy, położyła głowę na jego piersi i zasnęła.
* * * * * * * * * * *
Ciemność okrywała całe niebo nad ich głowami. Zatrzymali się na chwilę, czując, że opadają z sił. Wycieńczenie zaczynało już górować nad wolą przetrwania. Lorelay znów z właściwym sobie spokojem wpatrywała się we wszechogarniający mrok. Dookoła nich rozciągała się pustynia nagich skał.
- Mamy jeszcze wodę? - spytał beznamiętnie Elenmir. Jego martwe oczy wpatrzone gdzieś daleko, przed siebie, na chwilę poruszyły się. W sercu mężczyzny zapaliła się na krótką chwilę maleńka iskierka nadziei.
Lorelay westchnęła. Nie wiedziała jak ma odpowiedzieć mu na to pytanie. W miarę jak biła się z własnymi myślami oczy Elenmira powoli gasły. Nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa pokręciła głową w geście zaprzeczenia. Maleńka iskierka w jego oczach zniknęła i stały się one na powrót tępe i martwe.
* * * * * * * * * * *
Lorelay otworzyła powoli oczy. Nie zobaczyła już nic prócz ciemności, okryła ona swoją zasłoną przerażającego cienia cały świat wokół niej. Blady płomień wygasłego już prawie ogniska nie był w stanie rozproszyć mroku. Spojrzała na twarz śpiącego jeszcze Elenmira. Podjęła decyzję.
Położyła dłoń na jego czole i zaczęła śpiewać. Pieśń wibrowała w powietrzu i wznosiła się wyżej i wyżej. Lorelay przesunęła dłonią po czole Elenmira, a potem tym samym gestem, nie przestając śpiewać, zasłoniła jego oczy. Sama położyła się przy nim jak najbliżej, głowę ułożyła na jego piersi i opuściła powoli powieki.
* * * * * * * * * *
Miała na sobie srebrną szatę, błyszczącą blaskiem księżyca, otaczał ją promień jasności, nieznanej jasności. Gwiazda na jej czole roztaczała oślepiający blask.
Zasłonił twarz, bał się na nią spojrzeć, blask gwiazdy ranił jego oczy.
Delikatnie ujęła jego dłoń. Pociągnęła go za sobą i pobiegli. Przekroczyli bramę trzymając się za ręce. Wreszcie usiedli w cieniu wielkiego, białego drzewa - przytulił ją mocno do siebie.
- Jesteś pierwszym, przed którym zdjęłam czarny płaszcz. Oto, co pod nim ukrywam.
Dotknął z czułością jej twarzy. Wstał. Wiatr rozwiewał jego włosy, widziała całe jego piękno i chłonęła je całą sobą w milczeniu. Bała się wypowiedzieć słowo, poruszyć się, by nie spłoszyć tego piękna.
W cieniu białego drzewa, w blasku księżyca stało się to, co miało się stać. Nic nie robili, nic nie mówili, stali tak po prostu trzymając sie za ręce i patrząc sobie głęboko w oczy... Stali zapatrzeni w siebie nawzajem, w milczącym podziwie, cichym zachwycie.
Lorelay Elenwen i Elenmir Annamel - umarli dla świata, by pozostać TAM... na zawsze, razem, zasłonięci przed ludzkim wzrokiem. I już nikt ich nie odnajdzie.
_________________
Onen i-Estel Edain, u-chebin Estel anim.
 
 
Mojso 
Lord Sith


Joined: 12 Jan 2004
Posts: 526
Posted: Thu Jan 15, 2004 7:15 pm   

Mam pytanie czy ten temat polega na tym żeby ktoś dopisywał dalszt ciąg tak??
 
 
Elfka 
Czarna Otchłań Morii



Joined: 14 Feb 2003
Posts: 179
Location: Chojnów
Posted: Thu Jan 15, 2004 7:33 pm   

legolasik wrote:
Mam pytanie czy ten temat polega na tym żeby ktoś dopisywał dalszt ciąg tak??


Nie, nie tutaj. Lorelay poprostu zamiescila tu swoje opowiadanie, zeby mozna bylo je przeczytac i dac komentarz na ten temat czy sie np. podobało czy nie
_________________
"Chciałem zmienić świat... Ale doszedłem do wniosku, że mogę zmienić jedynie siebie"

To hell.. And back and hell again.. I've gone

Fuin aure, dim aure, bragol du...
 
 
 
Lorelay
Czarna Otchłań Morii


Joined: 09 Jan 2004
Posts: 159
Location: wysłanniczka Gwiazd
Posted: Thu Jan 15, 2004 8:09 pm   

:cry: :cry: :cry:
A już się cieszyłam, że ktoś przeczytał i skomentował...
_________________
Onen i-Estel Edain, u-chebin Estel anim.
 
 
Mojso 
Lord Sith


Joined: 12 Jan 2004
Posts: 526
Posted: Fri Jan 16, 2004 6:53 am   

Przeczytałem i powiem szczerze sama to wymyśliłaś?????? Bo to opowiadanie jest super i nad nim się działaś i wymyślałaś go???
 
 
Lorelay
Czarna Otchłań Morii


Joined: 09 Jan 2004
Posts: 159
Location: wysłanniczka Gwiazd
Posted: Fri Jan 16, 2004 10:43 am   

Tak, wymyśliłam to opowiadanie sama... :oops: Przecież nie umieszczałabym tutaj cudzego opowiadania :) :P
Cieszę się, że Ci się podoba :) .Naprawdę bardzo mi miło...
_________________
Onen i-Estel Edain, u-chebin Estel anim.
 
 
Nimrodel 
Szara przystań



Joined: 21 Feb 2003
Posts: 1256
Location: Beleriand
Posted: Fri Jan 16, 2004 12:30 pm   

mmm... Lorelay..vidi..
Peikne.. pełne swoistego i charakterystycznego klimatu dlatego typu opowiadania..
jednak czegos mi tutaj brakuje./.ale tym sie nie przejmuj bo nawet we własnych pracach czasem mi cos nie pasi.. :)
ale naprawde..podziwiam twą twórczosc... :wink: :D
_________________

"Everybody lies"

Gregory House

http://wirtualni.wp.pl/uid,51845,wizytowka.html
http://madammewendy.bloog.pl
 
 
 
Lorelay
Czarna Otchłań Morii


Joined: 09 Jan 2004
Posts: 159
Location: wysłanniczka Gwiazd
Posted: Fri Jan 16, 2004 12:42 pm   

Dziękuję, Nimrodel :) , cieszę się, że opowiadanie Ci się podoba.
Chetnie jednak wysłucham uczciwej i dobrze uzasadnionejkrytyki, więc jeśli masz jakieś uwagi nie krępuj się. Moze mnie to tylko ubogacić i sprawić, ze zwrócę więcej uwagi na swoje błędy i niedociągnięcia, dzięki czemu będę pisała lepiej.
:)
A już niedługo umieszcze tu coś nowego :P i to coś w nieco innym klimacie :)
_________________
Onen i-Estel Edain, u-chebin Estel anim.
 
 
Display posts from previous:   
Reply to topic
You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot vote in polls in this forum
You can attach files in this forum
You can download files in this forum
Add this topic to your bookmarks
Printable version

Jump to:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
recenzje anime, fanfiki
Domy i Działki NLP Online Słownik synonimów