Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.
Joined: 12 Aug 2003 Posts: 820 Location: z miasta artystow...
Posted: Sun Mar 28, 2004 9:37 am (O) Brzemię wojny
Brzemię wojny
Trzech ludzi w kapturach szło powoli gościńcem wzdłuż lasu, zwanego u nich, ze względu na swe rozmiary, Nieprzebraną Puszczą, który mienił się jaskrawie czerwienią, złotem i brązem, oświetlany przez chylące się już ku zachodowi słońce. Nadchodził Athan, miesiąc ostatnich zbiorów, i nadchodziło oczekiwane przez każdego mieszkańca północnych ziem, Święto Wina i Lasu, czyli nieustanna, trwająca dwa dni zabawa, śpiewy, jedzenie, wino, no i oczywiście liczne wróżbicze obrzędy, ku uciesze wszystkich dzieci, i ogólnego pospólstwa. Do największych ludzkich miast ściągają w tym okresie zawsze liczni szarlatani, wróżbici, czarodzieje i rozmaici oszuści liczący na szybkie wypchanie swych sakiewek złotem, za sprzedarz najrozmaitszych świętych relikwii, niekoniecznie prawdziwych. Wędrowcy nie przekraczali granicy drzew. Wiedzieli czym to może grozić, szłyszeli legendy o magicznych stworzeniach z puszczy, robiącym zbłąkanym ludziom różne nieprzyjemności. Las szumial rozkosznie, a wojownicy byli coraz bliżej swego celu, małej przygranicznej osady nad rzeką Astriel, wychodzącą właśnie z samego legendarnego boru, wzdłuż którego właśnie podążali. Błogą sielanke przerwał nagły, głośny szum niedaleko wejścia do puszczy.
- Słyszeliście? - zapytał stojący najbliżej, ciemnowlosy, krępo zbudowany człowiek, swoich towarzyszy.
- Ja tak, i wcale nie mam zamiaru sprawdzać co to - szybko odpowiedział najwyższy z nich, z nutą strachu w głosie. Mój kuzyn, Aroll, opowiadał mi, że jego znajomy przez nieuwage wszedł do lasu za jakimiś głosami i...
- Och, zamknij się - rzekł trzeci wyraźnie zdenerwowany. To na pewno jakieś zwierze, choźmy już, nie stojmy tu tak jak osly, w wiosce czeka na nas przepustka, a to oznacza jedzenie, wino, i caly dzień odpoczynku, więc ruszać się.
Wszyscy trzej zgodnie podążyli traktem. Z lasu dobiegały kolejne trzaski łamanych gałęzi. Wędrowcy jednak zignorowali to i przyspieszyli kroku. Nagle z lasu wyleciała strzała, godząc najbliższego człowieka prosto w mostek. Ranny chciał krzyknąć, lecz z jego gardła wydobył się jedynie bulgot krwi.
- Orki - warknął dowódca. To orkowe strzały, orkowe lotk... - nie skończył, gdyż kolejna strzała ugodziła go prosto w krtań.
Ostatni żywy członek patrolu popatrzył z przerażeniem na swoich martwych towarzyszy. Wiedział że musi uciekać. Momentalnie czlowiek zaczął biec w stronę bliskiej już osady. Po kilkunastu metrch z ulgą stwierdzi, że wciąż żyje, jednak jego radość nie trwała długo. Pierwsza strzała trafiła go w udo. Młody wędrowiec stracił równowagę, i upadł na ziemię, jednak wciąż myślał o tym, że musi uciec, musi przeżyć. Pomimo bólu wstał i, o wiele wolniej, zaczął znów biec. Dwie strzały ugodziły go kolejno w łydke i w plecy. To wystarczyło, aby znów zwalic go z nóg.
- Dlaczego... - wypowiedział swe ostatnie słowa, po czym zakaszlał krwią i znieruchomiał.
Już na zawsze.
życie w Marien, nadmorskiej, portowej stolicy księstwa Istrii toczyło się swoim zwykłym biegiem. Liczni kupcy przywozili rożnorakie towary do największego kupieckiego miasta zachodu. Tym razem jednak ładownie przepełnione były winem, rzadkimi przyprawami i niezwykłymi, fascynującymi, wybuchającymi kolorowym światłem racami, zwanymi petardami, budzącymi przestrach w bojaźliwej ludności wiosek, i radość wśród licznych dzieci mieszkających w samym centrum miasta jak i na jego obrzeżach, na całym przylądku Gryfiego Kła. Szykowało się święto zbiorów, Święto Wina i Lasu, każdy był w dobrym humorze i pomagał przy organizacji strojenia miasta w zbożowe wianki, kwiaty, czy kolorowe płótna porozwieszane w poprzek bogatszych ulic. Przez dwa dni zabawy jednak, wszyscy bawili się równo, i wysoko postawieni urzędnicy, i zamiejscowi chłopi. Ze wspaniałych winiarni na stokach wokół gór niedaleko miasta Edinbugrh przybywały najlepsze trunki drogą lądową.
Każdy mógł zakosztować odrobiny luksusu.
- Weźcie stąd to wszystko - rozległ się nagle krzyk w środku miasta. żadnych ozdób, nic, nie rozumiecie?! - krzyczał zirytowany, ubrany w ciemną szatę, starszy mężczyzna, ktory właśnie wybiegł z przypominającego wieżę, wysokiego na pare metrów budynku, do kilku ludzi, obwieszający budynek, aby wyglądał jak inne, kolorowo i odświętnie.
- Panie, co pan - zdziwił się jeden patrząc na wściekłego starca. Jutro świeto, baw się pan, hulaj pan, moj dziad jest starszy od pana, a od rana za dziewkami biega. Bierz pan z niego przykład - dodał z błogim uśmiechem.
- Weźcie stąd te śmieci, albo pożałujecie - krzyknął po raz kolejny.
Nikt nie robił sobie zbytnio nic z krzyków ekscentrycznego staruszka.
- Ja nie żartuje - powiedział zdenerwowany do kobiety wieszającej kolejny wianek na parapecie jednego z okien. Chcecie skończyć jako obrzydliwe, chropowate ropuchy - zapytał z szyderczym uśmiechem.
- Spokojnie prosze pana - powiedział szybko znów ten sam człowiek. Skoro tak bardzo pan nie chce, prosze sobie nie przeszkadzam, my sobie idziemy.
- Pójdziecie i ściągniecie te wszystkie fatałaszki z mojej wieży - rzekł z wyraźną satysfakcją w głosie.
Mężczyzna skinął posłusznie głową i zaczął zdejmować kolorowe dekoracje z budynku. Starzec spojrzał jeszcze raz na uwijającyh się mieszkańców, po czym westchnął i wszedł z powrotem do środka.
- Czemu jesteś taki nerwowy? - zapytał z uśmiechem siedzący w rogu mężczyzna z kapturem zaciągniętym na głowę i długimi szaro-czarnymi włosami opadającymi wzdłuż ramion.
Dziwisz im się, że chcą się bawić? Czekają na ten okres caly rok, a ty im jeszcze grozisz czarami - dodał, wciąż uśmiechając się przyjaźnie.
- Wiesz, jestem już zbyt stary na to wszystko, wy elfy żyjecie o wiele dłużej, macie szczęście, nie musicie znosić tego reumatyzmu i zgrzytanie w kościach w podeszłym wieku - rzekł powoli z wyrzutem, siadając na dużym, zapadłym już ze starości, puchowym bujanym fotelu.
- Ciało to tylko zewnętrzna powłoka, dobrze o tym wiesz - odpowiedział, rozbawiony pretensjami leciwego czarodzieja. Liczy się jedynie potęga duszy.
Przez chwile dwaj starzy przyjaciele popatrzyli na siebie poważnie, po czym wybuchnęli śmiechem.
- Zabrzmialeś jak mój mentor z młodzieńczych lat, to była dopiero zabawna postać - powiedzial po chwili, ocierając łzy spowodowane śmiechem, bujający się w krześle starzec.
- Nie ma to jak te kilka chwil radosnej rozmowy ze starym druchem - odpowiedział spokojnie elf.
- Więc, Nidorilu, co cię sprowadziło do opuszczenia swojego pięknego domu i odwiedzenia zagrzybiałego staruszka - zapytał czlowiek patrząc ze złością przez okno na kilkoro dzieci obwieszających jego dom po raz kolejny, kolorowymi wstążkami.
- Ellifane - rzekł poważnie elfi mag. Musisz mieć go przez kilka tygodni na oku, u ciebie będzie bezpieczny, mam wiele spraw do załatwienia, może szykować się coś niedobrego, a sam wiesz że lepiej zapobiegać niż leczyć.
- A czemu akurat u mnie, co przyjacielu? - zapytał zdziwiony. Jest wiele lepszych miejsc niż moje skromne progi. I tak w ogóle, gdzie on teraz jest?
- Ty najlepiej znasz metody przytępiania młodych charakterów, a jemu przyda się mała lekcja - odpowiedział Nidoril uśmiechając się zlośliwie. I nie mam pojęcia gdzie jest, już powinien tutaj być, puściłem go do miasta. Nie dałby mi żyć, gdybym mu nie pozwolił, sam wiesz jaki jest - dodał smętnym glosem. Ciężko się z nim dogadać.
Spory tłumek powoli zbierał się wokół jednego miejsca tuż przy rogu głównego placu Marien. Każdy był ciekawy co dzieje się w środku, ludzi było coraz więcej.
- Kto chce zagrać, kto ma odwagę? Dajesz jedną monete możesz wygrać pięć, kto chce zagrać - krzyczał jakiś młody, jasnowłosy chłopak w lekko podniszczonym ubraniu w samym środku kręgu.
Po chwili z zaciekawionego tłumu wyszedł dość wysoki, noszący ciemno-brązową koszulę i spodnie elf.
- Ja zagram - powiedział spokojnie, i rzucił monetą do siedzącego chłopca. Ale daje pięć sztuk złota. Pięć do piętnastu, taka stawka, zgadzasz sie?
Chłopak spojrzał na niego ze zdziwieniem, a potem na pięć, połyskujących monet leżących na małym stoliku.
- Dobrze, siadaj - rzekł wyraźnie zadowolony zgarniając pieniądze, po czym wyciągnął trzy połówki skorupek po orzechach, i jedną małą, połyskującą, ciemno-zieloną kulkę.
- Odgadniesz gdzie jest, złoto twoje. Nie odgadniesz, jesteś uboższy o swoje pięć monety - dodał z szelmowskim uśmichem.
Elf skinął głową. Chlopiec schował kulką pod jedną ze skorupek, i zaczął szybko zmieniać ich kolejność w prawo i lewo, próbując zmylić czujnego gracza wpatrującego się w turlającą się kulę, zniknającą co chwile po niezwykle szybkich ruchach chłopaka.
- A więc, gdzie jest kulka? - zapytał, nagle zatrzymując dłonie, i ustawiając skorupki koło siebie.
- Tutaj - powiedział elf bez wahania wskazując na środkową pokrywkę.
Chłopiec z nieustającym uśmiechem podniósł skorupkę. Nic pod nią nie było.
- Niestety, przegrał pan - rzekł zadowolony z siebie, chowając monety do jednej z licznych kieszeni w płaszczu.
- Poczekaj - rzucił nagle elf, po czym odwrócił kolejne dwie skorupki. Pod nimi również nic nie było.
Chłopak popatrzył na elfa z przerażeniem.
- Złodziej - krzyknął jakiś mężczyzna z tłumu.
- Tak, zwykły oszust, utnijmy mu zgodnie ze zwyczajem prawą rękę - powiedział głośno inny.
Tłum krzyczał coraz głośniej. Jeden z gapiów chwycił wystraszonego chłopaka i wciągnął go do środka zbieraniny. Elf patrzył na to wszystko niezbyt zadowolony z orzekniętej przez ludzi kary. Tłum klnąc cały czas głośno poprowadził chłopca na środek placu, tuż pod fontannę. Zebarali się w kółko, a na śroku postawili wystraszonego chłopaka. Jeden z ludzi połozył koło niego jego własny stolik, na którym odbywały się oszukańcze gry.
- Na mocy prawa zwyczajowego zostajesz skazany na ucięcie prawej dłoni - rzekł powoli starszy mężczyzna, który trzymał cały czas chłopca, podczas prowadzenia go na samosąd, po czym chwycił jego rękę, i położył ją na stole.
- Nie, prosze, błagam - mówił cicho z płaczem chłopak, na widok dużego, poderdzewiałego topora, który został podany temu starszemu czlowieka, który miał zostać jego katem.
- Nigdy już nic nie ukradniesz - powiedział z uśmiechem podnosząc topór do góry.
Tłum krzyczał, domagał się krwi chłopca, gdy nagle do środka kręgu wbił się odziany w srebrną kolczugę, pod niebiesko-białą szatą, naznaczony wieloma bliznami członek straży.
- Kto mi wytłumaczy co tu się dzieje, co to za zbiegowisko - warknął grożnym głosem.
- Ten chłopak okradł nas z pieniędzy - rzekł jeden z człowiek z tłumu. Według prawa zwyczajowego powinien mieć odciętą prawą rękę.
- Co mnie obchodzi prawo zwyczajowe?!- warknął strażnik. Jeżeli kradł, prawo tego miasta każe postawić go pod sąd, a nie ucinać mu od razu ręki. Przecież to jeszcze dziecko - dodał z wyraźnym niesmakiem patrząc na trzymającego topór męczyznę, po czym chwycił szlochającego chłopaka za ramię, wyciągnął go ze zbiegowiska, i ruszył z nim w stronę siedziby straży miejskiej.
Ludziom niezbyt się to podobało, patrzyli z nieskrywaną wrogością na oddalającego się małego złodziejaszka, ale nie mieli nic do gadania. Po chwili z kilkunastu ludzi zostal tylko stojący bezpańsko stolik.
- Całe szczęście - mruknął stojący z brzegu elf. Naprawde dziwne zwyczaje... Tylko straciłem pięć monety - westchnął ze złością, po czym ruszył wolnym krokiem w stronę zbitych w kupkę kramików z rozmaitymi towarami.
Gobliński posłaniec szybkim krokiem brnął, pomiędzy szeregami swoich większych kuzynów - orków, co chwilę uderzając w któregoś z nich. Normalnie, tak o, zwyczajnie, dla zabawy, zabiliby go, jednak owy osobnik miał na swoim podartym ubraniu pieczęć posłańca. Mierzący niewiele więcej niż metr gobln najszybciej jak mógł dostał się pod namiot hana klanu Miażdżącej Pięści.
- Wiadomość? - zapytał szybko rosły, uzbrojony w potężny obosieczny topór strażnik.
- Tak panie - pisnął cicho posłaniec, kłaniając się nisko.
Ork odstąpił od przejścia, pozwalając goblinowi na wejście. Namiot był równie wielki, gdy patrzyło się z zewnątrz, jak i będąc w środku. Na sporym, prewizorycznym tronie, zrobionym z drewna, z żelanymi okuciami siedział Barthog, słynny dowódca klanu.
- Witaj o potężny - znów ukłonił się goblin.
- Kim jesteś karzełku, lub jaką informacje niesiesz? - warknął głośno han.
- Nie wiesz? - zapytał dziwnie zmienionym głosem posłaniec. Więc patrz!
Bathog nie wiedząc czego się spodziewać, szybko wyciągnął zza pleców długie oburęczne ostrze. Tymczasem oczy goblina zapłonęły czerwonym światłem, a on sam pał na kolana jakby wykrzywiony w grymasie bólu. Niespodziewanie, ku przerażeniu dowódcy klanu goblin wydał z siebie przeraźliwy ryk i padł na ziemię, a zza jego pleców wyłonił się duży, ciemny cień, sporego wzrostu i wątłej postury, z płonącymi na czerwono oczami.
- Ach to ty - powiedział cicho Barthog. Po co te przebieranki, nie lepiej było po prostu przyjść? - zapytał rosły ork odkładając miecz na swoje dawne miejsce.
- Nie chciałem budzić popłochu - powiedział cicho nekromanta. Zakończyliśmy przygotowania.
Han uśmiechnął się.
Z wielu różnych sklepików stojących na głownym placu dobiegały podobne krzyki. Rozmaici sprzedawcy przekrzikiwali się wzajemnie próbując zwabić klientów swoimi towarami. Każdy i tak wiedział, że dzisiaj dużo zarobi, w mieście dawno nie było tylu nowych ludzi.
- Kości świętego Doriana, koszula samego Manusa IV, ustrzegą was przed złem i wszelakmi upiorami czekającymi tylko na to, żeby zanurzyć swoje zęby w waszym ciele, kupujcie - krzyczał entuzjastycznie przypruszony już nieco siwizną człowiek, zza lady jednego z kramików, na której leżały rzekomo różne części ciał sławnych bohaterów i świętych, i przedmioty w jakikolwiek sposób z nimi powiązane.
- Ja poproszę koszulę - krzyknął jakiś zamiejscowy, ubrany w lekko podniszczone ubranie chłop.
- Bardzo dobry wybór - uśmiechnął się sprzedawca. 10 sztuk złota.
Wieśniak popatrzył na niego z wyrzutem, gdy usłyszał cenę, jednak posłusznie wyciągnął skórzaną sakwę, i wyłożył na ladę większość jego oszczędności, wypowiedzianą kwotę. Sklepikarz z nieustającym przyjaznym wyrazem twarzy podał część garderoby naiwnemu chłopu, który od razu ściągnął swoją koszulę, i nałożył tą właśnie nabytą.
- Jestem bezpieczny, żadne potwory mi niestraszne - krzyczał rozradowany, odchodząc szybkim krokiem od kramiku.
- Frajer - mruknął sprzedawca zgarniając monety do swej sakwy. Obym trafił na jak największą ilość takich.
Zbliżał się wieczór, słońce grzało uciążliwie po karkach, lecz każdy był szczęśliwy, że już jutro rozpocznie się zabawa, ten tak bardzo oczekiwany dzień. Młody elf przechadzał się brzegiem głównego placu patrząc na różne towary leżące na wystawach.
- Badziewie - pomyślał przechodząc koło kolejnego sklepiku ze świętymi relikwiami, z przed którego wybiegł przed chwilą ktoś krzyczący ze szczęścia po kupnie koszuli po dziadku, bądź wujku sklepikarza, nazwanej rzekomo byłą własnością ludzkich herosów. Jak można być tak naiwnym - dodał w myślach kiwajac głową z niedowierzaniem.
Po minięciu kilku kolejncyh kramów, elf zatrzymał się przed wystawą, na której leżały różne rodzaje broni, i egzoycznej, i wojskowej.
- Kurcze, ja mam do tego dziwną słabość - powiedział cicho patrząc na pięknie zdobiony miecz z długim, obosiecznym ostrzem.
- Widze że patrzy pan na tą piękną broń - rzekł szybko sklepikarz patrząc na stojącego przed nią nieznajomego. Bardzo dobry wybór! Widzę, że ma pan dobre oko do mieczy, prosze go podnieść, doskonałe wywarzenie, bardzo lekki, świetne ostrze.
- Być może - odpowiedział cicho elf. Jednak jest nieco za duży na mnie. Szukam czegoś lżejszego i łatwiejszego w fechtunku, na ten przykład może szabli, bądź jednoręcznego miecza.
- Znaczy się szuka pan tego - odpowiedział z uśmiechem sprzedawca, po czym wyciągnął kolejną, bardzo mocno zdobioną broń, długą szablę. Również świetnie wyważona i bardzo ostra, prosze zobaczyć - dodał, podając ją elfowi.
Nieznajomy wykonał kilka cięć w powietrzu, po czym niespodziewanie rzucił broń sklepikarzowi.
- Czy ja wyglądam na idiotę? - zapytał z nutą gniewu na twarzy. Co chcesz mi wcisnąć, ten chłam dla turystów?
Sprzedawca pozostał niewzruszony. Postawił szable na wystawie, i zaczął się rozglądać na prawo i lewo, ku zdziwieniu elfa.
- Wyglądasz na takiego co się co nieco zna - powiedział szeptem. Choć za mną, i nic nie mów, ściany mają uszy - dodał, po czym wciąż rozglądając się bacznie, wszedł za płachtę ustawioną tuż za kramem, przy ścianie budynku.
Nieznajomy zawachał się chwilę, jednak po chwili podążył za człowiekiem i wszedł za wiszące płótno. Elf szybko stwierdził, że znajduje sie we wnętrzu budynku, na początku korytarza. Za nim jaśniało magiczne wejście.
- Ciekawe - mruknął, po czym ruszył przed siebie.
Korytarz prowadził do dużego pomieszczenia. Na całych długościach ścian wisiały wszelakie rodzaje broni, emanujące magicznym blaskiem.
- Więc co cię interesuje? - zapytał niski, krępy krasnolud, wychodząc z cienia w rogu pomieszczenia. Broń zasięgowa, ręczna, lub może coś bardziej egzotycznego?
- Już powiedziałem temu z zewnątrz - rzekł elf, patrząc z podziwem na wspaniały kunszt wykonania dlugiego łuku z jasno-brązowego jaśminu. Szukam szabli, bądź długiego miecza.
- Robota girinów, z samego Meriaan - powiedział krzat patrząc na obiekt zainteresowania swego klienta. 1,15 m, maksymalny zasięg 550 metrów, istna machina, naprawde wspaniała broń.
- Mogę? - zapytał elf nie odrywając wzroku od łuku.
- Oczywiście - odrzekł posłusznie krasnolud z uśmiechem, po czym podszedł do broni i ściągnął ją ze ściany. Tylko nie zepsuj - dodał podając łuk, po czym zachichotał z własnego żartu.
Nieznajomy wziął łuk do rąk. Nie mógł wyjść z podziwu, gdy patrzył na jego konstrukcję.
- Ile? - zapytał elf z uśmiechem.
- Dużo - odpowiedział szybko krasnolud zacierając ręce. Złoto, czy srebro?
- I to i to może być - odrzekł klient, oddając broń krzatowi. Ale mimo wszystko nie chce go. Pewnie i tak za drogi, a z pewnością ma jak na mnie zbyt silny naciąg. Może coś mniejszego - zapytał rozglądając się po zbrojowni.
- Skoro tak pan uważa - mruknął sprzedawca odstawiając łuk na swoje miejsce. I bez zbędnych panów, jestem Barghes Strongfist.
- Ellifane - odpowiedział elf podając ręke przyjaznemu krasnoludowi.
- Więc szukasz czegoś mniejszego - rzekł glośno krzat, po czym zaklaskał dwa razy.
W calym pomieszczeniu rozbłysło jasne światło, a na jednej ze ścian pojawiło się przejście do dalszej komnaty.
- Chodź za mną - powiedział, ruszając w stronę dalszej części zbrojowni.
Elf posłusznie ruszył za krzatem, rozglądając się bacznie po ścianach, gdzie wisiały różnorakie rodzaje broni, jednak pomimo różnorodności, nic nie zwróciło jego uwagi. Następne pomieszczenie znacznie różniło się od pierwszego. Wyglądało jak galeria, tyle że zamiast obrazów był oręż, podświetlony delikatnym błękitnym światłem. Elf patrzył na wysadzane rubinami sztylety i bogato zdobione miecze. Tymczasem Barghes zatrzymał się przed jedną z broni. Ellifane powoli podszedł do patrzącego z dumą na leżące na podwyższeniu coś o nieco zakrzywionym kształcie, co jednak ani szablą, ani sejmitarem nie było.
- Stylisko - rzekł zdziwiony elf. Ale bez cięciwy.
- Tak, bez cięciwy - odpowiedział ze smutkiem krasnolud. Ale gdyby była, to widziałbyś przed sobą jedną z najpotężniejszych łuków na tym planie egzystencjalnym.
- No tak, ale z cięciwą - odrzekł smętnie Ellifane. A tu jej nie ma. A więc gdzie jest?
- Nie wiem - westchnął. Słyszałem, że najprawdopodobniej jest w jakiejś ze starożytnych smoczych cytadel. Albo gdziekowiek indziej - dodał ze smutkiem.
Ellifane patrzył przez chwilę na krasnoluda ze zdziwieniem. W końcu rzadko kiedy spotyka się przedstawiciela tej rasy, tak przeżywajacego brak części łuku.
- No ale postawmy sprawę jasno - rzekł nagle Barghes. Komuś takiemu jak ty, mógłbym go sprzedać, nigdy nikomu z ludzkiej chołoty, ty jesteś elfem i widzę, że dobrze go spożytkujesz. I może nawet kiedyś połączysz jego dwie części - dodał tęsknym głosem.
- Ale co ty wtedy będziesz miał? - zapytał elf.
- Cóż, satysfakcję zawodową - odpowiedział z uśmiechem krasnolud. Tak więc dostaniesz go w sumie za darmo.
- Nie ma niczego za darmo - odrzekł niepewnie Ellifane. Coś musisz chcieć.
- No dobra, faktycznie nie ma niczego za frajer - przytaknął Barghes. Jedyne co za to chce, to to, że gdy skompletujesz kiedyś całą tą broń, będę mógł ją potrzymać. To wystarczy.
- I tylko tyle - zdziwił się Ellifane. Jedynie potrzymać? W ogóle to wszystko wydaje mi się dziwne. Nieznajomy krasnolud, nagle oferuje mi za darmo część niby potężnego łuku. Przecież mnie nie znasz, skąd wiesz że kiedykolwiek się znów spotkamy?
- Znam cię lepiej niż przypuszczasz - odrzekł z uśmiechem sprzedawca. I jestem pewien że się spotkamy. A teraz, do zobaczenia, żegnaj - dodał niespodziewanie Barghes, po czym klasnął trzy razy.
Elfowi nagle zakręciło się w glowie, i po chwili padł na ziemię zemdlony.
Nastał następny dzień. Już nikt niczym się nie przejmował, zabawa rozpoczęła się na dobre, głównie w kilkunastu wielkich, czerwonych namiotach, ustawionych niedaleko bram portowego Marien. Miasto było praktycznie puste, nie licząc niektórych urzędników w ratuszu, i paru strażników, patrolujących wystawioną na łaskę włamywaczy stolicę. Puste domy, puste miasto było gratką dla złodzieji. Tymczasem wszyscy bawili się, pili wino i śpiewali. Zbliżało się południe, ale mimo to wiele osób skończyło jak na razie zabawę pod stołami, lub w pobliskich zagajnikach. Zabawę pierwszego dnia miało zakończyć wielkie, magiczne, różnokolorowe ognisko rozpalone przez kilku czarodziejów, kręcacych się już wokół miejsca przyszykowanego specjalnie na nie, olbrzymiego kręgu kamieni, i sprawdzających czy wszystko jest jak należy. Wokół leżały porozstawiane wybuchowe race i inne rzeczy, mające wzbudzić dreszczyk emocji gdy nastanie noc. Każdego roku magowie szykowali coś nowego, oczywiście za opłatą z miejskiego skarbca, i tym razem miało być to coś niesamowitego.
- Patrz na tych ludzi - rzekl poirytowany starszy człowiek do idącego koło niego elfa. Oni chyba nie znają umiaru! Jak można tyle krzyczeć, śmiać się, jeść i biegać! I to w dodatku po takiej ilości wina! To niesamowite - dodał kiwając głową.
- To normalne, my też śpiewamy i bawimy się podczas naszych świąt - uśmiechnął się przyjaźnie Nidoril. Jednak co do picia wina... - zawiesił głos. Nieco bardziej się nim delektujemy, nie traktujemy go jak zwykłą wodę.
Starzec jakby przez chwilę się zamyślił, po czym uśmiechnął się delikatnie.
- Tak - rzekł cicho. Nie do zapomnienia dla zwykłego śmiertelnika jest przeżycie kilku waszych świąt. Takiej fali radości, w żadnym innym miejscu nie sposób doznać, zobaczyć. A tu? - parsknął starszy czarodziej.
- Każdy bawi się na swój sposób - odrzekł spokojnie elf, po czym stanął i spojrzal w górę.
Nad nimi rozciągały się gałęzie wielkiego dębu stojącego niedaleko centrum wszelkiej zabawy.
- Pamiętam jak to było małe drzewko - mruknął Nidoril. Tak dawno...
- A właśnie - rzekl szybko ludzki mag. Gdzie się podziewa twój podopieczny? Już cały dzień go nie widzieliśmy!
- Powinien tu być lada chwila - odpowiedział z grymasem na twarzy elf. Chyba, że się spóźni...
Słońce świeciło w zenicie, gdy Ellifane przecisnął się do jednego ze stołów z napitkami i jadłem, na którym zostało już bardzo niewiele z tego co było na początku. Elf uśmiechnął się i chwycil jedną z pełnych jeszcze butelek tegorocznego wina, po czym nalał go trochę do stojącego nieopodal kubka, ktorego jedynie cud uratował od zbicia.
- Nie to co u nas - mruknął adept, robiąc maly łyk szkarłatngo trunku.
Elf z trudem wydostał się z tłumu i podszedł do jednego z drzew, po czym usiadł na jednym z korzeni, w cieniu, popijając co chwile i patrząc na rozwrzeszczany tlum.
- Już będzie koło południa - mruknął Ellifane. Mialem spotkać się z Nidorilem. Będzie zly jak się spóźnię - dodał pod nosem, wstając powoli.
Adept wolnym krokiem ruszył w stronę miejsca spotkania. Mijał właśnie okazalą brzozę, gdy drogę nagle zastąpił mu znacznie podchmielony chłopak, na oko koło dziewiętnastki, kołyszący się co chwile z nogi na nogę.
- Gźie izieiisz e... e... efie? - wybełkotał powoli czlowiek.
- W swoją stronę - odpowiedział z uśmiechem Ellifane.
- Dajiii mij sfojom sakiefke - odpowiedział niechlujnie pijany chłopak. Albbo dosaniesz w pyyysk.
- Wolę, żebyś ty dostał - rzekł rozbawiony adept, po czym wykonał kilka gestów dłonią i wyszeptał parę słów.
Ku zdziwieniu osiłka, ziemia nagle wypadła mu spod nóg, a ona sam z głośnym hukiem udarzył plecami o podłoże. Kątem oka zauważył jedynie oddalającego się elfa.
- Jak ja to lubie - rzekł do siebie z uśmiechem młody adept.
Biegł tak przez chwile, po czym zwolnił kroku, gdyż na wprost niego stał duży, rozłożysty dąb.
- Oto i on - rozległ się nieco zdenerwowany głos.
Ellifane odwrócił się zaskoczony.
- Nidoril, Alendos - rzekł patrząc na zbliżających się w jego stronę dwóch magów. Miło was widzieć.
- Spoźnileś się - rzekł srogim głosem elfi mag. To niedopuszczalne. Masz coś na swoje usprawiedliwienie?
- Miałem krótką przeprawę z jednym z ludzi, ale to nic, ważne, że już jestem, nie? - odpowiedział z uśmiechem adept.
- Nie odwracaj kota ogonem - rzekł spokojnie mag. Jeszcze się przyznajesz, że wpadłeś w jakieś tarapaty. Ale nieważne, porozmawiamy potem, teraz chodź.
Młody elf bez słowa ruszył za Nidorilem. Szli tak przez chwilę, mijając wielu bawiących się ludzi. Po dłużeszej chwili Nidoril zatrzymał się, i powoli odwrócił w stronę Ellfane'a.
- Mam do załatwienia kilka nie cierpiących zwłoki spraw - zaczął powoli elfi mag. Zostaniesz pod opieką mojego starego przyjaciela - dodał, wskazując na niezbyt widać ucieszonego z tego faktu Alendosa.
- Niestety twój opiekun poprosił mnie o to, nie odmówiłem - westchnął starzec. Jednak nie myśl, że jestem niedołężnym staruszkiem, nauczysz się posłuszeństwa - dodał podnosząc głos.
- Ile to potrwa? - zapytał młody adept, niezbyt przejęty słowami ludzkiego czarodzieja. Powiedz, że szybko wrócisz.
- To zależy - odpowiedział z uśmiechem Nidoril. Będziemy w kontakcie.
Ellifane patrzył przez chwile na elfiego maga, po czym zrezygnowany, wiedząc, że niczego nie zmieni, oparł się o pobliskie, kwitnące drzewo jabłoni.
- Więc żegnaj - powiedział młody elf.
- Owszem, żegnaj - przytaknął Alendos.
- Macie racje, czas na mnie - rzekł ze swoim zwyczajowym spokojem elfi mag. żegnajcie oboje - dodał, po czym chwycił mocniej swój kostur, wyrecytował inkantacje, i powoli zaczął znikać.
- Mam nadzieje, że szybko wrócisz - mruknął Ellifane, patrząc na niknącą sylwetkę.
- Ja też, nie sądzę, że długo z tobą wytrzymam - zgodził się starzec, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył wolno w stronę wzniesienia, znajdującego się na wprost niego. Chodź - dodał niecierpliwym głosem.
Kolejny raz, młody adept posłusznie ruszył lekkim krokiem.
Ellifane powoli szedł za czarodziejem. Odchodzili coraz bardziej od miasta, powoli las stawał się coraz gęstszy, drzewa liściaste przeplatały się z iglastymi, a światło słońca delikatnie przebijało się przez liście koron, jednak Alendos nie zwalniał kroku.
- Gdzie idziemy? - spytał zdziwiony nieco długą przechadzką elf.
- Zobaczysz - odrzekł szybko starzec. Nie zadawj głupich pytań.
Młody adept nieco zdenerwowany kontynuował nużący marsz. Po kilku minutach las zaczął się przerzedzać, a przed wędrowcami rozpostarła się sporej wielkości łąka.
- To tu - powiedział Alendos, odwracając się w stronę elfa.
- Co tu? Nic tu nie ma - odpowiedział z uśmiechem Ellifane.
- Zapomniałem, że jesteś jeszcze niedouczonym młokosem - zaśmiał się cicho ludzki czarodziej. Patrz i ucz się.
Człowiek obrocił się na pięcie i zrobił kilka kroków w przód, po czym uniosł ręce do góry, i zakasał rękawy. Po chwili starzec wyszeptał krótką inkantację, i wykonał kilka ruchów dłońmi, po czym podniósłym nieco głosem, wypowiedział zaklęcie rozkazu. Na środku polany zamigotały, najpierw niewyraźnie, kontury dziwnego budynku, przypominającego starożytne mauzoleum.
- Chodź za mną, i patrz pod nogi - rzucił Ellifane'owi Alendos, po czym wolnym krokiem ruszył do widzialnego już wejścia.
- Skoro tego chcesz - mruknął Ellifane i kilkoma krokami dobiegł do starca, stojącego przed długim i ciemnm korytarzem prowadzącym w dół.
- Pochodnia - warknął zniecierpliwiony mag.
Młody adept szybko złapał za kawałek drewna, tkwiący w metalowej ramce przy ścianie, i zapalił jego koniec prostym zaklęciem.
- Dobrze, że chociaż to potrafisz - powiedział złośliwie Alendos, po czym zaczął powoli schodzić w dół po schodach. Przed sobą widzieli tylko ciemność, oświetlaną przez wątłe światło z pochodni, a korytarz beznamiętnie biegł w dół. Minęło kilka minut, gdy sufit zaczął się powoli podnosić, a droga wyprostowała się. Ellifane tuz za swoim nowym mentorem zszedł po ostatnim stopniu, i stanął przed sporymi wrotami. Alendos wyciągnął dziwny, mosiężny klucz, po czym dmuchnął w miejsce, gdzie znajdował się zamek, co spowodowało buchnięcie kurzu we wszytkie strony. Młody adept zakasłał sucho, podczas gdy starzec wsadził klucz, i przekręcił go trzy razy w lewą, potem raz w prawą, i znów trzy razy w lewą stronę.Po chwili wokół rozebrzmiał odgłos skrzypienia wydany przez otwierające się drzwi.
- Teraz uważaj, aby mnie nie zgubić, te korytarze tutaj to istny labirynt - powiedział szeptem Alendos, przechodząc przez próg.
Młody elf skinął głową, i ruszył krok w krok za czarodziejem, który wkroczył w korytarz, przypominający wnętrze starego zamku pełnego pułapek, starożytnych zbroi i obrazów.
Pierwsze oddziały doborowej jazdy klanu Miażdżącej pięści stanął na szczycie wzgórza, niedaleko spowitej ciemną mgłą, co było normalne o tej porze roku, twierdzy Glob-kar. Pośród moczar, ubrani w lśniące zimnym, matowym blaskiem zbroje, czarne hełmy, ze srebrno-brązowymi toporami przy pasach, wojownicy wyglądali naprawdę przerażająco. Stali przez chwile w bezruchu, i po chwili przejechał koło nich, podobnie ubrany, jednak bardziej dostojnie, Barthog.
- Dziś pokażemy im wszystkimi ile naprawde jesteśmy warci, pokażemy, że mieli i mają prawo się bać - ryknął, gdy wjechał na szczyt wzgórza.
Z podnóża góry, ze wszystkich okolic rozległy się ryki euforii i bojowej furii.
- Jeszcze dziś rzucimy świat na kolana, gdy razem z naszymi braćmi zmiażdżymy naszych wrogów - dodał jeszcze głośniej.
Przez moment zagłuszające odgłosy tysięcy wojowników, były jedyną rzeczą, na którą han zwracał uwagę. Dawno się tak nie czuł. Jednak po chwili dostrzegł cień, lewitujący obok niego.
- Lestias - mruknął ork.
- Tak, wszystko już gotowe - odpowiedział szybko nekromanta. Z naszą pomocą, wkrótce zmieciecie naszych wspólnych wrogów z powierzchni ziemi.
Barthog uśmiechnął się. Lestias uniósł swe czarne ręce w górę, i demonicznym głosem zaczął snuć inkantacje. Przed hanem i hordą orków zamigotał niewyraźnie błękitny, świecący portal.
- Nadszedł czas... - wyszeptał han, po czym podniósł do góry swój topór, który zamigotał krwawym blaskiem. Za mną! - ryknął na cały głos, po czym wbiegł do magicznego przejścia. Tysiące wojowników, po kolei zrobiło to samo.
- Nadszedł czas - powtórzył słowa Barthoga nekromanta, po czym wybuchnał śmiechem, który zmroziłby krew w żyłach nawet najmężnieszemu wojownikowi.
Słońce chyliło się już ku zachodowi. Han orków stanał tuż obok zagajnika. Za jego plecami powoli z portalu wychodziły zastępy sił jego klanu.
- Tak, nareszcie się odrodziliśmy - mruknął ork. Nadszedł czas zemsty... Mam nadzieje, że nie powtorzy się to co setki lat temu... Tylu moich braci zginęło. Nie tym razem - warknął, po czym odwrócił się w stronę liczącej kilka tysięcy wojowników armii. Lestias przylewitował do niego.
- We wszystkich kluczowych punktach świata dzieją się podobne przygotowania - rzekl powoli nekromanta do orka. Cztery armię, czterech wodzów, cztery zwycięstwa. Teraz zaatakujemy - dodał patrząc na ostatni oddział wychodzący z portalu.
Nikt z bawiących się ludzi nie mógł się domyślać co dzieje się w odległości paru kilometrów od wrót Marien. Barthog wyszedł na główną drogę, i skinął głową na nekromantę. Mag śmierci zanucił krótką inkantację, i nagle wszystkie odgłosy w promieniu kilkuset metrów ucichły. Han wykonał jednoznaczny gest ręką i powolił ruszył przed siebie, w stronę miasta. Po rzuconym zaklęciu nikt nie mógł usłyszeć przemarszu hordy. Powoli armia zbliżała się do niespodziewających się niczego, bawiących się mieszkańców. Po przejściu trochę ponad kilometra, Barthog zauważył pierwszego człowieka. Młody, mający nie więcej, niż dwadzieścia lat chłopak stał pod drzewem i odpowiadał na wezwanie natury, nieświadomy tego, co za nim jest. Gwiżdżąc radośnie człowiek odwrócił się i zamarł. Nie wiedząc co zrobić, na widok odzianych w czerń orków zaczął krzyczeć, i biec w stronę miasta. Po kilku sekundach strzała z czerwoną lotką ugodziła go między łopatki. Barthog westchnął litościwie i po kilkunastu krokach, demonstracyjnie przeszedł po zwłokach chłopaka, pierwszej ofiary nadchodzącej wojny.
- Magowie już pewnie wiedzą o naszej obecności - pomyślał Lestias, lewitując powoli obok przechodzącej armii. Ale nie będą stanowić zbyt dużego problemu. Mam nadzieje tylko, że on tutaj jest...
Chwilę zadumy nekromanty przerwał han, który spojrzał na nekromantę, i wskazał mu pierwsze, widoczne z daleka namioty. Mag śmierci uśmiechnął się i rozproszył zaklęcie.
- Koniec tego skradania się. Do boju bracia, do boju! - ryknął Barthog.
Ziemia zatrzęsła się pod stopami bawiących się ludzi, gdy horda ruszyła do ataku i okutymi żelazem butami, w biegu, orkowie uderzali mocno o pokrytą zieloną trawą drogę. Nagła panika ogarnęła tysiące mieszkańców. Pierwsze oddziały jazdy były coraz bliżej. Bathog na czele pierwszego, w bitewnym szale pędził w stronę przerażonych, uciekających ludzi. Lestias, który wzniósł się nad głowy wojowników Miażdżącej Pięści, rozpostarł ręce, i zaczął zaśpiew niszczącego zaklęcia. Po chwili niebo zasnuło się chmurami, a lasy po obu stronach drogi zapłonęły krwisto czerwonym ogniem. Pierwsi ludzie padli pod ciężkimi toporami wojowników. Początek rzezi nie trwał długo. Nekromanta wiedział, że niewiele czasu zajmie ludzkim magom przygotowanie obrony. I wiedział też, że najważniejsze zadanie należy do niego. Przed orkami, nagle wyrosły jak spod ziemi cztery wielkie, zbudowane tylko z kamienia, ożywione golemy, które kilkunastu zaskoczonych wojowników potężnymi ciosami zmiotły z wierzchowców. Lestias uniósł ręce w górę, i znów zaczął recytować inkantację. Po chwili dwie błyskawice ugodziły w jedną przywołaną bestię. Dwie następne, w niedługim okresie czasu, też padły na wymachujące pięściami kamienne stworzenia, a ostatni w tym samym momencie został zniszczony uderzeniami toporów orków Miażdżącej pięści. Jednak cel czarodziejów został osiągnięty, spora część ludzi ewakuowala się już za bramy miasta, a magowie przygotowali następną salwę obronną. Gdzie oni są? - zastanawiał się wściekły nekromanta, gdy cztery ogniste kule, nagle, po kolei ugodziły w szeregi orków, zabijając kilkudziesięciu doborowych jeźdżców. Krotki przebłysk światła zdradził jednego, lewitującego niedaleko drzew. Arcanas był już dość stary, nawet jak na pół-elfa, jednak jego czary skutecznie zabijały nacierających orków. Mag zaczął kolejny czar, gdy ognista strzała ugodziła go prosto w trzewia. Pół-elf padł na ziemi z wykrzywionym bólem wyrazie twarzy. Po śmierci jednego z towarzyszy, ludzie zaatakowali ze zdwojoną siłą, poleciały grady kamieni, i magiczne pociski, jednak orkowie byli coraz bliżej, a Lestias, niewidzialny i niewrażliwy na magię, dzięki aurom rzuconych zaklęć, mocno ranił kolejnego maga. Już połowa ludzi przebiegła przez główną bramę, a horda zabijała dziesiątki mężczyzn i kobiet, uciekających panicznie. Przed burmistrzem, patrzącym na wydarzenia zza murów - Tanusem von Donnerhoff stało ciężkie zadanie. Niewielka część ludzi znajdowała się już w granicach miasta, a orkowie byli coraz bliżej.
- Zamknięcie bram teraz, to śmierć kilku tysięcy osób - powiedział do czekającego na rozkazy gońca. Jeszcze nie teraz.
Magowie robili co mogli, jednak na niewiele się to zdało. Kolejnych dwóch przybyło na pomoc, jednak wojowników było zbyt wielu. Setki już poległy - myślał burmistrz. Jeszcze nie...
Kolejne przywołane bestie, tym razem nieco mniejsi od golemów, giganci, stanęły, i poległy na placów boju, zabijając kolejnych orków.
- Połowa jazdy już padła, ale zostało cztery razy tyle piechoty - powiedział do siebie Tanus, patrząc z przerażeniem na rzeź. Nie więcej niż połowa mieszkańców przeszła przez bramę.
- Niedługo będzie za późno - rzekł zdecydowanie do wciąż czekającego gońca burmistrz. Zamknąć bramy. Posłaniec skinął głową i szybko pobiegł do stojących w gotości, przy wielich kołach strażników.
- Zamykamy - powiedział szybko zdyszany goniec.
- Ale nie wszyscy przeszli. To jest skaz...
- To rozkaz burmistrza - przerwał jednemu z nich goniec.
Wrota powoli zaczęły się zamykać. Orkowie byli już niecałe dwieście metrów od nich. Bardzo dobrze - pomyślał nekromanta z uśmiechem. Trzech magów zostało na placu boju, jednak byli zbyt wyczerpani, żeby jakoś poważniej uszczuplić szeregi wroga.
- To koniec, wracamy do miasta. - zgodzili się telepatycznie.
Tymczasem mieszkańcy wpadli w jeszcze większe przerażenie, na widok zamykającej się bramy. Ostatni ludzie przechodzili jeszcze, przez coraz węższą szczelinę, ale jasne było, że tylko niewielkiej liczbie się to uda. Nagle jednak stało się coś, co zmieniło wymiar bitwy. Ziemia usunęła się spod stóp wojowników, w wielu miejscach, z nikąd, nagle wyrosły wielkie kamienne ściany, powodując ogromne zamieszanie w szeregach orków.
- Co jest?! - warknął Lestias.
Po chwili zobaczył co jest. Ze wschodu, w postaci wielkich kruków nadciągało kilku drudów. Zmiennokształtni szybko minęli zdezorientowanego nekromantę, i zajęli swoje miejsca wzdłuż murów obronnych.
- Dobrze, że jesteście - powiedział do jednego, odzianego w bruantną skórę druida, roztrzęsiony Tanus.
Rozwścieczony nekromanta dwoma czarami zmiótł z powierzchni ziemi kamienne ściany, które rozbiły szeregi orków Miażdżącej Pięści. Magowie lasu, wspólną inkantację, roztoczyli wokół pozostałych mieszakńców mieszkańców tarczę obronną.
- Brama - rzekł szybko jeden z nich do burmistrza.
- Co, co, aha! Otwórzcie bramę! - krzyknął Tanus, gdy zrozumiał o co chodzi.
Topory wojowników zatrzymywały się na ochronnej zasłonie, oplatającej ludzi. Kolejne zaklęcie druidów ugodziło w sam środek szeregów, pozostałych trzech tysięcy orków. Nagle rośliny ożyły, i zaczęły oplatać się wokół nóg wojowników.
- Co za diabeł?! - warknął Barthog wymachując zakrwawionym toporem, próbując poodcinać pnącza.
Pobliski las na lewej flance zmienił się w kilkanaście chodzących drzew, które zaatakowały wojowników piechoty. Bitwa o Marien rozgorzała na dobre. Lestias warknął, i rzucił kolejne zaklęcie. Na miejscu parunastu zabitych orków, po chwili pojawiło się tyle samo, mających ich postać orków-ożywieńców. Drzewce niedługo przetrwały. Wielu wojowników zginęło, jednak i drzewce padły pod naporem śmiercionośnych toporów. Ostatni ludzie zdąrzyli jednak umknąć oplątanej hordzie, i po chwili brama zatrzasnęła się na dobre, a ludzcy czarodzieje wspólnie z magami lasu wytworzyli wokół murów magiczną tarczę.
- Dobrze cię widzieć Lot'han - ukłonił się jednemu z nich Cendros, najpotężniejszy mag Marien, zasiadający w radzie sześciu. Chyba sprawy krasnoludzkich magów przejdą na potem, rozpoczęła się nowa wojna - pozwolił sobie na żart czarodziej.
- Tak - odpowiedział krótko druid.
- Twój brat - Arcanas, nie żyje - rzekł całkiem poważnie po chwili przerwy czarodziej.
- Wiem - odrzekł mag lasu, patrząc na zmierzające na plac boju gigantyczne machiny oblężnicze, i następne oddziały wojowników Miażdżącej Pięści. Zaczyna się oblężenie - dodał szeptem.
Ellifane, krok w krok z Alendosem przemykał się korytarzami podziemnego kompleksu. Światło pochodni wystarczało w zupełności, aby elf mógł zobaczyć, co znajduje się wokół. Jednak jedna rzecz go niepokoiła. Co chwile ziemia delikatnie się trzęsła.
- Czujesz? - zapytał młody adpet.
- Tak - odrzekł krótko zaniepokojony starzec.
W młodym elfie obudził się niepokój, gdy usłyszał kego ton głosu. Starszy mag skręcił znów w lewą odnogę, i po chwili stanął przed sporymi, obitymi srebrem drzwiami.
- Dawno tu nie byłem - szepnął do siebie Alendos.
- Co jest tutaj takiego, że mnie tu przyprowadizłeś? - zapytał zniecierpliwiony elf, chcący poznać odpowiedź na tyle pytań.
Starzec nie zwracając na niego uwagi wyciągnął znów ten sam klucz co na początku, po czym wsadził go do dziurki i przekręcił nim tylko raz, w lewą stronę. Drzwi otworzyły się. Alendos wszedł do pomieszczenia, które celem było przemykanie się długimi korytarzami. Starszy mag zaklaskał, a w pomieszczeniu rozbłysło światło niewiadomego pochodzenia. Była to wcale duża sala, z licznymi portretami na ścianach, i okrągłym stołem na środku. Wisiały tam też przeróżne mapy, oraz kilka półek z książkami.
- Chodź tu elfie, nie traćmy czasu - warknął czarodziej stojąc obok stołu i sporej mapy świata. Były na niej zaznaczone różne punkty w dziwnym, niezrozumiałym dla młodego adepta języku, lub szyfrze.
- Usiądź - powiedział starzec, wskazując na krzesło. I słuchaj mnie uważnie. Nie możesz uronić ani jednego słowa.
Ellifane posłusznie usiadł, i spojrzał na mapę.
- Muszę Ci wyjaśnić, co niespodziewanie stało się na górze, i co działo się kiedyś, w podobnych okolicznościach, oraz co musimy zrobić - zaczął czarodziej. Gdy tylko poczuliśmy te dziwne wstrząsy, otrzymałem od moich przyjaciół z góry telepatyczne sygnały o nagłym niebezpieczeństwie. Choć to może być nieco niewiarygodne, armia roków zaatakował nas. A skoro nas, to pewnie i wszystkie inne ludzkie, może nawet krasnoludzkie i elfickie miasta. Wiem tylko, że na razie Marien jest oblegane przez wielką armię, a my jesteśmy tutaj, i jakoś musimy uciec. Ty musisz uciec, to jest najważniejsze. Podobno, co jest jeszcze bardziej tajemnicze, orkom towarzyszy jeden z magów śmierci - nekromantów.
- Dlaczego to jest najważniejsze, co ja mam z tym wspólnego? - zapytał Ellifane. Czemu tego nie przewidzieliście, i nie zostawiliście mnie w Alliel?
- Potem, na razie odrobina historii - odrzekł ludzki mag, patrząc na mapę. Jak zapewne wiesz, pewnego cudnego poranka, horda orków wypełzła ze swej nory, żądna krwi i mordu, podjudzana przez trzech Władców Chaosu. Po starciu z powierzchni ziemi Mithos - twierdzy starożytnych, armia zmierzyła na północ, do Irtos. Po drodze napotkała jednak na połączone siły obronne ludzi i krasnoludów, a gdy rozgorzała walka, twoi rodacy natarli na tylne szeregi wroga, i tak zagrożenie zostało zarzegnane, jednak olbrzymim kosztem. Normalna bohaterska opowieść. Jednak prawda była nieco inna. Krasnoludzkie marchie nieświadome niebezpieczeństwa, wysłały jedynie niewielki oddział, a elfy prowadziły tylko akcje dywersyjne, tzn. odcinali zaopatrzenie, rozumiesz? - spytał mag, a gdy młody adept skinął głową, kontynuował. Ludzka armia była dość mała. Zbyt mała. Nie mieli szans. Tutaj do gry weszli druidzi, którzy przywołali swego awatara, który zabił dwóch z trzech Władców. Było to podczas bitwy, ktora faktycznie miała miejsce wiele kilometrów na północ. Trzeci demon zabił awatara, jednak zaklęcie prysło, i orkowie nie wiedząc gdzie są, zdezorientowani i zaczęli uciekać. Bitwa została wygrana. Na miejscu śmierci awatara powstał las Stei'alon, po naszemu, nie wyróżniający się niczym Wiewiórczy Bór. Zręczną manipulacją historia została ukazana w nieco inny sposób. Zwłoki demonów leżą pod ziemią, a duch awatara strzeże dostępu.
- Dlaczego to ukrywano? - spytał elf.
- Bo jest wielu szaleńców, którzy chcieliby pogrzebać sobie w zwłokach Władców - odrzekł szybko starzec. Trzeci demon gdzieś zniknął, bo zapewne zaklęcie przywołania straciło swą moc. Jednak jest pytanie, kto przywołał Władców? Odpowiedź jest jedna - magowie śmierci, nekromanci. Ich mroczny zakon znajdował się na wyspie Taoth, która została zmieciona z powierzchni ziemi, po incydencie, którym była bitwa, przez deszcz meteorytów, przywołany z połączonego zaklęcia naszych, i waszych magów, bez pomocy druidów, którzy byli targani wewnętrznymi sporami, przez śmierć awatara. I nasuwa się teraz najważniejsze pytanie. Kto był na tyle potężny, aby ożywić martwych? Martwych nekromantów?
- Dobrze, ale co ja mam z tym wspólnego? - spytał zniecierpliwiony elf.
Alendos zamyślił się przez chwilę.
- To nie czas i miejsce na to - powiedział spokojnie. Teraz chodźmy, musimy jak najszybciej gdzieś uciec. Kilkanaście kilometrów stąd jest mała wioska rybacka. Szczęśliwym trafem mam tam znajomego.
Co chwilę wokół słychać było uderzenia pocisków o magiczną zaporę. Wszyscy mężczyźni zdolni do walki ustawiali się w kolejce po przydziałową broń, przeważnie długie, zakończone metalowym grotem piki. To, co można było utworzyć z drabin, pali, drew z tartaku. Marien nie było gotowe na długie oblężenie, wiadomość o zapasach, które starczą na najwyżej dwa tygodnie, nie napawał optymizmem. Jednak trzy tysiące, poniekąd nie wyszkolonej, ale jednak, piechoty, to było mimo wszystko coś. No i kilku druidów oraz trzech magow.
- Mam nadzieje, że Alendosowi się uda uciec - myślał Cendros, stojąc na murze, i patrząc na szykujących się na długie oblężenie orków.
Olbrzymie katapulty i trebuszety, po wystrzeleniu kilku pocisków, które bezładnie odbiły się od bariery, wstrzymały ogień, i stały - naładowane, czekając na osłabnięcie osłony.
- Nie wytrzyma więcej niż dwie godziny - mruknął Lot'han. Wiatr mówi mi, że Carven jest w podobnej sytuacji jak my, ale ich straty są o wiele większe. Z gór zeszły olbrzymy, które zmiażdżyły siły obronne. Jednak twierdza jeszcze nie pada. Nie wiem tylko, co z Irtos...
- Bądźmy dobrej myśli. Paladyni na pewno rozgromili siły wroga. Miejmy nadzieje, że krasnoludy odpowiedziały na nasze wezwanie - odrzekł z nutą nadzieji w głosie mag.
Chwilę zadumy Cendrosa przerwało nagłe pobrzękiwanie zbroji. Tanus, odziany w pełny płytowy pancerz z uśmiechem na ustach pewnie zmierzał w jego kierunku.
- Burmistrzu - zaczął cicho ludzki czarodziej. Miałeś się ewakuować z kobietami, dziećmi i innymi ważnymi urzędnikami. Te łodzie jak na razie wzięły kilkaset osób.
- Będę walczył o to miasto, jak mój prapradziad pod Jeziorem! - odrzekł podniośle Tanus.
- Dobrze - przytaknął Lot'han, wychodząc zza pleców maga. Lepiej idź do zbrojowni poinformować zbrojmistrzów, żeby wyposażyli tyle osób ile się da w łuki i kusze. Za chwilę będziemy musieli zdjąć część tarczy inaczaj długo nie wytrzyma, a tak to jedynie katapulty będą mogły razić wnętrze miasta. Więc jeszcze każ zgromadzić ludzi przy murach. oraz przygotować pompy z wodą. Będzie tu gorąco.
- Chyba nie sądzisz, że będę biegać tam i z powrotem w tym żelastwie - zaśmiał się starszy czlowiek. Damy tym świniom na dwóch nogach popalić. Leios, słyszałeś co pan mówił, wykonać - warknął, do stojącego za nim młodego chłopaka, po czym odwrócił głowę w stronę magów i uśmiechnął się szeroko. Druid westchnął, i wrócił na poprzednie miejsce.
- Lepiej trzymaj się z daleka murów. łatwo zginąć, będzie wiele strzał i ognia. Powinieneś podbudowywać morale swoich podwładnych - powiedział spokojnie Cendros
- Toteż uczynie - zgodził się burmistrz, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie.
- łatwo nim sterować, ale strasznie nieporadny - mruknął ludzki czarodziej do maga lasu.
Druid nie odpowiedział, tylko cały czas patrzył się przed siebie, jakby czekając na cud.
Barthog przechadzał się pomiędzy szeregami swoich żądnych krwi rodaków. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Twierdza jest oblegana, tak jak i inne pozostałe, niedługo zwyciężymy - myślał han. Wszyscy upadną pod potęgą naszych wojsk. Rosły ork stanął obok czterech wielkich żelaznych machin, i ich załóg, czekających tylko na rozkaz do rozpoczęcia ostrzału miasta.
- Niedługo twierdza padnie - powiedział lodowatym głosem nekromanta wychodząc zza jednej z katapult. Za chwile będą musieli zdjąć cześć tarczy, a wtedy zacznie się piekło.
- Tylko na to czekam - uśmiechnął się wódz.
- Przed chwilą dostałem kilka informacji od pozostałych armii. Nasi wrogowie w stolicy, Konirze nie otrzymali, jak przypuszczaliśmy pomocy od krasnoludów, które zabarykadowały się w swych twierdzach. Bitwa była krwawa, ponad połowa armii została wybita przez tych zaciekłych ludzkich wojowników nazywających siebie paladynami. Jednak i my daliśmy im popalić, a obecnie ich oblegamy i nieustannie ostrzeliwywujemy ich z trebuszetów i katapult. Na północy walki toczą się już na ulicach. Błyskawiczne uderzenie zmiotło z powierzchni ziemi siły obronne, a mury padły.
- Bardzo dobrze - powiedział głośno Barthog. Śmierć tym małym, cherlawym ludziom - ryknął wódz, po czym z całego obozowiska rozległy się krzyki i wrzaski chcących walki orków.
- A teraz coś jeszcze - przerwał mu mag śmierci. Na północy ciemne krasnoludy, a na południu mroczne elfy zaczną toczyć walki podjazdowe ze swoimi braćmi, także, gdy tylko zmiażdżymy ludzi, nasze drogi zmierzą do krain elfów.
- Walczyć ramię w ramię z tymi małymi istotami - zdziwil się wódz. Niech będzie, skoro pomogą nam w dotarciu do pełnej dominacji - dodał z uśmiechem.
- I mam też małą niespodziankę, zobaczysz wkrótce - przerwal mu chwilę euforii Lestias.
Barthog zagrzewając wciąż okrzykami bojowymi swoje wojska do boju minął nejkromantę, i ruszył w stronę dowódcy machin oblężniczych, patrząc jak druidzi powoli opuszczają tarczę ochronną.
- Na mój rozkaz! - ryknął han, podnosząc topór w górę. Ognia!
Pierwsza salwa rozbiła się jeszcze o resztę tarczy ochronnej, rozbijając ją doszczętnie do poziomu murów.
- ładować, szybko - dyrygował wszystkim wódz, patrząc z radością na ładujących do katapulty oblane oliwą, kamienne pociski. Podpalać. Ognia!
Pociski przeleciały nad murami, i spadły z łoskotem na ziemię, niszcząc kilka budynków.
- No to się zaczęło - powiedział do siebie cicho z nutą strachu w głosie Cendros, patrząc na kolejne pociski ładowane na katapulty.
Ellifane szybko zmierzał za niemal biegnącym starszym czarodziejem. Wszystkie korytarze były do siebie łudząco podobne, tak że młody adept był pod niemałym warażeniem umiejętności orientacji w terenie ludzkiego maga.
- A właściwie po co my tu przyszliśmy? - zapytal spokojnie elf.
- Chciałem Ci opowiedzieć i pokazać kilka rzeczy, ale ci z góry troche zmienią nasze plany - odrzekł szybko Alendos. Miejmy nadzieje, że wszystko potoczy się pomyślnie.
- Miejmy nadzieje - mruknął pod nosem elf.
- Co ty tam mówisz? - warknął czarodziej.
- Nic, nic.
Korytarz powoli zmieniał się w zwykły tunel wydrążony w ziemi. Robiło się coraz chłodniej. Wreszcie przejście skończyło się. Ludzki mag stanął, i zdecydowałym uderzeniem kija otworzył niewielką klapę nad swoją głową, po czym po skrzypiącej, spruchniałej już nieco drabince wyszedł na zewnątrz. Młody adept zrobił to samo. Wszedł do małej, drewnianej budki z wieloma narzędziami rolniczymi. Światło wyraźnie prześwitywało przez stare deski. Alendos popchnął drzwi, i wyszedł na zewnątrz. Ellifane zobaczył, że wyszli z małego schowka na narzędzia na skraju małej polany. Nic niezwykłego nie było w tym miejscu, drzewa szumiały, było tam, można by nawet powiedzieć, sielsko i spokojnie. Jednak elf szybko wyczuł, że powietrze przesiąknięte jest zapachem bitwy, zapachem dymu i śmierci.
- Nie zwlekajmy - rzucił szybko Alendos. W tym lesie pewnie roi się od patroli orków, musimy być uważni. Jesteś elfem, jakbyś coś usłyszał, to od razu daj mi znać, jasne?
Ellifane skinął głową. Czarodziej ruszył zdecydowanie przed siebie, przeszedł przez polanę, i po chwili wkroczył do zagajnika. Młody elf delikatnie stąpając po ziemi ruszył powoli za nim. Nie ma żadnych zwierząt - pomyślał adept. Wszystkie co żywe ucieka stąd jak najdalej. Jeśli orkowie zdobędą Marien... Wytną wszystkie drzewa, zniszczą, spalą. W młodym elfie wzbierała złość. Nagle, Ellifane usłyszał szum gałęzi, kilkanaście metrów przed nim.
- Coś tam jest - szepnął do Alendosa.
Ludzki mag zatrzymał się, i wyrecytował krótką inkantację. Z jego dłoni wyleciał świecący pocisk. Zza krzaka w który wpadł, rozległy się jęki bólu. Alendos szybko doskoczył do krzewu, i szybkim ruchem ręki odgarnął liście. Na ziemi leżał trzymający się za przysmoloną rękę młody chłopak.
- Błagam, nie zabijajcie mnie - krzyczał przerażony.
- Cicho bądź - szybko rzucił ludzki mag. Nie wiedzieliśmy, że możesz być człowiekiem. Pokaż rękę i bądź cicho.
Chłopak wyciągnął powoli ramię, zaciskając zęby z bólu. Starzec przyłożył do niej dłoń i szepnął kilka słów. Lecznicze światło oplotło rękę młodego człowieka, jednak rana prawie w ogóle nie zmalała.
- Nie znam się na magii leczniczej, nie moja działka - szepnął Alendos. Możesz chodzić?
- Chyba tak - odpowiedział chłopak, skinąwszy głową.
- Więc chodź. W wiosce, do której zmierzamy będą zapewne jakieś środki lecznicze. Nie martw się, nic ci nie będzie, to tylko powierzchowna rana. Zostanie blizna - dodał z lekkim uśmieszkiem mag. Jak cię zwą?
- Dellon. Dellon Allanbury.
- Więc chodżmy - rzekł ludzki czarodziej. Ja, chociaż pewnie wiesz, jestem...
- Alendos - przerwał mu chłopak wstając. Jest pan wielkim magiem.
- Taaa... - powiedział cicho do siebie stojący z boku młody elf.
- A to jest Ellifane - dodał patrząc groźnie na niego. Nie traćmy czasu, chodżmy jak najprędzej.
Ogień trawił część budynków Marien, kilka już doszczętnie spłonęło. Kilkudziesięciu ludzi walczyło, aby ogień nie rozprzestrzenił się, jednak kolejne pociski wciąż uderzały w następne domy. Lot'han patrzył na pożogę z cieniem strachu. Wiedział, że nie jest dobrze. Ze jeśli coś się nie zmieni, twierdza padnie. Kolejny pocisk przeleciał tuż nad jego głową, uderzając w budynek pralni miejskiej.
- Musimy coś zrobić, nie możemy tak bezczynnie tu sterczeć. Straciliśmy już kilkunastu z tych, którzy zadeklarowali się, aby stanąć na murach i razić wroga z łuków i kusz, co zresztą niewiele daje na taką odległość i z ich umiejętnościami. Przecież to zwykli cywile! - powiedział zecydowanie Cendros, stając obok druida.
- A co my możemy? - westchnął mag lasu. Nie mamy dość siły, aby rzucić jakieś potężne zaklęcie, które mogłoby nam pomóc. My zużywamy swe siły na utrzymanie osłony. Was, czarodziejów jest trzech, z czego dwaj to zwykli uczniacy. Sam niczego nie zdziałasz.
- Mam pewien pomysł - zaczął czarodziej. Ale muszę dostać się na Anvil, do siedziby rady. Zajmie mi to może i dwa dni, ile tutaj wytrzymacie?
- Z takim pożarem, i takimi siłami wroga, i tym intrygującym mnie niezwykle nekromantą nie więcej niż tydzień. Sama tarcza wytrzyma maksymalnie dwa dni, potem będziemy tak wyczerpani, że nie będziemy mogli nawet mówić.
- Ja..., jak to nekromantą - zająknął się ze zdziwienia Cendros.
- Nie zauważyłeś? - jak myślisz, dzięki komu tak blisko doszli niezawuważeni, kto pozabijał twoich kompanów?
- Faktycznie - powiedział cicho do siebie. Jak mogłem to przeoczyć... Ale przecież zniszczyliśmy ich wieki temu, jak to możliwe?
- Nie wiem. Trzeba będzie się niezwłocznie dowiedzieć. Tylko jakaś potężna istota mogła to zrobić, zbudzić ich z wiecznego snu.
- Statki wroga przy wybrzeżu - rozległ się głośny krzyk z dołu murów.
- Idź - rzucił szybko druid.
Mag skinął głową i zbiegł po schodach na dół murów.
- Kusznicy i łucznicy za mną - ryknął czarodziej. Wszyscy co mają jakąś broń, za mną!
Momentalnie z murów zeszło kilkudziesięciu wyposażonych w broń strzelecką ludzi.
- Słyszeliści, orkowie tu płyną, trzeba ich zniszczyć, zanim dobiją do brzegu - powiedział do nich Cendros, po czym zaczął biec w stronę wybrzeża. Nie mogę marnować sił na teleportację - myślał mijając płonące budynki, i gaszących je ludzi.
- Uwaga, wali się - rozległ się nagle krzyk, tuż obok przebiegającego czarodzieja.
Przednia ściana płonącego budynku spadła z łoskotem na ziemię, o centymentry mijając głowę maga, który wydawał się tego nawet nie zauważać, biegnąc dalej, przez kręte uliczki nadmorskiego, handlowego miasta. Po kilku minutach, Cendros dotarł do wybrzeża, a tuż za nim przybiegło kilkunastu ludzi z łukami i kuszami w rękach.
- Tam są - krzyknął jeden z grupy stojących tuż obok, kilkudziesięciu mężczyzn trzymających trzy-metrowe piki, wskazując na trzy barki wypełnione ciemnoskórymi orkami.
- Strzelajcie do nich - powiedział głośno zdyszany czarodziej. Szybko!
Statki zbliżały się powoli, jednak były już nie więcej niż stajanie od brzegu. Pierwsza seria strzałów poleciała w stronę okrętów, lecz większość strzał wpadła do wody, tylko część trafiła w cel, nie zabijając nikogo.
- Strzelajcie - krzyknął mag, po czym wyciągnął ręce przed siebie, i zaczął powoli snuć inkantację.
Był wyczerpany, jednak wiedział, że jeśli nic nie zrobi, orkowie wedrą się do miasta. Ludzki mag skończył snuć zaklęcie, i przed jego dłońmi pojawiła się świecąca błyskawica, która bezbłędnie poleciała w stronę jednego ze statków, dziurawiąc jego kadłub. Barka powoli zaczęła tonąć, a orkowie, którzy w niej siedzieli wpadli do wody, i momentalnie zostali wciągnięci pod wodę, przez swoje ciężkie metalowe zbroje. Po chwili kolejny magiczny pocisk poleciał w stronę kolejnego statku, jednak minął cel i wleciał do wody.
- Już... nnie moge - wystękał Cendros, po czym padł na ziemię, dysząc ciężko.
Statki były coraz bliżej, gdy nagle przy wybrzeżu pojawił się cały regiment ciężkozbrojnych rycerzy.
- Co wam zajęło tyle czasu? - rzekł ze strachem rosły, trzymający długą włócznie, wybrany na dowódce swego oddziału mężczyzna.
- Burmistrz chciał nas mieć przy sobie, ale na szczęście jeden z druidów skutecznie wyperswadował na nim, że jak nas tu nie przyśle, to będą poważne konsekwencje - odrzekł mu zdecydowanie, trzymający ciężki, obosieczny miecz wojak.
Nie było czasu na więcej rozmowy, orkowie już prawie przybili do brzegu.
- Piki! - ryknął dowódca, po czym wystawił swoją włócznię i zaszarżował na wroga, a za nim pobiegła reszta oddziału.
Rycerze szybko ustawili się w szyku bojowym, tuż przy brzegu, oczekując na swego wroga. W desperackiej szarży, ochotniczy oddział wpadł w szeregi wychodzących ze statków orków, skutecznie zabijając kilku z nich.
- Szarżą ich! Na pochybel tym kurewskim synom - krzyknął wojownik z oburęcznym mieczem, i również zaczął biec w stronę żądnych krwi orków.
W akcie desperacji i rozpaczy obrońy Marien dźgali pikami nacierających wrogów. Doborowa piechota wpadła między szeregi wychodzących z drugiego okrętu wojowników Miażdżącej Pięści. Ciemnoskórzy napastnicy nie pozostali bez odpowiedzi. Mimo iż szarża ludzi wybiła większość z nich, szybko przejęli inicjatywe, i skrócili dystans do bezpośredniego starcia, sprawiając, że morze nabrało ogniście czerwonej barwy.
- Na brzeg! - krzyczał dowódca. Odwr...!
Potężny cios topora wbił się rosłemu mężczyznie głęboko w ramię, niemal odcinając mu rękę, i powalając go na ziemię.
- Nie dam ci się suczy pomiocie! - warnął, rzucając się na niego z wyciągniętym z buta długim sztyletem, i przebijając nim orkowi szyję na wylot. Wojownik padł na ziemię. Dowódca obficie brocząc krwią z głębokiej rany podniósł drugą ręką topór orka, i we wściekłym szale rzucił się na kilku pozostałych, zabijających jego ludzi napastników.
- Nie damy się wam - krzyczał zamachując się toporem na zaskoczonego wojownika Miażdżącej Pięści.
Tym czasem mały oddział orków został już niemal wybity, przez wyćwiczonych w bojach, mających ogromną przewagę rycerzy.
- Dwudziestu za mną - ryknął przywódca z długim ostrzem, odwracając się i zacynając biec w stronę uciekających obrońców.
Topór zdesperowanego dowódcy powalił kolejnego orka, jednak stojący obok niego inny, zobaczył co się dzieje i silnym ciosem wytrącił broń czlowiekowi, i kopniakiem powalił go na ziemię. Wojownik Miażdzącej Pięści podniósł topór do ciosu, gdy nagle stracił wszystko od szyji w górę, gdy miecz przywódcy doborowych wojaków uderzył w niego, odcinając mu głowę.
- Dzięki ci - wydyszał leżący rosły mężczyzna.
Reszta orków szybko padła pod zdecydowanymi ciosami rycerzy. Czerwona woda uderzała w nogi zwycięskich obrońców, którzy odkupili to jednak ogromnym kosztem. Wszyscy ludzie wyszli na ląd, wyciągając przy okazji swych martwych, lub rannych towarzyszy.
- Idź szybko do jakiegoś lekarza, bo stracisz rękę, albo nawet i życie - powiedział zdecydowanie wycierając swój oburęczny miecz wojownik.
- Nie... nie jestem w stanie - powiedział cicho dowódca dysząc cicho, po czym padł na ziemię zemdlony.
- Pomóżcie mi tutaj, weźcie też pozostałych, którzy żyją, i szybko chodźmy do tego prowizorycznego szpitala polowego, który niedawno postawili, tylko szybko - rzucił rycerz, po czym wziął bohaterskiego obrońcę na plecy, i szybko zaczął biec pod mury.
Ellifane szedł krok w krok za starcem i trzymającym się go chłopakiem. Las był cichy i spokojny, i to właśnie wprowadzało elfa w nerwowy nastrój.
- To już niedaleko. Za piętnaście minut powinniśmy tam być - powiedział spokojnie ludzki czarodziej.
Było już grubo po południu. Przez korony drzew można było dostrzeć zachodzące słońce. Niespodziewanie, tuż obok wędrowców rozległy się ciche gwizdy. Ktoś wygwizdywał radosną melodię stojąc za drzewem.
- Cicho - szpenął Alendos, po czym delikatnie stąpając po ziemi, zbliżył się do źródła dźwięku.
Mag wychylił głowę, aby zobaczyć odpowiadającego na wezwanie natury, rosłego, orka o ciemnozielonej skórze. Wojownik Miażdżącej Pięści stojąc tyłem do starca nie zauważył go.
- Ar grum - westchnął ork podciągając spodnie.
Ciemnoskóry już miał wracać do obozowiska, gdy nagle potężny cios kosturem w tył głowy powalił go na ziemię.
- Mizerna istoto, zaraz cię zgniote! - warknął wojownik wstając powoli.
Kolejny cios kija został zatrzymany przez wielką łapę orka.
- Arun grunda - uśmiechnął się, jednak po chwili jego twarz przeszył grymas bólu.
Ellifane zakradł się z tyłu i wbił mu swój sztylet głęboko w plecy. Wojownik Miażdżącej Pięści zaryczał głośno, po czym padł na ziemię, wijąc się w męczarniach.
- Uciekajmy, zaraz przybędzie cały oddział - rzucił szybko mag.
Dellon skinął głową, i zaczał powoli biec za czarodziejem. Młody elf, przezornie przemykając się pomiędzy większymi drzewami, aby pozostać niezauważonym, podążył za nimi. Po lesie rozniosły się odgłosy kilkunastu orków, zmierzających za odgłosami uciekających wędrowców.
- Ram dun! - krzyknął w swym gardłowym języku nagle jeden z nich, niedaleko przed Ellifanem, wyskakując zza drzew.
Wojownik Miażdżącej Pięści dobiegł do Alendosa, i mocnym kopniakiem powalił go na ziemię.
- Zostaw go - krzyknął Dellon, rzucając się orkowi z tyłu na plecy.
Młody chłopak został jednak szybko odciągnięty przez kolejnego wojaka, który wyłonił się z gąszczu drzew. Ellifane, świadom niebezpieczeństwa, oraz tego, że jeszcze go nie zauważyli, szybko wspiął się na pobliskie drzewo, i ukrył pomiędzy jego gałęziami. Po chwili, reszta oddziału, kilkunastu wielkich wojowników pojawiła się przy schwytanych ludziach.
- No no - rzekł jeden z szerokim uśmiechem, noszący czarny hełm, z czerwonymi ozdobami, wyraźnie symbol dowódctwa. Kogo my tu mamy... Nasz wielki wódz na pewno się ucieszy, gdy zaprowadzimy was do niego. Może nawet oszczędzicie życie - dodał, po czym wybuchnął potwornym śmiechem.
- Brag, brag! - warknął ork, który dopadł Alendosa jak pierwszy, popychając starego czarodzieja, który ledwo zdołał się podnieść.
- To znaczy idź - wyjaśnił mu dowódca, po czym znow zaśmiał się, i ruszył przed siebie.
Młody elf patrzył bezradnie, jak wojownicy zabierają jego towarzyszy. Muszę coś zrobić - ta myśl kołatała się po głowie adepta, jednak nie mógł jak na razie zrobić nic.
Dowódca zaprawionych w bojach obrońców Marien szybko odsunął zasłone wejścia do namiotu, i wpadł do środka. Na jego plecach cicho, co chwilę pojękiwał rosły mężczyzna z rozciętym ramieniem.
- Mamy rannego, trzeba go ratować - wydyszał wojownik.
- Tutaj - odrzekł momentalnie stojący koło jednego z łóżek odziany w białą, choć nieco pokrwawioną już szatę, wyglądający na nie więcej niż sześćdziesiątke pół-elf.
Rycerz położył go delikatnie na stole, i odsunął się o pare kroków, aby zrobić miejsce niosącej tacę z narzędziami chirurgicznymi młodej, blondwłosej pielęgniarce.
- Nie wygląda dobrze - mruknął lekarz. Stracił dużo krwi, trzeba będzie amputować, albo umrze. Opaskę uciskową, szybko.
- Już - pisnęła dziewczyna, podając ją elfowi.
Medyk zręcznie założył ją mężczyznie, po czym wziął z tacki sporych rozmiarów piłkę do kości.
- Nie, błagam - jęczał ofiarny wojownik w agonii.
- Przykro mi chłopcze, muszę - westchnął lekarz, po czym do drugiej dłoni wziął skalpel, i zaczął nacinać resztki skóry trzymającej rękę. Wojak zaczął krzyczeć z bólu, gdy tylko ostry nóż przeciął mu skórę na ramieniu.
- Znieczulenie dziewczyno! Gdzie błądzisz myślami, natychmiast masz go znieczulić! - warknął zdenerwowany medyk.
Wystraszona dziewczyna, która na ochotnika zgłosiła się, aby pomóc w ratowaniu swych rodaków, momentalnie wzięła pomiędzy palce troche ziół, i szybkim ruchem włożyła je dyszącemu ciężko mężczyznie do ust. Wojownik krzyknął raz jeszcze, gdy skalpel znów przeciął następny kawałek jego skóry, jednak po chwili zamilkł i pozwolił się bez sprzeciwu ciąć medykowi. Mimo, iż cała sytuacja trwała nie dłużej niż kilkanaście sekund, następne strugi krwi opuściły ciało mężnego wojownika. Pół-elf zacisnął zęby, i szybko zaczął przecinać uszkodzoną już dość poważnie przez topór kość. Po kolejnych kilkunastu sekundach kończyna opadła bezwładnie na ziemię. W tym
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
Joined: 12 Aug 2003 Posts: 820 Location: z miasta artystow...
Posted: Sun Mar 28, 2004 9:39 am
Dowódca zaprawionych w bojach obrońców Marien szybko odsunął zasłone wejścia do namiotu, i wpadł do środka. Na jego plecach cicho, co chwilę pojękiwał rosły mężczyzna z rozciętym ramieniem.
- Mamy rannego, trzeba go ratować - wydyszał wojownik.
- Tutaj - odrzekł momentalnie stojący koło jednego z łóżek odziany w białą, choć nieco pokrwawioną już szatę, wyglądający na nie więcej niż sześćdziesiątke pół-elf.
Rycerz położył go delikatnie na stole, i odsunął się o pare kroków, aby zrobić miejsce niosącej tacę z narzędziami chirurgicznymi młodej, blondwłosej pielęgniarce.
- Nie wygląda dobrze - mruknął lekarz. Stracił dużo krwi, trzeba będzie amputować, albo umrze. Opaskę uciskową, szybko.
- Już - pisnęła dziewczyna, podając ją elfowi.
Medyk zręcznie założył ją mężczyznie, po czym wziął z tacki sporych rozmiarów piłkę do kości.
- Nie, błagam - jęczał ofiarny wojownik w agonii.
- Przykro mi chłopcze, muszę - westchnął lekarz, po czym do drugiej dłoni wziął skalpel, i zaczął nacinać resztki skóry trzymającej rękę. Wojak zaczął krzyczeć z bólu, gdy tylko ostry nóż przeciął mu skórę na ramieniu.
- Znieczulenie dziewczyno! Gdzie błądzisz myślami, natychmiast masz go znieczulić! - warknął zdenerwowany medyk.
Wystraszona dziewczyna, która na ochotnika zgłosiła się, aby pomóc w ratowaniu swych rodaków, momentalnie wzięła pomiędzy palce troche ziół, i szybkim ruchem włożyła je dyszącemu ciężko mężczyznie do ust. Wojownik krzyknął raz jeszcze, gdy skalpel znów przeciął następny kawałek jego skóry, jednak po chwili zamilkł i pozwolił się bez sprzeciwu ciąć medykowi. Mimo, iż cała sytuacja trwała nie dłużej niż kilkanaście sekund, następne strugi krwi opuściły ciało mężnego wojownika. Pół-elf zacisnął zęby, i szybko zaczął przecinać uszkodzoną już dość poważnie przez topór kość. Po kolejnych kilkunastu sekundach kończyna opadła bezwładnie na ziemię. W tym samym momencie, młoda pielęgniarka nie wytrzymała, padła na ziemię, i bezceremonialnie zwymiotowała.
- Nie czas na to! - krzyknął elf. Wstawaj i pomórz mi, trzeba go teraz przenieść na normalne łóżko i podać mu szybko odpowiednie zioła.
Dziewczyna chwiejnie wstała, ocierając wargi z resztek wymiocin, i na chwiejących się nogach podeszła do stolika i wzięła specyfiki, które mogłyby w jakikolwiek sposób pomóc zregenerować się rosłemu mężczyznie.
- Pomóż mi przenieść go na łóżko - rzucił krótko medyk do stojącego za nim rycerza.
Dowódca obrońców miasta bez chwili wachania podszedł do pojękującego jeszcze co chwilę wojaka i przeniósł go na stojące nieopodal wolne łóżko.
- Może przeżyje, okaże się za parę godzin - westchnął pół-elf, wycierając ręce, o białą szmatkę, która momentalnie zajęła się czerwienią.
- Był dzielny, nie powinien umierzeć - odpowiedział poważnie wojownik.
Doktor przytaknął i wolnym krokiem zmierzył do szamoczącego się na innym łóżku młodego chłopaka z zabandażowanym bokiem. Blondwłosa dziewczyna tymczasem podeszła z przyrządzoną mieszanką do łóżka mężczyzny, i wsadziła mu flakonik do ust. Wojak kaszlnął, wypluwając trochę mikstury, jednak większość spokojnie wypił.
- Powiedzcie jego rodzicom, że ich syn nie żyje - powiedział znad łóżka ze znieruchomialym chłopkiem, bez emocji pół-elf do stojącej obok niego kolejnej, tym razem o ciemnych włosach, trochę starszej pielęgniarki.
- Niech Erdu ma go w swej opiece - westchnął rycerz, po czym zdecydowanym krokiem wyszedł z namiotu.
Nekromanta sycił oczy widokiem pożogi i zamętu w obrębie murów miasta, lewitując nad głowami orków - w jego zamyśle jedynie pionków w większej grze. Z uśmiechem myślał o tym, co za kilka chwil się stanie, co z pewnością przechyli do końca szalę zwycięstwa we wszystkich obleganych twierdzach, na rzecz klanów. Nareszcie pokażemy im co znaczy zadzierać z nami! Wszyscy padną przed nami na kolana, a potem zostaną starci w pył - myślał mag śmierci, który przez kilka minut, napawał się zniszczeniem, gdy nagle wokół rozbrzmiały dziwny odgłosy. Jakby uderzenia metalem o metal i machania kolczugą, dochodzące z kierunku przyjścia wojsk orków.
- Co to, nekromanto? - ryknął han do zbliżającego się do niego Lestiasa.
- Niespodzianka - odrzekł mag z zimnym uśmiechem.
Chwila niepewności przyniosła wiele zdenerwowanych warknięć wojowników hordy, którzy nie wiedząc co nadciąga, wyciągnęli broń i przygotowali się do nieoczekiwanej bitwy z nieznanym zagrożeniem. Marien na chwilę uwolniło się spod ostrzału wroga.
- Co to, do diaska... - mruknął niespokojnie Lot'han.
Napięcie było coraz większe, gdy nagle na horyzoncie pojawiły się jakieś stworzenia, a nad nimi jeszcze kilka innych, machających swymi wielkimi skrzydłami. Orkowie zaczęli ryczeć, kilku zaczęło biec z wyciągniętą bronią w stronę nadciągających stworzeń.
- Cisza - krzyknął na cały głos Barthog.
Wszelkie głosy ucichły, a popędliwi wojacy zatrzymali się, i odwrócili głowy, pytająco patrząc na swego wodza.
- Cisza - powtórzył han. To nie są nasi wrogowie, tylko sprzymierzeńcy, ze strony naszego drogiego nekromanty. Pomogą nam zmieść to nędzne miasto z powierzchni ziemi!
Pomruki uznania i zadowolenia przeszyły armię.
- Angwurda! Lan Angwurda! - ryknął nagle zdziwionym głosem jeden z orków, patrząc na będące coraz bliżej istoty.
A były one tym, co nieliczni znali z legend, i co mogło wzbudzić trwogę w sercach najmężniejszych wojowników. Barthog patrzył z niedowierzaniem, to na uśmiechniętego Lestiasa, to na "Angwurda". Niespodzianką, nieoczekiwanymi sprzymierzeńcami, okazały się legendarne stworzenia, stworzone przez starożytnych z ożywionych zwierząt, z dodatkiem stali, również ich tajemniczego wynalazku. Połyskujące w blasku słońca przed pierwszymi szeregami orków stanęło dziewięć mechanicznie ożywionych wilków. Wyglądały praktycznie identycznie, były pokryte w połowie metalem, a resztą była pozostałość po ich wcześniejszemu życiu. Srebrne szpony wyglądały naprawde imponujące. Za nimi dobiegło pięć gigantycznych, mierzących na oko około trzech metrów niedźwiedziopodobnych stworów, dumnie pokazujących swe imponujące stalowe szczęki i inne części ciała zrekonstruowane tymże metalem. Jednak najbardziej niezwykłymi były niewątpliwie ostatnie sześć latających mechów, które powoli zeszły na ziemię, tuż przed Bathogiem. Były one w części dumną rasą wywern, a reszta, w tym wielkie srebrne, zakończone wieloma kolcami skrzydła i budzące grozę kolce na ogonach, oraz inne fragmenty ich ciał, były ze stali. Lot'han patrząc na to, niemal padł na kolana ze zdziwienia, będąc pewnym, że teraz nic nie uratuje Marien przed zniszczeniem.
Ellifane powoli przekradał się pomiędzy drzewami zagajnika, śledząc patrolowy oddział orków. Niepokojący, szumiący odglos niedawno ustał, więc elf przejmował się jedynie tym, jak uwolnić swoich towarzyszy. Słońce przewitywało coraz słabiej przez najwyższe korony, zbliżał się zachód, to była okazja do podjęcia jakichkolwiek działań. Jednak młody adept wiedział, że sam prawdopodobnie niczego nie zdziała, że może jedynie liczyć na łut szczęścia. Ellifane trzymał się w bezpiecznej odległości od orków, jednak nie spuszczał ich z oczu. Nagle, niespodziewanie oddział zniknął. Elf zeskoczył z gracją z ostatniego drzewa i szybszym niż wcześniej krokiem ruszył przed siebie. Po chwili, adpet odetchnął z ulgą. Wojownicy zatrzymali się w rozbitym wcześniej przez siebie obozie, na odsłoniętej polani, idealnym miejscu do ataku. Ellifane znów wspiął się na pobliski, pokaźny buk, dogodne miejsce do obserwacji. Czarodziej i napotkany chłopak zostali przywiązani do jednego z postawionych pali, a orkowie, wyraźnie zadowoleni wyciągnęli manierki z wiadomą zawartością, i śmiejąc się zaczęli pić, oraz jeść upieczonego właśnie dzika. W samym obozowisku było widać jeszcze kilku wojowników, gdyż liczebność oddziału wzrosła z dwunastu, do szesnastu rosłych orków. Słońce zaszło, jedynym źródłem światła było migoczące ognisko. Po pierwszej dzikiej świni, przyszła pora na pieczenie małego jelenia. Wojacy mieli wyjątkowo mocne głowy, kolejne hausty z napełnianych co chwilę manierek nie wprowadzały orków w stan całkowitego upojenia, co niewątpliwie spotkałoby każdego, no, może poza najtwardszymi krasnoludami.
- Poczekam jeszcze trochę - szepnął do siebie Ellifane.
Minęło kilka kolejnych chwil, zanim z następnego zwierzaka nie zostało nic. Orkowie mieli już jednak wyraźnie dość, i po wybraniu dwóch pierwszych wartowników, reszta poszła spać, oczekując sowitej nagrody za dwóch bladoskórych. Elf miał całą noc na odbicie swoich towarzyszy, jednak nie miał zamiaru ślęczeć tu tyle czasu, i zaczął powoli schodzić z obranego sobie drzewa, gdy nagle młody adept poczuł zimny chłód metalu na swym gardle.
- Nie ruszaj się, albo mój głos będzie ostatnim jaki usłyszysz - dobiegł go szept zza pleców. Kim jesteś i co tu robisz?
- Na pewno nie Twoim wrogiem, gdyż jak sądze są nim orkowie, a ja nie chciałbym mieć z nimi nic wspólnego - odrzekł z nutą lęku w głosie Ellifane.
- Jesteś elfem, powinieneś być w swej ojczyznie, podczas tej nie dotyczącej nas w dużym stopniu wojny - szepnął znów napastnik odsuwając ostrze od szyji adepta. Zejdź na dół.
Zaskoczony Ellifane posłusznie, bezszelestnie zszedł z obranego sobie punktu obserwacyjnego, na miękką, wiosenną trawę.
- Zapewne ci dwaj tam, którzy zostali złapani to twoi towarzysze? - kontynuował chowający swój sztylet, noszący barwy Ellaiel, sądząc po ubraniu zwiadowca.
Adept skinął głową, zrozumiawszy, że jego rodacy wysłali siły na pomoc oblężonym miastom.
- Dobrze, więc chodź, planujemy atak na ten obóz. Nie będzie to zbyt trudne, dwóch strażników, a reszta śpi, lada chwila wszyscy będą martwi - dodał z uśmiechem elf.
Pierwsza strzała błyskawicznie ugodziła jednego z orków w gardło. Zaskoczony wojak padł na ziemie, patrząc kątem oka, jak jego kolegę spotyka ten sam los. Kilkanaści strzał później wszystkie odgłosy chrapania dochodzące jeszcze niedawno ze śpiących wojowniów ucichły. Ze wszystkich stron lasu, na polanę wyszły ciemne postacie, ktore zaczęły sprawdzać, czy ktoś nie przezył.
- Chodź - powiedział, już normalnym głosem do złapanego Ellifane'a, wychodząc również.
Zwiadowca podszedł do jednego ze Straźników Lasu, gdyż tak nazywano doborowych łuczników z Ellaiel, i ukłonił mu się w pas. Młody adept nie usłyszał, o czym przez chwilę rozmawiali.
- Zaczynając, przedstawie się, jestem Alagor, z rodu Heleton miasta Ellaiel, dowodzący 4 oddziału sił patrolowo-dywersyjnych, kontyngentu Deltos, wysłanego na pomoc oblężonym siłom Marien - powiedział dumnie elf.
- Ellifane - odpowiedział adept z łobuzerskim uśmiechem. Z Alli...
- Wiem skąd jesteś. Ci dwaj to twoi towarzysze? - przerwał mu dowódca.
- Tak. I musimy szybko ruszać w drogę - odrzekł patrząc na wstającego Alendosa.
- Nic z tego, pójdziecie z nami do głównego obozowiska.
- Nigdzie z wami nie pójdziemy - krzyknał ludzki mag, usłyszawszy fragment rozmowy. Jestem Alendos De'albadir, arcymag miasta Marien, i nie jesteś osobą mogącą mi rozkazywać.
- Znam polecenia Nidorila - rzucił mu z lekką pogardą Alagor. Zostały zmienione. Teraz pójdziecie z nami, i o waszym losie zdecyduje Rada Wojenna Ellaiel.
- Nie ma mowy - warknął starzec. Nie powstrzymacie nas - dodał, wyraźnie nie mając pokojowych zamiarów.
- Zwiążcie go, zakneblujcie, jakby stawił opór zabijcie, nie chcemy zamieszania w szeregach - odpowiedział szybko, zdenerwowanym głosem dowódca.
Ale było już za późno. Błyskawica wypuszczona przez maga ugodziła elfa w bok.
- Spotkamy się w miejscu naszego przeznaczenia, uciekaj - krzyknął ludzki mag, wypuszczając kolejne przyciski.
Młody adept szybko odwrócił się, lecz za nim stał jeden ze zwiadowców, który mocnym ciosem powalił go na ziemię.
- Nie tym razem - zaśmiał się rosły elf. Patrz, twój przyjaciel właśnie umiera.
Ellifane patrzył przerażony, jak jedna ze strzał wbija się w bok maga, który po chwili padł na ziemię w agonii.
- Jak zginie to trudno - powiedział głośno Alagor. Oddział jeden, weźcie tego starca i idźcie do obozu Est, my z tym elfem z Alliel oraz chłopakiem pójdzimy do Nort, żegnajcie.
- Nie - warknął jeszcze Ellifane, próbując się wyrywać, jednak na nic to się zdało. Młody adept dostał tylko pałką w głowę i momentalnie stracił przytomność.
Latające wiwerny krwawo nasycały swą żądzę krwi, siejąc spustoszenia w obrębach miasta. Jedna z nich, raniona przez zdesperowanego Lot'hana padła na ziemię, gdzie w momencie dobiła ją reszta oddziału Obrońców Marien, niestety ostro już przerzedzonego.
- Uwaga, lewa flanka! - ryknął dowódca, z wgiętym nieco kirysem i zakrawioną tarczą. Trzymać szyk!
Następna poczwara uderzyła w chroniących się tarczami mieczników, powalając kilku z nich na ziemię. Jednak szybki miecz przywódcy zagłębił się w ciało mecha, i rycerz został pociągnięty w powietrze, tworząc coraz głębszą ranę. Wiwerna rozpaczliwie uderzała skrzydłami i miotała się z potwornego bólu. Dowódca twardo trzymał się swego pokrwawionego miecza, zagłębionego w trzewia bestii, która po chwili zaczęła spadać na ziemię z wielką szybkością. Obrońca, świadom bliskości śmierci puścił swą broń, mając nadzieję, że szczęście go nie opuściło i jakoś uda mu się przeżyć. Jednak twarda ziemia szybko pozbawiła go złudzeń.
- Medyka - usłyszał jeszcze krzyk, po czym zapadł się w ciemność.
Dwa stwory padły, jednak to było za mało. Tymbardziej, że przez mur pzedostały sie kolejne stwory, tym razem lśniące metalicznym blaskiem wilki, niewiarygodnym skokiem przebyły mury.
- Odwrót, na statki - ryknął głowny druid opuszczając osłone, i resztką siły wypuszczając kolejny śmiercionośny pocisk w jednego z wilków.
Mag lasu, jak i pozostali zmienił się na powrót w orła, i akurat zdążył uderzyć kilka razy skrzydłami i wznieść się w powietrze, gdy płonący pocisk uderzył w mur za nim. Katapulty wypuszczały mordercze pociski, miażdżąć bezlitośnie mury. Trzech druidów w kilka sekund przeleciało przez miasto, i stanęło tuż przed portem, gdzie tłumy ludzi usiłowały się ratować przed niechybną śmiercią w szponach mechów. Dwa wilki biegły w tą samą stronę, co chwilę rozszarpując kogoś na strzępy.
- Burza - ryknął wściekle Lot'han do swych towarzyszy, wyciągając dłonie przed siebie i zaczynając tworzyć zaklęcia. Niebo zaszło chmurami, i błyskawica trafiła w biegnącego wilka, jednak drugi szybkim skokiem wpadł na jednego z magów lasu, szybko pozbawiając go głowy.
- Nie! - waknął główny druid, patrząc jak kolejny piorun trafia w mecha, skutecznie eliminując go na zawsze z dalszej walki.
- Nie, nie uratujesz go, uciekajmy - zatrzymał Lot'hana jego towarzysz. Uciekajmy na statek, a potem musimy wrócić do Świętego Boru, i przemyśleć co dal...
W pół słowa przerwał mu okropny huk niszczonego kamienia.
- Mury padły, nieprzyjaciel w mieście - rozległ się krzyk jednego ze strażników.
Wojska orkow powoli wchodziły do miasta, zmierzajac w stronę ewakuujących się mieszkańców. Na ich przeszkodzie stało jedynie siedemnastu pozostałych rycerzy, osłaniających odwrót. Wojownicy Miażdżącej Pięśći byli daleko, jednak dopiero cztery statki odpływały, a pozostałych trzydzieści sześć kupieckich okrętów jeszcze się nie zapełniło.
- Wurda! - ryknął nagle han orków.
Armia zerwała się, i już nie marszem, lecz biegiem ruszyła w stronę ludzi. Dopiero drugi okręt postawił żagle, a pierwsza fala uderzeniowa wojaków Miażdżącej Pięśći była blisko. Lot'han, który właśnie przemienił się z powrotem w ludzką postać, zobaczywszy jak wygląda sytuacja rozłożył ręce i wyszeptał inkantację, po czym padł na ziemię z wyczerapnia. Przed hordą pojawiła się kamienna ściana, blokująca na kilka chwil przejście, jednak wystarczająco długo, aby ostatni ludzie weszli na przepełnione okręty, niebezpiecznie głęboko przez to zanurzone. Kilkanaście osób jednak nie zdążyło. Nie chciało zdążyć. Siedemnastu rycerzy, do końca broniło miasta, aby zapewnić bezpieczne wypłynięcie z portu. Gdy wojsko wroga uderzyło w nich, nie załamali się, tylko cieli swymi mieczami, i kładli wroga trupem, jednak nie wytrzymali długo, i pod naporem wroga, w końcu ostatni wojownik padł, dumny ze swych czynów.
- Niech płyną - powiedział z uśmiechem Lestias, do stojącego obok niego hana. Mają przepełnione statki, zbliża się burza, nie popłyną długo.
Szeroki uśmiech Barthoga mówił wszystko.
Ostrze też mi kiedyś ucięło Długie to chyba pisze
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
Podziwiam! Widze że się dużo napracowałeś! Ja też całego nie przeczytałem ale ten kawałek mi wystarczy by powiedzieć że mi się podoba! Czekam na next parta!
_________________ Lord Draco
"Niech Moc Cię Prowadzi"
Joined: 12 Aug 2003 Posts: 820 Location: z miasta artystow...
Posted: Sun Apr 11, 2004 8:25 pm
Jak ci si podoba, to cofnij sie o jedna zakladke w tym dziale, i tam powinno byc moje opowiadnako zatytulowane Ostrze, troche krótsze, ktore jednak zebrało wśród osób które czytały lepszą opinie
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
Joined: 11 Mar 2004 Posts: 227 Location: nowa era: Imladris
Posted: Mon Apr 12, 2004 9:28 pm
nio... dzisiaj znalazłam czas, żeby się zabrać za to twoje superdługieopowiadanko
no i muszę przyznać, że jesteś obdarzony supertalentem
naprawdę bardzo mi się podobało...
aż obgryzłam sobie paznokcie z wrażenia
moja siostrzyczka ma miejsce na forum Harry'ego Potter'a no i oni mają coś takiego jak klub pojedynków...
piszą sobie takie króciuchne opowiadanka i póżniej je ktośtam ocenia...
jest też ortografia i interpunkcja (jak dla mnie to to jest obrzydliwie dziecinne)
żeby pobawić się w małą wredną dziewczynkę z gimnazjum, napiszę, że musiałeś być troszkę zmęczony jak pisałeś końcówkę bo troszkę się czasami powtarzasz... no nie chce mi się cytować...
nie odbieraj tego jako jakiegoś 'ała'
chciałam sie tylko czegoś doczepić
ale jest genianialne...
napisz książkę to ją napewno przeczytam...
no i czekam na dalszy ciąg przygód adepta Ellifane...
Joined: 12 Aug 2003 Posts: 820 Location: z miasta artystow...
Posted: Mon Apr 12, 2004 9:42 pm
To moze cie troche zasmuce, bo od jakichs 2 miesiecy nic nie napsialem, brakuje mi motywacji... W ogole do wszystkiego mi brakuje, nie ytlko pisania Ale bywa, mam 2 strony nowego, jak juz pisalem, przeczytaj sobie Ostrze, ktore jest w drugiej zakladce tego tematu. Twoje genialne, bylo pierwszym genialne dla tego opowiadnia, ale Ostrze zebralo juz 2 Heh, zobaczymy. Dzieki, ze zauwazylas to, ze sie powtarza. Bo koncowka, to inna byla, a ja ja zmienilem, zrobie mzoe korekt niedlugo
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.