Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.
Joined: 08 Jul 2003 Posts: 10 Location: Z Rivendell
Posted: Wed Jul 09, 2003 12:15 am Moje opowiadanie o miłości
Na początku chciałam tylko powiedzieć, że opowiadania które tu będę stopniowo umieszczać znajdują się już na portalu: www.prorok.civ.pl który bardzo polecam. Postanowiłam umieścić je tutaj gdyż nie należy zawężać świata do jednej strony. Zresztą tem już je albo opoublikowali albo znają a tu nie. :wink:
Oto pierwsze z nich dotyczy trochę HP:
Tylko my jesteśmy w stanie ocenić jak wysoką cenę płacimy za nasze marzenia
I Tragiczna wiadomość:
Radosny śpiew Aschleya dał się słyszeć w całym domu. Chłopak był wciąż jeszcze szczęśliwy , gdyż wspomnienie minionego wieczora nie obudziło się jeszcze w jego duszy. Zdawało mu się, że cały wszechświat raduje się wraz nim. Oto wesoło zaćwierkały ptaki siedzące na parapecie okna wychodzącego na podwórze. Kurz uniósł się radośnie i odtańczył swój zwykły, lecz piękny taniec pełen chaosu a zarazem swobody. Promienie porannego słońca roztoczyły swe pomarańczowo-złote promienie na cała okolicę i stały się tym samym zwiastunem nowego, radosnego dnia. Zatrzeszczały stare deski podłogi jakby i one chciały uczestniczyć w panującym na około nastroju radości i wesela. W tym samym momencie podobny śpiew rozległ się w domu położonym o dwie ulice dalej. Na Priviet Drive IV obudziła się Emma. Popatrzyła na świat dokoła siebie i nie bacząc na wczesną porę, ani na to co
powiedzą rodzice, ubrała się w białą, cienką, sięgającą do ziemi sukienkę. Rozczesała długie, czarne, falujące włosy. Założyła błękitne trzewiczki i wybiegła na podwórze. Przebiegła przez ogród jakże dobrze znaną sobie drogą. Pięknie wyglądała ta jej niewinna niemal anielska postać w białej sukni pośrodku morza różnobarwnych kwiatów. Dziewczyna urwała jedną z róż i przyczepiła sobie we włosy, dobrze wiedziała jak zachwycić Aschleya. Teraz, kiedy do niego biegła, nie widziała świata poza nim. Chciała być tylko dla niego i tylko przy nim. Nie liczyli się rodzice, nie ważne było, co powiedzą sąsiedzi. Istniała tylko miłość...
...Po długiej drodze, prowadzącej jak mniemała Emma do szczęścia, nareszcie ukazał się oczom dziewczynki mały, biały, elegancki domek, który tak bardzo uwielbiała. Dostrzegła również okno wychodzące na zachód z prześlicznym widokiem na góry. Ubóstwiała ten widok, szczególnie o zachodzie słońca, kiedy siadali sobie z ukochanym na ławce pod wspomnianym oknem i patrzyli jak słońce znika za szczytami, oświetlając pięknie całą dolinę. Niezwykłym był dla nich moment, gdy ostatni jego promień gasł i pozostawało tylko wspomnienie minionego dnia. A teraz, kiedy nastał świt znów zbudziła się nowa nadzieja a wraz z nią nowe szczęście i ich miłość poczęła coraz bardziej dojrzewać. Podbiegła, więc do okna z podwójną radością i zastukała trzy razy. Nie minęło nawet kilka sekund a już przed nią stał uśmiechnięty od ucha do ucha Aschley. Chłonęła jego uśmiech, każdy jego krok i każde jego słowo jakby ktoś miał jej go na długo odebrać. I ta ostatnia myśl, jak mniemała wtenczas Emma, spowodowała burzę, która długo nie miała się skończyć. Oto jej Jedyny opowiedział o zdarzeniu, które na zawsze mogło zaburzyć ich szczęście.
-Podsłuchałem w nocy rozmowę telefoniczną-rzekł
Emma poczuła, że święci się coś niedobrego:
-A któż rozmawiał, że mi o tym mówisz?- spytała z niepokojem
-Nasi rodzice
Na te słowa swego ukochanego Emma zbladła. Wszystkie mgliste wspomnienia z przeszłości, wspomnienia do, których, nigdy nie przywiązywała większej uwagi, stanęły przed jej oczyma jak żywe. Widziała znów te nieprzyjemne spotkania swoich rodziców z rodzicami Aschleya. Widziała pioruny jakie matka wzrokiem ciskała w matkę jej ukochanego. Widziała fałsz i nienawiść pod maską pięknych słów i miłych rozmów, kiedy ze sobą rozmawiały. Widziała wielki ogień, który rozpalili pomiędzy sobą nienawidzący się ojcowie. Ogień, którego żadna woda nie zdoła ugasić. Przypomniała sobie to wszystko i zadrżawszy spytała:
-Cóż mówili, czyżby swoją nienawiścią chcieli zniszczyć to co nas łączy?
-Jak zwykle Emmo, nie mylisz się, choć może to co powiem będzie stokroć gorsze niż myślisz.
Milczała, a on zrozumiał że ból i strach jaki wywołał tymi słowami owładnął jej sercem. Mówił więc dalej.
-Dobrze wiesz, że moi rodzice nienawidzą Twoich za to jacy są. Oni są nie magiczni a Twoi wręcz przeciwnie. Lecz przyczyna tkwi znacznie głębiej. Jest coś o czym nie wiesz kochanie.
Nic nie odpowiedziała, zwróciła na niego tylko swój błagalny, pełen niepokoju wzrok czekając na odpowiedź. Miała ona roztrzaskać w gruzy to co najcenniejsze w życiu posiadła.
-Nasza rodzina ma szlachetne pochodzenie, zawsze byliśmy czystej krwi. Wszyscy nasi potomkowie byli magikami, ale sam nie wiem dokładnie co się stało, lecz ja i moi rodzice utraciliśmy zdolność czarowania. Staliśmy się zwykłymi ludźmi. Nie mamy żadnych kontaktów z magicznym światem. Nic nie jest w stanie tego naprawić. To stało się tematem drwin całego społeczeństwa czarodziejów, jesteśmy tak jakby poza nawiasem każdego z nich. Do nie magicznych należeć nie możemy, zbyt bolesne jest wspomnienie tego co straciliśmy.
-Jakże możecie żałować tego czego nigdy nie poznaliście?
-Nigdy, a wspomnienia naszych przodków. Opowieści mojego dziadka. To wszystko co za pomocą magii czynili rodzice moich rodziców. Czy nadal myślisz, że to niej boli? Pragniesz czegoś co na zawsze zostało dla ciebie utracone.
-Tak, teraz rozumiem. Mów dalej, cóż to wszystko z nami ma wspólnego.
-Właśnie w tym tkwi źródło nienawiści między naszymi rodami. Moi rodzice nie mogą ścierpieć naszej miłości, nienawidzą czarodziejów jednocześnie ich kochając. Chcą na zawsze nas rozłączyć. Wczoraj Twój tata zadzwonił do mojego. Powiedział, że jego córka nie może zadawać się z takimi jak on i że wyśle ją już niedługo do Hogwartu, nie pozwoli pisywać listów do mnie, w wakacje zerwie wszelkie kontakty, na zawsze zamknie Cię w świecie po drugiej stronie lustra. Nasze spotkania ustaną wtedy na wieczność Emi.
-A co na to Twój tata, przecież tu chodziło także o jego pochodzenia, o to co utracił, to była osobista zniewaga. Co odrzekł?
-Zaczęli się kłócić, wyzywali się a mój tata poparł Twojego tylko w tym, że należy nas rozłączyć. Powiedział, że on też nie chce by jego syn zadawał się...
Tu Aschley zamilkł nie był w stanie powtórzyć Emi tego co usłyszał ubiegłego wieczora. Tamto słowo, które wyrzekł jego ojciec już dostatecznie zraniło jego serce. Było najgorszą raną jaką kiedykolwiek mu zadano. Nie mógł dopuścić do tego by druga osoba, jemu najbliższa, do końca życia nosiła po niej znamię.
Emi zrozumiała to, i nic już nie mówiła. Razem z Aschleyem zdali sobie sprawę z tego, że jedyne co im pozostało to udać się po raz ostatni na tę ławeczkę z widokiem na góry i długo płakać nad utraconym szczęściem. Usiedli więc blisko siebie. W momencie, kiedy tysiące noży raniło boleśnie ich dusze, patrzyli na siebie. łzy jednego mieszały się z łzami drugiego. Słowa, których nikt nie wypowiedział same cisnęły się na usta. Były to słowa pełne boleści, słowa przepełnione nieszczęśliwą miłością. Nieruchome wargi mówił o cierpieniu, lecz pośród tego obrazu nędzy i rozpaczy zaświtała nadzieja bo miłość naznaczona piętnem cierpienia nie umiera, istnieje zawsze. Gdy królewna zostanie zamknięta na niedostępnej dla zwykłych ludzi wieży, pośrodku nieskończonego morza na szklanej górze; tylko miłość prawdziwa i święta jest w stanie ją uratować, tylko ona może rozkuć na zawsze ciężkie, żelazne łańcuchy zdradliwego losu.
Kiedy Aschley ze łzami w oczach ujawniał przed swą narzeczoną okrutną prawdę ptaki, które jeszcze rano radośnie świergotały nagle umilkły, po to by chwilę później podjąć śpiew. Melodia jaki wydobyła się tym razem z tych małych dzióbków była stokroć smutniejsza od marszu pogrzebowego. Słychać w niej było wycie samotnego wilka, jęk drzewa któremu rozszalały wiatr połamał gałęzie, pełen tragedii huk kropel deszczu o szybę. Kurz opadał nagle by więcej nie podjąć już swego pełnego chaosu tańca. Deski podłogi zgrzytnęły tak przeraźliwie, że dreszcz przeszył obydwu kochanków.
4 lata później
II Cierpienie i nadzieja:
Emi siedziała w sowiarni, i wysyłała kolejny list do ukochanego. Dobrze wiedziała, że odpowiedź nie nadejdzie ale nadzieja nigdy nie gasła w jej sercu. W związku z tym codziennie rano z brzaskiem wschodzącego słońca biegła na najwyższą wierzę w zamku. Tysiące listów jakie wysyłała do ukochanego zawsze powracało razem z czerwoną, złowróżebną kopertą od rodziców. Wiedziała, że cała szkoła zwraca na nią uwagę, że wszyscy wytykają ją sobie palcami. Nic ją to jednak nie obchodziło.Za nic miała ten krzyk swojej matki każdego dnia znienacka wystrzelający z czerwonej koperty, i długie echo które wiele minut jeszcze odbijało się od murów szkolnych. Była samotna jak nigdy, nadzieja nie mogła do końca jej zadowolić była tylko małą iskrą wielkiego ogniska, którego przyszłość była niepewna.
Kiedy w samotności siedziała na schodach, a księżyc oświetlał jej kruczoczarne włosy, myślała o straconym szczęściu. Bezskutecznie poszukiwała metody na odnalezienie swego ukochanego. Zastanawiała się czemu los nie pozwolił jej być szczęśliwą, a stanął po stronie nienawiści. Czemu ona była jego ofiarą. Kiedy tak czyniła tysiące wynurzeń, plątając się w labiryncie bez wyjścia, pogrążała się w coraz większej rozpaczy. Nie mogła jednak siedzieć bezczynnie i bardzo dobrze to rozumiała. Wiedziała, że jej łzy na niewiele się zdadzą, że musi znaleźć inny środek zaradczy. Mimo to nastrój zniechęcenia, który wciąż budzi w człowieku myśli o śmierci, nie opuszczał jej. Często bezsilnie leżała na ziemi tonąc we łzach, majaczyła i wrzeszczała, pogrążała się w ciemności. Nocami śniły jej się dalekie krainy - bezdrzewne i smutne. Nie było na nich ani jednego człowieka, tylko pusta i jałowa przestrzeń. Zawsze dochodziła do jej krańca i zaglądała w przepaść, by zobaczyć jedynie gęstniejący mrok. Nie było tam słońca ani księżyca z jego srebrzystymi promieniami. Pogrążała się wtedy w niepamięci , starała się nie myśleć o niczym. Wiedziała, że czy we śnie czy na jawie nigdy nie wyzbędzie się myśli o tym co utraciła. Ten monotonny obraz we śnie, ta kraina pusta i przepełniona ciemnością była obrazem jej duszy. Emma wiedział o tym, i zdawało jej się że, na próżno szuka nadziei.
Pewnej bezgwiezdnej i bezksiężycowej nocy, kiedy czarny i smutnooki sen, jak przywykła go nazywać, wziął ją w swoje objęcia, ujrzała to na co tak długo czekała. Pośród monotonni krajobrazu z marzeń sennych ujrzała kwiat - zwiędłą różę. Jakże bardzo odcinała się ona od tej wszechogarniającej ciemności, mimo że była umierająca raziła swym kolorem, jakże jaskrawym. Emma ostatkami sił zbliżyła się do kwiatu i dotknęła go. Ujęła w ręce symbol nadziei i przytuliła do serca. Nie wiedział jeszcze co ma czynić, ale wierzyła, że przyszłość odmieni jej życie. W tym momencie obudziła się i poczuła, że ogromna zmiana zaszła w jej sercu. Iskra w jej duszy zapłonęła żywiej. Na niebie w tym samym czasie pojawiły się gwiazdy a księżyc oświetlił jej włosy srebrzystymi promieniami. Uśmiechnęła się. Gdyby ją ktoś teraz zobaczył zdziwiłby się jak ogromna zmiana zaszła w tej dziewczynie w ciągu jednej zaledwie nocy. Zielone oczy niegdyś matowe, smutne i pełne nostalgii teraz ponownie nabrały blasku. Włosy zalśnił księżycowym blaskiem, usta zwykle zacięte rozchyliły się w łagodnym uśmiechu. Ruchy dziewczyny stały się żywsze jakby poszukiwała czegoś i nie miała chwili do stracenia.
Przestała wysyłać listy do Sebastiana, wiedziała, że to tylko nie potrzebnie pogrąża ją w rozpaczy. Nie widziała, co prawda, jeszcze wyjścia z labiryntu lecz coraz rzadziej trafiała na ślepe uliczki. Znalazła sobie również przyjaciółkę-Tahomę. żałowała, że wcześniej jej nie poznała. Dopiero teraz dostrzegła, że zaślepiona własnym nieszczęściem i bólem nie chciała dostrzec dłoni od dawna do niej wyciągniętej. Teraz świat ponownie zaczął się zmieniać, życie nabierało sensu a przyjaciółka rozumiała ją bez słów. Kiedy miała kryzys i jak opętana nocą latała po szkole krzycząc i wykrzykując imię ukochanego, mówiąc do niego jakby stał tuż obok, Tahoma zawsze przychodziła z pomocą i uspakajała ją. Zmieniała temat. Mówiła o rzeczach błahych, o sprawach codziennych lecz w swej prostocie pięknych. O rzeczach, które z pozoru były tylko szarą rzeczywistością, lecz za sprawą przyjaciółki od serca nabierały blasku. To ona sprawiała, że kwiaty się uśmiechały, że słońce promieniało radością, że wiatr śpiewał radosne pieśni, a drzewa i rzeki szumiały o pięknie wszechświata. Emma uwielbiała swoja przyjaciółkę, to do niej szła w chwilach największego zwątpienia w sens życia. Uśmiechała się nawet, kiedy nieszczęście pożerało ją całą, tylko dzięki Tahomie.
Nie mogła jednak cały czas odsuwać od siebie tamtych bolesnych myśli, nie mogła uśpić w sobie do końca nieszczęścia bo przecież nadzieja nigdy nie umiera. Zwierzała się często Tahomie, lecz nigdy nie mówiła o swoich dążeniach do odzyskania miłości swego życia. Czas było otworzyć przed nią swą duszę, zwłaszcza, że odnaleziona we śnie róża trochę rozwinęła swe pąki .Należało czynić kolejne kroki, by dojść do celu. Emma powiedziała koleżance o tym co do tej pory ukrywała i długo potem patrzyły sobie w oczy. Wiedziała, że tamta jak ona poszukuje teraz sposobu by jej pomóc. Dłużej teraz przebywały razem niż zwykle. Prawie każdą wolną minutę poświęcały sobie. Rozmawiały niewiele. Emma wiedziała, że każda z nich podąża tą samą drogą, szukając środka do osiągnięcia celu.
Pewnego wieczoru Tahoma wróciła do demenatorium Gryffindoru z radosnym uśmiechem na twarzy i nic nie mówiąc pociągnęła Emi za sobą w stronę biblioteki. Otworzyła jakąś starą grubą księgę z działu " zakazanych" i przeczytała notatkę, która sprawiła, że róża ze snu Emi stała się jeszcze piękniejsza i bardziej czerwona. Oto jakie zbawcze słowa, zawierały te stare, dawno zapomniane przez ludzi stronice:
"Na pograniczu życia i śmierci tam znajdują się wrota łączące dwa światy Czarodziejski ze zwykłym. Tę właśnie drogą powinien podążać zagubiony wędrowiec. Człowiek, który utracił coś w świecie zwykłych, nie magicznych ludzi tylko tam odnajdzie swój skarb. Lecz droga ta wiedzie przez wiele niebezpieczeństw. Jest drogą pełną cierpienia... gdy mocno chce się dojść do celu by odzyskać to co się straciło, wszelkie cierpienia nie mają znaczenia...Jeżeli chcesz wejść na tę ścieżkę musisz udać się w kierunku wschodnim, tam gdzie początek bierze wszelkie życie, tam gdzie wschodzi słońce. Idź prosto nie bacząc na nic, w naturze szukaj pomocy. To ona wskaże Ci prawidłową drogę"
Emi poczuła jak radość ogarnia jej serce. Wydawało jej się, że już jest u celu. Widziała jego twarz. Czuła, że nie ma znaczenia jak wiele niebezpieczeństw czyha na nią na tej drodze. W tej chwili liczyło się tylko szczęście, które miało nadejść. Wiedziała ,że tylko ciężka praca daje dobre owoce, i właśnie w tej chwili to powiedzenie stało się mottem jej wędrówki. Popatrzyła na przyjaciółkę z taką radością, że cała jej postać wydawała się w tej chwili anielska. Bił od niej blask, emanowała radością i szczęściem, pięknem, którego nic nie jest w stanie zapeszyć. Uściskała przyjaciółkę i wybiegła z biblioteki. Nie zastanawiała się nad tym że nie ma jedzenia, że na sobie ma cienką, letnią, błękitną sukienkę. Ważna była tylko droga ku zbawieniu.
Tahoma zatrzymała ją. Miała łzy w oczach nie tyle z powodu szczęścia koleżanki co z jej utraty, gdyż przeczytała coś czego tamta już nie usłyszała. W tej książce pisało, że osoba, która dojdzie do celu na zawsze będzie już musiała pozostać na pograniczu tych dwóch światów ze swym odnalezionym skarbem. żałowała właśnie tej utraconej przyjaźni i szczęścia, którego nie zobaczy na twarzy swej przyjaciółki. Dogoniła ja teraz by powstrzymać ją od tego szaleńczego biegu i pomóc przygotować się do podróży. Przede wszystkim jednak pragnęła po raz ostatni z nią porozmawiać, zobaczyć jej szczęście i zapamiętać dobrze jak wyglądała jej najlepsza bratnia dusza w życiu:
-Emmo-rzekła spokojnie i cicho-Poczekaj musisz się przygotować do tej podróży, byś mogła pokonać trudności jakie czekają Cię na tej pełnej niebezpieczeństw drodze.
-Nie mogę czekać, być może on umiera z nieszczęścia. Muszę dojść na czas
-Przyjaciółko droga odrobinę rozsądku. Jeżeli pójdziesz tak jak teraz to z pewnością zginiesz gubiąc tym samym i siebie i jego. Ponadto Twoi rodzice w nieszczęściu po Twojej stracie powiedzieliby jego rodzicom o tym, że nie żyjesz, mszcząc się w ten sposób. Choć pomogę ci przygotować się do wędrówki.
-Więc chodźmy byle szybko, bo nadzieja nie może czekać zbyt długo, gdyż grozi jej śmierć.
-Nie Emmo, nadzieja nie umiera nigdy.
I po tych słowach obie ruszyły na górę, trzymając się za ręce a każda z nich myślała o drugiej. Teraz i Emma zaczęła odczuwać ból po stracie najbliższej przyjaciółki:
"Niby parę sekund dzieli mnie od drogi, która doprowadzi mnie do szczęścia- Aschleya. Z drugiej strony trące w życiu najlepsza przyjaciółkę. Ona na własną zgubę wskazała mi drogę ratunku"- myślała.
Emma miała więc przeczucie, że nigdy już nie ujrzy Tahomy. Musiała porzucić przyjaźń w imię świętej, romantycznej miłości. Kiedy była już gotowa do podróży, pożegnała przyjaciółkę prędko, gdyż nie chciała przedłużać w nieskończoność tego smutnego pożegnania. Choć szła w stronę szczęścia, najbardziej umiłowanego w swoim życiu płakała nad stratą innego szczęścia. Odeszła szybko kierując się w stronę wschodu. Kiedy była na szczycie najbliższego wzgórza obróciła się raz jeszcze w stronę przyjaciółki i gorzko zapłakała. Potem ruszyła dalej. Tahoma widziała z daleka dość długo jeszcze drobną lecz piękną, małą lecz "wielką" sylwetkę przyjaciółki. Zniknęła jej z oczu wraz z ostatnim promieniem zachodzącego słońca.
***
Aschley całymi dniami, odkąd opuściły go wszelkie radosne uczucia i nadzieja umarła w jego sercu, siedział na ławce przed oknem swego pokoju i patrzył w słońce. Nie widział przed sobą żadnej przyszłości, niczego czemu mógłby poświęcić swoje życie. Pamiętał jak wszystko na co niegdyś patrzył było uosobieniem jego ukochanej. Tak chmury były jak jej oczy, łagodne i wesołe. Trawa szumiała jak suknia gdy potajemnie przemykała się do niego. Przez słońce widział jej uśmiech a promienie księżycowe i ciemna noc były odzwierciedleniem jej włosów. W posągu Wenus, stojącym w ogrodzie, widział jej twarz. Była dla niego zachodem i wschodem słońca. To ona sprawiała, że przez mrok smutku zawsze przebijał się promień światła. W złych chwilach towarzyszył mu jej uśmiech, a w zwątpieniu jej słowa były balsamem dla duszy. Lecz cóż miał teraz począć, gdy cale życie przestało mieć sens. Już nie widział jej uśmiechu w obliczu słońca ani rysów jej twarzy w rzeźbie Wenus. Wręcz przeciwnie, teraz nie mógł na to wszystko patrzeć, gdyż przysparzało tylko bólu i cierpienia. Nie mógł jednak oderwać wzroku od gór i zachodzącego słońca. W tym widoku, niegdyś ostatniej ostoi radości Aschley topił swoje smutki. Pogrążony we własnym nieszczęściu, zapomniany przez wszystkich przyjaciół, wyśmiewany przez rodziców, którzy za wszelką cenę starali się sprawić by zapomniał o Emi, musiał żyć. Twarz jego zbladła, oczy się zapadły, schudł niemiłosiernie. Tak żył na granicy życia i śmierci. Zdawało mu się, że na próżno czeka na jakieś zbawienie. Nie chciał umierać sam nie wiedział co utrzymywało go przy życiu. Często odnosił wrażenie, że ktoś do niego mówi, lecz nie wierzył, by nadzieja mogła powstać z martwych. Chory z miłości patrzył więc wciąż na ten sam widok pogrążając się w nostalgii i bolesnych marzeniach o przeszłości. Trwał tak jak samotny wędrowiec, który raz zgubiwszy drogę nawet nie próbuje jej odnaleźć. Lecz nie wiedział, że nieszczęście jego zaczyna powoli przeistaczać się w nadzieję. Nie wiedział nic o zwiędłej róży, która ponownie zaczynała rozkwitać .
III Wędrówka:
Droga jaką podążała była długa i kręta. Dziewczyna raniła sobie nagie stopy na ostrych odłamkach skalnych. Krwią naznaczała swoją drogę. Nie wiedziała ile przeszła ale serce mówiło jej, że znacznie posunęła się na przód. Choć najgorsze niebezpieczeństwa były dopiero przed nią, nie traciła wiary w lepszą przyszłość. Rankiem szła cały czas na wschód, a w nocy towarzyszyła jej zawsze jedna, jasna gwiazda. Ta gwiazda, która swym światłem wskazywała dziewczynie drogę i dodawała otuchy, stała się jej przyjaciółką. Kiedy tak szła samotnie przez ten kraj pusty i bezludny, niemal taki jak w jej czarnym śnie, to do niej kierowała wszystkie swe myśli. To jej zwierzała się ze swoich problemów i opowiedziała całe swoje życie. Często utożsamiała ją z Tahomą, czasami nawet zdawało się jej, że to ona uśmiecha się do niej, i widziała jej pogodną twarz.
Droga stawała się coraz trudniejsza a jedzenia ubywało. Z czasem napojem dla Emi stała się tutejsza woda a pokarmem owoce, które w tych krainach coraz rzadziej się zdarzały a jeżeli były to wysuszone, zgniłe lub pozbawione smaku. Emi jednak z całej duszy dziękowała Bogu i naturze za to co jej dawały. Na ścieżce, którą podążała, coraz częściej pojawiały się ciernie. Niemiłosiernie kaleczyły jej stopy i często raz wbite nie chciały ich opuścić .Dziewczyna coraz bardziej opadała z sił, nawet słońce zaczęło sprawiać jej ból swoim żarem. W pobliżu nie było nic co mogło by stanowić przed nim ochronę .Jeżeli znikało za chmurami to wnet zaczynał padać rzęsisty deszcz. Robiło się chłodno a dreszcze przenikały dziewczynę od stóp do głowy.
Słońce stało w zenicie. Był środek lata więc temperatura sięgała czterdziestu kilku stopni. Emi z trudem czołgała się, chciało jej się pić a wody nie znajdowała od jakiegoś tygodnia. Była na pustyni. Wycieńczona i głodna upadła na gorący, parzący ciało piasek i czekała aż nadejdzie noc by choć trochę orzeźwić ją swym chłodem. Ale noc nie nadeszła ani teraz ani później. Trzeba było iść dalej. I właśnie wtedy u kresu wycieńczenia Emi przypomniała sobie o różdżce ukrytej na samym dnie tobołka. Starała się przypomnieć sobie jakieś zaklęcie. Nie była w stanie. Zmęczenie brało nad nią górę. Zwróciła więc błagalne oblicze w stronę nieba i upadła zemdlona na piasek.
Ocknęła się i poczuła, że przypomniała sobie kilka pożytecznych zaklęć. Z radością w jasnozielonych oczach podziękowała Bogu za łaskę, a słowa które wtedy wyrzekła mogłyby stać się nową modlitwą:
"O Boże, który dałeś nam życie
O Boże, który zesłałeś na nas los by srogo nas doświadczył
O Boże, który umiłowałeś wszystko począwszy od małej pszczółki do człowieka.
za to, że w obliczu nieszczęścia i utraty wszelkiej nadziei wsparłeś mnie
za to, że natchnąłeś mój umysł gdy byłam już na skraju śmierci
za to, że ambrozją poczęstowałeś człowieka
za to, że uczyniłeś cud, dzięki któremu przetrwa miłość
za to, że obsypałeś łaską właśnie mnie spośród tylu innych cierpiących
za to, że odnalazłeś na tej pustyni samotności i cierpienia w godzinie potrzeby
dziękuję Ci"
Chwilę później dziewczyna poszukująca swojego przenaczenia już wyczarowała kubek wody i jedzenie. Wiedziała, że to jej nie nasyci lecz zapobiegnie śmierci. Podczas bezksiężycowych nocy oświetlała sobie drogę czarodziejskim niebieskim płomykiem. Za pomocą różdżki rozpalała również ognisko. Ten magiczny przedmiot wskazywał jej również miejsca, gdzie znajdowała się woda i pożywienie. Musiała co prawda zbaczać z drogi, lecz za pomocą czarów równie łatwo ją odnajdowywała jak gubiła.
Jednak ten etap wędrówki powoli się kończył. Setnego dnia swojej podróży dziewczyna przekroczyła siec pajęczą, uplecioną przez ogromnego czarnego włochatego pająka o bursztynowy groźnych ślepiach. Znalazłszy się poza siecią ogarnął ją mrok. Była w krainie do której nigdy nie dotarł promyk światła, tam gdzie wiele niebezpiecznych stworzeń czyha na wędrowców ,w miejscu z którego niewielu wyszło żywych. Już na początku na Emmę spadła plaga. Gruba pajęczyca oblała ja ciemnozieloną, lepką mazią wżerającą się do ciała. Dziewczyna doznała bardzo poważnych obrażeń. Rany piekły ją jak ogień lecz ona nie zwracała na to większej uwagi, gdyż przed oczyma wciąż miła szczęście jakie czeka ją u kresu wędrówki. Od czasu modlitwy ani razu nie pomyślała o klęsce, nie dopuszczała do siebie myśli, że coś może pójść nie tak. Liczyła się z ranami i innymi ciężkimi obrażeniami, ale nie ze śmiercią, nie z porzuceniem nadziei. Szła bez wytchnienia i tylko wtedy oddawała się pod opiekę snu, kiedy nogi same odmawiały jej posłuszeństwa a przed oczami migały kolorowe plamy.
Doszła do jeziorka, położyła się na chwilkę by odpocząć .Pozwoliła wiatrowi swobodnie pohulać po twarzy. Chciała poczuć ten świeży i łagodny powiew, który da wytchnienie, sprawi, że będzie miała siłę by podążać dalej. Lecz kiedy tylko siadła zobaczyła zbliżającego się w jej stronę bogina pod postacią demenatora. Odsunęła od sobie jak najprędzej tę myśl. Ku jej przerażeniu nie był to bogin lecz prawdziwy demenator. Krzyknęła. Chciała sięgnąć po różdżkę, lecz było już za późno. Poczuła jego obecność. Wżerał się do jej podświadomości. Chciał dotrzeć do jej duszy, odebrać to w co wierzyła, zatracić ją, zgubić i zniszczyć. Ale wiedziała, że nie może mu się poddać myślała więc tylko o Aschleyu. Nie mogła go porzucić teraz gdy zaszła już tak daleko, nie mogła pozwolić by dekadentyzm zniszczył go do reszty. Trzymała się mocno tej ostatniej deski ratunku, ale potwór nie dawał za wygraną. Poczuła jak jej serce lodowacieje, jak mieszanina wszystkich negatywnych uczuć wżera się w jej serce. Poczuła, że śmierć nadchodzi. Widziała jej bladą twarz, która nie ustąpi, twarz skąpca, który nie odpuści swojemu dłużnikowi, twarz nieustępliwą. Krzyknęła, szarpała się i wciąż powtarzała jego imię. Nadzieja, która przez czas całej tej wędrówki tak bardzo rozrosła się w jej sercu, sprawiła, że ten krzyk przeraził demenatora. Złowrogi potwór znikł, a zmęczona tę walką Emma upadła na twarde skały. Z jej skaleczonych dłoni pociekła krew. Wyglądała jak męczennica, która tutaj poświęcała się w imię miłości.
Wiele jeszcze potworów i demonów spotykała na tej drodze, ale żaden nie mógł równać się z tym pierwszym najsilniejszym i najgroźniejszym.Za każdym razem gdy na jej drodze pojawiało się niebezpieczeństwo radziła sobie tak jak w pierwszym przypadku - siła miłości przezwyciężyła najgorszy strach a cierpienie tylko umacniało jej uczucie.
"Wraz ze wszystkimi strasznymi i niebezpiecznymi przygodami coraz bardziej wierzę w to, że dopiero teraz on będzie w stanie docenić w pełni co do niego czuję. Przez to cierpienie moja miłość staje się doskonała, a u kresu drogi zajaśnieje pełnią chwały, stanie ponad wszystkie inne uczucia, porazi swą świętością najbardziej religijnych ludzi. Stanie się mitem. Każdy będzie pamiętał o tym poświeceniu. Nikt jej nie będzie miał nic do zarzucenia bo stworzy ją samo piękno."- myślała za każdym razem kiedy musiała stawić czoło groźnym przeciwnościom losu. I wierzyła w swoje słowa, jak nigdy . Im bliżej celu tym większą radością, mimo wszystkich przebytych cierpień, napełniało się jej serce.
I tak dotarła do kresu swej podróży,- Wielkiego Morza. Ujrzała tam jednorożca. Jeszcze nigdy nie widziała zwierzęcia tak pięknego i szlachetnego. Musiał być Królem Królów wśród swojego gatunku. Jego sierść mieniła się wszystkimi barwami tęczy. Zarżał radośnie i lekko jakby wcale nie czuł ziemi pod stopami "przyfrunął" do Emmy. Pochylił łeb a ona onieśmielona weszła na jego grzbiet. Przygnębiająco lecz pięknie wyglądała ta drobna wysoka i piękna dziewczyna, doświadczona przez los, dotknięta wszelakimi plagami natury, na grzbiecie tego pełnego królewskiego majestatu wierzchowca. Jego srebrzysta grzywa lśniła w słońcu . Pomknął rozpryskując kopytami morskie fale w kierunku wchodzącego słońca.
IV Spotkanie:
Fale rozstępowały się przed biegnącym Królem Koni z dziewczyną na grzbiecie, która całe życie poświeciła w imię miłości. Długo trwał ten ostatni etap wędrówki, lecz tutaj było już tylko samo szczęście. Nadzieja zamieniła się w radość i pewność, bo oto wiele dni podróży uwieńczonych zostało zwycięstwem. Teraz już nic nie mogło zmącić szczęścia Emmie i jej ukochanemu. Tymczasem jednorożec właściwym sobie lekkim truchtem odnalazł wyspę pośrodku morza, na której dziewczyna odnaleźć miała tego dla którego poświeciła siebie. Jednym susem zwierzę znalazło się na wyspie. Piasek rozprysnął na około, i mienił się jak złoto w blasku wschodzącego słońca. Dziewczyna zeskoczyła i wzrokiem podziękowawszy jednorożcowi ruszyła już teraz nie bacząc na nic w głąb wyspy, by odnaleźć swój skarb. Doszła do szklanej prostopadłej ściany, która przypominała ogromne lustro. Wydawało jej się ,że w tej budowli znajduje odbicie całego swojego życia. Przed jej oczyma przelatywały wspomnienia. Zobaczyła ponownie swa przyjaciółkę Tahomę, widziała rodziców i trasę jaką niedawno przebyła. Wyjęła różdżkę a potem było tylko jasne światło, tak jasne jakie musi być w niebie gdy przekracza się bramy Raju. Długo stała tak w tej jasności a wszystkie piękne i wzniosłe uczucia rządziły wtedy jej sercem. W efekcie ujrzała Go. Po tylu latach wyczekiwać i udręki, po tylu cierpieniach nareszcie mogła wyciągnąć do niego rękę, usłyszeć jego słowa, poczuć smak jego ust. Upadła mu do stóp a on rosił jej rany łzami. Miłość sprawiła, że dziewczyna znów stała się piękna. Ślady przebytych cierpień zniknęły bez śladu. Jej sylwetka przypomniała teraz Aschleyowi boginię. Włosy jaśniały nadziemskim blaskiem, rozwiewane delikatnie przez lekkie podmuchy wiatru. Oczy wyrażały nieskończoną miłość do niego. Oboje jednak nic nie potrzebowali mówić, gdyż rozumieli się bez słów. łzy, które równocześnie trysnęły z ich oczu stały się wystarczającym dowodem na to co przeżywali przez tak wiele lat. Treść ich rozmowy wyrażała się w gestach i słowach, uśmiechach łzach i cierpieniu przez jakie przeszli. Teraz tu na tej samotnej wyspie, na pograniczu dwóch światów mieli dożyć końca swych dni, przeżyć to czego nie dane im było zaznać przez tak wiele lat. Nie mieli nikogo, byli tu sami lecz im nic więcej nie było do szczęścia potrzebne. Teraz była tylko radość, której żaden język świata nigdy w pełni nie wyrazi. Szczęście towarzyszyło im każdego dnia gdziekolwiek szli. Znów mogli siadywać razem na ławce, lecz tym razem patrzyli na morze. Nie myśleli już o niczym prócz siebie.Za dużo cierpień przeszli, zbyt daleką drogą musieli podążać by się odnaleźć, by teraz troszczyć się o innych. Każda chwila, każda sekunda była teraz dla nich wiecznością. Zdawało się, że wszelkie piękno wszechświata zawitało na tą wyspę. Róża ze snów Emi w pełni rozkwitła i aż raziła swym pięknem, zaś swą nienaturalną czerwienią budziła zachwyt.
***
Jednak śmierć, nieubłagana Czarna Pani musiała okryć swym płaszczem nawet te parę kochanków. Zawitała więc pewnej nocy i do tej krainy ostoi piękna, radości i symbolu poświęcania. Zabrała Emi daleko, daleko poza granice czasu i rozumu - do Raju. Aschley zrozumiał, że teraz on będzie musiał cierpieć.
V Oczekiwanie:
Siedział już tysiąc lat, wciąż piękny i młody na skale nad brzegiem morza, koło zawsze jednakowo świeżego i cudownego, boskiego ciała Swej Ukochanej. Trzymał w swej ręce jej dłoń. Czuł jak wiatr porusza białą suknią w którą była odziana. Miał przed sobą jej oblicze i uśmiech, który na zawsze zamarł na jej martwej twarzy .Cierpiał bardzo bo ona była tam "gdzie wzrok nie sięga". Pozostały tylko wspomnienia, których nie sposób było ponownie powołać do życia. Martwa twarz patrzyła na niego lecz nic nie mogła powiedzieć, usta nie dokończyły ostatniego słowa. Włosy delikatnie rozwiewał wiatr, jakby chciał powołać ponownie do życia to nieżywe już ciało. Szum morza wciąż śpiewał o stracie a muzyka jego sprawiała, że cały wszechświat litował się nad tę parą kochanków lecz nie mógł nic zrobić. Fale rozbijały się o brzeg i wznosiły swą pieśń żałobną wysoko ponad chmury. Drzewa szumiały i utrwalały wszystkie przemijające chwile w księdze życia. I kiedy tak nocami i dniami przy blasku księżyca i promieniach słońca, Aschley czuwał, wciąż słyszał słowa, które wyrzekła do niego ukochana w godzinie śmierci:
"Tylko w milczeniu słowo
Tylko w ciemności światło
Tylko w umieraniu życie
na pustym niebie jasny jest lot sokoła"
VI Śmierć:
Słyszał je cały czas, nie dawały mu spokoju i pamiętał o nich nawet wtedy, gdy wreszcie śmierć po dwóch tysiącach lat samotności zlitowała się nad nim i okryła swym czarnym płaszczem by przenieść go poza granice czasu i rozumu do Raju.
Źródła:
"Tylko w milczeniu słowo
Tylko w ciemności światło
Tylko w umieraniu życie
na pustym niebie jasny jest lot sokoła" (Urszula K. Leguin "Czarnoksiężnik z archipelagu")
" Sięgaj gdzie wzrok nie sięga".("Oda do Młodości A. Mickiewicz)
"Tylko my jesteśmy w stanie ocenić jak wysoką cenę płacimy za nasze marzenia"(Paulo Coelho "Nad brzegiem rzeki Piedry usiadłam i płakałam")
_________________ Serce dla serca a miłość dla wszechświata
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum You can attach files in this forum You can download files in this forum