Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.
Nadeszło Ekwinokcjum.
Ludzie, elfy oraz inne rasy bały się tego święta, każdy z nich wiedział, iż nadszedł czas kiedy wszystkie kwiaty, rośliny i drzewa będą umierać. Wiedzieli, że nadeszła ta jedyna noc gdy dusze zmarłych będą się budzić i ingerować w ich życie. Starano się szybko skończyć swą prace i udać do swoich domostw, by tam w spokoju przeczekać noc. Całe miasto Erynn było tego wieczoru ciche poza jednym miejscem, znajdującą się na wzgórzu tawerną o nazwie „Czarnego konia”. Tuż przy wejściu siedziała dwójka mężczyzn pochłonięta rozmową.
- Nie wiem co w tym święcie jest takiego strasznego. Kończą się dobre pory na uprawę, fakt. Ale cóż to ma do rzeczy? Dlaczegoż każdy wymyśla jakieś brednie o strachach? Przecież, jak powszechnie wiadomo potwory nie zbliżają się do wielkich miast. – powiedział człowiek o potężnej posturze o młodych i szlachetnych rysach.
- Brednie, brednie, jeszcze raz brednie masz racje Renn – zawtórował mu drugi mężczyzna o jasnych włosach i zalotnym wąsiku, posiadający imię Dunne – przecież nic nie znaczy całe to święto, jest zupełnie jak inne tylko, że ludzie coś boją się wychodzić z chałup. My za to jesteśmy zawsze tacy sami, no nie? Święto, nie święto my mamy prace, ja gospodarstwo, ty wojsko i wszelkie inne, a potem zabawę! – mówiąc to człowiek uśmiechnął się do dziewczyny, która podeszła właśnie do stołu z piwem, które parę minut wcześniej zamówił.
I tak dwaj mężczyźni spędzili swój wieczór na rozmowach. Jednakże gdy już odchodzili od stołu i zbliżali się ku wyjściu, ukazała się im smukła postać odziana w czarną pelerynę, mająca twarz ukrytą pod kapturem.
- Słyszałem waszą rozmowę, naprawdę jesteście pewni, że to o czym mówicie jest prawdą? – mówiąc to można było usłyszeć drwinę w jego głosie – czy myślicie że to bajki, które opowiada się niesfornym dzieciom przed zaśnięciem?. Może stwory nie wkroczą, ale i tak coś może się wam przytrafić...
- Kim jesteś? Czego od nas chcesz? – zapytał się Renn i dyskretnie chwycił miecz gotowy w każdej chwili do ataku.
- Czego ja chce? O nie, czego my chcemy... – mówiąc to nieznajomy zaczął się śmiać i zagwizdał.
Nie wiadomo skąd pojawili się osobnicy ubrani podobnie jak tajemnicza postać. Wskoczyli do tawerny panicznie się śmiejąc. Renn ze swoim kompanem nie czekając co z tego wyniknie wydobyli swe miecze. Trzej zakapturzeni widząc do czego zamierzają doskoczyli do nich i zaczęli walczyć. Renn mimo swojej postury nie mógł nic zrobić, osobniki były od niego szybsze. Odparowywał ciosy jak tylko mógł, jednak nie był dość silny by się przeciwstawić. Gdy chciał zadać cios swemu przeciwnikowi poczuł na swej twarzy coś mokrego. Kiedy usuwał z twarzy ciekłą ciecz zauważył na swej ręce krew. Zdał sobie sprawę, że była to krew jego towarzysza. Ogarnięty rozpaczą wydał z siebie groźny okrzyk i zaczął atakować z furią sprawców śmierci przyjaciela. Sam nie zauważył, że z trzech którzy go otoczyli został już tylko jeden. Człowiek otoczony był ze wszystkich stron krzykiem i płaczem. Osobnicy nikogo nie szczędzili, a ich przywódca – ten, który rozmawiał z nim stał w przejściu i tylko patrzył co wyrabiają jego podopieczni. Jednak Renn nie mógł się poddać, przecież miał rodzinę, chciał żyć. Zaatakował ostatniego wroga. Wydawało mu się, że był on jakoś dziwnie słaby, więc korzystając z okazji przygwoździł wroga do ściany. Postać wyrywała się, chciała krzyczeć jednak nie mogła, bo Renn zasłonił jej usta. Chcąc wyjść bez większego szwanku z tej przygody wyjął sztylet i przyłożył go postaci do krtani, następnie zawołał do pozostałych, którzy dobrze się bawiąc zabijaniem nie zauważyli wcale zaistniałej sytuacji.
-I co teraz? –zawołał – chcecie, żebym go zabił czy opuścicie to miasto i już więcej tu nie wrócicie...? Ostrzegam ja nie żartuje, już dosyć krwi przelaliście - po wypowiedzeniu tych słów zauważył, że osobniki ustąpiły.
Niepostrzeżenie wszyscy obecni w tawernie usłyszeli z daleka okrzyki. Osobnicy zaczęli szybko gromadzić się wokół Renna
- Albo ją puścisz albo zemszczę się na całej twej rodzinie. Opuszczając sztylet zagwarantujesz im przeżycie... – usłyszał od przywódcy rabusiów.
Tętno kopyt słychać było już coraz bliżej.
Renn wolał swe ostatnie chwile spędzić w domu przy bliskich, lub w wojnie, ale nie tak marnie jak w danej sytuacji. Nagle postać którą trzymał wyszarpnęła się. Renn nie mógł jej ponownie schwycić, jednak udało mu się zrzucić kaptur z głowy postaci. Sam nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.
Wojsko obronne miasta już się zbliżało. Osobnicy zaczęli uciekać łącznie z osoba, którą przed chwilą trzymaj jako zakładnika. Na pożegnanie postać odwróciła się. Spojrzał na jej twarz, nadal nie wierząc, że to się dzieje naprawdę. Gdy w końcu otrząsnął się z szoku, postaci nie było nigdzie w pobliżu. Został sam wśród zabitych. Stał tak w kałuży krwi, gdy do tawerny wbiegła pomoc. Renn nie był w stanie nic powiedzieć. Główny kapitan widząc go rannego i chwiejącego się podbiegł, w samą porę by uchronić go przed upadkiem.
- Kto to był? Wiesz kto urządził ta masakrę?
Ranny wysilił się na wypowiedzenie tych ważnych i bardzo istotnych słów
- To były...to były elfy.... – poczym Renn aep Beonne, syn głównego dowódcy wojska całego państwa stracił przytomność, nadal jednak nie wierząc, że tymi sprawcami rzezi były właśnie te elfy, które były zawsze po ich stronie.
Ta właśnie noc stała się początkiem końca. Nic już nie mogło być takie jak dawniej...
***
Sprawa, która wydarzyła się w tawernie uzyskała ogromny rozgłos. Ku wielkiemu zdziwieniu, nie była to jedyna napaść tej nocy. Można powiedzieć, że elfy wypowiedziały wojnę wszelkim rasą, a w szczególności ludziom. Zdawano sobie sprawę z wynikającego zagrożenia. Dwa dni po fakcie władca królestwa Irees zwołał specjalne posiedzenie, na którym znaleźli się wszyscy najważniejsi i najbardziej oddani ludzie służący państwu. Można było spotkać wśród nich: kanclerza Ergrina Tussei, czarodzieja Herima Orium, oraz Igla aep Beonne, dowódcę wojsk państwa.
Igl był człowiekiem zupełnie nie wyglądającym na swój wiek. Zazdroszczono mu siły, krzepy, którą odznaczał się w całym państwie, oraz męstwem, które nieraz już udowodnił. Ubrany był w jasno srebrną zbroję, a na twarzy widniało mu zacięcie i powaga. Właśnie teraz nastały czasy, gdy już nikomu nie można będzie wierzyć – pomyślał – przecież było tak dobrze, co mogło się wydarzyć? Nagle w sali konferencyjnej usłyszano trąby zapowiadające pojawienie się władcy na sali. Wszystkie osobowości padły na kolana oddając hołd swemu władcy. Król państwa Irees – Mawern Loes znany był ze swojej porywczości, zawzięcia i karania nie posłusznych mu poddanych. Jednak cechą, która najbardziej za nim przemawiała była nienawiść do obcych ras.
- A więc po raz kolejny dzieci lasu nas zawiodły. Jak mogłem być tak nieodpowiedzialny i zezwolić im na przebywanie na terenie mego królestwa? – mówiąc to wybuchnął prawdziwym gniewem – mówiłem, aby wykończyć tą marną rasę ,ale powstrzymaliście mnie!.
- Królu przecież wiesz, że elfy obiecały nam wieczysty pokój – przemówił kanclerz – wiedzieliśmy, że jest ryzyko, ale trzeba było je podjąć...
- Takie ryzyko? Nie, na takie ryzyko nie mogliśmy zezwolić. W obecnej chwili widać to bardzo dobrze. Elfy zawiodły nas dwa lata temu w bitwie o nasz kraj, obiecały pomoc - wiedziały, że sami byśmy nie dali sobie rady. Gdyby nie wojska Aredil zostalibyśmy zrównani z ziemią! Nasz kraj przestałby istnieć. Jednak wy – moi zaufani poddani przekonywaliście mnie, by dać tej plugawej rasie szansę. Teraz poznają mój gniew...
- Królu zamierzasz zaatakować elfy? – teraz głos w sprawie zajął Igl – nikt nie podejmie się aż tak ważnej misji.
- Igl, przyjacielu zdaję sobie sprawę z powagi wiem jakie mogą być tego skutki, jednak nie mogę pozwolić na takie zdarzenia. Mój lud liczy na mnie, nie mogę go zawieść. Zresztą, przemyślałem to już i postanowiłem przywołać do siebie najbardziej ze znanych nam grup wojowników. Mam na myśli oczywiście Karent. Na sali zagościł cichy szum. Większość zgromadzonych tu osób wpadła w osłupienie.
Hanza Karent znana była z wielkiej siły, wszędzie tam gdzie odbywała się jakaś ważna wyprawa można było ich znaleźć i o dziwo: zawsze odnosili zwycięstwo. Grupa składała się z dziewięciu silnych i odważnych mężczyzn. Posiadali oni tylko jedną wadę, byli bardzo bezwzględni. żadna z ich walk nie mogła obejść się bez ofiar.
- A więc postanowione – przemówił król – Karent oraz grupa ochotników za cztery dobry zaatakują siedzibę elfów.
****
Na wschodzie państwa znajdowała się siedziba elfów. Od wielu lat żyło się tu dobrze, bez większego rozgłosu. Elfy zakładały swe rodziny, zajmowały się własnymi sprawami. żyły jak inni. Nie ingerowały w sprawy ludzi – tych, których nie darzyli zbytnio większą sympatią. Przybyli tu przed laty zza gór Tegos, by uciec przed niedostatnim życiem, które gwarantował im pobyt w tamtych regionach. Przywódcą oddziałów był Ceres Horlinis, jednak zmarł po samym przybyciu. Jego miejsce zajął syn o imieniu Ashura. Sprawował swe stanowisko dobrze, ale kochał się w wszelkiego rodzaju wędrówka i walkach. Dlatego też często się na nie udawał. To właśnie on był sprawcą wypadków ludzi. Nie miał ku temu większych powodów, nawet bawiło go odbieranie życia innym. Jego żona Kartis była również jak jej mąż - młodą i porywczą osobą. Zawsze towarzyszyła mu w wyprawach. Oboje teraz rozmawiali w swej siedzibie znajdującej się w centrum ich miasta – Seiden. Nie mogli wiedzieć, że właśnie w tej chwili w ich stronę zbliżała się duża ilość ludzi pędzących na koniach z widocznym na twarzy zadowoleniem i pewnością siebie.
- Czy ten człowiek coś Ci zrobił? – zapytał się Ashura
- Na szczęście nie... przeraziłam się nie wiedziałam co zrobić gdy mnie schwycił – tutaj dotknęła swego gardła – pierwszy raz widziałam tak silnego człowieka, jednak nie widać było, że zrobił to specjalnie. Nie zabił by mnie, nie byłby do tego zdolny.
- Nie broń go. Wiesz przecie jacy są ludzie. Oni nie pomścili by nawet swojego brata. Tchórze nie będący w stanie chwycić porządnie oręża w swe ręce. Myślą że to oni są rasą, która dominuje nawet nie wiedzą jak się mylą. Nie kto inny jak my, elfy wykształciliśmy na świecie piękno, gdyby nie oni świat nie byłby przepełniony zbrodnią i fałszerstwem. Tępią potwory, a sami są do nich podobni jak dwie krople wody. Gdybym tylko mógł zgładził bym ich wszystkich, wytępił jak gryzonia.
- Wiem co masz na myśli, też czuje do nich niechęć. Nie wiem dlaczego myśleli, że będziemy po ich stronie. Nie chciałabym żeby nasza córka ich poznała, lepiej będzie jak nie zobaczy człowieka na oczy, zbyt wiele cech mogło by na nią przejść a tego bym nie zniosła – mówiąc to spojrzała na kołyskę utkaną z trzcin i kwiatów, w której spała malutka elfka o blond włosach.
- Też bym tego sobie nie darował, to by było zbyt straszne... Niespodziewanie usłyszeli krzyki. Wybiegli spojrzeć co się stało.
Miasto płonęło w ogniu. Wszędzie wokoło znajdowali się ludzie atakujący elfy, jednak tych pierwszych ciągle przybywało. Oboje chwycili swe miecze chcąc jak najszybciej bronić swych braci, gdy nagle zatrzymali się i spojrzeli na córkę, która nadal słodko spała nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Musimy ją stad zabrać – powiedział Ashura – nie obchodzi mnie co się ze mną stanie, ale obie musicie stąd uciekać. Schwycił swą córkę i podał matce następnie dodał – To nie może być nasz koniec, wiesz o tym.
- Nie Ashura, nie zostawimy cię. Przeżyjemy wszyscy... musimy. Kartis poprawiła sobie opaskę podtrzymującą jej długie jasne włosy, pocałowała maleństwo i otuliła je w zdjętą przez Ashurę pelerynę. Cała trójka w końcu wyszła ze swej siedziby, w samą porę by spostrzegli ich ludzie, którzy zajmowali się już tylko garstką broniących się elfów. Ashura z groźnym okrzykiem ruszył na nich, Kartis stała jedynie z boku nie mogąc opuścić swego dziecka. Elf pomimo, że był sam i to przeciwko wielu osobom, dawał sobie radę. Uradowany tym faktem zadawał ciosy z jeszcze większą siłą. Nagle usłyszał krzyk. Był to krzyk jego własnej żony. Spostrzegł, że jest otoczona przez bardzo dużą ilość ludzi, którzy lada moment zadają jej cios. Z dziką furią przypadł do tego grona i zaczął atakować. Był tak wściekły, że nie zauważył, iż właśnie został głęboko raniony w tors. Kartis nie mogła już dłużej przypatrywać się temu, co się działo na jej oczach. Z dzieckiem w ramionach ruszyła do akcji. Ashura powoli zaczynał krwawić, jednak nie poddawał się - nie mógł, duma mu nie pozwalała zginąć w tak marnej walce. Widząc to, człowiek, który był koło niego najbliżej wytrącił mu z ręki miecz. Elf zaczął więc zadawać mu ciosy sztyletem, który był umieszczony w cholewie jego buta. Nic jednak nie powstrzymało ludzi, którzy natarli na niego. Ashura został otoczony przez dziesięć osób. Każda z nich zadawała mu cios z taką siłą, że po paru chwilach nie był w stanie ich odparować. Został zraniony w tętnice. Krwawiąc już bardzo obficie nie mógł znieść ciężaru sztyletu, kończyny odmawiały mu posłuszeństwa. Od ciosu zadanego przez olbrzymiego człowieka upadł na ziemię. Olbrzym spojrzał na niego z ironią i zadał mu ostateczny cios. Ashura nie mógł już nic powiedzieć, wydać z siebie żadnego odgłosu, widział już przez krew, świat zaczął się zamazywać i czernieć. Dla niego nastała już wieczna ciemność. Kartis też nie była w lepszej pozycji, przyparta do muru zaatakowała. Jednak nie mogła się bronić, miała przecież w ramionach swe dziecko – jego przeżycie było najważniejsze. Zauważając ten fakt przeciwnicy zaczęli zadawać jej coraz silniejsze ciosy. Nie wiedząc jak, nagle miecz człowieka ranił ją. Kartis upadła, nadal trzymając swe dziecko. Olbrzym, który zabił Ashurę wybuchł histerycznym śmiechem.
- Teraz elfy, macie za swoje – powiedział – z nami się nie zaczyna, zawsze wygramy. Widzę, że masz dziecko nie będę bez serca ono nie zginie, możesz być pewna. Nie dobiję cię i tak twój czas dobiega już końca. Mówiąc to skinął głową na ludzi, którzy zaczęli odchodzić Mężczyznę cechowała wielka blizna na lewym policzku, która bardzo szpeciła jego twarz. Jednakże Kartis wiedziała kim jest ów człowiek, znała go bardzo dobrze.
- Przeżyjesz albo nie, wybór zależy od ciebie. Nie prowokujcie nas już nigdy.
Wybuchnął gromkim śmiechem i odszedł. Zostawiając Kartis i dziecko. Dziecko, które w przyszłości miało stać się najbardziej znaną elfką. Osobą, która miała pomścić wszelkie krzywdy wyrządzone jej braciom.
II
Lantis nie wiedział co tak naprawdę kieruje go w te strony. Tłumaczyła to jedna rzecz:, zawsze udawał się w podróż nie wiedząc, gdzie los tym razem go poniesie.
Kierował się w wzdłuż szlaku. Słońce powoli zachodziło, lada moment znikając za horyzontem. Zastanawiając się nad miejscem, gdzie spędzi nocleg, usłyszał muzykę. Jej brzmienie przepełnione było buntem, przeplataną z tęsknotą i nienawiścią. Nie był w stanie się oprzeć. Muzyka dochodziła z rozstaju dróg, który znajdował się tuż przed nim. Popędził zatem konia. W wieczornym blasku ujrzał elfkę, grającą na lutni. Miała ona długie brązowe włosy opadające na ramiona. Zdawał sobie sprawę, że elfka wie o jego przybyciu. Lantis zsiadł z konia i stanął naprzeciwko niej. Znał ją, wiedział kim jest. O dziwo nic nie zrobił, spokojnie czekał. Gdy ta zaś skończyła swą melodię wstała i mógł w końcu spojrzeć w jej oczy. Były one czarne jak węgiel.
- W końcu przybyłeś, długo każesz na siebie czekać – uśmiechnęła się – trzeba przyznać że zawiodłam się na tobie, Lantisie.
- Tak mnie witasz po latach? Skąd miałaś pewność, że na pewno się pojawię?
- Przecież zawsze o tej porze przybywasz tu, niestety sam o tym nie wiesz – poprawiła swe włosy, które przysłoniły jej twarz – a starych druhów zawsze chce się ponownie spotkać.
- W szczególności sławną Iskrę... Lecz cóż, nie możemy sobie wszystkiego opowiedzieć tutaj. Wsiadaj na mego konia jedziemy do domu.
Elfka bez chwili wahania wskoczyła zgrabnie na konia. Lantis uczynił to samo. Radował się z tego spotkania, nie widział dziewczyny od półtora roku. Znali się już parę ładnych lat.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy? – zagadnęła go Iskra – pół wieku minęło od tamtych dni.
Masz rację, pomyślał - tak dawno i w tak nietypowych okolicznościach...
****
Nie myślałam, że będzie tak trudno – pomyślała brązowo włosa elfka. Znajdowała się w bardzo niezręcznej sytuacji. Mianowicie otoczona była przez zgraję rzezimieszków, którzy zaczepili ją podczas wędrówki. -Nie poradzę sobie z nimi gdy skoczą wszyscy razem.
- To jak będzie? Oddasz nam wszelkie bogactwo, które posiadasz czy mamy oszpecić twoją ładną twarz? – powiedział niski i gruby człowiek wychodząc na przód całej ekipy.
- Mowy nie ma – odpowiedziała elfka – nie jestem tchórzem żeby uciekać i poddawać się. To dobre tylko dla takich osób jak wy. Gdy jeden z was zostanie zraniony, uciekniecie, tacy już jesteście – dodała z wielką ironią. Mężczyźni wyjęli swe miecze. Elfka zrobiła to samo: wyjęła miecz, który znajdował się w pochwie przyczepionej do jej podbrzusza. Miecz był bardzo nietypowy. Był dosyć wielki jak dla kobiety, jego głowica oraz poręcz trzymająca ostrzo mieniły się krwistoczerwonym kolorem. Dla przeciętnej kobiety miecz stanowił by ciężar, jednak nie dla niej. Trzymała go bez większego wysiłku.
– No proszę mała dziewczynka wyciąga oręż, ciekaw jestem czy umie się nim obchodzić – zaśmiał się mały grubas. Przyskoczył do niej i zadał cios. Ta zwinnie uskoczyła i wywinęła z mieczem natychmiastowy piruet. Tego się nie spodziewał. Zraniła go prosto w twarz. Upadł ciałem w błoto. – I co tacy z was słabeusze? Spójrzcie panowie, dziecko jest od was o wiele silniejsze – zaśmiała się - co teraz mi zrobicie?. Elfka tak bardzo chciała zaimponować swą siła i sprytem przed ludźmi, że nie zauważyła iż jeden z nich – ten, który przed chwilą leżał w błocie, ociekając krwią zaszedł ją od tyłu. – Dziwię się waszym rodziną – mieć takiego bezużytecznego człowieka w swym rodzie... nie zdążyła już się wywinąć z uścisku, który nagle oplótł jej szyję. – Taka jesteś mądra? No chłopacy teraz się zabawimy...
- Nie był bym tego taki pewien – wszyscy zgromadzeni zwrócili się w stronę z, której dochodził głos. Ujrzeli młodego człowieka o ciemnych włosach, stojącego opodal nich opierając się o drzewo. –Może zaczęlibyście ze mną? Nie wiedziałem, że można zniżyć się do takiego poziomu by całą grupą atakować kobietę. Panowie jak wam nie wstyd? –wypowiedział słowa z lekką dezaprobatą. Zmieszani i rozwścieczeni rabusie natarli na człowieka. Nawet mały grubas puścił elfkę i ruszył z uniesionym mieczem. Na swoje szczęście młodzieniec był bardzo szybki. Wyjął zza pazuchy miecz i czekał spokojnie na swych przeciwników. Ci nie zawiedli go, zaatakowali całą grupą. Elfka patrzyła z ogromnym zdumieniem na to co się dzieje. Obrońca wykonał parę ruchów nie męcząc się nad tym. Jego przeciwnicy padli. Dziewczyna przeraziła się. Nigdy wcześniej nie widziała osoby tak szybko zadającej cios. Człowiek zbliżał się w jej stronę. W ręce miał swój miecz przesiąknięty krwią. Wiedziała, że skądś zna ten miecz. Jego głowica była w kształcie pazurów smoka, przejście głowicy na ostrze zdobił bardzo dziwny klejnot. Dopiero w tym momencie ocknęła się z zamyślenia i spojrzała na człowieka stojącego tuż nad nią.
- Jak się czujesz, coś ci uczynili? – zapytał.
- Nie, umiem się obronić – odpowiedziała patrząc w jego ciemne zielone oczy – wypadałoby powiedzieć ci dziękuję. Następnie rycerz pomógł jej wstać na nogi. Kobieta nie czuła się najlepiej. Zauważył to i bez chwili wahania zaprowadził ją i usadowił ją na koniu. – Mam na imię Lantis, a ty? – zapytał.
- Jestem Iskra.
Pasuje do niej pomyślał Lantis, to imię jest w sam raz. Nie znam jej, ale to widać. To nie jest zwykła osoba...
*****
Księżyc był już wysoko na niebie, kiedy dojechali do miasta niosącego wdzięczną nazwę Addan Deith. Miasto o tej porze roku było centrum wszelkiej zabawy. Znajdowało się tu wiele karczm, teatrów, stoisk z towarami, wszystko to, co sprawiało ludziom przyjemność i odrywało od normalnego dnia pracy. Addan Deith było zbiorowiskiem artystów, wszędzie widywano sławnych trubadurów, wierszokletów, malarzy i rzeźbiarzy. Każdy chciał się bawić.
- Tu się urodziłem – pomyślał Lantis. – Tutaj wszystko się zaczęło. Spojrzał na drzemiącą od paru godzin elfkę. Cieszył się. Nareszcie był w domu. Nic innego go nie obchodziło, chciał znów ujrzeć znajome kąty. Kiedy wjeżdżali do miasta usłyszał pisk. Spostrzegł małą dziewczynkę biegnącą na przywitanie człowiekowi jadącemu za nim. Dziecko biegnąc upadło, jednak po chwili uniosło się na nóżki i ponowiło bieg. Człowiek o długiej ciemnej brodzie, jak zauważył Lantis zsiadł z konia i również biegł na przywitanie. W połowie drogi oboje przywarli do siebie w uścisku. Dziewczynka uwiesiła się na szyi swego ojca, on zaś objął ją niedźwiedzim uściskiem.
– Pewnie jest szczęśliwy, ma przynajmniej rodzinę, ktoś zawsze na niego czeka - stwierdził gorzko młodzieniec. Nie chciał zastanawiać się dlaczego nie miał rodziny, dlaczego został wychowany przez zupełnie obcego człowieka. Nigdy go o to nie pytał, to nie miało sensu. Wzbudziło by w nim jedynie żal, złość, a kto wie może i nienawiść. Nie obchodziło go to. Znowu był w swym siedliszczu. Skręcił w lewą dosyć ciemną uliczkę. Już z tej odległości słyszał muzykę i okrzyki ludzi.
- Piękny widok.
Zza ramienia ujrzał, że Iskra już nie spała. Siedziała na swym koniu, wpatrując się w niego z zaciekawieniem, czarnymi oczami.
- Obudziłaś się? To dobrze miałam właśnie zamiar to zrobić... Jedziemy do najbliższej gospody zapytamy o nocleg. Pewnie jesteś jeszcze zmęczona ta drogą.
- Oszalałeś? Niegdzie nie idę. Jak myślisz po co tu przyjechałam? Do sławnego ze swych uciech miasta? O nie. Teraz pojedziemy do najbliżej oberży na zabawę. Wiesz jak to lubię, chyba nie odmówisz mi... – spojrzała na niego zalotnie się uśmiechając. Nie było innego wyjścia, musiał jej ustąpić, znał ją wiedział że dopnie swego, jak zawsze. Ruszyli żwawo przed siebie, nasłuchując pochodzących z oddali dźwięków. Dojeżdżając do oberży mijali rozpitych przechodniów, którzy ledwo co trzymali się na nogach. Znajdowali się w centrum zabawy. Konie zostawili przed wejściem. Elfka spokojnie ruszyła ku wejściu. Lantis wiedział że zapowiada się niezły wieczór. W pomieszczeniu było pełno ludzi. Wszyscy podrywali się w rytmie żywej muzyki. Usiedli oboje przy stole blisko szynkwasu. Spostrzegli parę która wybijała się nad inne, jasnowłosą dziewczyną z długim warkoczem oraz jej partnera rudego jegomościa. Wirowali przez całą salę, utrzymując odpowiednią obojętność na bisy osób, które im się przyglądały.
- I czym się tu cieszyć, przecież oni nie robią nic specjalnego. Trzeba pokazać im jak to się robi. Lantis, idziesz?
- Nie. Idź sama ja muszę coś przedyskutować z karczmarzem.
Elfka wzruszyła ramionami i poszła w stronę paru która właśnie skończyła swój występ. Lantis chcąc się dowiedzieć od karczmarza, co wydarzyło się przez ostatni rok jego nieobecności skinął na niego.
- Podać coś jego mości? – zapytał niewysoki karczmarz o bladoniebieskich oczach. – mamy tu wiele potraw do wyboru, a wino jest najlepszego gatunku.
- Dziękuję może potem. Chciałbym się dowiedzieć co działo się tu przez ostatni rok.
-Ano. Nic takiego panie – wyjąkał po chwili karczmarz. – nic co mogłoby...
Nie zdążył dokończyć. W progu stanęli trzej wysocy mężczyźni. Najwyższy z nich, najwidoczniej herszt bandy ruszył w ich stronę. Karczmarza oblał pot. Wszystkie oczy zwróciły się ku tej bandzie. Muzyka urwała się. Zapadła nagła cisza. Młody człowiek miał czarne długie włosy i metaliczne oczy
- Nasz stolik jest? – zapytał, a w jego głos był silny, zdecydowany i zimny. Patrzył z pogardą na niczemu nie winnemu człowiekowi.
- T...ttak jest. – odpowiedział karczmarz, coraz bardziej zdenerwowany. Zaprowadził cała trójkę do stołu który znajdował się w samym kącie gospody, tak by nikt inny nie mógł słyszeć o czym rozmawiają te osobniki. Był to jedyny stolik bardzo oddalony od pozostałych. Lantis odprowadził wzrokiem osobników. Przyjrzał się im. Atmosfera ożywiła się. Iskra korzystając z nagłej ciszy podeszła do muzykantów i coś im szepnęła. Potem z radością w oczach, wkroczyła na parkiet.
- Graj muzyko! – krzyknęła. Muzyka głośna, rytmiczna i szybka towarzyszyła jej pląsom. Jak zwykle, pomyślał Lantis. Nic się nie zmieniła. Nadal ceni rozrywkę. Nie, nie można tak tego nazwać, to jest szaleństwo.
Iskra została otoczona przez gapiów. Nagle nie wiedząc czemu, pewnie dla lepszego efektu, wskoczyła na stół. Odtrąciła stojące na nim kufle z piwem. I tańczyła. Nic. Nic nie istniało tylko taniec. Taniec który był wszystkim. Całym światem. Energicznie wybijała obcasem rytm melodii, wirowała w obrotach, podrywała wysoką głowę. Jej włosy falowały. Pomimo tak szybko wykonywanych zawiłych kroków, na jej twarzy nie było znaku zmęczenie. Nie dziwił się. Taniec i walka, były jej żywiołem. Były to dwie rzeczy, które umiała od zawsze. Tanecznym krokiem zadawała śmiertelne ciosy. I to było jej siłą...
Muzykanci z kończyli grać. Iskra zeskoczyła w efektownym piruecie ze stołu. Na jej twarzy widniał uśmiech, uśmiech który mówił wszystko za nią.
Jest to dość stare opowiadanie, bo sprzed 2 lat. Od tego czasu moj styl pisma ewoluował i jestem w trakcie pisania własnej "mniejszej" książki. Fragmentów niestety nie wkleje, bo nie będę zrozumiane bez całości
_________________ Wtul się w mój kokon zostaniesz Motylem, już...
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum You can attach files in this forum You can download files in this forum