Władca Pierścieni / Tajne Forum Fantasy Forum Index
Główna: Władca Pierścieni, Hobbit, Zwiastuny
Katalog: Strony fantasy
Polecane: Opowieści z Narnii, Wiersze miłosne, NLP
Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy
Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.

FAQFAQ  SearchSearch  MemberlistMemberlist  UsergroupsUsergroups  StatisticsStatistics
RegisterRegister  Log inLog in  AlbumAlbum  Chat

Previous topic «» Next topic
Dzisiejsze Minervy najscie. Czesc opowiadania i wiersz. 4.02
Author Message
Ozz 
Hooliganin


Joined: 12 Aug 2003
Posts: 820
Location: z miasta artystow...
Posted: Sun Feb 04, 2007 3:29 pm   Dzisiejsze Minervy najście. Część opowiadania i wiersz. 4.02

Zima nachodzi każdego z nas, przeważnie w najmniej odpowiednim ku temu momencie. Wiążą się z nią nie tylko mróz, wszechobecne śniegi, zaspy, wiatr. Drzewa przyprószone delikatnym puchem, spadające z nieba anielskie pióra. Zamarznięte rzeki, jeziora, odgrodzone od świata grubą warstwą lodu wodne stworzenia, ryby i wydry. Jednostajny krajobraz, gdzie nie spojrzysz, biała pierzyna ogarnia świat aż po horyzont. Zima ma charakter również bardziej ponadzmysłowy. Bardziej ludzki, bardziej egzystencjalny. Następująca po jesiennych słotach minusowa, śniegowa zawierucha zmusza człowieka do myślenia. Zmusza do zastanowienia się nad własnym życiem, nad codziennością. Nad perspektywami i nad tym, co było, a co będzie. Zima prowadzi nieodzownie do kontemplacji na temat śmierci, deliberowania o istnieniu, bądź braku Boga, czy jakiejkolwiek siły wyższej. Pozwala nam poznać nas samych. Jednak gdy puchowa pierzyna znika i pojawia smętny, wilgotny obraz deszczowej słoty za oknem, przygnieceni ciężarem natury nie radzimy sobie z codziennością. Każda drobnostka wydaje się problemem nie do przejścia, płotem nie do przeskoczenia. Człowiek popada w melancholię, spleen, depresję. Wpływ natury na życie i rytm każdego z nas jest niepodważalny, a do tego niesamowity. Wraz z opadnięciem pierwszego śniegu w duszy człowieka pojawiają się przeróżne odczucia, od skrajnego szczęścia, do, wspomnianej wyżej, zimowej depresji, nasilonej tylko niesprzyjającą aurą deszczu. Wtedy człowiek myśli tylko o jednym. Myśl ta świdruje głowę, krzyczy i woła, pragnie ziszczenia, jednak nie ma władzy sprawczej. Posiada ją natomiast upływający stale czas, na który nikt nie ma wpływu. Czas mija, zabija rany i wraz ze swoim upływem doprowadza do jednego. Sprawia, że nastaje wiosna. Odrodzenie.
` Nastał listopad. Późna jesień związana jest nierozłącznie z kilkoma charakterystycznymi dla niej cechami. Dodatkowo ulokowawszy przestrzeń akcji w środkowej Europie otrzymałem obraz zalanego deszczem, zawianego wiejącym od Tatr halnym, smutnego i pełnego melancholików Krakowa. Otóż właśnie, od początku do końca listopada typowa jesień wiąże się ze słotą, opadającymi liśćmi, szarugą za oknem. Zamknięci szczelnie swoimi płaszczami ludzie wchodzą na rynek Bracką i wychodzą Floriańską bez chociażby rzucenia okiem na górujący nad nimi, ale jednak wciąż ten sam, zalany deszczem Kościół Mariacki. Największe i najpiękniejsze atrakcje byłego miasta stołecznego, barokowy kościół świętego Krzyża, brama Floriańska, wreszcie zamek królewski na wzgórzu wawelskim pozostają nieuraczone choćby najmniejszą uwagą pogrążonych we własnych myślach i celach swojej, zdecydowanie zbyt długiej, wędrówki mieszkańców. Tego dnia, a była to środa, deszcze chwilowo ustały w swym ciągłym i natarczywym bębnieniu o dachy kamienic. Niebo miało kolor Wisły o tej porze roku, coś pośrodku, między ciemno-szarym, a granatowym. Sama rzeka płynęła zakolami pod kolejnymi mostami, Grunwaldzkim, Kotlarskim, Wandy, równomiernie spokojnie, dostojnie i wyniośle. W powietrzu dało się wyczuć metaliczny posmak, aura była surowa, a temperatura – idealna na papierosa.
Tego samego zdania był Michał, który chwilę po zbudzeniu, przetarłszy oczy, ubrawszy leniwie, wciąż jeszcze nie będąc do końca wyrwanym ze snu, skarpetki i bokserki wstał z łóżka i starając się nie zbudzić Oli wyszedł z pokoju. W mieszkaniu panowała cisza. Michał wyszedł z sypialni, zamknął za sobą cicho bukowe drzwi, z wkomponowanym w ich środek matowym szkłem i wolnym, chwiejnym krokiem ruszył korytarzem przed siebie. Mieszkał tutaj od tygodnia, jednak ciągle gubił się w układzie pokoi i, choć chciał dostać się do łazienki, pierwsze drzwi, które otworzył okazały się schowkiem na miotły i ręczniki. Michał, student pierwszego roku Astronomii na Uniwersytecie Jagiellońskim, był człowiekiem słusznej postury, wysokim, młodym, ciemnowłosym i wolnym. Korzystał z życia. Kolejne pomieszczenie, do którego chciał wejść okazało się, ku jego uldze, upragnioną łazienką. W rogu stała pojemna wanna, obok niej prysznic z hydromasażem - zalety pochodzenia z dobrego domu. Zaświeciwszy światło, podszedł do beżowej umywalki i odkręcił wodę, po czym oparłszy się na niej całym ciężarem ciała, spojrzał w lustro. Lubił swoją twarz. Układ oczu – nie za dużych, nie za małych, intensywnie brązowych, nosa – dość wydatnego, ale bez przesady, pełnych ust, gładkiej cery i wczorajszego zarostu tworzył obraz całkiem przystojnego dwudziestolatka. Uroku dodawały ślady szminki, rozmieszczone nierównomiernie po całej twarzy, szyi, zmierzające przez klatkę piersiową i mostek, coraz niżej. Michał westchnął głęboko i boleśnie, nabrał wody w złożone dłonie, po czym przemył nią twarz. Raz, drugi, trzeci. Do czysta. Po omacku sięgnął dłonią w prawo, w miejsce, gdzie powinien znajdować się ręcznik. Natrafił jednak na uporczywą pustkę i zwisający ze ściany metalowy haczyk. Ręcznika tam nie było. Po kolei w głowie zaczął układać mu się obraz wczorajszego wieczoru i nocy. Wizyta w jednym z klubów. Ulga po skończonym tygodniu. żubrówka. Koleżanka z roku – Ola. Potem mieszkanie, seks w kuchni, kolacja, prysznic i do łóżka. Westchnął po raz kolejny, opuściwszy głowę. To miał być ostatni raz – pomyślał. I znów. W tej samej sekundzie wróciła mu do głowy pierwsza myśl dzisiejszego dnia. Rozejrzał się wokół, jednak nigdzie nie zauważył papierosa. Wytarł wilgotną twarz przedramieniem i szybkim krokiem, zgasiwszy światło, opuścił łazienkę. Korytarz kończył się schodami, łączącymi dwa piętra jego nowoczesnego mieszkania. Już z góry zobaczył w jakim stanie był salon. Na lampie wisiały spodnie. Zdecydowanie jej spodnie. Plazmowy telewizor obrzucony był bluzkami, majtkami i kolejną parą spodni – tym razem jego. W różnych częściach pomieszczenia dało się zauważyć różne części garderoby. Jeden z foteli był wywrócony. Powoli w głowie pojawiał mu się obraz dnia wczorajszego. Nie chciał pamiętać. Minąwszy burdel, który zostawili wczoraj w nocy, podniósł z ziemi kurtkę. Czarny Hugo Boss. Przyciągał wzrok. Dwa szybkie ruchy ręką nie pozostawiły mu złudzeń. Tutaj też nie było papierosów. Chwilę kontemplacji nad miejscem, w którym można było je zdobyć przerwała mu jej torebka, którą spotkał wzrokiem, błądzącym po przedpokoju. Moralne zawahanie trwało poniżej sekundy. Czarna. Amisu. Bezguście. Pomału, cicho, jak mały chłopczyk łasuchujący w kuchni, rozpiął metalowy guzik i spojrzał do środka. Co za burdel – pomyślał, widząc stertę kosmetyków, chusteczek i prezerwatyw. W lekkim obrzydzeniem włożył dłoń do środka. Palcami natrafił na coś twardego. Pełna paczka – stwierdził, wyciągnąwszy ja i otworzywszy wieczko. Vouge'i. Na bezrybiu... - mruknął. Nie czekał ani chwili dłużej. Podniósł swojego Bossa z ziemi i próbując go ubrać zmierzył w stronę balkonu. Nie patrzył nawet na kuchnię. Obraz nocy powrócił mu w myślach, niczym na retrospekcyjnej sesji u psychoanalityka. Pokonawszy slalomem salon, Michał znalazł się przy drzwiach do balkonu. Na szybie zauważył odciśnięte dłonie i ślad pleców. Mogłoby się wydawać, że wzdychanie jest jego ulubioną czynnością o poranku, gdyż zrobił to po raz kolejny. Nie zaprzątając sobie głowy myślami na temat czekającego go w niedalekiej przyszłości sprzątania otworzył drzwi balkonowe i wyszedł na zewnątrz. Kraków przywitał go orzeźwiającym chłodem, cichym szumem drzew, ćwierkaniem ptaków i odgłosami przejeżdżających przez aleje Mickiewcza samochodów. Mieszkał przy Kochanowskiego. Niecierpliwymi palcami wyciągnął jednego „Vouge'a”, paczkę wsadził do kieszeni. Co za ulga – pomyślał, natrafiwszy palcami na paczkę zapałek. Chwilę później stał już oparty o balustradę, zaciągając się szarym dymem, raz po raz.


I jeszcze wiersz nocny. Też dzisiejsze Minervy najście :) Ale on dziwny jest, i w ogóle nie teges.

Wiosna nadejdzie niebawem, to pewne
A z nią co? O, Fortuno! Fortuno!
żurawie nad głowami, w nieboskłonie suną
Deszcze odnowy, uderzenia rzewne

Spojrzenie przychylne mej muzy Minervy
Razem z drzewem zakwitnie, akacją w alejce
Pierwiosnkiem na trawie, i różą w kolejce
Nie da wytchnienia, nie da chwili przerwy.

Lolity spojrzenie, nie z kart powieści.
W parku angielskim przedwiośnie zastanie
nas, drżenia rąk powstrzymać nie będziemy w stanie
I tylko wiatr włosy nasze zwiewnie, cicho pieści.

Jeszcze tylko dni parę, brzemię z serca stracę
Z duszy, kręgosłup połamany złoże
i krzyk zaniosę, kolejny - o boże!
zbiedniałem o jej strzępy, bólem się bogacę.

Jedyna iskierka nadziei wciąż świeci
w sercach tych, których życia inne brzemię noszą
tymczasem usta moje dziki krzyk zanoszą
Niechaj myśl ma wzniosła światłość w końcu wznieci!

A co jeżeli nie ma podszewki świata?
Dwie dusze krązyć będą po dwu stronach lustra
Tylko w myślach doczesnych. Przyszłosc będzie pusta
I zostanie krótka w epitafium data.

I do końca świata przy wodach Świtezi
I już po wsze czasy w modrej toni Gopła
Gdy człek zaglądnie w niezbadaną otchłań
Dostrzeże ścięgna naszej nieralnej więzi.



Surreal troche. Całość pod wpływem kantaty Offta. Carmina Burana.

Pozdraaawiam :)

[ Dodano: Wto Lut 20, 2007 9:11 pm ]
Dalsze części :)


Michał lubił swoje życie. Odkąd pamiętał, wszystko układało się po jego myśli. Ojciec – wzięty prawnik, matka - psycholog. Jego dom zawsze tętnił ciepłem i dobrocią, nie przeszkadzał w tym nawet zauważalny pracoholizm obojga rodziców. Dostawał to, czego
chcieć może każdy dorastający chłopak – wolność, pieniądze, prywatność. Zaufanie i akceptacje. Oczywiście do pewnych granic, mając psychologa w rodzinie, Michał był wychowywany zgodnie z podręcznikowymi zaleceniami. Przeważnie – metodą wymagań i
nagród za ich spełnienie. Inteligentny, spostrzegawczy, umiejący wyciągać daleko idące wnioski, szybko okręcił sobie rodziców wokół palca, sterując swoim życiem po obranym wcześniej torze. Tak, Michał nie narzekał także na inne aspekty. Nie tylko w domu dostawał to, czego chciał. W liceum uchodził za człowieka, którego warto znać. Każdy chciał móc podać mu rękę na korytarzu. Człowiek sukcesu – takie sprawiał wrażenie. Ostatnim wskaźnikiem szczęśliwego okresu dorastania był stały tłumek dziewczyn, rozmarzonych nastolatek, zawsze gotowych do największych nawet poświęceń, byleby zostać nagrodzoną choćby przelotnym uśmiechem ich idola. Studia przyniosły w jego życiu zmiany. Zdecydowanie zbyt wiele zmian. Michał ich nie lubił. Czuł, że traci grunt pod nogami. Jeszcze rok temu był pewny jutra, teraz każdy dzień mógł przynieść mu coś innego. I nie wszystko było takie proste.
Ludzie spieszyli do pracy, do szkoły, na rynek. Samochody jeden za drugim przejeżdżały alejami, a Michał wciąż stał na balkonie, zatopiony we własnych myślach. Mimo, że tego nie okazywał, miał naturę romantyka. Z zewnątrz – uczestnik wyścigu szczurów, ambitny, twardo stąpający po ziemi – idealny kandydat na dziennikarza. W środku, głęboko, pod grubą skorupą powierzchowności – wrażliwy człowiek, jak większość ludzi na tym świecie, jednak będący świadomym tego, że życie, stawiając swoje warunki wymaga nie okazywania uczuć. Ukrywania ich pod powłoką swoich wyuczonych zachowań i chłodnego podejścia do ludzi. Chłodnego, lecz nie pozbawionego serdeczności. Michał, wywodząc się z domu w którym półki uginały się od książek z zakresu psychologii społecznej, znał wszystkie tajniki oddziaływań międzyludzkich. Początkowo, trochę sztucznie i wymuszenie, dzisiaj, stosował psychologiczne praktyki podejścia do ludzi już machinalnie. Wiedział, ile korzyści przynieść może odpowiednio wymierzona serdeczność, albo chłodny uśmiech. Skończywszy pierwszego papierosa, Michał już chciał sięgnąć do kieszeni po drugiego, jednak czynność tę przerwały mu usłyszane za jego plecami kroki. Udawszy, że nic nie słyszy cofnął rękę, położył ją na balustradzie i począł na nowo wpatrywać się w przestrzeń przed nim. Sekundę później, cichymi stąpnięciami bosych, delikatnych, kobiecych stóp, na balkon weszła ona. Pomiędzy Michałem i Olą od początku nawiązała się bliska i namiętna znajomość. Już w dwa dni po rozpoczęciu roku poszli do łóżka. Jemu podobała się jej dojrzałość psychiczna, konsekwencja w dążeniu do celu, pełne usta i otwarte podejście do mężczyzn. Ją pociągały wszystkie te gesty, spojrzenia i słowa, którymi on od zawsze zdobywał kobiety. Po jakimś czasie zaczęła zwracać uwagę na to, co w środku. Jako jedna z niewielu, rozumiała go. A przynajmniej starała się. Wiedząc, że mało dla niego znaczy, wiedząc, że męczy go jej osoba i tak zażyłe z nią stosunki, będąc tylko przerwą w życiorysie, nie ustawała w próbach dotarcia do jego duszy. Teraz, w szarudze listopadowego poranka, mając na sobie tylko białą, wymiętą, lnianą koszulę, z opadającymi na plecy puklami czarnych, pofalowanych włosów, z tymi samymi co za każdym razem, łudząc się, że tym razem będzie inaczej, rozmarzonymi oczami wyglądała uroczo. Podeszła do niego powoli, przeciągnęła się jak kot, po ciężkiej i męczącej nocy, po czym przełożywszy swoje ręce pomiędzy jego, przytuliła się mocno.
- Dzień dobry, kochanie – szepnęła, przykładając policzek do osłoniętych tylko lekką kurtką pleców, czując rytmiczne bicie serca, raz, po raz.
Gdy poczuł jej ciepłe dłonie na swoim zimnym brzuchu, po całym ciele przeszedł go mocny i elektryzujący dreszcz. Nie mógł z nią żyć. Nie kochał jej. Czuł, że ją krzywdzi i ta świadomość była dla niego straszna. Jednak nie potrafił wyzbyć się poczucia bliskości. Przynależności. Tego ciepła. Nie chciał być sam, bał się samotności, a jednak wiedział, że z każdą kolejną kobietą będzie tak samo. Aż do momentu, gdy trafi na tę właściwą. Tę
na całe życie. Mimo to, mimo tego obezwładniającego uczucia świadomego krzywdzenia innej osoby, wytworzyła się pomiędzy nimi cicha i delikatna więź. Michał był świadomy tego, że ona wie, jak również tego, że tę sytuację akceptuje. Dlatego wciąż trwał w swojej bezsilności, pozwalając jej na kochanie siebie.
Po kilku oddechach, odznaczających się wylatującą prosto z ust białą mgiełką, czując, że Ola zaczęła delikatnie drżeć z zimna, odwrócił się w jej stronę, spojrzał jej głęboko w szare jak niebo nad ich głowami oczy i mocno przytulił.
- Wracaj do środka – szepnął. Zmarzniesz, zachorujesz, a ja będę się potem obwiniał.
Podniosła głowę do góry. W jej spojrzeniu było tyle miłości i ciepła, że po ciele Michała po raz kolejny przeszedł dreszcz.
- Stęskniłam się, jak zwykle mi uciekłeś zły chłopcze – odrzekła z uśmiechem, ukazującym dwa rzędy bialutkich, idealnych zębów, gładząc delikatnie lewą dłonią prawą stronę pleców Michała, powodując kolejne fale dreszczy.. Bez Ciebie się stąd nie ruszam.
- Skarbie, idź, proszę Cię. Nie chce mieć na sumieniu Twojego chorego gardełka – w jego glosie dało się wyczuć nutę stanowczości, z dużą dozą ciepła. Zrób kawę. Dużo kawy. Przyjdę do Ciebie za chwilę i przyrządzimy razem coś na śniadanie. Zgoda?
- Dobrze wiesz, że nie potrafię oprzeć się ani Tobie, ani Twoim słowom – mrugnęła, delikatnie opuszczając jego ramiona.
Obdarzywszy go przelotnym, figlarnym wzrokiem, odwróciła się na pięcie i tymi samymi cichymi stąpnięciami bosych stóp, co na początku, z lekko szemrzącą na wietrze koszulą, wróciła do mieszkania. Przekroczywszy próg odwróciła głowę w jego stronę i napotkawszy jego wzrok na sobie, mrugnęła zalotnie.
- Tylko nie każ na siebie zbyt długo czekać – rzuciła, niczym pocałunkiem, delikatnie cedząc słowa, subtelnie poruszając ustami, w jego stronę.
Michał patrzył jeszcze przez chwilę jak mija porozrzucane w salonie ubrania, zapala światło w kuchni i wchodzi do środka. Wciąż wydawała mu się taka piękna. Westchnąwszy odwrócił głowę z powrotem w stronę drogi. Sięgnął po Vouge'a, włożył go do ust. Zapalił. Za każdym razem delektował się tym delikatnym żarem, spalającym powoli znajdujący się w papierosie tytoń. Małe iskierki przesuwały się coraz to bliżej filtra, za każdym wciągnięciem dymu do płuc, za każdym silniejszym podmuchem wiatru. Hipnotyczne działanie tego małego ogniska, wywołuje natychmiastowo natłok myśli. Myśli i wspomnień. W pewnym momencie przestaje istnieć tu i teraz, człowiek zagłębia się w siebie, tonie we własnej osobie. Zaczyna marzyć. Śnić na jawie. Nie zauważa faktu, że papieros się skończył i pali się sam filtr.
- Ohyda – skrzywił się Michał.
Z kuchni dało się wyczuć delikatny zapach kawy, smażonych jajek i tostów. Przyleciał na balkon razem z głosem Oli.
- Nie mogłam się na Ciebie doczekać, śniadanie gotowe – spokojnie i bez wyrzutu zawołała.
- Nic nowego – mruknął Michał, wyrzucił filtr za balustradę, po czym wszedł do mieszkania, zamknąwszy za sobą drzwi.
_________________
Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
 
     
Display posts from previous:   
Reply to topic
You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot vote in polls in this forum
You can attach files in this forum
You can download files in this forum
Add this topic to your bookmarks
Printable version

Jump to:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
anime, opowiadania
Domy i Działki NLP Online Słownik synonimów