Wladca Pierscieni / Tajne Forum Fantasy Witam Cie na Twoim Forum. Tak, to je odroznia od wielu innych. Zapytaj ktoregos z uzytkownikow jak tu jest. Tutaj kazdy sie liczy. Mysle, ze to juz tradycja tego forum - niezwykla atmosfera - ktora tworzycie Wy. I za to Wam dziekuje.
Młody elf wolnym krokiem przechadzał się alejkami starszej części Alliel, poniekąd stolicy, z powodu swych rozmiarów, wszystkich elfickich miast. Malownicza uliczka, którą właśnie szedł była jednym z najsłynniejszych, z powodu swego wyglądu, miejsc w mieście. Piękne, kamienne budynki, zbudowane więcej niż sto lat temu jaśniały w południowym słońcu. Niebieskie wykończenia znakomicie współgrały z lekko zielonymi dachami i pełnymi przepychu ogrodami, stojącymi tuż przed drzwiami. Wielu ludzi, z tych, którzy w rozmaitych sprawach przybyli do Alliel, spędzało wolny czas wlaśnie tutaj, gdzie atmosfera była naprawdę niesamowita. Elf mijając właśnie roześmianą parkę, wszedł w jedną z licznych pobocznych alejek i bacząc czy nikt nie patrzy, zapukał do drzwi bocznego wejścia, jednej z mniejszych kamieniczek.
- Kto tam? - odezwał się młody rześki głos, zza sporych, drewnianych drzwi.
- Ja, Ellifane, wpuść mnie - odrzekł nieco niecierpliwie adept.
- Reszta już czeka, brakowało tylko ciebie - odpowiedział znów ten sam głos, gdy drzwi lekko się uchyliły.
Młody elf szybko wszedł do środka, po czym zasunął rygiel. Po kilkunastu krokach Ellifane wszedł do sporego pomieszczenia, zapewne jednej z kondyngnacji piwnic. Przy dużym stole siedziała dwojka jego znajomych, a syn właściciela tego budynku, jasnowłosy, szczupły, niski elf, właśnie podszedł do jednego z krzeseł i przysiadł się do reszty, ślęczącej nad dużym kawałkiem jakiejś mapy.
- Nie ma Olrosa - mruknął, podchodząc bliżej do grupki znajomych.
- Powiedział, że ma robotę - uśmiechnęła się do niego, ubrana w powłuczystą, ciemnozieloną szatę, blondwlosa elfka.
- Trudno - odrzekł Ellifane. Teraz może wtajemniczycie mnie w to, czym byliście tak zaaferowani? Chodzi o tę mapę?
- Tak jakby - powiedział cicho siedzący w rogu, noszący krótkie, zafarbowane na krwistoczerwono włosy, Allaver. Znalazłem ją w jakiejś starej, zatęchłej skrzynce, jak szukałem czegoś o początkach mojego rodu, w piwnicach pod biblioteką. Jest na niej zaznaczona wyraźnie skrzynia, nie tak daleko stąd, w górach, co nasza śliczna Elieri rozszyfrowała tłumacząc te runy - uśmiechnął się do niej łobuzesko, co młoda czarodziejka wyraźnie zignorowała.
- I wybieramy się tam, a jak! - powiedziała nagle głośno wchodząc przez jedne z drzwi, nosząca czarne, spięte z tyłu włosy, zapinając pasek pół-elfka.
- Meranda - jęknął Ellifane. Ty zawsze musisz być tam, gdzie ja przychodzę?
- Byłam tu pierwsza. Wyszłam, bo musiałam odpowiedzieć na wezwanie natury - warknęła, podejmując wyzwanie wojowniczka.
- To ty...
- Cicho bądźcie - przerwał mu Ilen. Ona też jest moim gościem. Później skoczycie sobie do gardeł, teraz zachowujcie się jak należy.
- No pewnie - odpowiedziała mu pół-elfka siadając na jednym z krzeseł.
- Więc jesteśmy wszyscy - zaczął poprawiając lekko włosy, Allaver. Sprawa ma się tak. Jutro, skoro świt wyruszamy w to miejsce, które tam, o, jest zaznaczone. Ja idę. Eli też, tak przynajmniej mówiła jakiś czas temu.
- Nie mów tak do mnie - syknęła czarodziejka, mierząc go wścieklym wzrokiem, na co elf tylko się uśmiechnął.
- Także ja i Eli idziemy, ktoś jeszcze? - zignorował kolejny morderczy wzrok.
- No to jak wy i to ja, ma się rozumieć - powiedziała głośno jak przedtem rosła wojowniczka, uderzając pięścią o stół.
- Ja też pójdę z wami - uśmiechnął się Ilen. A ty Ellifane?
- Skoro wy wszyscy, to i ja, pomimo, ehm, niektórych osób - idę... - westchnął elf.
Allaver uśmiechnął się i zachuśtał na krześle.
- Ale będzie jazda, co nie Eli - znów łobuzersko uśmiechnął się do czarodziejki.
Niespodziewany kopniak adepki sztuk magicznych usunął krzesło spod siedzenia elfa, który szybko i boleśnie spotkał sie z ziemią.
- Pewnie - uśmiechnęła się zwycięsko, po czym wstała, i zmierzyła w stronę wyjścia. Muszę już iść, zobaczymy się jutro koło tego młyna z północnej strony, dobra?
Allaver, który natychmiast wstał, tylko się uśmiechnął. Reszta z aprobatą pokiwała głową.
- Mówię wam, leci na mnie - powiedział szybko młody elf, gdy tylko czarodziejka wyszła.
- Chyba jedynie może polecieć. Ale jakieś niezbyt przyjemne zaklęcie, jak dalej będziesz ją tak męczył - zaśmiał się Ellifane, patrząc, jak z twarzy elfa od razu znika uśmiech.
- Nie ma co, jutro będzie ciekawie - rzucił Ilon. Ja też muszę spadać, więc chodźmy.
- Będzie ostra jazda - warknęła Meranda, markując cios pięścią w niewidzialnego przeciwnika.
Ellifane westchnął i powoli zmierzył do drzwi.
- To do jutra - dodał, po czym wyszedł na zewnątrz.
Towarzystwo Merandy zwiastowało kłopoty, a po zeszłorocznej przygodzie z Eal Tith, i jej konsekwencjach nie bardzo miał ochotę na podobną rzecz. Ale może tym razem szykowało się coś innego? Takie myśli towarzyszyły elfowi, aż do momentu, kiedy w zasięgu jego wzroku pojawiły się ściany posiadłości Nidorila. Wysokie topole oplatały tereny wokół rezydencji, niewątpliwie jednego z najlepiej zadbanych ogrodów w całym mieście. Cóż, nic dziwnego, skoro należał on do członka Rady. Wszyscy najwięksi magowie mieli podobne, wspaniałe posiadłości, a z tego co Ellifane słyszał, to Delaros, kolejny zasiadający w Wielkiej Radzie, posiadał nawet swój własny zamek, gdzieś w Wiecznych Górach na północ od miasta. Lubił tu mieszkać. Mimo wszystko to miejsce miało swoj klimat, było jedyne w swoim rodzaju. Rozciągłe piwnice pod nią, kryły zapewne wiele magicznych rzeczy, jednak Nidoril nigdy nie pozwalał elfowi na penetrowanie podziemi. Po kolejnych kilku minutach, młody adept stanął przed zdobionym portalem, prowadzącym do przedniej, prezezntacyjnej części ogrodu. Długa alejka, wysadzana Aryjskim marmurem, z młodymi iglakami po obu jej stronach smętnie prowadziła do głównych drzwi domu. Wokół rozbrzmiewał szum liści i śpiew ptaków. Dało się słyszeć wartki potok płynący tuż za drzewami. Wszystko to razem tworzyło senny, sielankowy nastrój. Pomimo tego, jakie życie możnaby tu wieść, Ellifane miał ochotę na coś więcej. Krew w nim buzowała na samą myśl o zwiedzaniu starożytncyh katakumb, walce z hordami goblinów i odkrywaniu starożytnych skarbów. Wielu jego rodaków, gdy osiągnęli taki właśnie wiek wyruszało na poszukiwanie przygód. O wielu słuch zaginął. Młody elf myślami był już przy jutrze. Mimo iż przygoda ze skrzatami dała mu nauczkę, ciągle ciągnęło go do sprawiania sobie kłopotów, co niewątpliwie nastąpi, gdy jego mentor dowie się, gdzie zniknął na tyle czasu. Ale to będzie kiedyś, liczy się teraz - pomyślał z uśmiechem adept, stając przed drzwiami.
- Ellifane - zagrzmiał nagle czyiś głos. Gdzie się szwędasz, nie wykonaleś jeszcze mojego polecenia, a już powoli robi się ciemno. Wolisz to robić po ciemku?
- Przepraszam - westchnął elf, wracając myślami do rzeczywistości. Zaraz przytnę te żywopłoty, ale czemu nie możesz tego zrobić za pomocą magii?
- żebyś się zbytnio nie rozleniwił – warknął Nidoril, podchodząc do niego od strony drzew owocowych, ze wschodu. A grozi ci to niewątpliwie, wciąż się gdzieś szwędasz. Jeśli chcesz do czegoś dojść na drodze, którą sobie obrałeś, musisz wziąść się do roboty, przykro mi - dodał z cieniem złośći na twarzy.
- To idę - znów westchnął elf, mijając starszego czarodzieja.
Kroki młodego adepta zmierzyły w stronę małego terenu, wygrodzonego owym żywopłotem, służącemu jego mentorowi za swego rodzaju sakntuarium. Nidoril spędzał tam swój wolny czas, studiując wszelakie opasłe tomiska i popijając kilkunastoletnie wina, jego ulubione, sprowadzane z południowych równin znajdujących się niedaleko innego elfickiego miasta - Ellaiel. Sporych rozmiarów nożyce już na niego czekały, gdy doszedł do miejsca w którym miał spędzić następnych parę godzin Nie myślawszy nad tym długo, młody adept wziął się do roboty, leniwie obcinając gałązki krzewu. Nie było to męczące, jedynie nudne. Kolejne minuty upływały na bezsensownym cięciu wystających gałązek. Co chwilę myśli elfa wędrowały jednak w stronę północnego lasu, wyraźnie widocznego z tej części ogrodu..
- Hej Ellifane - dobiegł go głośny krzyk tuż zza granicy drzew. Znowu ten twój staruszek zaciągnął cię do roboty? - zaśmiał się Allaver. Ja właśnie zmierzam nad drzewo Elladona z Nadią, tą dziewczyną obok mnie. Przyjechała niedawno do miasta i chcę jej pokazać jak żyjemy - uśmiechnął się znów łobuzersko elf. To na razie, pogadamy jutro - dodał, po czym szybkim krokiem ruszył w stronę starożytnego drzewa, zasadzonego ponoć przed kilkoma tysiącami lat przez założycieli Alliel.
On zawsze to samo. Kolejna niewinna duszczyka zostanie zszargana - zaśmiał się w duchu Ellifane. Znał to aż za dobrze. Allaver, stary wyga, jeśli chodzi o te sprawy, miał już wyrobioną reputację tutaj, musiał się więc posiłkować taki naiwnymi osobami jak tamta. Niewiele go to zresztą obchodziło. Parę razy przeleciała mu po głowie myśl, że przcież mógłby tak samo, ale jednak zawsze dochodził do tego samego wniosku. Nie pasowało to do wizerunku jaki sobą prezentował.
- Wystarczy. Gdy widzę twój zapał, mam ochotę strzelić cię jakimś energetyzującym zaklęciem, - przerwał mu głos Nidorila, wychodzącego ze środka swojego miejsca odpoczynku. Idź umyj się, zjedz coś i wyśpij się dobrze. Masz to jutro dokończyć.
Ellifane nic nie odpowiedział, tylko powolnym krokiem, godnym Sarvela Wielkouchego, jednego z wielu dziwnych stworzeń chodzących po tej ziemi, ruszył do łaźni, nie mogąc się już doczekać kilku ożywczych strug wody. Niedługo potem, z niezmienionym wyrazem twarzy, młody elf wszedł do tylnej części domu, gdzie znajdowała się obszerna kuchnia. Na stole leżało jedynie kilka świeżych owoców, ale dla niego było to dość. Młody adept nie miał ochoty na nic więcej. Szybkim ruchem ręki pochwycił tylko jedno jabłko i zmierzył do swego pokoju. Jego myśli już w całości obracały się wokół jutrzejszej "wyprawy".
Noc minęła spokojnie. Skoro tylko pierwsze promienie słońca padły na twarz elfa, od razu było wiadome, że dzisiejszy dzień będzie jednym z tych, których się nie zapomina. Delikatny, świeży powiew wiatru całkiem rozbudził Ellifane'a. Minęło kilka minut, gdy adept z uśmiechem na twarzy włożył płaszcz z kapturem i przypiąwszy miecz do pasa powoli uchylił drzwi. Na korytarzu nie było nikogo, to oczywiste, jednak przemknięcie się niezauważonym przez całe pierwsze piętro i wyjście na zewnątrz, a potem poza teren posiadłości było dosyć trudną czynnością. O tej porze część, nielicznej z resztą, służby, robiła już to, co do niej należało. W samym domu było przynajmniej dwóch kucharzy i ze trzech innych, najętych ludzi - bo żaden elf w życiu na taką pracę by się nie zgodził, przygotwywujących wszystko na poranne śniadanie. Właśnie - śniadanie. To przemnkęło przez głowę Ellifane'a, gdy będąc tuż przy tylnym wyjściu poczuł zapach przygotowywanego właśnie omletu.
- że też o tym zapomniałem - przeklął się w myślach elf.
Zapach świeżego sera ugodził w adepta jak grom. żołądek coraz bardziej domagał się czegoś do jedzenia.
- Mogłem zjeść więcej wczoraj - znów pomyślał Ellifane, podchodząc do drzwi.
Już miał nacisnąć klamkę, gdy nie wytrzymał i w paru krokach znalazł się przed kuchnią i lekko uchylając drzwi, wszedł do środka. Rozmaite smakowite zapachy wypełniały całe pomieszczenie. Nigdzie nie było widać kucharza, zapewne krzątał się w przeznaczonej do przygotowywania posiłków części. Na dużym stole, przy którym stołowała się służba, leżał jedynie koszyk z z chlebem, i dwa puste kubki.
- Jak pech to pech - westchnął elf, biorąc do ręki jedną z okrągłych bułek. Przynajmniej świeże. Chyba będę musiał coś kupić na targowisku.
Chwile ciszy przerwały nagle powolne kroki, połączone z radosnym pogwizdywaniem. Tuż zza rogu wyłonił się przygruby, niski kucharz, uosobienie wyobrażeń o przedstawicielu swojego zawodu.
- A gdy misa pełna jest, chce się żyć... - zanucił cicho pod nosem, podchodząc do jednej z półek, wyraźnie nie zauważając stojącego obok elfa.
Kuchcik wyjął jedną z małych misek z szafy, z małymi, szarawymi kulkami w środku, a potem odwróciwszy się na pięcie, zanucił kolejne kilka słów swojej piosenki. Niestety, ku nieszczęściu adepta, grubawy człowiek obrócił głowę w jego stronę.
- Pan Ellifane, cóż za niespodzianka - powiedział z uśmiechem, wyraźnie zaskoczony, odkładając miseczke na stół. Co Pana tutaj sprowadza o tak wczesnej porze?
- Nic... Eee, n-naprawde, nic specjalnego - zająknął się młody elf, świadom tego, że cały jego plan o bezszelestnym wymknięciu się wziął w łeb.
- Więc co u diaska pan tu robi? Może to żołądek zaczął się zbyt gorliwie upominać o coś dobrego, co? Hohoho - zaśmiał się kucharz.
- Tak jakby... W sumie tak. Dałoby się coś na to zaradzić? - zapytał, nieco zmieszany, adept.
- Moment, już podaje - odrzekł, po czym podniósł miskę i zniknął za ścianą.
Ellifane oparł się o krawędź stołu i westchnął cicho.
- Przynajmniej coś zjem - mruknął pod nosem.
Tymczasem niespodziewanie szybko, zza rogu, niosąc małą tackę ze śniadaniem, wyłonił się przygruby kuchcik.
- Prosze, smacznego - rzekł, uśmiechnięty.
- Naleh, mam prośbe - powiedział nagle do niego, gdy ten już odchodził. Gdyby ktoś pytał, a szczególnie Nidoril - nie było mnie tutaj, dobrze?
- Co, ukrywamy się? Hohoho - znów zaśmiał się głośno. Dobrze, nikogo dzisiaj nie widziałem, poza moją szacowną żoneczką śpiącą w łóżku.. Nie było Cię tutaj - dodał z niezmiennym uśmiechem.
- Dzięki - odrzekł elf, po czym zabrał się za podstawiony, stygnący posilek.
Reszta już czekała. Allaver zgodnie z zapowiedzią Ellifane'a miał widoczne lekkie oparzenie na przegubie lewej ręki i wyraźnie trzymał się z dala od blondwłosej czardzodziejki, która ubrana w gustowną niebiesko-czarną szatę, stała zamyślona, opierając się o starą brzozę. Ilen, wyraźnie lepiej zaopatrzony od innych, ubrany w ciemny płaszcz, ze skórzanym workiem na ramieniu, gestem ręki powitał nadchodzącego elfa. Nagle z lewej strony dobiegł niewyraźny odgłos przypominający cichy pisk. Młody adept szybko obrócił się w jego strone, ale zdąrzył już tylko zauwazyć w oddali Merande, niosącą ubitego zająca. Młody elf pokiwał z lekkim załamaniem głową, ale po chwili i kilkunastu szybkich krokach dotarł do reszty grupy.
- Witaj elfie - powiedział, podając mu ręke Allaver, z krzywym usmiechem na twarzy patrząc na oparzenie i wskazując lekkim ruchem głowy na medytującą w osamotnieniu czarodziejkę.
- O, paniczyk - zakpiła wojowniczka, dołączając do reszty.
- O, pyskate babsko - westchnął cicho elf, nie podnosząc nawet wzroku.
Pół-elfka nie czekając długo, rzuciła zająca na ziemie i poczęła wycierać zakrwawiony jeszcze miecz o podeszwę buta.
- Wszyscy są, idzie... - zapytała, podchodząc niespodziewanie Elieri, ale na widok rozpłatanego zwierzęcia, głos jej się urwał - zdołała tylko przełknąć ślinę.
- No co, zając - rzekła bezproblemowo wojowniczka widząc nieprzyjemny wzrok czarodziejki skierowany w jej strone.
- Wiecie co - przerwał chwilę ciszy Ilen. Lepiej chodźmy, bo inaczej skończy się to następnymi przypaleniami - powiedziawszy to popatrzał na Allavera, wyjątkowo dzisiaj małomównego, po czym pewnym krokiem ruszył w strone rysujących się na horyzoncie szczytów gór.
Przez całą dotychczasową drogą Ellifane szedł w ciszy i zamysleniu, nie zważając na Allavera, któremu wyraźnie wrócił humor – i chęci do dalszego nękania młodej czarodziejki nieprzyzwoitymi aluzjami. Nie zwracając uwagi na Merande głośno mówiącej do Ilena o goblinich łbach, które zamierza nabijać na swój miecz. Ani też na to, że ziemista, polna droga zaczęła zmieniać się w nieco bardziej kamienistą, odkąd weszli do lasu, pomimo faktu, że dwa razy o mało co nie runął twarzą na ziemie, potykając się o niezauważony głaz. Coś go gnębiło. Przez głowe bez przerwy przemykała myśl, a właściwie wątpliwość, czy dobrze zrobił, decydując sie na tą wyprawę. Ale co tam, pomyślał wreszcie z uśmiechem na twarzy. Raz się żyje. Owego uśmiechu nie zmazał nawet fakt, że trzecie potknięcie skończyło się spotkaniu jego nosa z twardym podłożem.
- Hahaha, patrzcie na niego – zaśmiała się gardłowo Meranda. Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli wracać, bo ten ciamajda nie będzie w stanie dalej iść.
- Martw się lepiej o siebie – zrispostował elf, po czym pewnym krokiem ruszył przed siebie.
Las żył tysiącem różnych odgłosów dobiegających z jego wnętrza. Szum lisci, gniewne pohukiwania obudzonej przez uciekającą przed lisem wiewiórkę sowy, przemykająca nieopodal grupka saren, które własnie skończyły śniadanie, pozbawiając pobliskie krzaki jagód części owoców.Wszystko sprawiało, że młodemu adeptowi wróciła pewność, iż dzisiejszy dzień będzie niezwykły. Popatrzył na Allavera nieustannie krążącego wokół Elieri, która bliska już była poczęstowania czerwono-włosego wojownika kolejną dawką ognistej energii, na Ilena znudzonego nieco gadką Merandy, w którego oczach jednak także widać było chęć przygody.
- Tak – powiedział do siebie. To z pewnością będzie niezapomniany dzień.
- Ałła, Eli, za co – krzyknął Allaver trzymając sie kurczowo za rękę. Dobra, już nigdy nie powiem na Ciebie Eli, ale zrób coś z tym, ałaaa...
Wesołą – przynajmniej dla części atmosferę przerwał nagle turkot kół powozu wyłaniającego się zza zakrętu. Wóż wyglądał na nienaruszony, jednak ani woźnicy, ani nikogo w, czy obok niego nie było widać.
- Nie podoba mi się to – mruknął Ilen.
Pojazd zjeżdżał powoli z małego wzniesnienia, zbliżając się coraz bardziej do podróżników.
- Do lasu, ukryjmy się – tak na wszelki wypadek – zaproponowała Elieri, po czym, nie czekając na odpowiedź, w dwóch szybkich skokach znalazła się za jednym z drzew przy drodze.
Reszta drużyny zrobiła to samo. Wszyscy nerwowo wyczekiwali na to, co mogą zobaczyć w środku nadjeżdżającego powozu. W końcu zrównał się z nimi. Ku wyraźnej uldze – niczego w środku nie znaleźli. Jakby właściciele rozpłynęli się w powietrzu.
- Dziwne – powiedział Allaver cały czas trąc dłoń. Może to rozbójnicy?
- Niemożliwe. Tutaj, pod samym nosem Alliel? - odrzekł Ilen. Jednak lepsze takie tłumaczenie niż żadne. Lepiej chodźmy dalej.
Niepokój znowu zagościl w sercu Ellifane'a, lecz mimo to, bez żadnych przeciwskazań ruszył za resztą. Nie chciał ich zostawiać samych, czy też odciągać bez większych powodów od wyprawy. Chciał zostać, tym bardziej, żeby mieć pewność, że Elieri się przypadkiem coś nie stanie. Samo wspomnienie losów z lochów Eal Tith wystarczyło mu, żeby niepokoić się o młodą czarodziejkę. Przynajmniej Allaver się odczepił, jak dobrze pójdzie to na reszte podrózy – uśmiechnął się elf. Dalsza część wędrówki mijała bez większych niepokojów. Nawet zamienił kilka słów z Elieri, na widok jej uśmiechu jak zwykle poczuł ciepło przepływające gdzieś w środku, w okolicach mostka. Pozostały czas spędził albo idąc bez słowa, albo dyskutując z Ilenem o ostatnich niepokojących wydarzeniach w Wielkiej Radzie. Oczywiście większośc ich wiedzy opierała się na zasłyszanych plotkach, jednak nie przeszkadzało to w burzliwej dyskusji.
- Po co jakieś zmiany, skoro wszystkim żyje się tu tak dobrze?
- Nie potrwa to długo. Trzeba zmienić nieco politykę handlową. Przez napływające do tanie zboże z ludzkich krain, nasza gospodarka zacznie podupadać. Trzeba zmian, a Ci ślepcy z Rady tego nie widzą!
- Nie byłbym taki pewien – odpowiedział Ellifane. Oni dobrze wiedzą co robią. Po co zaostrzać konflikty nakładaniem sankcji na inne towary? To do niczego dobrego nie prowadzi.
- Nie do końca, przecież... – zaczął Ilen.
- Ale wy filozolujecie, aż głowa mnie rozbolała – przerwała wojowniczka. Zawrzyjcie lepiej gęby i tak nic z tej gadki nie wynika. Jak macie o czymś gadać, to lepiej o.... O, o tym, czy ten czerwono-włosy głąb da sobie wreszcie spokój – dodała, patrząc na Allavera i wyraźnie nieco załamaną już jego nieugietością Elieri.
Młody adept spojrzał kątem oka na Ilena, po czym obydwoje znacząco westchnęli. Gdy Miranda odeszła, Ellifane podjął znowu rozmowe.
- Wiesz, ten temat chyba dobry jak każdy inny... Ile to już trwa? Szczerze powiedziawszy współczuje Elieri.
- Taaa... Na jej miejscu skoczyłbym z jakiejś wysokiej skały. Patrz na Allego, jak zawsze z tym swoim uśmieszkiem na twarzy. On nie odpuści!
- Myślisz, że po kilku następnych „zezłoszczeniach” naszej czarodziejki nie zmięknie?
- Znasz go – Ilen spuścił głowę. On nie odpuszcza.
- Elieri chyba tez nie zamierza – mruknął. Mam nadzieje – tym tazem na tyle cicho, żeby jego towarzysz nie usłyszał. To byłby wielki błąd, taka dziewczyna i Alli – uśmiechnął się łobuzersko do Ilena.
- Masz coś konkretnego na myśli? - zaciekawił się, również z usmiechem, młody elf.
- Wiesz...
- Ej, przyspieszcie troche kroku. Doszliśmy już do rzeki, robimy krótki odpoczynek! - krzyknął stojący daleko Allaver.
- Nareszcie – odetchnął z ulgą adept. Jeszcze chwila i nogi by mi odpadły.
Droga wychodziła na rozległą polanę, która powoli przechodziła w kamieniste koryto stosunkowo wąskiej, jednak wartkiej rzeki. Ellifane z zapartym tchem patrzył na ośnieżone szczyty gór, wyłaniające się znad lasu z drugiej strony Aillna Thyn, w ludzkiej mowie zwanej zwyczajnie – Wartką. Mroźny wiart uderzył go w twarz, sprawiając, że po ciele przebiegł mu zimny dreszcz. Jednak mimo to – nie mógł wyjść z zachwytu nad wspaniałym krajobrazem. Ten sam podziw dostrzegł w oczach Elieri, stojącej kilka metrów obok niego. Cicho westchnął.
- Nie śpij! - krzyknął niespodziewanie czerwono-włosy wojownik do zamyślonej magiczki, po czym chlusnął ją trzymaną w rękach wodą – prosto w twarz.
Kilka sekund później Allaver sam, z własniej woli wskoczył do rzeki. Jego ubranie zapłonęło intensywnym, niebieskim płomieniem. Czarodziejka była zdenerwowana nie na żarty.
- Nie rób tego nigdy więcej – warknęła jeszcze, kryjąc twarz pod kapturem, po czym ruszyła w stronę sporej wielkości kamienia, kilka metrów dalej i usiadła nań.
Tymczasem przemoczony do suchej nitki elf zdąrzył wyjśc z wody i zakląć paskudnie.
- Ona jest niebezpieczna, nie wiem co ją napadło – powiedział, z wyrzutem patrząc na przypalone kawałki ubrania.
- Też nie mam pojęcia, a co ty sądzisz Ell? - odrzekł Ilen.
Młody adept zapatrzył się jednak na czarodziejkę, która wyjąwszy małe lusterko i przejrzawszy się w nim, przyłożyła ręke do twarzy. Coś błysnęło ledwie zauważalnie spod kaptura.
- Ell? Hej, pobudka! - krzyknął Allaver. Coś się tak zapatrzył? Co, czujesz mięte? - złośliwy wyraz jego twarzy mówił sam za siebie.
- Ahh, zamknij się. Chyba faktycznie troche przesadziłeś. Będziesz wiedział na przyszłość co można, a czego nie – warknął elf, po czym odwrócił sie na pięcie i ruszył przed siebie, w stronę rzeki.
- A tego co ugryzło – skrzywił się, patrząc jak Ellifane podchodzi do Wartkiej i opłukuje sobie twarz lodowatą wodą.
- Kto go tam wie – westchnął Ilen.
- Swoją drogą, gdzie jest Meranda?
Pół-elfka skradając się bezszelestnie ze strzałą założoną na cięciwę swojego krótkiego łuku, zbliżała się coraz bardziej do nieświadomego niczego rudo-brązowego dzika, który radośnie pochrumkując chodził w kółko swojego obiadu, niedawno co zabitego królika. Co chwila jego kły zagłębiały się w jego martwe ciało, wyszarpując kolejne porcje mięsa. Dzik nie mógł wiedzieć, że niedługo sam stanie się obiadem. Meranda była już na tyle blisko, że mogła bezpiecznie oddać strzał. Chwyciła pewnie łuk, dociągnęła cięciwe do policzka, wymierzyła... Strzała bezszelestnie zmierzyła prosto w stronę serca zwierzęcia. Rozległ się rozpaczliwy kwik, dzik zaczął uciekać. Wojowniczka nie była pewna, czy dobrze trafiła. Jeśli nie, jeśli nie trafiła w samo serce, zwierze mogło ubiec nawet kilkaset metrów, przed niechybną śmiercią. Ale pół-elfka nie brała pod uwage takiej możliwości. Rzadko pudłowała, także i tym razem była pewna celności swojego strzału. Ruszyła szybkim krokiem w stronę, gdzie uciekła jej zdobycz. Na ziemi widać było ślady, ciepłej jeszcze, ciemnoczerwonej krwi. 'Dobry znak” pomyślała. Iglasty las zaszumiał gniewnie, kiedy po kilku minutach marszu zobaczyła martwego dzika – na środku małej polanki. Dumna z siebie wojowniczka rzuciła się biegiem, chcąc jak najszybciej dokładnie obejrzeć zdobycz. Wbiegła na polanę i niczym glodny wilk rzuciła sie na martwe zwierze. Strzał perfekcyjny – oceniła. Ciemna krew jeszcze wypływała z idealnie przeszytego serca. Skórę się wyprawi i sprzeda, troche na niej zarobie – oceniała w myślach.
- Hej panienko! - chwile zadumy przerwał jej niesodziewany, szorstki głos.
Pół-elfka podniosła głowę i z lekkim załamaniem stwierdziła, iż właściciel owego głosu, celujący do niej z kuszy, jak i trzej inni mężczyźni stojący za nim nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni.
- Widze, że upolowałaś nam niezła kolacyjkę – kontynuował, wyglądający na niezbyt inteligentnego typek z bronią. A i zagwarantowałaś deser.
Ryknął śmiechem, jak i jego pozostałych trzech kompanów. Bez wątpienia byli ludźmi. Widać to było po ich wieśniakich twarzach i szorstkim, dawno nie golonym zaroście. Przywódca miał na twarzy kilka blizn, zmierzwione, ciemne włosy i takiegoż samego koloru oczy. Na lewym uchu nosił brudny, srebrny kolczyk. Miał na sobie starą, noszącą ślady zużycia, ćwiekowaną zbroję ze skóry. Nosił tak samo stare i znoszone spodnie. Jego towarzysze niewiele się odniego różnili. No, może jedyną istotną rzeczą był fakt, że jeden był blondynem.
- Jesteśmy zbójecką bandą i zbójujemy w tym lesie. Nazywam się Rebin, a to moi zbujeccy towarzysze, Jon, Mark i Samson. O, a oto z krzaków wychodzi nasz 4 towarzysz! Prosta z kościła Niepokalanego Gwinta Dwunastoletniej Whisky, brat Pack.
„Braciszek” nosił charakterystyczną dla mnichów czarną sułtanne, owiniętą białym, hmmmm... kiedys na pewno, pasem.
- Chwała wam dzieci, co ciekawego znaleźliście? - zapytał z głupawym uśmieszkiem podchodząc do wojowniczki. Pozdrawiam Cie moje dziecko.
Klępnął ją po tyłku, na co pół-elfka odpowiedziała mu solidnym prawym sierpem w szczęke. Rozległ się gluchy odgłos łamanej kości.
- Jah śmiessscs biś frata zahonneho? - ryknął, wypluwając zęby.
- Zaraz się nią zajmiemy ojcze – zareagował szybko ten z kuszą, po czym podszedł do Merandy. No, dzisiaj wieczorem nasz drogi przewodnik duchowy z pewnością będzie chciał dać upust swojej chuci. Po czymś takim napewno – dodał z usmiechem.
- Nie uśmielicie się – syknęła. Jeżeli nie wrócę, moi towarzysze za pewnością tutaj po mnie przyjdą. Zginiecie wszyscy!
- Towarzysze! - zaśmiał się na całe gardło Rebin, jednak po chwili jego śmiech się załamał. Towarzysze mówisz, ehm... Cóż... - kontynuował lekko zmieszany.
- Napadaniemy. I wyrszniemy! - ryknął brat Pack, niespodziewanie pijany jak bela - zauważyła wojowniczka. Dosłownie! Do boju brasia! Bóh jess z nami! Z jeho świentą pomosą uda nam się zwycięszyć! Słysze głos z nieba! Mówi mi: „Idś, a bedziesz tonoł w chwale!”
Ryki ciągle stojących na uboczu kompanów upewniły Merande w przekoaniu, że wszyscy uwierzyli w jego słowa.
- Widzisz słonko, zwyciężymy i jeszcze dzisiaj brat Pack zrobi z Tobą co zechce – zaśmiał się demonicznie przywódca.
Meranda westchnęła i pokiwała głową z niedowierzaniem. Jej ledwie zauważalny uśmiech mówił sam za siebie.
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
Joined: 12 Sep 2004 Posts: 296 Location: Mszana Dolna
Posted: Thu Oct 28, 2004 1:39 pm
Co by tu powiedzieć. Jak dla mnie czyta się chwilami dość ciężko, ale styl jest dobry. Może w moim odczuciu biorąc pod uwagę, że to opowiadanie akcja posuwa się za wolno.
_________________ Nie gardź jednak legendami, dziedzictwem odległych wieków, często bowiem się zdarza, iż stare niańki przechowują w pamięci wiadomości, które niegdyś największym nawet Mędrcom oddały usługi."
Joined: 12 Aug 2003 Posts: 820 Location: z miasta artystow...
Posted: Thu Oct 28, 2004 6:42 pm
To opowiadanko - jeszcze nie dokończone, które za parenaście minut zaczne korektować, jest tylko treningiem Styl mam już pewny i stały, teraz bawie się językiem. No, ale Triss(znaczy Kei) też zauważyła, że czyta się dość ciężko - szczególnie przez te wtrącenia Dlatego wszystkie prawie wszystkie usune i nigdy juz czegos takiego nie napisze Dalej - wole tempo akcji mówisz. Od początku chciałem napisać prostą, lekkostrawną, jednowątkową do bólu sieczke. Wolne tempo akcji chyba właśnie z tego wynika
W każdym bądź razie dzięki, upewniłem się co do kilku rzeczy, jak skończe pisać, albo skoncze nastepne kilka stron, to wrzuce. Wytkniecie mi błedy, ja je usune, i beda gotowy do napisania czegoś większego
Pozdrf, dzieki Tamaya, że Ci sie chciało!
_________________ Chcąc mnie sądzić nie ze mną trzeba być, lecz we mnie.
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum You can attach files in this forum You can download files in this forum